piątek, 25 grudnia 2009

Wigilia




Wrócił tatuń i przywiózł Święta. Tatuń wrócił w środę w nocy (właściwie to już był czwartek). Gdy mama przyniosła mnie w nocy do pokoju rodziców przebudziłam się na chwilkę. Powiedziałam "Kto to? TATUŃ, cześć tatuń" i zasnęłam. Rano się popisywałam przed nimi nowymi słówkami, a ON robił coraz to większe oczy. Wiedział, że znam nowe zwroty, bo rozmawiamy często przez telefon. Kiedyś opowiadałam mu o tym, jak byłam z dziadkiem i babcią na sankach:
- Byłaś Maja na saneczkach? - spytał tatuń
- Taaak.
- A kto ciągnął saneczki?
- Dziadek.
- A kto siedział na saneczkach? - spytał tatuń, mając na myśli babcię i Maję
- Królik - bo też z nami był.
- I kto jeszcze??
- Smok - bo też siedział na saneczkach...

Wracając do czwartku. Był to dzień pełen wrażeń. Rano na śniadanie zjedliśmy rybkę. Posmakował mi wędzony łosoś. Miał dość mocny, wyrazisty zapach. Najpierw wysmarowałam sobie nim rączkę, a później wtarłam we włoski. Mama nie była zadowolona. Po śniadaniu tatuń znikł. Szybko wrócił i przywiózł "choinke" (ja już od dawna czekałam na nią, bo mam taka piękną książeczkę o choince, którą codziennie oglądam). Troszkę byłam zaskoczona, gdy choinka mnie pokłuła, dlatego nazwałam ją "kujka". Mama wyciągnęła pudło z ozdobami. Z łańcucha zrobiłam sobie "kolale" i wyciągnęłam wszystkie dzwoneczki. Rodzice przystroili nasze drzewko i teraz mamy najpiękniejszą choinkę na świecie. Popołudniu pojechaliśmy do babci Ani, Dzidzi i dziadka Marka na wigilie. Była jeszcze ciocia Ania, ciocia Kasia, wujo Marcin, Mikołaj i Malwinka. Wszyscy jedli i jedli. Mi posmakowały śledziki i ziemniaczki. Opłatek przyklejał mi się do podniebienia, więc nie chciałam składać sobie życzeń. Po kolacji były prezenty. Mikołaj czytał i rozdawał wszystkim paczki. Najfajniejsze było potem. Wygłupialiśmy się z Mikim... ale się wtedy wyśmiałam! Tylko Malwiniak nie mogła się z nami bawić. Jest troszkę za mała, a do tego ma straszny katarek...
Gdy wróciliśmy do domku szybko zasnęłam w swoim łóżeczku po dniu pełnym wrażeń...

Dziękujemy babci Ani, która przygotowała pyszną wigilię mimo choróbska, jakie jej się przyplątało.

wtorek, 22 grudnia 2009

Wesołych Świąt



Na prośbę mamy (która pragnie uniknąć stukania smsów)w dzisiejszym poście pragnę złożyć wszystkim naszym bliskim Bożonarodzeniowe życzenia :

Zdrowych, wesołych, rodzinnych, białych (ale niezbyt mroźnych) Świąt Bożego Narodzenia
(Żeby wasze brzuchy napełniały się z rozsądkiem i później nie cierpiały )
Oraz Szczęśliwego Nowego Roku życzą
Trzy Kubersy

środa, 16 grudnia 2009

ZIMA ZIMA


(klikając na zdjęcie powinno być nagranie)

W końcu zaczęła się zima. Od wczoraj oglądam sobie padający śnieg za oknem. Nawet byłyśmy na spacerku to mogłam go oglądać i dotykać. Chciałam zrobić "orła" jak LALA(żółty teletubiś), ale okazało się że śniegu jest za mało. Dziś zrobiło się zimno (-4), a biały puch ciągle pada. Może uda nam się w najbliższym czasie wypróbować sanki od Św. Mikołaja :). Nie mogę się doczekać jak będziemy robić "kule" i "badana" (chodzi o bałwana). Co do Świąt, to czekamy. Tym bardziej że tatuń ma je przywieźć. Jeszcze za nim nie tęsknie, ale ciągle mi się śni. Próbuję z nim rozmawiać przez telefon, ale czasami nie wiem co mam mu powiedzieć. Z mamą się świetnie bawimy. Czytamy i oglądamy książeczki, budujemy "dom", mama buduje z klocków a ja wszystko burzę (trochę się na mnie gniewa), oglądamy teletubisie, słuchamy piosenek itd... Ja znam coraz więcej słów, a rozumiem więcej niż mama myśli. Ostatnio mama nakładała mi przemakające pieluszki. Kazała mi wołać jak będzie mi się chciało siku. Na początku mi to nie wychodziło. Jak mamie mówiłam to już było za późno, albo była już gdzieś kałuża. Później to mama nie zdążała... Wczoraj przed kąpielą przybiegłam szybko do mamy i wołam "Maja siku, siku". Mama się pyta "gdzie to siku??", zamiast biec po nocnik. Skończyło się nową plamą na dywanie. Babcia i ciocia się śmieją, że wdałam się w mamę.

poniedziałek, 7 grudnia 2009



Ostatnie dni mijały w oczekiwaniu na świętego Mikołaja. Mama mi opowiadała, że ma długą białą brodę i czerwone ubranko. Przecież Miki (mój kuzyn) ma dopiero 5 lat to nie ma żadnej brody. Trochę to wszystko dla mnie skomplikowane. W niedziele rano za to okazało się, że ten święty był, ale ja go nie widziałam. Dostałam dużo prezentów (książeczki, płyty z piosenkami, saneczki, sukieneczkę, bębno- tamburyn, lalę i teletubisia :LALA). Podobało mi się, chociaż byłam trochę rozczarowana bo
"Zuzi nie ma, hopsasa nie ma, Tinky nie ma, Dipsy nie ma, Po nie ma...".
Teraz czekamy na śnieg i Święta...

poniedziałek, 30 listopada 2009

W domku, domeczku

NOWE ZDJĘCIA
Na reszcie wróciłyśmy do domku. Teraz już czekamy na tatunia, mama mówi że już jutro będzie. Ja bardzo za nim tęsknie, bo ja go "Ajlowju". Cieszę się też z powrotu do Częstochowy bo tu jest "IKI" i "INKA" (Miki i Malwinka). Wczoraj się z nimi chwilkę widziałam i się bawiliśmy. Malwiniak już raczkuje i nawet próbuje chodzić. Jest prawie taka duża jak ja, ale dla mnie i tak jest "taka mała". Muszę koniecznie namówić rodziców, żebyśmy pojechali do nich (już nie mogę się doczekać).
Co do szczura. Mama się trochę obawiała tego co zastaniemy w domu po tak długiej nieobecności. Ku wielkiemu zdziwieniu i radości nie ma żadnych śladów bytowania tego potwora. Ostatni raz słyszałyśmy o szczurze od sąsiada. Albo nasz "domowy" szczurek, albo któryś z jego rodziny rozgościł się w dziecięcym wózku sąsiadów (stojącym na klatce schodowej). Od tamtej pory ciiiiiiiisza....
Co do moich nowych umiejętności to powtarzam i powtarzam nowe słówka. Mówię też:
"Maja je", "Maja cyta", "Maja siedzi"...

PS.Poprzednie zdjęcia póki co są zaginione w akcji, ale jeszcze do odzyskania..

niedziela, 22 listopada 2009

Odwiedziny w Krakowie




Od dziesięciu dni przebywamy w Krakowie. Początek naszej wyprawy był dość niefortunny. Wyjeżdżając z Częstochowy mieliśmy awarię autka. Dobrze, że nie spotkało nas to na trasie. Z 4 godzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy w drogę. Sytuacja ta zmieniła nasze plany, a właściwie plany rodziców... Tak widocznie miało być. Ja byłam przeszczęśliwa widząc babcie, ciocię, Pibę, a później jeszcze dojechała moja prababcia. Z tej radości nawet nie zauważałam, jak rodzice wychodzili z domu. Po wyjeździe taty do pracy zaczęłam lepiej pilnować mamy i już mniej chętnie chcę żeby sobie szła. Coraz łatwiej idzie mi dogadywanie się z dorosłymi. Oni się cieszą jak powtarzam różne słówka, śpiewam i tańczę. Gniewają się jak wypijam wodę z miski Piby, albo moczę tam rączki i nóżki. Nie rozumiem też, czemu wujek Tomek pozwala mi drzeć książkę (telefoniczną), a jak biorę książki babci to się na mnie gniewają. Zresztą takich sytuacji jest więcej (ktoś coś pozwala, a mama "NIE"). Mogliby się zdecydować. Trochę spaceruję, bo wróciła piękna jesień. Najbardziej lubię skakać po kałużach jak teletubisie. Bo ja bardzo lubię teletubisie. Mamie nie podoba się KRECIK. Mówi, że są tam dziwne sceny:
1. W odcinku jak Krecik szuka leku, by ozdrowić myszkę, spotyka MAK (chyba). Papuga go namawia, by on go powąchał. Krecik wącha, zasypia i zaczyna lewitować. Później przychodzi słoń, który też wącha i też ma odlot...
2. Zbyt obrazowy poród zajączka też mamie nie przypadł do gustu.
3. W odcinku o srogiej zimie, gdzie KRECIK i przyjaciele ratują mężczyznę przed zamarznięciem, też są sceny, przy których mama kręci nosem. Gdy przychodzi wiosna, mężczyzna wybiega na podwórze i rozbiera się do naga, nagusieńka. Później goni go dzik, a on ucieka na rowerze (nadal w stroju Adama). Dopiero, gdy wpada do jeziora i wychodzi mokry zaczyna się wstydzić...
Poza tym tatuń pojechał do schroniska i zawiózł kilka rzeczy dla piesków i kotków. Byłam na kopcu Kraka ("góyja"), a tam było widać taki duuuży "balon" (tzw. nielot). Bardzo chciałam pójść do niego, ale mama twierdziła, że to daleko było. Spacerowałam trochę po rynku krakowskim i jeździłam MPK. Szczerze, to ja już wolę autem podróżować. Tak nam pomalutku mijają dni (mama korzysta i zostawia mnie z ciocią i babcią, a sama chodzi na spotkania i zakupy). Już niedługo wrócimy do domeczku, a i do powrotu tatunia coraz mniej dni...

PS. Albo komputer babci, albo coś innego powoduje, że nie można zobaczyć zdjęć -->postaramy się to zmienić.

