Plażowanie tak jak zapowiedziała mama bardzo mi się podoba. Woda trochę mniej, ale i z kąpieli nieco korzystam. Spacery po starym Sozopolu są takie odkrywcze, błądzimy sobie po uroczych uliczkach i poznajemy nowe zakamarki. Słowa, a nawet zdjęcia tego nie oddadzą. Jedno z czym sobie nie mogę poradzić to komunikacja z dziećmi. Nie każde ochoczo odpowiada na moje okrzyki "Hallo" i niestety tak jak i polskie dzieci nie zawsze się dzielą zabawkami. Poznałam już bułgarskie, rosyjskie i niemieckie dzieciaki.
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
niedziela, 6 czerwca 2010
Długa droga tam prowadzi
- Gdzie jedziemy na wakacje?? - pytała mama już na parę dni przed powrotem taty z pracy
- Nad mozie,jupi jej - odpowiadałam już trochę znudzona, ale i z radością bo tam "duzo piasku i woda, chlapać się będę". Wielkie walizy towarzyszyły nam już od niedzieli. W końcu we wtorek w nocy ok 22 wyruszyliśmy. Ja byłam strasznie zmęczona i szybko usnęłam w swoim foteliku. Dopiero o 4 obudziłam się przed Budapesztem, gdy tata poszedł kupić winietę. Podobno większą część drogi lał deszcz. Przez okno oglądaliśmy budzące się miasto. Później zjadłam śniadanko, rozprostowałam nieco nogi i znowu udało mi się usnąć. Pogoda się popsuła (znowu), a my w między czasie dojechaliśmy do granicy rumuńskiej, gdzie obudził mnie pan który sprawdzał dokumenty. Zatrzymaliśmy się w Arad, aby tatuniek zmrużył oczka. Co mogłabym zapamiętać z Rumuni?? Biedne, ale czyste miasteczka (przynajmniej na pierwszy rzut oka przy ulicy) i kolorowe domki. W niektórych miejscowościach wszystkie domki miały takie ogromne bramy. W oczy rzucały się hordy wychudzonych psów. Dużo było cyganów. Mama się trochę wstydziła jak wykrzykiwałam "Pan cygan,pan cygan!!" w rumuńskim mieście Sibiu (gdzie zatrzymaliśmy się na obiadek i rozprostowanie nóżek- fot.2). Ciocia Karinka powiedziała mi, że jak będę niegrzeczna, to mnie pan cygan weźmie... Na łąkach pasły się krówki, koniki, owieczki, kozy. Często mijaliśmy wozy ciągnięte przez konie. Nas z kolei mijały karetki i wozy policyjne na sygnale. Rzadko można było spotkać pojazd uprzywilejowany bez włączonych syren. Gdy już mieliśmy okazję spotkać taki obrazek to gdy tylko pojawiały się jakieś korki zaraz wyły syreny... Na jakieś 150 km przed Bukaresztem zatrzymaliśmy się na nocleg w motelu. Warunki dla mnie zadowalające, ale mama mówi, że brudno i blee. Mi się podobał różowy pokoik i to, że mogłam i włączać i wyłączać światło (włączniki były bardzo nisko). Strudzony tatuń po 20 godzinach za kierownicą szybko usnął. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż (mama mnie uprzedzała, że to długa droga i że nie będę mogła wstać z fotelika). Droga do stolicy Rumuni ciągnęła się przez remonty i nasilony ruch. Dopiero na autostradzie mogliśmy trochę nadrobić. W Rumuni na autostradzie można łapać stopa, w miastach na zakazach postoju i parkowania można zobaczyć kilkanaście zaparkowanych aut (a niedaleko przechodzącego policjanta lub przejeżdżający radiowóz). W Bukareszcie byliśmy ok 12 (na ichniejszy czas) i utknęliśmy w korkach na obwodnicy (która miała jeden pas i niczym nie przypominała obwodnicy np. Krakowa).
Tuż przed Bułgarią przejechaliśmy przez most nad Dunajem. Ale to jest ogromna rzeka, a most taki długi! Bułgaria przywitała nas słonkiem, wręcz upałem. Niestety gdy chcieliśmy się zatrzymać na przerwę to się rozlało. Gdy ja usnęłam wyszło słonko i tak bez postoju jechaliśmy i jechaliśmy. Mijaliśmy biedniutkie wioski, z dziurawymi drogami (znacznie gorszymi niż w naszej kochanej Polsce). Wózki ciągnięte przez osiołki to tutaj norma, a i zatrzymywanie się na autostradzie, czy na zakazie, jazda pod prąd (koło radiowozu) to obrazek dnia codziennego. O 19 (18 czasu naszego) byliśmy na miejscu, wreszcie w Sozopolu. Rozpakowaliśmy się i w drogę... Spacer nocą po starym Sozopolu zaostrzył nam apetyt na więcej (fot.3 uliczka Sozopola za dnia). Kolejny dzień przywitał nas błękitnym niebem, słonkiem i informacjami z Krakowa o kolejnych podtopieniach :(.
Plażowanie tak jak zapowiedziała mama bardzo mi się podoba. Woda trochę mniej, ale i z kąpieli nieco korzystam. Spacery po starym Sozopolu są takie odkrywcze, błądzimy sobie po uroczych uliczkach i poznajemy nowe zakamarki. Słowa, a nawet zdjęcia tego nie oddadzą. Jedno z czym sobie nie mogę poradzić to komunikacja z dziećmi. Nie każde ochoczo odpowiada na moje okrzyki "Hallo" i niestety tak jak i polskie dzieci nie zawsze się dzielą zabawkami. Poznałam już bułgarskie, rosyjskie i niemieckie dzieciaki.
Plażowanie tak jak zapowiedziała mama bardzo mi się podoba. Woda trochę mniej, ale i z kąpieli nieco korzystam. Spacery po starym Sozopolu są takie odkrywcze, błądzimy sobie po uroczych uliczkach i poznajemy nowe zakamarki. Słowa, a nawet zdjęcia tego nie oddadzą. Jedno z czym sobie nie mogę poradzić to komunikacja z dziećmi. Nie każde ochoczo odpowiada na moje okrzyki "Hallo" i niestety tak jak i polskie dzieci nie zawsze się dzielą zabawkami. Poznałam już bułgarskie, rosyjskie i niemieckie dzieciaki.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Piękne zdjęcia. Bardzo malownicze uliczki, domy, a sałatki wyglądały apetycznie. Zazdroszę cudnych wakacji :))))) Opowiecie więcej jak się zobaczymy. Już się nie mogę doczekać.
OdpowiedzUsuń