wtorek, 29 czerwca 2010

Urodzinowy tydzień czas zacząć

Tatuniek oglądał mecz, a mama czekała aż przyjdę żeby mi poczytać bajkę. Weszłam do pokoju, rozłożyłam ręce, usta wygięłam w podkówkę:
- Jest ploblem - oznajmiłam
- Jaki problem?? - spytała mama, udając zaniepokojenie
- niebieski - odpowiedziałam z poważną miną i kiwając głową.
                                                         
 ***

Tak naprawdę to mamusia miała problem, ale kilka dni później. Zacznijmy od początku. Normalnie urodzinki mam 3 lipca, ale ponieważ tatuniek został wezwany do pracy wcześniej więc termin moich urodzin został przeniesiony. Najpierw w niedziele rodzice wzięli mnie na spacerek z urodzinowym lodem, a później wręczyli prezent. Jak byliśmy nad morzem zamarzył mi się latawiec, nie mogliśmy go tam kupić więc rodzice zrealizowali moją zachciankę dopiero teraz. Latawiec jest piękny z Kubusiem Puchatkiem, ale jestem jeszcze za mała i sobie nie radziłam z jego puszczaniem, za to skutecznie przeszkadzałam tacie. Prezencik najbardziej spodobał się właśnie jemu. Gdy mama oznajmiła powrót do domu:
- Naprawdę musimy już iść? Jeszcze trochę...- powiedział tata z nadzieją w głosie. Mama powędrowała po cieplejsze ubranko dla mnie i zestaw do piaskownicy. Wiatr ( a może jego niejednostajność) nie ułatwiał zadania, ale troszkę latawiec się unosił. Kiedy późno w nocy w końcu usnęłam, mama podjęła próbę pieczenia tortu, pierwszy raz. Mama jest antytalenciem kulinarnym, cały pakiet kucharskich zdolności i pasji odziedziczyła ciocia Karinka. Babcia Krysia przysłała mamie przepis ze wszystkimi szczegółami, tak jej się wydawało. Mama trzymała się ściśle wskazówek i nawet jak jej się wydawało, że może trzeba by było coś inaczej starała się nie improwizować (żeby tylko się torcik udał). W sumie się udał, bo smaczny był i większa jego część zniknęła. Tylko jedna rzecz nie wyszła, a i tak była dobra. Babcia stwierdziła, że nie trzeba pisać, że trzeba zmixować masę, bo to oczywiste. Mama zaś stwierdziła, że mixować nie będzie skoro w przepisie nie ma. Mimo tej małej nieścisłości tort był, a co najważniejsze świeczka, którą dwa razy zdmuchnęłam. Byli goście i śpiewali mi STO LAT. Bardzo się cieszyłam, bo długo czekałam na ten dzień.

Szkoda tylko, że pod koniec dnia strasznie zaczęłam chrypieć (tak od kilku dni coś mnie męczy) i ciężko mi się oddycha. Chyba będę musiała trochę się pooszczędzać...


W urodzinach udział wzięli : babcia Dzidzia, babcia Ania i dziadek Marek, ciocia Kasia i wujek Marcin, Mikołaj i Maliwnka, moi rodzice i JA

niedziela, 27 czerwca 2010

Dziwne przypadki


Razu pewnego, gdy mama rozmawiała z ciocią Karinką na skypie, Tatuniek był nieco pochłonięty sprawami domowymi, a mi zachciało się siku:
- siku, siku, siku!!!
Mama zagadana nie zwróciła nawet na mnie uwagi, ale tatuń nie zawiódł przybiegł z nocnikiem. Mi się odechciało, więc trochę się poprzekomarzałam z tatą.
- Nie chce...
- To chcesz siku, czy nie??
- Nie chce - tata zabrał nocnik i wyszedł
Po chwili zaniepokojona mama, zbyt długą ciszą (bo ja się nie odzywam tylko jak śpię) spojrzała na mnie. Ja sobie kucam i nagle na dywanie wyrósł brązowy bobek (bo tatuń nie założył mi majtek i spodni).
- Maja!! - zawołała mama
- siku, siku, siku!!! - zawołałam przerażona.