środa, 4 listopada 2009

Zimny listopad



Za nami kilka ważnych dat:
27 października urodziła się moja koleżanka Antosia. To TA co siedziała w brzuchu u cioci Jajo...
29 października były urodziny mojego tatunia, szkoda że był tego dnia w pracy...
Ku mojej ogromnej radości 30 października tatuń wrócił do domu i możemy się razem bawić. Bardzo za nim się stęskniłam. Odwiedziliśmy też moje babcie "Anie" i "Dzidzie" i "dziadzia". A tam to dopiero mogłam się wyszaleć. Byłam też na cmentarzach i zapalałam znicze z tatuniem i obrywałam kwiatuszki... Trochę też spacerujemy, ale coraz krócej. Zrobiło się już mroźno, a mi się źle chodzi jak mam tyle ubranek na sobie. W domu rysujemy i piszemy, nawet mamy małą wystawę rysunków mamy i taty. Tatuń się dużo "uciy" i trzeba być "ciii" i mu nie przeszkadzać. Z tym sobie nie radzę bo ile można siedzieć tylko z mamą?? Co jakiś czas przychodzę do taty do pokoju i mu zawracam głowę. Moje ulubione powiedzenie z ostatnich dni to:
"Nie bój się"
(Od mamy: Maja wcześniej mówiła "boje boje" gdy czegoś się bała np. odkurzacza. Ciągle jej mówiliśmy "nie bój się". Teraz sama do siebie mówi "nie bój się", albo do nas co brzmi bardzo zabawnie).
Miałam też przygodę z pendrivem, który tata zostawił w komputerze. Mama mi wytłumaczyła, że to "tati" i "nie" mogę tego dotykać. Gdy tatuń się obudził chciał mi wytłumaczyć co TO. Powiedział "USBeee", ja się strasznie rozpłakałam... Dopiero po chwili rodzice zrozumieli dlaczego. Jak tatuń powiedział "Beee" to zrobilo mi się strasznie przykro...
Więcej śmiechu było z orzechami. Gdy byłam u babci, to powkładałam do butów w przedpokoju orzechy. Wszyscy ubierając buty je powyciągali. Był jeden wyjątek... Gdy kolejnego dnia mama chciała włożyć mi buta, okazało się, że w moim bucie też był orzech, a dzień wcześniej mama wcisnęła moją stopkę do buta z orzeszkiem...

poniedziałek, 26 października 2009

Proza dnia codziennego i opowieść o niemiłym sąsiedzie.

Tatuń wyjechał do pracy tydzień temu, ale już niedługo wróci. Kiedy? Tego nikt nie wie, bo w jego pracy nawet pogoda ma znaczenie. Ostatnio został w domu dłużej bo spadł śnieg. Póki co prognozy są dobre więc jest szansa, że wróci wcześniej niż planował... Ja pod jego nieobecność powróciłam do starych nawyków oddawania porannego stolczyka do nocnika. Nawet w ciągu dnia uda mi się zawołać, że chcę "qpa". Mama nie zawsze zdąży, ale i tak się cieszy. Bardzo mnie bawi gdy moja pupa robi "prruu". To było dość osobiste wyznanie, ale jakże ważne dla mojej mamy. Z mniej radosnych wieści: mam problemy ze spaniem. Jak był tatuń to przesypiałam całe noce u siebie w pokoiku. Od jego wyjazdu budzę się w środku nocy i później mogę zasnąć już tylko z mamą. Ona trochę marudzi. Podobno się rozpycham. No dobrze przyznam się. Lubię spać w poprzek, a jak mam złe sny to czasem zdąża się że mama dostanie z półobrotu. Jak nie mogę zasnąć to wpycham moje paluszki do jej oczu, nosa i buzi. Czy to jest powód, żeby mama była niewyspana rano??
Poza tym wróciła jesień. Szkoda tylko, że nie taka POLSKA ZŁOTA. U nas słonko gościło w tym tygodniu rzadko. Można by to przeliczyć na minuty. W Krakowie i Brzesku podobno pogoda była hojniejsza. Trochę spacerowałyśmy z mamą, ale to już nie to samo co w wakacje...
Teraz o naszym niemiłym sąsiedzie. Niektórzy z was słyszeli początek tej historii... Gdy wróciliśmy po wakacjach do domu okazało się, że nasz kibelek przecieka. Czy już się domyślacie czemu?? Okazało się, że rura przy kibelku jest cała dziurawa. Tatuń wymienił ją jeszcze tego samego dnia. Po dwóch godzinach okazało się, że rura znowu jest dziurawa. Wtedy dla naszego domu nastała chwila grozy. Ciocie, które nas odwiedziły jakiś czas później wiedzą o czym piszę ;). Po kolejnych zabiegach naprawczych zjawisko powstawania dziur zanikło. Mama po jakimś czasie zapomniała o całej tej historii. Niedawno tatuń słyszał jakieś chrobotanie, a mama jakieś piski, ale oboje nie byli pewni czy im coś się nie przesłyszało. Dziś nastąpił dalszy bieg tego niemiłego incydentu. Gdy oglądałam wieczorem "Krecika" mama nagle zerwała się na równe nogi. Usłyszała niepokojący dźwięk z łazienki. Gdy otworzyła drzwi na środku pomieszczenia siedział ogromny szczur. Strasznie się wystraszyłam gdy mama podniosła alarm. Mama zatrzasnęła drzwi i złapała mnie na ręce. Strasznie się trzęsła, aż się przestraszyłam i zaczęłam płakać. Pobiegłyśmy do kuchni po nóż i mopa. To była wyrównana walka. No dobra trochę zmyśliłam... Faktycznie oglądałam bajkę i faktycznie mama coś usłyszała. Gdy weszła do łazienki nic nie wzbudziło jej podejrzeń. Po chwili sytuacja się powtórzyła. Nasz szczur wrócił i rozpoczął nadgryzanie kolejnej rury. Mama to chyba dziś nie zaśnie. Nasłuchuje tylko nietypowych dźwięków. Na wszelki wypadek sprawdziła czy pod szafą i wózeczku mojej lalki nie przyczaił się nasz sąsiad. Obawiamy się tylko jednego, że to nie było OSTATNIE STARCIE...

sobota, 17 października 2009

Wyprawa

(parę zdjęć)
Pora co nieco tu uzupełnić, bo to już tydzień mija od naszego wyjazdu do Stalowej, Rudnika i Krakowa. Po drodze do prababć odwiedziliśmy niezwykłe miejsce, miasteczko. Byliśmy w Szydłowie niedaleko Kurozwęk (gdzie mama jeździła na obozy konne), a to wszystko w pobliżu Staszowa.
Tu wkleję kilka zdań o Szydłowie:

Szydłów - "kamienne miasto" lub "Polskie Carcassonne"
nazywane tak gdyż zachowały się w dużej części mury obronne. W 1329 r ma miejsce druga lokacja Szydłowa wówczas Władysław Łokietek nadał jej przywilej lokacyjny oparty naprawie niemieckim. Średniowieczne miasto zostało otoczone murami obronnymi przez Kazimierza Wielkiego. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki opasuje Szydłów murami miejskimi z bramami i funduje kościół farny pw. św. Władysława. W poł. XIV w. wzniesiono także zamek usytuowany w zachodniej części miasta. Szydłów od XIV w. jest także siedzibą bogatej gminy żydowskiej. Podczas drugiej wojny światowej ma miejsce holokaust ludności żydowskiej (było to wówczas miasteczko z przewagą ludności żydowskej), Szydłów niszczą bombardowania w czasie ofensywy styczniowej 1945 r.


/ze strony: http://www.sandomierskie.com/kraj/staszowski/szydlow11.htm /


Miałam tam nieprzyjemną przygodę. Koło ruin zamku było boisko, do którego dochodził chodnik zakończony krawężnikiem. W jednym miejscu była mała kałuża i pech chciał, że biegnąc do mamy straciłam równowagę i było bam. Cała się ubrudziłam. Najgorsze były rączki, całe czarne w błocie. Wytarłam je sobie w buzię i kamizelkę. Mama nie była zadowolona. Ten incydent przyspieszył naszą dalszą wyprawę. Nie udało nam się wszystkiego zobaczyć dlatego na wiosnę tam jeszcze wrócimy.
Odwiedziny prababć były bardzo krótkie, ale bardzo miłe. Spieszyło nam się do Rudnika gdzie zawieźliśmy "moje" kochane łóżeczko. Niedługo urodzi się tam dzidzia. Ciocia Jajo podobno ma ją w brzuchu, ale mi się wydaje że ona połknęła wielki balon... Wreszcie mogłam sobie poganiać do woli po ogrodzie, a wieczorem załapałam się na ognicho. To chyba ostatnie w tym roku. Pogoda z dnia na dzień się pogarszała. Wiatr przywiewał coraz to cięższe chmury. Gdy dotarliśmy do Krakowa to padało prawie bez przerwy. Udało mi się tylko dwa razy wyprowadzić moją Pibę na spacer. Do babci i cioci to już tęsknie. Bardzo nie podobało mi się, gdy wychodziły z domu np. do pracy. Łzy same się cisnęły do oczek.
Po powrocie do domu przyszedł atak zimy i ciągle siedzimy w domu. Nie bardzo mi to pasuje :(.

Poza tym, mam nową ulubioną piosenkę "Zuzia nana duzia..." i wymyśliłam nowy krok taneczny (pół obrotu, przysiad, półobrotu, przysiad, i tak w kółko). Rodzice usilnie namawiają mnie, żebym korzystała z nocnika. Przedtem wołałam "sii", ale odkąd tatuń wrócił z pracy to mi się nie chce wołać. Teraz gdy chce mi się kupę to czasem zawołam "qpa", ale gdy oni biegną po nocnik to ja im uciekam. Fajna zabawa. Dziś pierwszy raz udało mi się załatwić na takim prawdziwym kibelku. Ku radości wszystkich powtarzam nowe słowa np. "jesz"- jeż, jeść, "psi" - pepsi, pupa, "goja" - golas, "chapu chapu" - "chlapu chlapu" (tak wołam gdy idę się kapać, ale to już od dawna).

Już wiem co to znaczy Maja, to jest moje imię. Gdy mówię to czasami wychodzi Maja, ale częściej AJA. Umiem też literować swoje imię "A J A" (to mnie nauczyła mamusia, bo ja lubię ją naśladować więc kiedyś mi pokazała jak to się pisze). Już nie mówię "maa" tylko "nie ma" lub "ni ma" do tego rozkładam rączki :). Jestem bardzo stanowcza gdy mówię "nie", choć jeśli chodzi o jedzenie to łatwo mnie przekonać do zmiany zdania. Trochę próbuję wychować tych moich rodziców, ale z różnym skutkiem (czasem uda im się wygrać). Mam tajną broń - płacz, ale oni są coraz bardziej odporni. Nie lubią gdy wchodzę na meble i piję wodę w kąpieli, ciągle mnie upominają. Gdy coś mi upadnie (np. ziarnko ryżu) mówię "ojej" lub "ojoj jojo" (do tego czasem złapię się za głowę). Polubiłam oglądać bajki, ale nie za długo. Gdy wołam "Ajoo" mama wie, że chcę oglądać krecika. Z teletubisiów najbardziej lubię PO. Kocham moje misie i moją lalę, którą wożę w moim wózeczku (ja jestem do niego za duża). Dbam o tego mojego dzidziunia, całuję go i tulę (tylko czasami mi wypada z rąk). To tak w skrócie co potrafię, a z każdym dniem umiem więcej i więcej...