Rozpoczęliśmy sezon rowerowy. Póki co podoba mi się jazda w foteliku i nie marudzę. Zadaję tylko dużo pytań:
- gdzie tatuń??
- jedziemy na plac zabaw??
- światełko, masz mamuś światełko?? mogę włączyć??
- gdzie tatuń ??
I tak mogę bez przerwy...
Gdy wróciliśmy z naszej przejażdżki tata pownosił rowery na pół piętro. Mama wniosła mnie na drugie piętro:
- Idź Maja do domu, a ja wniosę jeszcze rower żeby było szybciej...
Tata wprowadził rower do domu, mama zeszła po drugi. Ja zostałam zupełnie sama. Postanowiłam, że nie posłucham mamy. Już umiem wchodzić sama po schodach więc poszłam wyżej. Mama niosąc rower woła:
- Maja, gdzie jesteś??
cisza
- Kuba, weszła Maja do domu??
- Chyba nie - odpowiada tatuń szukając mnie w mieszkaniu
- Maja!!!
cisza
- Maja!! - Mama troszkę wystraszona, że mogę spaść, ale i zła że jej nie posłuchałam
- No oddycham!! - odpowiedziałam uśmiechając się z półpiętra do rodziców
- Oddycham, oddycham haha aaaa uuhhh - zakończyłam robiąc głęboki wdech i wydech.


W domu ciągły remont, a ja się tym nie przejmuję. Rozkładam zabawki gdzie się da. Kiedyś ciągnęłam pluszowego miśka za sobą po podłodze, a mama powiedziała:
- Maja nie ciągnij go po podłodze, tam jest kupa kurzu.
Nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi kontynuowałam swoją zabawę. Mama wzięła pluszaka i zaniosła do mojego pokoiku. Po paru minutach dołączyłam do mamy oznajmiając:
- Kupa!! tam jest!!
- Gdzie jest kupa?? - mama ze strachem spytała. Ja pieluszek używam już tylko do spania i na dłuższe wyprawy autem, więc mama miała czarne myśli.
- Tam jest kupa!! - powiedziałam i ruszyłam do dużego pokoju.
- No gdzie?? - mama się rozgląda, nawet do majtek patrzy i niucha nochalem...
- No sama jej powiedziałaś, że jest KUPA kurzu - powiedział tatuń wchodząc do pokoju, a mama odetchnęła z ulgą.

czwartek, 24 czerwca 2010

Dzień Tatuńka


- Super TATA, super MAMA!!!
  - A Ty jaka jesteś?? - spytał tatuń
- WIELKA

niedziela, 20 czerwca 2010

Wszędzie dobrze, ale w domku najlepiej

Po trzech tygodniach wróciliśmy do naszego domku. Ostatni tydzień spędziliśmy w Krakowie i Rudniku. Byliśmy w Ogrodzie doświadczeń gdzie można obserwować różne prawa fizyczne, które rodzice wkuwali latami. Mi najbardziej podobała się dmuchana kula, w której skakałam, trampolina i połączone dwie huśtawki (najpierw huśtała się jedna, a później ta druga przejmowała jej energię i tak w kółko). Spacerowaliśmy i doświadczaliśmy, to był fajna wyprawa. Odwiedziliśmy też ciocię Marysię i wujka Łukasza. U nich mieszka taki fajny piesek Mila i ona miała szczeniaczki. Jak my przyjechaliśmy to został już tylko jeden. Wołaliśmy na niego Robak. Milunia bardziej przypadła mi do gustu, a jednak następnego dnia wzięliśmy Robaka. On jest w sumie fajny, ale raz na jakiś czas używał względem mnie swych małych, ostrych jak igiełki ząbków. Zawieźliśmy go do Rudnika nad Sanem. Tam jest teraz jego nowy domek. Wszyscy domownicy (ciocia Jajo, wujek Maniuś, Gucio, a nawet mała Tosia) ucieszyli się na jego przyjazd . Tylko Dalton, dotychczasowy obrońca domu wyrażał niezadowolenie. Pewnie był trochę zazdrosny i bał się o swój stołek i michę. Z każdym dniem wydawało się, że NOWY cieszy się większą akceptacją STARSZEGO. Nowy musi się liczyć, że parę razy oberwie (musi wiedzieć kto tu rządzi). Póki co poznaje nowe miejsce i nowych właścicieli. Sprawdza ich wytrzymałość psychiczną sikając i zostawiając kupki w różnych miejscach. Wyjada Daltonowi (a on jemu) z michy, a czasem korzysta z jego posłania. Robak długo czekał na swoje nowe imię, ale chyba ostatecznie zostanie Oudi. Ja jestem bardzo zadowolona z wizyty w Rudniku. Mogłam się pobawić z dzieciakami i wyganiać po ogrodzie. Fajnie jest móc wstać rano, wybiec na podwórko i zmoczyć skarpety w rosie, albo pod nieuwagę mamy wybiec w skarpetach i skakać po kałużach. Podlewanie wężem kwiatów też może być zabawne, zwłaszcza gdy ciocia podlewa mnie zamiast nich. Było nam tam bardzo dobrze, ale cieszymy się z powrotu do domku.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Droga do domku, do Polski

Ostatni dzień był upalny, a ja w końcu odważyłam się spacerować w morzu. Woda sięgała mi po samą szyję, a ja nic się nie bałam. Mama mnie na siłę musiała wyciągnąć z morza (po jakiejś godzinie pluskania), gdy szczękałam zębami.
Sozopol pożegnał nas pięknym zachodem słońca, a już w nocy (z soboty na niedzielę) pędziliśmy naszym autkiem do Polski. Droga była długa, ale dzielnie ją znosiłam, nawet lepiej niż jak jechaliśmy do Bułgarii. Rodzice są ze mnie dumni. W końcu przejechaliśmy w sumie 3500 km (z tym co zrobiliśmy na miejscu). Tym razem mieliśmy piękną pogodę, ale 37 stopni nie sprzyjało przerwom.Okazuje się, że w taki ukrop najlepszym miejscem na rozprostowanie nóg jest galeria handlowa. Jazda w dzień była dość przyjemna dzięki klimatyzacji i staraniom mamusi (ileż ona bajek wymyśliła). Na dobre usnęłam dopiero ok 21 jak zbliżaliśmy się do granicy węgiersko-słowackiej. Tu droga rodzicom zaczęła się już dłużyć. Trzeba było jechać ostrożnie, bo co rusz na drogę wyłaziły lisy, kotki, fredki, a i sarny się zdarzyły. Tuż przed granicą Polską stała sobie sarna,a może jelonek (?) na środku drogi i spoglądała w stronę naszego pojazdu. Tatuń zwolnił i dopiero wtedy leniwie się odwróciła i pognała do swojego stadka (które świeciło pupami na poboczu). Słowackie serpentyny okazały się męczące po tylu godzinach jazdy, ale tatuniek dzielnie sobie poradził z wszystkim trudami 25 godzinnej podróży. Rodzice jednogłośnie stwierdzili, że nasze polskie drogi są świetnej jakości i dobrze oznakowane. Znacznie lepiej się po nich jeździ niż po drogach w Rumuni, Bułgarii czy Słowacji. Warto dodać, że przejechaliśmy przez Bukareszt, a tam na drogach panują, a wręcz nie panują żadne zasady. Z dwóch pasów nagle robią się trzy (tzn kierowcy się tak ustawiają), a kto pierwszy ten lepszy. Jak Ci się coś nie podoba - wystarczy użyć klaksonu. Parkowanie na zakrętach skrzyżowań czy wyjazdach z ronda to norma, a ty radź sobie jak umiesz. No i jeszcze małe (w porównaniu do naszych polskich) sygnalizatory świetlne, ukryte i nie zawsze widoczne dla kierowców-turystów (przynajmniej dla nas). Dzięki pomocy nawigacji i instynktowi taty sprawnie opuściliśmy to drogowe piekło. Szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa, a tu zaczyna się już kolejny etap naszej wakacyjnej podróży.

sobota, 12 czerwca 2010

Komu w drogę...

Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy tu  już 9 dni, jak ten czas szybko leci. Trzeba się pakować i wracać do Polski (ja już tęsknie za babciami, ciociami). Ostatnie dni minęły nam na poznawaniu okolicznych miejscowości i na plażowaniu. Woda z każdym dniem jest cieplejsza, a w Sozopolu i na plażach widać że rozpoczyna się sezon wakacyjny. Ja nadal boję się fal, nawet tych małych, ale lubię pływać moją małą dmuchaną łódeczką, która pływa "jak motolowka".  Rodzice w końcu wyciągnęli z auta maski i rurki do nurkowania i zachwycają się podwodnym światem (hmm jego namiastce, oglądają rybki, kraby i glony,  a także śmieci :( ). Poza kąpielami udaliśmy się też w krótkie wyprawy autkiem. Jednego dnia odwiedziliśmy Nesseber. Miasteczko pełne hoteli i pensjonatów (znacznie więcej niż w Sozopolu, bo tuż obok jest Złoty Brzeg). Warto tu zobaczyć starą część miasta, która znajduje się na półwyspie, który łączy ze stałym lądem jedynie wąski przesmyk (jego pochodzenie nie jest do końca znane). Miasteczko ma podobny urok jak Sozopol, podobna zabudowa, może więcej ruin cerkwi, tureckich łaźni. Niestety jest zawalone straganami (choć sezon ledwo się rozpoczyna), ale to jest jeszcze znośne. Najgorsi są naganiacze i handlarze którzy swój kram mają rozwieszony na sobie. Co chwila ktoś zaczepia i proponuje, a to koraliki, wymianę waluty lub obiad w jego restauracji. To na dłuższą metę może być dość męczące. Kolejnego dnia wybraliśmy się na południe w stronę granicy tureckiej. Zatrzymaliśmy się w Carewie, Ahtopolu ("Miasto miłości") i mijaliśmy mniejsze miejscowości. Im dalej od Sozopolu tym puściej, senniej i nic wartego zobaczenia (poza widokami  na urokliwe zatoczki). W Sinemorec zrobiliśmy postój na plażowanie, w bardzo malowniczym miejscu. W drodze, oprócz bajkowych widoków na morze mogliśmy podziwiać koniki, owieczki pasące się nieopodal drogi. Najzabawniejsze jednak były kozy okupujące most i krowy mające wypas w morzu (??). Mijaliśmy wozy ciągnięte przez osiołki (mamie udało się zrobić zdjęcie, a pan woźnica nawet do nas pomachał), a raz nawet przechodzącego przez jezdnię żółwia.