środa, 14 października 2009

APEL

Dziś będzie mały apel na prośbę mamy. Miałam już to napisać tydzień temu, ale rodzice zabrali mnie z domu i nie miałam dostępu do komputera. Miałam zacząć tak "Zbliża się zima...", a muszę zacząć tak:

Zima przyszła nieco wcześniej niż byśmy chcieli. Mam nadzieję, że u wszystkich już grzeją i już macie ciepło w swoich domkach. Może warto pomyśleć też o czworonogach, które nie mają takich ciepłych kanap jak Piba. Może macie w domach jakieś stare, nieużywane koce, kołdry czy ręczniki?? Jeśli tak to zajmują one niepotrzebnie miejsce. Propozycja jest taka:

  1. Zawieźcie je do schroniska dla bezdomnych zwierząt.
  2. Jeśli nie macie czasu, lub nie macie w pobliżu takiego miejsca to dajcie znać moim rodzicom. Oni przy kolejnych odwiedzinach wezmą te rzeczy od WAS i zawiozą pieskom i kotkom. (przynajmniej się postarają)

/Opcja druga nie dotyczy cioci Ani i wujka Grześka, których wywiało za daleko i odwiedzimy ich pewnie na wiosnę ;)/

Podaję jeszcze link do schroniska w Krakowie. Tam znajdziecie więcej informacji o tym miejscu o tym co się tam może przydać. Dziękuje wszystkim, że poświęcili chwilkę na przeczytanie tego POSTA.

środa, 7 października 2009

Jesienne spacerowanie

(zdjęcia)

Tatuń w końcu przyjechał. Bardzo się ucieszyłam na jego widok. Teraz muszę dobrze pilnować moich rodziców, bo najfajniej jest jak jesteśmy wszyscy razem. Ostatnio poszli do kina, a ja zostałam z babcią Anią. Fajnie się bawiłyśmy, ale w nocy miałam złe sny.
Z tatusiem chodzimy na fajniejsze spacery niż z mamą. Bo jak jesteśmy same to zawsze idziemy w te same miejsca, a jak jest tatuń to zabiera nas w nowe. Ostatnio byliśmy w Świerklańcu. Tam jest taki duży park, a w nim stoi mały pałacyk. Bardzo dużo chodziłam tam na nóżkach i byłam trochę zmęczona. Okazało się, że rodzice bardziej się zmęczyli tym spacerkiem.
Poza tym mama trochę marudzi bo odkąd przyjechał tatuń to przestałam wołać "siiiku" na nocnik. Chyba trochę przesadza bo rano zawsze wołam, a w ciągu dnia po prostu nie mam na to czasu. Przestań się już mama martwić...
Dziadek Marek zamontował mi huśtawko-skoczka i od dwóch dni chcę tylko "hu hu" i husiam też lale i misie. Z resztą na dworze (jak mówią w Częstochowie) zrobiło się już chłodno. Coraz częściej pada deszczyk ("tap tap") i tworzą się kałuże ("buda") więc więcej siedzimy w domku. Chociaż według planu rodziców jutro wyruszamy w trasę...

poniedziałek, 28 września 2009

Kiedy Taty nie ma w domu

(fotki)

Tata wyjechał do pracy, a w nasze domowe życie wtargnęło trochę rutyny. Mnie to pasuję bo wiem czego się spodziewać, a mama się cieszy bo wieczorami zasypiam bez problemu. Jak jesteśmy u kogoś np. u babci Krysi, to ja wolę posiedzieć dłużej. Pobawić się z babcią, ciocią i Pibą. Mama ma inne zdanie na ten temat i zwykle nie możemy się dogadać. Poza tym chodzimy na spacerki do parku. Mama mnie wyciąga z wózka i mogę robić co chcę. Lubię chodzić po mostku, bo tak zabawnie stukają buciki. Zbieram liście, kasztany, patyczki i śmieci. Z tego ostatniego mama nie jest zadowolona. Ja bym tylko chciała posprzątać cały Świat. Tylko, że do koszy też nie mogę zaglądać. Oczywiście poznajemy dużo ludzi. Wystarczy się uśmiechnąć, czasem coś zatańczyć i wtedy prawie każdy coś miłego powie. Lubię też dzieci, chociaż raz dziewczynka mi wzięła MISIA i ja bardzo się przestraszyłam, że mi go nie odda ( i się rozpłakałam). Mama mówi, że chciała go tylko zobaczyć, ale wiadomo to na pewno? Ja kocham moje misie i lale. Odkąd tatuń wyjechał, to codziennie proszę mamusię o album ze zdjęciami. Wołam "abum, abum" i już wszystko wiadomo. Później siedzimy razem i oglądamy zdjęcia. Niektóre są bardzo zabawne np. tatuń w sukience. Poznałam też nowe zwierzątka: "byk" i "dzik". Mam mały problem z rozróżnieniem "auto" od "autoo..buc". Mama stara mi się to wytłumaczyć, ale... Ahhh i okropnie lubię oglądać moje piosenki w TV, gdy wołam "han han" to mama wie że chcę moją piosenkę ("Halo dziadku"). Tylko czasami się już złości (np. o 6 rano) i wtedy mi nie włącza. Poznałam też Emilkę, ona jest trochę starsza ode mnie. Ona mnie lubi i lubi też Lilkę (taką moją drugą koleżankę co ma fajnego misia). Ostatnio bawiłyśmy się w ganianego i robiłyśmy wszystko to co Emilka, a później spacerowałyśmy za rączki.
Tak nam spokojnie mijają dni, ale mama mówi że już niedługo ;). Wraca tatuń i wtedy nic nie wiadomo. Już bardzo za nim tęsknie. Dziś gdy zadzwonił domofon, to już byłam pewna, że to on. Tak bardzo się ucieszyłam...

poniedziałek, 14 września 2009

Kasprowa wyrypa i niespodzianka dla prababci...

(zdjęcia)

Dziś chciałam wam napisać jak spędziłam ostatni tydzień. Znowu dużo się działo i pewnie dużo ważnych rzeczy pominę... Zacznijmy od tego, że we wtorek wieczorem (po meczu siatkówki) wyruszyliśmy do Krakowa. W środę rano rodzice mnie obudzili (co jest dziwne bo to ja ich zazwyczaj budzę). Coś wspominali, że gdzieś jedziemy ale hasła "TATRY", "Zakopane" nie wiele mi mówiły. Tak więc rodzice mnie wzięli na wyprawę. Przez Halę Gąsienicową wdrapaliśmy się na Kasprowy Wierch. Do schroniska na Hali Gąsienicowej dzielnie uczestniczyłam w wyprawie. Później się najadłam, mama cieplej mnie ubrała (bo pogoda się nieco zmieniła), ruszyliśmy dalej i usnęłam. Wiele nie pamiętam, a na swoją obronę mam tylko tyle, że trochę mnie bujało. Podobno pod sam koniec mama marudziła i była gotowa zostać tam gdzie stoi. Tata dopiero na samej górze przyznał się, że też miał kryzys. No, ale jemu to można wybaczyć bo przecież mnie niósł, a ja już trochę ważę. Rodzice rozważali różne opcje zejścia. Wygrał zjazd kolejką. Czemu?? Bo tata umówił się z resztą fanatycznych kibiców, moich wujków na wspólne oglądanie meczu. W rezultacie do domu wróciłam bardzo późno, a z Kasprowego pamiętam tylko zjazd kolejką. Następnego dnia dochodziliśmy do siebie. Pojechaliśmy na spacerek plantami krakowskimi. W drodze powrotnej spotkaliśmy dużo łasiczek, bardzo chciałam się z nimi przywitać. Kilka udało mi się pogłaskać i powiedzieć "cześć". Na jednej prawie siedziałam, ale mama mnie szybko zabrała. No i podobno łasiczki nie robią "iha". To jak robią?! W piątek pojechaliśmy zrobić prababci urodzinową niespodziankę. Miała dość zaskoczoną minę kiedy do domu weszło 6 osób. Pewnie myślała, że to będzie spokojny weekend. W sobotę wzięliśmy ją na obiad. Później był znowu mecz siatkówki. W niedzielę wyjechaliśmy już do Częstochowy, tak żeby zdążyć na mecz. W sumie to tych meczów to jest nieco za dużo (siatka, noga i jeszcze kosz). Cóż ja umiem trochę kibicować, a nasi są mistarzmi (nasi siatkarze po meczu z francuzami zdobyli mistrzostwo europy, przyp. red.).

Jeszcze raz STO LAT dla prababci (szkoda, że ona tego nie przeczyta ;) , bo nie ma internetu).

niedziela, 6 września 2009

Jesienne przepychanki

(zdjęcia)

Rodzice przyszykowali dla mnie kolejną niespodziankę. Zaprosili do nas ciocię Karinkę i Dagmarkę i wujków Bartka i Tomka. Od rana do wieczora bawiłam się z ciociami, a czasami z wujkami. Ja nawet wolę dziewczyny, bo chłopaki to za dużo meczów oglądają. Ponieważ pani Jesień nas ciągle straszy, że Lato przepędzi - wybraliśmy bezpieczne opcje spacerów. Odwiedziliśmy Jasną Górę, ponieważ nasi goście (jak i wszyscy poprzedni) ostatni raz tam byli przed maturami (więc już bardzo bardzo dawno temu). Po drodze zahaczyliśmy o plac zabaw. Ja się bawiłam tylko chwilkę, a reszta szalała na „wyciągu narciarskim”. Później mnie poganiali, że szybciej jakby klasztor mógł uciec. Oglądaliśmy tam armaty, ale nie takie zwykłe bo te były z F1 (co za silniki „brrrm brrrm”). Później poszliśmy na rolinicze targi (100-lecie Wystawy Rolniczej w Częstochowie), które odbywały się Alejach. Dostałam odlotową ciufcię i super krzesełko na którym mieści się tylko moja pupa. Dziś, mimo nieciekawej pogody, pojechaliśmy do kamieniołomu Warszawskiego w Siedlcu i do Bramy Twardowskiego. Było mi smutno gdy do domu wróciliśmy sami.

PS. Dostałam też super skarpetki – kice, jak idę to grzechoczę (hihi). Rodzice się cieszą, bo wiedzą gdzie jestem...

wtorek, 1 września 2009

1 WRZEŚNIA

(więcej zdjęć)

Dziś pierwszy dzień września, pierwszy dzień roku szkolnego. Mikołaj poszedł do przedszkola, do 5-cio latków, a Kacperek pewnie pomaszerował w odświętnym stroju na rozpoczęcie roku (to już 3 klasa). Ja jeszcze na szczęście (jak mówi mama) nie muszę tam chodzić. Chociaż troszkę bym chciała. Dziś byłam z rodzicami po Mikego w przedszkolu i powiem szczerze, że wygląda to ciekawie. Tam jest kolorowo i tyle jest dzieciaków. Szkoda, że jeszcze jestem za mała... Dziś też obchodzimy 70. rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Ja to jeszcze nic z tego nie rozumiem, ale w niedzielę byliśmy z rodzicami i dziadkami w Mokrej. Tam odbyła się rekonstrukcja bitwy z 1 września 1939 roku. Co ja mogę o tym powiedzieć?? Hmm trochę za tłoczno jak dla mnie, ale były koniki więc narzekać nie mogę. One tak szybko galopowały, dookoła był dym, co chwila coś wybuchało i strzelało. Rodzicom się podobało. Impreza miała małe opóźnienie, bo Ułani za późno pojechali na obiad. Na koniec pan przez mikrofon powiedział, że tak na prawdę to wszystko inaczej wyglądało, ale i tak warto było tam pojechać.

Bitwa pod Mokrą – jedno z pierwszych starć zbrojnych Wojska Polskiego podczas drugiej wojny światowej, które miało miejsce dnia 1 września 1939 roku w pobliżu wsi Mokra, ok. 35 km na północny zachód od Częstochowy. Wołyńska Brygada Kawalerii pod dowództwem płk. J. Filipowicza we wsi Mokra powstrzymywała przez cały dzień niemiecką 4 Dywizję Pancerną gen. Reinhardta wspieraną przez lotnictwo (m.in. bombowce nurkujące Stukas).

sobota, 29 sierpnia 2009

Wakacje dobiegają końca, przynajmniej dla niektórych. Dla mnie wakacje będą dopóki będzie pogoda. Ta niestety coś zaczyna kaprysić. Mam cichą nadzieję, że jutro słonko do nas wyjrzy, a nie tylko ten paskudny deszcz. W tym tygodniu byliśmy z rodzicami w Tarnowskich Górach. Tam jest taki park wodny i jest dużo basenów. Bardzo mi się podobało, zwłaszcza w basenie gdzie były fale. Na początku jak mama wołała "fala" to ja podnosiłam rączki (tak mnie nauczył wujek Marcin). Okazało się, że fala może być też z wody i można przez nią skakać. Podobała mi się też taka żółta ślizgawka, ale muszę mieć więcej lat i więcej zębów (to wiem od Mikiego). Pojechaliśmy też na pustynię Siedlecką i zbudowaliśmy tam żółwia. Tata wykopał "dua dziua" i ja tam mogłam sobie siedzieć. Szkoda, że nie pojedziemy już nad morze. Bo tam jest i woda i dużo piasku. W ten weekend zaczęły się "Dni Częstochowy". Niestety pogoda nie rozpieszcza i wygląda na to, że jest to mały niewypał. Ja narzekać nie mogę, bo dostałam dużo balonów i widziałam dziś fajne "auta".

wtorek, 25 sierpnia 2009

Na Bieszczady nie ma rady (5-24.VIII.)

(zdjęcia)
Koniec przerwy wakacyjnej!!
Naszą podróż rozpoczęliśmy w Krakowie później byliśmy w Rudniku nad Sanem, w Stalowej Woli, w BIESZCZADACH, a na koniec wróciliśmy do miasta króli. W kilku zdaniach ciężko napisać gdzie i co robiłam, więc tradycyjnie załączam zdjęcia. Widziałam wiele nowych i ciekawych rzeczy. Najbardziej podobały mi się spacery po lasach, zwłaszcza gdy znajdowaliśmy dużo jeżyn (ale pychota). Wędrówki w nosidle na dłuższych dystansach mnie lekko usypiały, ale przez pogodę nie było ich zbyt wiele, a nawet za mało. Do gustu przypadły mi też kąpiele w rzekach i naturalnych zbiornikach. Basenik mnie już trochę nudzi. Poznałam wielu ludzi, zwłaszcza na szlaku. Tam wszyscy chętnie odpowiadają "cześć", a czasem odmachają. W mieście to różnie bywa. W Bieszczadach mieszkaliśmy w Woli Górzańskiej, gdzie asfalt ma więcej dziur niż ser szwajcarski. Gospodarze byli bardzo mili i mieli kotki i pieska oraz konie, choć wszyscy uparcie twierdzili, że to krowy i w dodatku dają mleko. Zdobyliśmy z rodzicami Małą i Wielką Rawkę. Tak wysoko byłam pierwszy raz. W sumie dwa razy byłam na ognisku, a jedno to nawet pomagałam rozpalić. Gdy pogoda kaprysiła pojechaliśmy do Sanoka i Leska. Jak się okazało słusznie, bo gdy u nas świeciło słonko, to w górach padał deszczyk. Nie miałam czasu się nudzić...

sobota, 1 sierpnia 2009

Urodziny Mikiego i Antka

(zdjęcia z urodzin)

Dziś to dopiero była impreza... Śluby, chrzciny czy nawet moje prywatne urodzinki wysiadają. Tyle się działo, że nie wiem od czego zacząć. Świętowaliśmy piąte urodziny Mikołaja i Antka. Zabawa odbyła się w ogródku. Była to piracka impreza. Dzieci, a było ich tyle, że nie zliczę poprzebierane były za piratów. Na trawniku był rozłożony ogromny, dmuchany piracki okręt. Można było po nim skakać, przewracać się i turlać. Był też taki duuuży traktor, na którym mogłam jeździć. Był też piękny, kolorowy, pyszny piracki tort. Jednym słowem szaleństwo na całego. Starsze dzieciaki bawiły się w pirackie zabawy, a ja sobie biegałam i dokazywałam. Taka pani pomalowała mi buzię i zamieniłam się w kotka. Później był pokaz baniek, wooo jakie one były duże i kolorowe. Z tych wszystkich wrażeń zapomniałam, że dziś ma wrócić tatuś.
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego piratom życzę!!

wtorek, 28 lipca 2009

O Chrzcinach Malwinki

(kliknij na zaproszenie jeśli chcesz oglądać resztę zdjęć)

U nas impreza za imprezą. Najpierw moje urodziny, ślub rodziców, teraz był chrzest Malwinki, a przed nami urodzinki Mikiego. Jednym słowem - BYWAM NA SALONACH (no i zrobiły się trzy słowa).
W sobotę wróciłyśmy z mamą z Krakowa. Przywiózł nas wujek Bartek i jego kolega. Musieliśmy jechać dwoma samochodami, tyle miałyśmy bagażu. Jakby był tatuś to w naszym autku zmieściłoby się wszystko... Wujkom należą się wielkie podziękowania, więc w imieniu całej naszej legalnej rodzinki serdeczne "Bóg zapłać...".
W niedzielę, w Hutkach odbyła się uroczystość Malwiniaka. Młodą wystroili jak na bal. Pięknie jej w bieli. Ja też miałam przepiękną sukienkę, ale niezbyt wygodną i niepraktyczną do zabawy. Biedna Malwinka musiała wysiedzieć w kościele ponad godzinkę, ja się urwałam po 5 minutach. Ileż można siedzieć w ławce?? Moja nowa koleżanka Zuzia też była tego samego zdania. Później to już było tylko lepiej, bo w sali w restauracji było dużo miejsca na zabawę i chodzenie. Starsze dzieciaki nawet się ganiały, ale ja to jeszcze jestem za mała (jeszcze im kiedyś pokażę). Malwinka dzielnie zniosła imprezę, chociaż ona jest jeszcze taka mała, że tylko leży i trochę siedzi (ale to przecież straszne nudy, coś o tym wiem).
Po niedzieli przyszedł poniedziałek, wtorek i zaczęła się zwykła codzienność. Z niecierpliwością czekam na sobotę. Po pierwsze będzie piracka, urodzinowa imprezka Mikołaja i wróci mój tatuś :).

Od mamy:
Ponieważ nie mamy dostępu do zdjęć z chrzcin Malwinki dziś będą tylko niepublikowane wcześniej zdjęcia ze Ślubu wykonane przez w. Marcina K.. Dzięki wujek...

wtorek, 21 lipca 2009

Kraków

(zdjęcia z pobytu w KRK i STW)

Pobyt w Krakowie pomału dobiega końca. Bardzo lubię tu być, bo tu jest PIBA. To jest mój ukochany piesek, ostatnio nawet jadam z jej miski. Mamie się to nie podoba, ale jak tylko się odwraca to ja coś podkradam z pibowej michy. No i jest babcia, która lubi chodzić ze mną po schodach (mamie szybko nudzi się ta zabawa i zaraz wymyśla, że musimy gdzieś iść). Mama mówi, że zrobiłam szalone postępy w chodzeniu. Bardzo lubię sama spacerować. Czasami mam problemy z zawracaniem i hamowaniem, ale i z tym radzę sobie lepiej z każdym dniem.
Dużo wędrujemy, bo jest piękna wakacyjna pogoda. Pierwszy raz jeździłam autobusami MPK. Nie było tak strasznie, ale nie ma jak autkiem z tatą. Mama zabrała mnie też do fotografa, który zrobił mi smutne zdjęcie do paszportu. Byłam też w Tyńcu, na Wawelu, w parku Jordana, ZOO. Pojechaliśmy nawet do Stalowej Woli do prababć. Wszystko fajnie, ale i tak tęsknie już za domkiem i trochę za tatą.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Ślub Rodziców - 9 lipiec 2009

(więcej zdjęć po kliknięciu fotki)
W życiu naszej rodziny miało miejsce bardzo ważne wydarzenie. Ja byłam wtajemniczona od samego początku, ale szczerze mówiąc nie bardzo wiedziałam, o co chodzi. Niby byłam już na dwóch ślubach, ale to jak byłam w brzuszku u mamy, więc niewiele pamiętam.
Zaczęło się 8 lipca. Wieczorem przyjechali pierwsi goście i było straszne zamieszanie, nawet jak już usnęłam to w domu było jeszcze długo głośno. Rano było spokojnie, ale z każdą godziną było czuć, że coś się kroi. Wszystkie obecne panie wystroiły się, nawet ja miałam odświętną sukienkę. Panowie do ostatniej chwili nie zdradzali emocji i zachowali stoicki spokój. Po 12 wszyscy byli gotowi i zaczęło się...
Przed urzędem stanu cywilnego (w Częstochowie) czekali zaproszeni goście. "Pałac ślubów" z zewnątrz raczej nie przyciąga uwagi, ale trzeba przyznać, że w środku jest dość uroczyście. Weszliśmy do ogromnej sali. Pan grał na organach. Chciałam nawet potańczyć, ale podobno nie wypada. Do sali wkroczyła pani w sutannie i łańcuchem. Wszyscy zajęli miejsca, oprócz mamy. Gdy przywołali ją do porządku zaczęła się uroczystość. Najpierw kilka mądrych zdań powiedziała pani z wielkim łańcuchem u szyi. Później rodzice powtarzali słowa przysięgi. Mama powstrzymywała się przed wybuchem śmiechu. Rodzice nałożyli sobie obrączki, podpisali papiery i już było po wszystkim. Były łzy wzruszenia i radość. Rodzice dostali dużo apsików i życzeń pomyślności na nowej drodze życia. Staliśmy się legalną rodziną. Po uroczystym obiedzie bawiliśmy się jeszcze u babci i dziadka. Wychodziłam się za wszystkie czasy, ale mi się później spałooooooo....