Muszę się pochwalić moimi nowymi osiągnięciami. Nauczyłam się wołać siku na nocnik (już pierwszego dnia gdy mama po podróży postanowiła przewietrzyć i uwolnić pupę od tych pieluch). Okazuje się, że siku na nocniku może być całkiem fajne. Tylko czasem się złoszczę jak na spacerze wołam "siku", a rodzice mówią "masz pieluchę to rób do niej". Czasami uda mi się ich przekonać do załatwienia na trawce (jeśli się da). Czasami sama zapominam, że już umiem wołać i z chęcią korzystam z pieluszki. Kolejna umiejętność to taka, że umiem rozpoznawać kolejne marki samochodów. Do nissana, wolzwagena, opla, hondy, aubi, folda, skody, pandy, punta (okazjonalnie), cinkocinko, maluszka, poloneza (to jedyne modele jakie czasem rozróżniam) dołączyły melcedes, bmw, dacia, łada, mitsubisi, citołen, mazda, leno i peziot.

/Zdań kilka o plażach. Są przepiękne, ale niestety niezbyt czyste. Te blisko miast są czasem czyszczone, ale i tak pełno tu petów, plastikowych kubeczków, papierków itp... Plaże niestrzeżone zawalone są śmieciami już nieco większymi, aż żal na to patrzeć. Piasek jest gruboziarnisty i daleko mu do naszego bałtyckiego. Wielkim plusem jest ciepła i przejrzysta woda./