Od mamy:
Zdjęć na razie tyle. Liczymy, że jeszcze je uzupełnimy o zdjęcia fotografa M.K..
Wszystkim bardzo dziękujemy...

piątek, 10 lipca 2009

(kliknij by zobaczyć więcej zdjęć)

7 LIPIEC
W poszukiwaniu zaginionego zamku...
Tym razem wybraliśmy się do Ostrężnika. Mieliśmy tam podziwiać jaskinię, ruiny zamku i zrobić sobie miły spacerek po lesie. Jaskinię znaleźliśmy bardzo szybko, niestety zamek przepadł jak kamień w wodę. Chodziliśmy i szukaliśmy... Z mapy wynikało, że znajduje się on tuż obok jaskini. Jakąś godzinę później okazało się, że mapa nie kłamie. Zaginiony zamek znajdował się nad jaskinią. Mama sobie przypomniała, że jak okrążaliśmy wzniesienie, w którym jest jaskinia to widziała schodki (to nie te na zdjęciu, ale bardzo podobne). Nie dało jej to do myślenia... Kiepski z niej byłby detektyw. Na szczęście tata znalazł pozostałości murów zamku i cel został osiągnięty. Na dalszy spacer brakło już czasu ponieważ czekała mnie jeszcze jedna wizyta. Niestety nie była ona przyjemna. Rodzice wzięli mnie do pani doktor na szczepienie. Strasznie mnie bolało i ja już tam więcej nie chcę iść :(

Od mamy:
Za radą jednego z głównych domowych informatyków wprowadzono jedną małą zmianę. Teraz nie trzeba być zalogowanym by pozostawić komentarz. Przynajmniej tak mi się wydaje.

sobota, 4 lipca 2009

(oczywiście jest więcej zdjęć, wystarczy kliknąć fotkę)

Oj Oglądalski, Oglądalski... Trzeba było być na imprezie, a nie poganiać mnie. Mam już roczek i coraz więcej na głowie. Jest tyle ciekawych rzeczy, a nie tylko komputer i internet.
Muszę przyznać, że wczoraj zapomniałam, że obchodzę urodziny. Na szczęście rodzice i wszyscy goście pamiętali. Pewnych podejrzeń nabrałam rano, gdy w dużym pokoju na ścianach wisiały balony i serpentyny. Bardzo mi się to podobało, ale zupełnie nie widziałam po co to tata powiesił. Po śniadaniu wyruszyliśmy na spacerek, ale tak jest codziennie odkąd przestało padać. Później wróciliśmy na obiadek do domku i zaczęli schodzić się goście: prababcia Dzidzia, babcia Ania, dziadek Marek, ciocia Kasia i wujek Marcin, Mikołaj, Malwinka, moi rodzice i Ja. Gdy już wszyscy się zjawili, wniesiono tort i kazali mi dmuchać świeczkę. Nie wiedziałam jak to się robi (bo tylko dmucham czasami zupkę, ale jak mama podstawia mi łyżeczkę do dmuchania to od razu zapominam, że jest ciepłe i zjadam). Mama trochę mi musiała pomóc i udało się. Jak wszyscy mi śpiewali STO LAT to już coś podejrzewałam, że to chodzi o urodzinki. Mikołaj już ma przećwiczone zdmuchiwanie świeczek, ciekawe jak sobie poradzi w sierpniu z pięcioma? Później już tylko jedliśmy, bawiliśmy się klockami i dużo się śmialiśmy. Impreza była gorąca, bo i pogoda dopisała tego dnia, a zachodnie okna podnosiły temperaturę.
Tego dnia wydarzyła się też bardzo ważna rzecz. Na porannym spacerku postanowiłam się wyrwać mamie i zrobiłam sama trzy kroczki. Jak byliśmy w Krakowie też już próbowałam, ale 3 lipca zdecydowanie lepiej mi to wyszło. Na imprezie chwaliłam się moim nowym osiągnięciem, wszyscy byli zachwyceni.
Dziś w ramach prezentu urodzinowego od moich rodziców poszliśmy do MINI ZOO. Och jak tam jest fajnie. Jest tyle zwierzątek o których mam książeczki. Widziałam osiołka, konika, owieczki, kózki, świnki, kurki, koguty, kaczki, gęsi, nutrie, kotki i to chyba wszystko. Mogłam je dotykać, a na osiołku nawet posiedzieć. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się tam wybierzemy.

Ponieważ nareszcie jest istnie wakacyjna pogoda, rozpoczęliśmy sezon kąpieli. Najpierw pojechaliśmy do Kamyka nad niewielki zalew. Ja tam bym mogła długo się bawić w piachu i pluskać w wodzie, niestety rodzice wytrzymali tylko 2 godzinki. Zafundowali mi również kąpiel w wanience na balkonie, a z okazji urodzin dostałam basenik, który dziś ochrzciłam kupką ;). FOTKI

wtorek, 30 czerwca 2009

(zdjęcia z Krakowa, ale nie tylko)

Na początku mojego posta zwrócę się do Oglądalskiego. Nie wiem czy zauważyłeś, ale zaczęły się wakacje. Nawet takie małe dziewczynki jak JA wiedzą, że wtedy jest czas urlopów. Ja właśnie z takiego urlopu wróciłam. Byłam w Krakowie u babci, cioci i Piby. W zasadzie większość czasu padał deszcz, więc moje relacje mogłyby się ograniczyć do: pada, nie pada, pada, nie pada. Na szczęście było kilka takich chwil, że mogłam spacerować. Pierwszy raz byłam na krakowskim rynku i bardzo mi się tam podobało. Goniłam gołąbki, koniki i wąchałam kwiatuszki. Muszę przyznać, że odkąd dostałam nowe buciki to polubiłam chodzenie i raczkowanie zaczyna mnie nudzić. Boję się jeszcze chodzić sama, więc spaceruję za rączki z rodzicami (czasami za jedną). Ja bym tak mogła bez końca tylko oni czasem marudzą, że kręgosłup ich boli itd.... Byłam też dwa razy u koników (w stajni koło mojej babci). Ale one są śmieszne! Okazało się, że wydają one znacznie więcej dźwięków niż tylko "iiiha". Byłam też z rodzicami u cioci i wujka Wę i był jeszcze jeden wujek. Wujki strasznie się krzywili, gdy zrobiłam kilka kupek. Oni chyba myśleli, że kupki pachną, ale to chyba tylko ich... Cioci to nie przeszkadzało, no ale ciocie z reguły są dzielniejsze. W ostatnią niedzielę odbył się piknik lotnictwa. Przyjechała do nas rodzinka Kołków i razem wędrowaliśmy po płycie lotniska. Wtedy pogoda zaskoczyła wszystkich. Po wielu dniach niepogody, deszczu i burz wyszło słońce i grzało niemiłosiernie. Muszę powiedzieć, że Malwinka strasznie urosła i jest coraz fajniejsza i czasami gada więcej ode mnie (ale nic nie rozumiem). Jeszcze parę miesięcy i będę mogła się z nią bawić. Miki natomiast jest bardzo dzielny, bo cały piknik chodził na nogach i nawet na chwilkę nie chciał skorzystać z mojego wózka. Ja to pod koniec byłam juz tak zmęczona, że usnęłam i nawet ryki silników startujących samolotów mnie nie obudziły (Malwinki z resztą też).
Szkoda, że finał ten imprezy był taki katastroficzny :(
Teraz jesteśmy w domku i bardzo się z tego cieszę, bo już trochę się stęskniłam... Dziś zrobilismy sobie spacerek po Sokolich Górach. Trochę mnie to zmęczyło, ale i tak byłam zadowolona.

PS. Muszę poskarżyć się na Pibę. Raz podzieliłam się z nią moim ciasteczkiem i od tamtej chwili ona mnie bardziej lubi i nie udaje, że mnie nie ma. Niestety później już zawsze towarzyszyła mi przy jedzeniu i czasami mi zabierała z rączki....

niedziela, 14 czerwca 2009

W naszym domku zamieszkały dwa nowe stworzenia : kot - Bazyl i pies - Oregon. Dla mnie Oregon to i tak Piba a kot to po prostu kicia. Z początku bałam się ich trochę, ale teraz nie boję się już ani ani. W sobotę odwiedził nas dziadek Janusz, ale zapomniał wziąć ze sobą ładną pogodę. Pół dnia lało, a przez kolejną część było brzydko. Na szczęście udało nam się trochę pospacerować. W szybkim tempie pokazaliśmy mu atrakcje Janowa. Następnym razem bez słonecznej pogody nie przyjmujemy...
Dziś odwiedziliśmy ciocię Irenę i wujka Łukasza, była z nami ciocia Ania. Bardzo mi się podobało bo była ładna pogoda i tam jest taki fajny ogród. Mogłam sobie pospacerować. Po raz pierwszy puściłam się i chodziłam tylko za jedną rączkę. Tam była też taka duuuuża Piba, ale wszyscy wołali na nią Feta. Wygłaskałam ją bardzo, a jej się to chyba podobało. Moją Pibę i tak kocham najbardziej...
ZDJĘCIA

czwartek, 11 czerwca 2009

(więcej zdjęć)
PUSTYNIA SIEDLECKA
Dziś rodzice sprawili mi nie lada atrakcję. Zabrali mnie do mega ogromnej piaskownicy. Zapomnieli tylko o sprzęcie do kopania i formowania piasku, ale mi to do szczęście nie jest potrzebne. Mam przecież dwie rączki. Szkoda tylko, że byliśmy tak krótko. Ja bym jeszcze poprzesypywała trochę pasku.... Mama mówi, że po dzisiejszej wyprawie to mamy teraz własną piaskownicę w domu, ale ja myślę że nie ma racji.

środa, 10 czerwca 2009

(Kilka fotek)

Wariacje pogodowe zdominowały kolejny dzień. Rodzice na szczęście nie dali się i mimo deszczowych chmur zabrali mnie na wycieczkę. Znowu pojechaliśmy do Janowa. Tym razem zobaczyliśmy pałac Raczyńskich i dwór Krasińskich oraz Diabelskie Mosty. Wszystko udało się nam zwiedzić w przerwach między deszczami. Chociaż mostów nie widziałam, bo ich nie ma już od lat 60. XX wieku, a nazwa pozostała. Musimy jeszcze koniecznie odwiedzić jaskinię "Na Dupce". Legenda mówi, że wypierdział ją sam Pan Twardowski.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

(więcej zdjęć z weekendu po kliknięciu foty)

Weekend dobiegł końca, a i poniedziałek już za nami. Do kolejnego weekendu pozostało jedyne cztery dni. Ja w sumie liczyć nie muszę, bo każdy dzień jest inny i ciekawy, a jak jest słonecznie to już jestem przeszczęśliwa. Już wczoraj wiatr rozwiał chmury i nad Częstochową zawitało utęsknione słoneczko. Dziś mogliśmy posiedzieć w piaskownicy - tak bardzo mi tego brakowało.
W sobotę pojechaliśmy z rodzicami do Janowa na spacer. Chodziliśmy po lesie szukając Bramy Twardowskiego. Były tablice informacyjne, ale okazało się, że nikt nie zasugerował którym szlakiem należy się kierować... Tata włączył swój zmysł GPS (ale taki w 100% naturalny) i doprowadził nas do celu. Postanowiliśmy, że jeszcze kiedyś (niedługo) wrócimy do Janowa bo tam jest jeszcze wiele nieodkrytych przez nas zakamarków. Tego dnia niestety pogoda nas przegoniła i wróciliśmy szybko do domku. W niedziele odbyliśmy obowiązkową wycieczkę, aby Tata mógł oddać swój głos w głosowaniu do EuroParlamentu. To była moja pierwsza oficjalna wizyta w komisji wyborczej. Znowu uciekaliśmy przed deszczem. Popołudniu wyszło słonko i wyszliśmy na spacer. Odwiedziliśmy nową fontannę w III Alei. Ku naszemu zdziwieniu tryskała wodą. Wodotrysk jest bardzo ładny i jest niewątpliwą atrakcją. Stoi może półtora miesiąca i rzadko kiedy można być świadkiem tryskającej wody.Ponoć dysze się zatykają i jakiś bezpiecznik wywala. Cóż, Częstochowa to dobre miasto....