niedziela, 6 czerwca 2010

Długa droga tam prowadzi

- Gdzie jedziemy na wakacje?? - pytała mama już na parę dni przed powrotem taty z pracy
- Nad mozie,jupi jej - odpowiadałam już trochę znudzona, ale i z radością bo tam "duzo piasku i woda, chlapać się będę". Wielkie walizy towarzyszyły nam już od niedzieli. W końcu we wtorek w nocy ok 22 wyruszyliśmy. Ja byłam  strasznie zmęczona i szybko usnęłam w swoim foteliku. Dopiero o 4 obudziłam się przed Budapesztem, gdy tata poszedł kupić winietę. Podobno większą część drogi lał deszcz. Przez okno oglądaliśmy budzące się miasto. Później zjadłam śniadanko, rozprostowałam nieco nogi i znowu udało mi się usnąć. Pogoda się popsuła (znowu), a my w między czasie dojechaliśmy do granicy rumuńskiej, gdzie obudził mnie pan który sprawdzał dokumenty. Zatrzymaliśmy się w Arad, aby tatuniek zmrużył oczka.  Co mogłabym zapamiętać z Rumuni?? Biedne, ale czyste miasteczka (przynajmniej na pierwszy rzut oka przy ulicy) i kolorowe domki. W niektórych miejscowościach wszystkie domki miały takie ogromne bramy. W oczy rzucały się hordy wychudzonych psów. Dużo było cyganów. Mama się trochę wstydziła jak wykrzykiwałam "Pan cygan,pan cygan!!"  w rumuńskim mieście Sibiu (gdzie zatrzymaliśmy się na obiadek i rozprostowanie nóżek- fot.2). Ciocia Karinka powiedziała mi, że jak będę niegrzeczna, to mnie pan cygan weźmie... Na łąkach pasły się krówki, koniki, owieczki, kozy. Często mijaliśmy wozy ciągnięte przez konie. Nas z kolei mijały karetki i wozy policyjne na sygnale. Rzadko można było spotkać pojazd uprzywilejowany bez włączonych syren. Gdy już mieliśmy okazję spotkać taki obrazek to gdy tylko pojawiały się jakieś korki zaraz wyły syreny... Na jakieś 150 km przed Bukaresztem zatrzymaliśmy się na nocleg w motelu. Warunki dla mnie zadowalające, ale mama mówi, że brudno i blee. Mi się podobał różowy pokoik i to, że mogłam i włączać i wyłączać światło (włączniki były bardzo nisko). Strudzony tatuń po 20 godzinach za kierownicą szybko usnął. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż (mama mnie uprzedzała, że to długa droga i że nie będę mogła wstać z fotelika). Droga do stolicy Rumuni ciągnęła się przez remonty i nasilony ruch. Dopiero na autostradzie mogliśmy trochę nadrobić. W Rumuni na autostradzie można łapać stopa, w miastach na zakazach postoju i parkowania można zobaczyć kilkanaście zaparkowanych aut (a niedaleko przechodzącego policjanta lub przejeżdżający radiowóz). W Bukareszcie byliśmy ok 12 (na ichniejszy czas) i utknęliśmy w korkach na obwodnicy (która miała jeden pas i niczym nie przypominała obwodnicy np. Krakowa). Tuż przed Bułgarią przejechaliśmy przez most nad Dunajem. Ale to jest ogromna rzeka, a most taki długi! Bułgaria przywitała nas słonkiem, wręcz upałem. Niestety gdy chcieliśmy się zatrzymać na przerwę to się rozlało. Gdy ja usnęłam wyszło słonko i tak bez postoju jechaliśmy i jechaliśmy. Mijaliśmy biedniutkie wioski, z dziurawymi drogami (znacznie gorszymi niż w naszej kochanej Polsce). Wózki ciągnięte przez osiołki to tutaj norma, a i zatrzymywanie się na autostradzie, czy na zakazie, jazda pod prąd (koło radiowozu) to obrazek dnia codziennego. O 19 (18 czasu naszego) byliśmy na miejscu, wreszcie w Sozopolu. Rozpakowaliśmy się i w drogę... Spacer nocą po starym Sozopolu zaostrzył nam apetyt na więcej (fot.3 uliczka Sozopola za dnia). Kolejny dzień przywitał nas błękitnym niebem, słonkiem i informacjami z Krakowa o kolejnych podtopieniach :(.
Plażowanie tak jak zapowiedziała mama bardzo mi się podoba. Woda trochę mniej, ale i z kąpieli nieco korzystam. Spacery po starym Sozopolu są takie odkrywcze, błądzimy sobie po uroczych uliczkach i poznajemy nowe zakamarki. Słowa, a nawet zdjęcia tego nie oddadzą. Jedno z czym sobie nie mogę poradzić to komunikacja z dziećmi. Nie każde ochoczo odpowiada na moje okrzyki "Hallo" i niestety tak jak i polskie dzieci nie zawsze się dzielą zabawkami. Poznałam już bułgarskie, rosyjskie i niemieckie dzieciaki.

sobota, 5 czerwca 2010

Dzień Dziecka w Maju

Mama obiecała, że z okazji DNIA DZIECKA dostanę taką piękną kaczkę pchaczkę jaką ma Marysia (moja koleżanka z piachu). Już w sobotę w bagażniku auta widziałam znajomy kijek,ale rodzice się upierali że mi się wydawało. Do wtorku było jeszcze tyle czasu... W niedziele rano gdy rodzice kończyli pakowanie (bo postanowili, że jedziemy na wakacje) ja niepostrzeżenie otwarłam sobie walizkę, a tam pod bluzkami i książkami znalazłam smoka-pchacza (smok na kijku do pchania). Rodzice byli zaskoczeni gdy wparadowałam do kuchni z niespodzianką. Tym sposobem miałam nieco wcześniej dzień dziecka. Później pojechaliśmy na grilla do Śmiernego Dębu. Tam taki wujek i ciocia mają cudny domeczek, w istnie wiejskiej atmosferze. Była też Julka, młodsza ode mnie o 2 miesiące. Próbowałyśmy się bawić, ale nam to jeszcze jakoś nie wychodziło.  Najbardziej podobała mi się stodoła wujka Ryśka, tam kiedyś mieszkały krowy, a teraz tam są istne skarby. Z podwórza przegoniła nas burza. Gdy tylko przestało padać pojechaliśmy do Krakowa do babci Krysi, cioci Karinki i Debrusi. Ten wcześniejszy dzień dziecka był bardzo przyjemny.