środa, 3 czerwca 2009

(jeszcze parę zdjęć z dzisiaj po kliknięciu)

Dziś specjalnie, dla tych którzy tu zaglądają w godzinach pracy (dla zabicia czasu). Ostatnio rodzice się obijali i zapomnieli mi robić zdjęcia. Po małej interwencji postanowili to zmienić i wyciągnęli biedny, zapomniany aparacik z szafy. No i strzelali mi znowu foty, a kiedy to ja będę mogła robić im (nie chcą dać mi aparatu nawet na chwilkę)? Ja jestem strasznie ciekawa nowinek technicznych tym bardziej, że siedzę ostatnio w domu. Pogoda nie dopisuje :(. Wczoraj udało nam się wyjść na spacer, ale później uciekaliśmy przed chmurami. Dziś było zbyt wietrznie i tak już od pięciu dni, albo deszcz, albo wiatr. W domu jest w sumie fajnie, bo jest dużo ciekawych rzeczy, ale ciągle słyszę "Nie", "nie wolno!!". Najbardziej podoba mi się w kuchni (ahhh te kurki od gazu). Zresztą ja to jestem chętna do pomocy (tylko rodzice jakoś tego nie doceniają). Lubię układać ubrania na podłodze, wszytko lubię tam kłaść. Nie wiem czemu rodzice mnie nazywają TSUNAMI.
Mam dużo ulubionych piosenek, zresztą ja bardzo lubię tańczyć. Oto link do jednej z "moich piosenek" - TU. Miłego słuchania ;).

środa, 27 maja 2009

(zdjęcia z wyjazdu i nie tylko, po kliknięciu)

WYPAD W GÓRY

Zaczęło się dość zwyczajnie, a skończyło... Jak to przed takim wyjazdem wstaliśmy trochę wcześniej niż zwykle (ale i tak za późno, jak się okazało). Do miejsca STARTU czyli Jaworek dotarliśmy ok 12 godziny. Po krótkich przygotowaniach (takich jak karmienie i przewijanie - JA w roli głównej) ruszyliśmy w góry. Rodzice celowo wybrali nie za długą, dosyć prostą trasę ponieważ mieli dość długą przerwę w wyprawach (jakieś 20 miesięcy ;) ). Pierwsze podejście było trudne, a najbardziej odczuł je tatuś który mnie niósł na plecach (w sumie jakieś 10 kg). Pogoda była wymarzona na taki górski spacerek. Pot prędko pojawił się na skroniach rodziców i szybko szukali schronienia w cieniu. Po pierwszej przerwie było już coraz łatwiej. Pomalutku dotarliśmy do pierwszego celu - schronisko pod DURBASZKĄ. Ja pod koniec usnęłam i przespałam cały odpoczynek. Obudziłam się gdy ruszaliśmy by osiągnąć grzbiet, którym skierowaliśmy się w stronę wąwozu HOMOLE. Przy słupkach granicznych zrobiliśmy przerwę na papu i rozprostowanie moich nóżek. Później szliśmy lasem, było kilka stromych podejść i zejść, ale tata sobie świetnie radził (pomimo zimowej kontuzji nogi). Kolejna przewa (obiadowa) była już koło bacówki. Tam podobało mi się najbardziej. Gdy mnie tylko rodzice wyciągneli z nosidełka i póścili to biegałam na czworakach gdzie mnie oczy poniosły. Widziałam krówki, koniki, pieski, a ludzie którzy nas mijali miło się do mnie usmiechali (na szlaku zwłaszcza). Gdy dotarliśmy do autka, a muszę dodać że ostatni odcinek pokonałam na plecach mamy, była prawie 18. Mama chciała zrobić niespodzinkę babci z okazji DNIA MAMY (ja zrobiłam swojej awansem dzień wcześniej) i przyjechać niespodzianie i niezapowiedzianie. Wszystko szło zgodnie z planem. Ja szybko usnęłam w autku, byłam taka zmęczona... Nagle tuż przed Myślenicami tata zatrzymał się na poboczu. Mama była zaskoczona, a ja jeszcze bardziej bo nie wiedziałam co sie dzieje. Okazało się, że mamy niezidentyfikowaną awarię. Po oględzinach i próbach dedukcji tata postanowił zadzwonić do swojego mentora w sprawach motoryzacji. Wujek Paweł próbował wywnioskować przez telefon co się mogło stać. W całym tym nieszczęściu okazało się, że on i ciocia Aga jedzie właśnie w rodzinne strony i są przed Myślenicami (ale z przeciwnej strony). Po 20 minutach wujek już grzebał pod maską naszego autka. Szybko wyciągnął zerwany pasek klinowy. Tata ( i my też) miał szczęście że zauważył że cos się dzieje bo nasza awaria mogła być dużo poważniejsza. Okazało się, że ani ciocia ani mama nie ma przy sobie rajstop, a te mogłyby nas wybawić szybko z opresji. Nie obyło się bez holowania na stację benzynową. Tam zakupiliśmy nową część, a biedny wujek jeszcze długo mordował się by ją założyć (bo dostęp do miejsca gdzie być powinna nie był zbyt prosty). Ja nie miałam czasu się nudzić ponieważ cocia Aga pokazywła mi misie na wystawie stacji i bawiła się ze mną. Dopiero po 21 juz miałam dość tej dziwnej przygody, ale i tak byłam dzielna i cierpliwa (tak mówi mama). Ok 22 wszystko działało i mogliśmy pojechac dalej, wtedy troszkę się popłakałam, ale szybko usnęłam. Nie na długo bo jakieś 30 minut później witałam się już z babcią, ciocią i moja kochaną Pibą. Bardzo byłam szczęśliwa, nawet trochę potańczyłyśmy z ciocią. Mama zrobiła mi pyszne mleczko, a później to oczka same mi się zamknęły. No i w rezultacie niespodzianka już nie była niespodziajką bo trzebabyło babci powiedzieć, że przyjedziemy i mamy małą usterkę. Dziś już wrócliśmy do domku, bo w Krakowie na Brackiej pada deszcz.
Drogą wyjaśnienia:
Na nosie mam strupki po innej mojej przygodzie. W skrucie obdarłam sobie nosek na dywanie, ale nic nie bolało...

OD RODZICÓW:
Jeszcze raz chcieliśmy podziękować naszym WYBAWCOM, a zwłaszcza wujkowi Pawłowi dzięki któremu tak szybko mogliśmy kontynuować naszą podróż.
WIELKIE DZIĘKI!!!!!!!!

czwartek, 21 maja 2009

(klikając udasz się do albumu pełnego zdjęć)

No tak, trochę się obijałam i widzę TU spore zaległości. Skoro nikt się nie upomina to widocznie nie muszę się spinać ;). Celem uzupełnienia ostatnich wydarzeń, COFAMY się w czasie:

-1- Majowy weekend
- Tata już tradycyjnie 1 maja wyjechał do pracy. Nie byłyśmy z mamą zbyt długo same bo przyjechała do nas ciocia Karina z Debrusią (z pieskiem, gdyby ktoś myślał że to jakaś koleżanka, bo i tacy byli). Nauczyłam się wtedy wielu nowych rzeczy m.in. wiem co znaczy PICIU i gdy zawołam "pisiu pisiu" moje pragnienie zostanie ugaszone. Oczywiście umiem też wołać DEBRE - "bebera", "jebra", a najczęściej to mi wychodzi "Piba". Teraz czasem mylą mi się pieski z kotkami, a czasami nawet z gołąbkami :/.
Później był ten spacer, z którego zdjęcia są w poprzednim poście.

- 2 - Wyjazd do Stalowej -
8 maja przyjechał do nas dziadek Janusz i ciocia Karina. Zabrali mnie i mamę do Stalowej Woli na komunię Kacperka. Mama jest jego mamą chrzestną. Tata niestety nie dał rady z nami być. W niedzielę wszyscy się wystroili i poszliśmy do kościółka, gdzie odbywała się uroczystość. Nasz mały komunista miał odświętny, elegancki strój. Całą mszę stałyśmy na polku (albo dworze - jak kto woli ;) ), bo do kościoła nie dało się wejść - tak duuuużo było ludzi. Pogoda tego dnia była bardzo piękna, więc mogłam sobie spacerować z mamą i ciocią na zmianę. Później była imprezka, której bohaterem był oczywiście Kacperek. W domku było tak strasznie ciepło, że Kacper i Ja szybko pozbyliśmy się naszych oficjalnych strojów. Podsumowując pobyt w Stalówce był udany, a główny cel wizyty wypalił. Kacper miał dużo powodów do radości bo specjalnie dla niego do Polski przyjechał jego tatuś i babcia Ania no i oczywiście JA (ale tylko z Częstochowy).

- 3 - Wizyta u babci Krysi -
Pobyt w Krakowie zaczął się niefajnie, ponieważ dopadła mnie czterodniowa trzydniówka. Miałam gorączkę i musiałam siedzieć w domku. Dopiero w piątek wyszłam na spacerek. W sobotę przyjechał tatuś i było jeszcze superowiej niż wcześniej. Tylko, że on przywiózł katar dla mnie :(. Ja go później dałam mamie i takim sposobem wszyscy kichamy i smarkamy. Rodzice mieli ambitny plan zabrać mnie w góry, ale i katar i wcześniejsza trzydniówka i zmienna pogoda zmusiła ich do zmiany tych planów. Skończyło się na wycieczce do ogrodu botanicznego. Bardzo mi się tam podobało...

Teraz jesteśmy już w domku, a za oknem pada deszcz (dobrze, że rano odwiedziliśmy piaskownicę).

poniedziałek, 4 maja 2009

Dziś tylko przepiękne zdjęcia, które zrobił wujek Marcin podczas niedzielnego spacerku (jeszcze raz wielkie dzięki). FOTY

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

WAKACJE


(kliknij by oglądnąć nasze fotki)
Właśnie wróciliśmy z moich pierwszych wakacji (mimo, że to dopiero kwiecień). Podróż była daleka, a rodzice postarali się żeby nie brakowało mi atrakcji. Ja starałam się być grzeczna, ale gdy w grę wchodził wózek to czasami wyrażałam swoją opinię o nim dość dosadnie (tylko czemu rodzice nie chcą mnie zrozumieć??). Pierwszym punktem naszej wyprawy był Toruń. Spacerowaliśmy po starówce, nad Wisłą, byliśmy także w ZOO i skansenie. Wybraliśmy się też na wycieczkę do Ciechocinka, gdzie oglądaliśmy tężnie. Najbardziej jednak podobało mi się w hotelu, ponieważ mogłam się podciągać i stawać sama koło łóżek (i nie zahaczałam o nic głową, jak w domku). W sumie i w zoo było fajnie, bo zwierzątka wydają śmieszne dźwięki (mogłam pogadać z papugami i kozami), a surykatki są takie zabawne. Skansen, cóż skansen...??? Stare domki i stodoły, ale narzekać nie mogę, bo wspinaczka po drabinie i chowanie się za muchomorkiem było niezłe. W Ciechocinku było fajnie, bo była trawa, a ja zdecydowanie lubię wyrywać trawkę. Kolejnym etapem wakacji była wizyta u cioci Ani i wujka Grześka w Gdańsku. Tam to było dopiero super, tyle ciekawych rzeczy (szkoda tylko, że ciągle było "zostaw", "nie ruszaj", zwłaszcza gdy chciałam pobawić się rowerami). Byliśmy na plaży gdzie tata zbudował mi zamek. Do tego miejsca mam jedno zastrzeżenie i chodzi mi o piasek. Raczkowanie po nim wydaje mi się niemożliwe :(. Bo nie lubię jak moje rączki się zapadają... Kolejne miejsca jakie odwiedziłam to MOLO w Sopocie - tam to można spacerować na czworaka (tylko czy mama dopierze moje ubranko to już nie wnikam). Trochę wiało do oczek, ale taki wietrzyk mi już nie straszny. Później pojechaliśmy z ciocią i wujkiem do ZOO. To dopiero było ZOO. Chodziliśmy i chodziliśmy i końca nie było widać. Były słonie, żyrafy, małpki, pingwiny, zebry, wielbłądy i dużo, dużo innych zwierzątek. Bardzo byłam zmęczona po tej wyprawie, w samochodzie zasnęłam zanim wyjechaliśmy z parkingu. Okazało się, że taki spacer może wykończyć również dorosłych ;). Ostatniego dnia, w niedzielę pojechaliśmy do Szymbarku. Tam jest taki "SKANSEN" gdzie jest dom, który stoi na dachu, najdłuższa deska na świecie i coś co wg mamy i taty nie pasuje do całości. Jest tam dom SYBIRAKA, pociąg którym byli wywożeni ludzie, w sumie taki kącik pamięci. I nijak nie pasuje do tych dość zabawnych elementów. Ponieważ pojechaliśmy tam w niedziele i do tego była piękna pogoda, to było dość tłoczno. Rodzice postanowili, że wezmą mnie tym razem w nosidle i to był strzał w dziesiątkę. Później pojechaliśmy do Żukowa. Tam odbywał się bieg przełajowy, w którym startowali wujek i ciocia. Zapomniałam dodać, że oni są dość zakręceni. Zwłaszcza wujek, który zimą kąpie się w morzu i w przeręblu na jeziorze. Po kibicowaniu pojechaliśmy pożegnać się z morzem, a wieczorem wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Ja prawie cały czas spałam. Nasze kwietniowe wakacje dobiegły końca...

niedziela, 19 kwietnia 2009

(Znajdź mnie na zdjęciu i kliknij, a zobaczysz więcej fotek)
Dziś króciutko, chociaż jak zwykle można by się rozpisywać. Odwiedzili nas ciocie i wujki z Krakowa. Na początku średnio mi się podobało bo bałam się, że popsują moje zabawki. Później okazało się, że są OK i umieją się bawić. Z wujem Wę to nawet stworzyliśmy pianinowy duet. Wczoraj wybraliśmy się na wieżę na Jasnej Górze, ja jak zwykle nie dotrwałam i usnęłam po drodze. Jak wróciliśmy do domku to się bawiliśmy moimi zabawkami. Wujkom przypadły do gustu klocki, trochę narzekali, że nie mam kolejki... Dziś wybraliśmy się do Olsztyna na zamek. Ja od rana jestem lekko rozdrażniona, chyba idą mi kolejne zęby (a mam już całe 6). Nawet chciałam wziąć coś przeciw bólowego, ale ciocia Aga nie chciała się podzielić (to ciągle narzekałam). Ehh samym zamkiem to jestem rozczarowana, bo niewiele z niego zostało. Dobrze, że była ładna pogoda to wszyscy byli zadowoleni. Pozrywałam troszeczkę kwiatuszków, zjadłam jabłuszko i w końcu usnęłam na rączkach u mamy. Gdy się obudziłam wszyscy tradycyjnie się objadali (to już chyba taka tradycja)... Ahhh... Później było dużo motorów bo dziś było oficjalne rozpoczęcie sezonu na Jasnej Górze, strasznie hałasowały. No i później to już robiliśmy "PAPAPA" i wszyscy pojechali, ale mamy się spotkać kiedyś w Ogrodzieńcu. Trzymamy WSZYSTKCH za słowo i zapraszamy do nas ponownie (bo było nam bardzo miło).

piątek, 17 kwietnia 2009

(Więcej zdjęć po kliknięciu na fotę)

Dziś rodzice wpadli na szatański pomysł. Postanowili zorganizować krótką wyprawę w Sokole Góry. Plan był niezły, ekwipunek przygotowany tylko nie wiadomo było co z tą pogodą. Niby ciepło, trochę wietrznie (więc raz słonko, raz chmurki). "Raz kozie śmierć..." i ruszyliśmy. Zaczęło się miło i przyjemnie, nosidełko pomikołajowe bardzo mi odpowiada (do tego ten las i nowe zapachy). Weszliśmy na górę "GIEWONT Częstochowski", a tam wiało jak w kieleckiem więc nie mogliśmy się nacieszyć naturą. Parę fotek i w drogę... Ja się trochę bałam tego wiatru, aż mi buzię wykrzywiało i oczka wywijało do środeczka ;). "No to uciekamy..." zarządziła mama. Po paru krokach okazało się że zaczyna kropić. Ja to już się bałam przeokropnie jak leciały łezki z nieba. Mama starała się mnie osłonić kocykiem, ale ja musiałam wszystko widzieć. Zapadła kolejna decyzja, tata biegnie do auta, a ja z mamą dreptamy ile mama ma sił. Gdy doszłyśmy do drogi wiatr na chwilkę ustał, a i deszczyk gdzieś zapomniał że chciał padać. Kierowcy dziwnie patrzyli mijając nas, a Ja już miałam całkiem niezły humorek. Mama miała coraz dłuższe ręce, niemal do samej ziemi, ale dzielnie mnie nadal niosła. Nadjechał tatuś i wszystko dobrze się skończyło... To była moja pierwsza przygoda z DESZCZEM ;).

czwartek, 16 kwietnia 2009

Dziś nie będzie o mnie, a troszkę o moim tatusiu i jego pracy. Chociaż nie będę pisała o technicznej stronie jego obowiązków bo za mało o tym wiem i pewnie nie wiele byście z tego zrozumieli. Pokażę wam za to w jakich pięknych miejscach on bywa. Nie każdy ma szczęście, aby jego biuro przemieszczało się po całej Polsce i do tego żeby "ukrywało" się w takich zakamarkach. No może już nie będę się rozpisywać tylko WAM pokażę. KLIKNIJ by zobaczyć zdjęcia (oprócz zdjęć z Polski są również zdjęcia z Francji, ze szkolenia).

środa, 15 kwietnia 2009

(klikając na zdjęcie z JAJAMI więcej zdjęć)
WIELKANOC
Święta, święta i parę kilo przybyło. Na szczęście nie mi ale moim rodzicom i całej objadającej się reszcie. Jak by się tak zastanowić to najwięcej czasu spędziliśmy przy stole. Niestety pogoda w Stalowej Woli nam nie dopisała. Sobota przywitała nas pięknym słonkiem, ale i wiaterkiem, dając nadzieję na ładne Święta. Rano poświęciliśmy koszyczek na Jasnej Górze i wyruszyliśmy do Stalówki. Rodzice jeszcze w sobotę pojechali do Radomyśla nad Sanem na tzw. Turki (o nich będzie niżej). Bardzo im się podobało, na szczęście mnie nie wzięli bo ja bym na pewno tak długo nie wytrzymała na polku (tym bardziej że było zimno i głośno). W niedziele śniadanko, obiadek, deserek i w między czasie przekąski. Ja w tym procederze mało uczestniczyłam, ale wszyscy chętnie sięgali po różne smakołyki. Czasami coś mi się dostało, ale jak dla mnie to za mało :/. W poniedziałek popołudniu wyruszyliśmy do Rudnika i tam mimo nieciekawej pogody trochę pobawiliśmy się w ogrodzie, a i w domu było fajnie bo było dużo dzieci (a ja lubię małych człowieków). No i w ogóle można by tu dużo pisać o tych Świętach bo przecież było tyle babć (pra i nie tylko), cioć, wujków no i często byłam w centrum uwagi (nie powiem, ale bardzo lubię). No i bardzo ważna rzecz, bardzo lubię chodzić na place zabaw. Z resztą już nie potrafię usiedzieć na miejscu. Próbuję wstawać, chodzić bo raczkowanie to już zaczyna być nuda. Muszę jeszcze trochę potrenować, ale rodzice muszą mieć się na baczności...

Parę zdań o TURKACH:
"Po ogłoszeniu przez króla Jan III Sobieskiego wyprawy wojennej - a wszystkie miasta polskie w owym czasie miały obowiązek wystawiania kontyngentu piechoty – pułkownik husarii, właściciel Radomyśla, Rachowa i Gorzyczan: Nikodem Żaboklicki dołączył do królewskich żołnierzy, zasilając swymi zaciągami ochotników szeregi polskiej piechoty. We wrześniu 1683 roku Wiedeń został ocalony. Król polski stanął na czele Europy katolickiej i cywilizacji łacińskiej. Wymęczone Wojsko Polskie, po długim, pośpiesznym pochodzie, po bitwie porzuciło swoje obszarpane ubiory i ubrało się w odzież pokonanego nieprzyjaciela. Radomyślanie, do obowiązku których należało organizowanie lecznic polowych, zajmowanie się pochówkiem poległych oraz pakowanie bogatych zdobyczy - pozostali dłużej pod Wiedniem i do rodzinnego miasteczka dotarli dopiero w Wielki Piątek w 1684 roku. Weszli w czasie nabożeństwa do kościoła parafialnego, uzbrojeni w oręż zdobyty na Turkach, w zdobycznych tureckich mundurach i zaciągnęli straż przed Grobem Pana Jezusa, składając podziękowanie za szczęśliwy powrót. Od powrotu z wyprawy pod Wiedeń radomyscy żołnierze, nazywani „Turkami”, trzymali co roku straż przy Grobie Pana Jezusa w zdobycznych, egzotycznych strojach. Zwyczaj ten utrzymał się do dnia dzisiejszego obrastając przez następne wieki w specyficzną obrzędowość."
"Skład drużyny „Turków” jest od wieków niezmienny. Na czele stoi „basza”, który ma czterech adiutantów, tzw. „kogutów”. Do obowiązków kwatermistrza, czyli „dordy” należy zbieranie do swej manierki rozmaitych trunków, które po zmieszaniu tworzą „napój turecki”, chętnie degustowany przez przechodniów. Ponadto w skład oddziału wchodzą „doktorzy” – specjaliści od figlów i żartów oraz zwiadowcy oraz szeregowi żołnierze. "
"Paradna musztra i barwne stroje to ważne akcenty owych niezwykłych obrzędów, jednakże najważniejszy sens Straży Grobowej to udział w liturgii Wielkiego Tygodnia. „Armia” W Wielki Piątek - jak niegdyś żołnierze Jana III Sobieskiego - wkracza podczas liturgii do kościana, a dwóch żołnierzy z szablami zaciąga wartę przy Grobie. Po poświęceniu ognia w Wielką Sobotę, kiedy kapłan intonuje radosne Alleluja, rozlega się „Gloria” zagrane przez orkiestrę oraz dźwięk dzwonów. „Armia” wraz orkiestrą, a także z okolicznymi mieszkańcami oraz licznie odwiedzającymi w okresie świąt gośćmi udaje się na „Mały Rynek”. Przewiązany żałobnym kirem sztandar „Armii Tureckiej” zostaje rozwiązany, a wszechobecne wybuchy petard, moździerzy oraz zimnych ogni są wyrazem wielkiej radości. Późnym wieczorem miasteczko cichnie, lecz nie na długo. Tuz po północy w noc Zmartwychwstania Pańskiego „Turki” oraz z orkiestrą, której tradycje sięgają czasów rodu Sieneńskich, założycieli Radomyśla, rozpoczynają „Pobudkę”, stojąc pod każdym z domów tak długo, aż domownik nie zaświeci światła na znak, że wstał. Parady i uroczyste defilady odbywają się jeszcze w Niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny, tuż po odwiedzeniu każdego domostwa i i złożeniu rymowanych życzeń świątecznych przez „Turków”."
(Informacje pochodzą ze strony:
http://www.radomysl.pl/asp/start.asp?page=pl_turki&dzial=Kultura&tytul=Turki)

środa, 8 kwietnia 2009

Od mamy:
To jest ostatni filmik przed Świętami. Jest on o próbach wstawania Majki, o tym jak mówi
FILMIK

niedziela, 5 kwietnia 2009

Za nami kolejny intensywny dzień. Mogę jedynie ponarzekać na pogodę, trochę za mało było słoneczka. Wybraliśmy się całą paczką na obiad pod Częstochowę, tak jak reszta mieszkańców tego uroczego ;) miasta. Duuużo czasu spędziliśmy w restauracji w oczekiwaniu na wszystko, poza rachunkiem. W sumie wszystkim smakowało więc pewnie było warto. Oczywiście Ja i Malwinka nic nie dostałyśmy i gdzie tu sprawiedliwość?? Dobrze, że chociaż nie było nudno. Każdy trochę mnie ponosił i to mi się podobało. No i Mikołaj miał fajne klocki, ale nie mogłam się nimi bawić bo to była jego flota. Za to dostałam dużo fajniejszą zabawkę, bransoletkę cioci (pyszna sprawa). Mój kuzyn bardzo dużo mówi, ja tak jeszcze nie potrafię, ale czasami piszczymy sobie na zmianę (to taki nasz język, nikt inny tego nie rozumie). Co do mojej kuzynki - Malwinki, no coż ona to tylko by spała. Jej to by nie obudził nawet wybuch z armaty. Jedyne co ją jest wstanie obudzić to głód (nawet ten mały), ahhh i jeszcze jedna rzecz, ale o tym ciiii bo to śmierdząca sprawa. Trzeba jej przyznać, że już całkiem urosła i zaczyna wyglądać jak ludź (bo wcześniej to była "małą kosmitką"- tak mówił wujek). No i jeszcze jedna ważna rzecz, jak się zje 5 tik taków, to oddech może jest i świeży, ale człowiek ma ochotę na .... (tego nie napiszę bo to mogłoby zniesmaczyć). Bo tak naprawdę to reklamy kłamią, nie tylko w prima aprilis. Jak dobrze jest mieć starszego kuzyna można tyle się dowiedzieć. Nie wspomniałam, że byli też z nami babcia i dziadek. Dziadek obiecał, że da dużego skwarka i nie dał ( a mi ślinka kapała). Babcia za to zwiedzała ze mną zakamarki ogródka restauracji i rozśmieszała (jak to zwykle babcia). I jeszcze byliśmy nad dużą wodą, to chyba był ocean. Tam mi się nie podobało.

sobota, 4 kwietnia 2009

(kliknij na kiełbasy by zobaczyć więcej)
Dziś był bardzo wyczerpujący dzień. Byłam na dwóch długich spacerkach. Przedpołudniem chodziłyśmy z mamą po targach Świątecznych w III Alei. Mi się troszkę nudziło, ale byłam bardzo cierpliwa. W rezultacie mamie udało się kupić parę rzeczy do koszyczka :). Najbardziej podobał mi się zajączek, chociaż baranek z marcepana pewnie by był lepszy (ale mama mi nie dała). Jak już wszystko oglądnęłyśmy to ruszyłyśmy do parku :). Tam znalazłyśmy schronienie w cieniu. Bo dziś było baaaaaardzo ciepło. Posiedziałyśmy na ławeczce, a później jak wracałyśmy to usnęłam (tak kołysało, słoneczko świeciło, cieplutko mi było...). Później zadzwoniła ciocia Kasia i namówiła mamę na kolejny spacer. No, a podobno jak jest taka pogoda to szkoda siedzieć w domu (więc wiadomo jak to się skończyło). Tym razem udaliśmy się na plac zabaw, a tam było tyyyyle dzieci. Mama to by siedziała na ławce, ale ja nie umiem sama chodzić więc musiała ze mną zwiedzać drabinki i zakamarki placu. Najbardziej podobała mi się zjeżdżalnia. Najpierw mama ze mną zjeżdżała (dzieci dziwnie się na nią patrzyły, dobrze że nie jest duża to się w oczy nie rzucała). Później mama przypomniała sobie, że ja też mam pupę i w sumie mogę się na niej ślizgać. Jak tata wróci z pracy to mu pokażę jaka jestem już dzielna :). Mikołaj to ma fajnie bo już jest taki duży i tyle potrafi. Bo on chodzi do przedszkola i się zna na wielu rzeczach. I jak już będzie dorosły i będzie maił 10 lat to będzie umiał jeszcze więcej.
Co było później to już pisać nie będę, bo powiem tylko tyle, że gdyby nie to że wujek mnie nosił na rękach to byłoby do bani. No i na koniec znowu usnęłam w wózeczku (ostatnio tak mam). KONIEC

środa, 1 kwietnia 2009

(więcej ujęć po kliknięciu)
Wiosna, wiosna, wiosna... O jak cudownie się spaceruje gdy jest tak cieplutko i zaczyna się robić kolorowo :). Dziś tak na ząbek WIOSNA w PARKU.

wtorek, 31 marca 2009

(klikając fotkę zobaczysz więcej zdjęć)
Nooo i wiosna całą gębą. Chyba wszyscy już się stęsknili :). Dziś było pięknie, ale bez szaleństw, a niektórzy wskoczyli już w letnie stroje (rybaczki, prawie sandałki -> takie elementy garderoby można było dziś spotkać w Częstochowie). Jeśli to jest sposób na wygonienie zimy, to niech im będzie. Nawet mama wyciągnęła dziś dla mnie cieńszy kombinezon (mogłaby coś z tą czapą zrobić...), który okazał się już nieco za mały. Dlatego mama wcisnęła mi coś bardzo dziwnego na stopy, ciągle mi to COŚ spadało i paluszki mi marzły. Chyba czas pomyśleć o zmianie garderoby?? Wracając do tematu, dziś piewszy raz byłam na placu zabaw. Mama mi pokazała huśtawki, drabinki, zjeżdżalnie... Nawet sama się huśtałam. Trochę pomarudziłam, jakaś taka rozdrażniona byłam cały dzień (to pewnie to ciśnienie). W domu czekała na nas paczka od babci Krysi. A tam ubranka - dzięki babciu!!. Niektóre były za małe (bo ja bardzo urosłam), więc mama próbowała je odrazu spakować do kartonu. Dużo jej to zajęło czasu, bo co ona włożyła to ja wyciągnęłam. No i tak nam zleciał dzionek cały...

sobota, 28 marca 2009

Dziś oficjalnie uznajemy, że wiosna nadeszła (albo jest bliżej niż wczoraj ;) ). W końcu udało nam się wyjść na spacer. Do tej pory mieliśmy 2 przeszkody. Pierwsza to taka, że z pogodą było różnie. Druga to taka, że kupno wózka nie jest proste. Rodzice nie doczekali się na wymarzony model i kolor. Nawet u producenta (tuż koło Częstochowy) powiedzieli "będzie za tydzień". Pewnie dlatego, że musi przyjechać z CHIN. Rodzice się wkurzyli i kupili inny u Polskiej konkurencji (też z CHIN). Bo przecież ile można czekać na odpowiedni kolor (bo 2 tygodnie to lekka przesada)?? No i podjęli słuszną decyzję :). Dziś był piękny dzień (chociaż w Krakowie podobno było ładniej). Najważniejsze, że słonko czasami wyglądało i było cieplutko. Rano wyruszyliśmy do parku pod Jasną Górę. Ja przespałam całą wyprawę i nawet jak wróciliśmy to też spałam (na balkonie). Szkoda bo podobno wiewiórki dawały popisy na wysokościach i... (to w albumie). Po obiadku rodzice nie dali za wygraną i ruszyliśmy do lasu. Hmmm nawet mi się podobało, ale jak byłam na rękach... Wszyscy myśleli, że po takim dniu szybko padnę, ale ja miałam jeszcze dużo siły. No teraz to już czas do spania....

czwartek, 26 marca 2009

(kolejny filmik- klikając na fotkę)
Od mamy:
Maja lada moment skończy 9 miesięcy (3.IV), obecnie waży 8,5 kg (niektórzy mówią, że niezły z niej grubasek--> a nam się wydaje, że jest w sam raz i nie będzie żadnej diety ;) ). Wyrasta już z ubranek o rozmiarze 74 (przynajmniej niektórych). Jest już na tyle duża, że postanowiliśmy ją awansować do większego fotelika samochodowego, a Majce ta zamiana pasuje (teraz będzie jej wygodniej patrzeć przez okno na świat). Już od dawna sama ładnie siedzi, a ostatnio nawet sama usiadła (ale musi nad tym popracować). Raczkowanie?? Tak jak to u RAKÓW, do tyłu (opanowane perfekcyjnie). Potrafi dotrzeć do celu, a to się liczy. Poza "tata", "mama" (gdy płacze), "baba" (czasem wychodzi) i innymi "aaaa","iii", "eeee" umie udawać samochód "brrrrr" (soczyście opluwając wszystko i wszystkich dookoła). Nauczyła się machać (robić "papa"), czasem macha bez sensu (gdy babcia wyszła i Maja zaczęła jej machać, to dalej jej machała gdy obudziła się w środku nocy). Zrobiła też 3 razy siku na nocnik, ale jeszcze długa droga do pozbycia się pieluch (ale i tak fajnie...). Lubi pozować do zdjęć, a gdy widzi kamere to się uśmiecha. Rozbraja nas uśmiech z pomarszczonym noskiem (na zdjęciu we wczesniejszym poście) oraz mina a'la ciocia Karinka (taka świnka hihi). Jakoś się dogadujemy choć czasem zgadujemy o co JEJ może chodzić.