piątek, 21 grudnia 2012

Świątecznie

Ostatnio Maja tak mało o mnie napisała i miałam taki plan, że dziś będzie dużo o mnie. Niestety znowu w centrum uwagi była moja siostra i nie będę mogła o niej dziś zapomnieć. Wykażę się brakiem dobrego wychowania i zacznę od siebie. Nauczyłam się paru nowych słówek:
OKO - oko u lali, mamy, misia, a u mnie to ucho
MI - miś
HA - konik
BUBU- Kubuś Puchatek
BUBA - Kuba
PUPA - pupa, która robi prrrr (co jest bardzo zabawne)
CYK - włączyć światło
CHOĆ lub OĆ- chodź 
TAM - tam
TIĆ - picie
MHM - mhm
TAK - tak, z ruchem głowy
OP - podnieś mnie
PAM - pan, pani
BAŁAN - banan
CAPA - czapka 
To oczywiście nie wszystko, ale więcej nie przychodzi mi do głowy. Umiem też zadać pytanie:
To to to? - kto to??
Poza tym rodzice mi już bardziej ufają. Pozwalają korzystać z krzesełka Majki i jej kredek. Nawet słyszałam, że dostanę swoje. Zrobili już miejsce przy stoliku. Lubię "rysować" kredkami, a jeszcze bardziej pisakami. Niestety tego jeszcze samej mi nie wolno bo niby jestem zbyt spontaniczna i nie panuje czasami nad rączkami. Dorosłam nawet do sanek i jabłuszka, mama troszeczkę mnie asekuruje, ale to dobrze bo wtedy czuję się bezpieczna. O Zuzi pisała już Maja, ale moja miłość do niej rośnie z każdym dniem. Gdy płacze to ją podnoszę i lulam, a ona się śmieje i ja wtedy jestem bardzo szczęśliwa. Nauczyłam ją robić siku na nocnik, gotuję jej obiadki, a nawet dzielę się swoim jedzeniem. 
Teraz będzie o Majeczce i jej sukcesie. W jej przedszkolu odbyło się choinkowe przedstawienie, na które poszliśmy z rodzicami. Byłam bardzo przejęta gdy dzieci śpiewały i mówiły wierszyki. Wtulałam się w mamusię, albo tatusia. W przerwach zajadałam sobie ciasteczka. Nasza Maja mówiła wierszyk i śpiewała sama jedną zwrotkę piosenki. Wszystko wyszło jej znakomicie i jesteśmy z niej bardzo dumni. Później mama rozmawiała z ciocią Majki i okazało się, że niezłe z niej ziółko. Ona i jej koleżanki to niezłe łobuziaki, a do naszej Majki to ciocia często mawia "Ty, adwokat...". Czy coś więcej muszę dodawać ? 
W naszym domku zrobiło się jakoś inaczej. W dużym pokoju rodzice postawili drzewko. Może oni chcą zasadzić las! Byłoby pięknie. Do tego na drzewku powiesili światełka i bombki. Chciałabym mieć taki piękny kolorowy las...
Coś wisi w powietrzu....

Zdrowych, wesołych, białych,magicznych Świąt Bożego Narodzenia
życzymy Wszystkim, którzy tu zaglądają


Skrócona wersja przedstawienia choinkowego, które śmiało można zatytułować "Mam talent". Oprócz tego, że Maja wykazała się swoimi zdolnościami (co można zobaczyć powyżej) to gdy CIOCIA składała na koniec życzenia i opowiadała o swoich podopiecznych : "... u niektórych dzieci ujawniają się różne talenty...Nikola" i na koniec skarciła jedną z koleżanek z szajki Majeczki. Maja zrozumiała nieco opacznie tą wypowiedź więc podskakując stwierdziła " Ja też, ja też mam talent!" (czego nie można usłyszeć na filmie).

niedziela, 16 grudnia 2012

Święty Mikołaj


Miałam usiąść przed powrotem taty z pracy i coś napisać, bo wtedy jest więcej czasu. Nie usiadłam, a przecież wypada napisać parę słów o Świętym Mikołaju. Był u mnie, o przepraszam, był u nas. Na pytanie mamy czy byłam grzeczna odpowiedziałam:
- W przedszkolu.
Czyli jak widać wystarczy starać się w przedszkolu i wszystko załatwione. 6 grudnia mama, jak zwykle wstała wcześniej od nas i podreptała zaspana do naszego pokoiku (bo my nadal w środku nocy lądujemy w sypialni rodziców) i potknęła się o pudła. Informacja o wielkich prezentach postawiła mnie od razu na nogi, a i Lena z wielkim nieświadomym zainteresowaniem pobiegła za mną. Niesamowite jest to, że ja zapomniałam o liście do Św. Mikołaja, a On pamiętał o nas. Nawet zostawił list, w którym napisał, że za rok muszę być bardziej zdecydowana co bym chciała dostać od Niego. Szczerze mówiąc jak oglądałam reklamy zabawek w TV to wołałam:
JA: Mamo chcę takiego pieska!
Mama: cisza
JA: Albo nie chcę tego pieska tylko tego kotka!!
Mama: Aha
JA: Ooooo  taką kuchnię, albo tą lalkę. Wszystko chcę mieć.
Mama: cisza
Na całe szczęście Mikołaj podsłuchał kiedyś jak powiedziałam, że chciałabym taki komputerek jak ma Malwinka. Taki właśnie dostałam i jestem bardzo zadowolona z takiego prezentu. Z żalem poszłam tego dnia do przedszkola. Lenek dostała lalkę bobasa. Wiecie ja mam bardzo dużo zabawek i pozwalam się nimi bawić Lenie, ale one są moje. Lala została nazwana Zuzia (bo "Zuzia lalka nieduża" to ulubiona piosenka mojej siostrzyczki). Niestety okazało, że prezent Leny był sprawny inaczej i mama wysłała go z powrotem do Mikołaja. Mama to się zna na tych mikołajowych tradycjach jak mało kto. Mikołaj naprawił Zuzie i wysłał do nas elfa z naprawioną lalą:
Dzwonek do drzwi, mama poszła otworzyć, a my zostaliśmy w dużym pokoju
Mama: O dzień dobry.
P.ELF: dzień dobry, pani Wojtal??
Mama: Tak. Pan Elf?
P.ELF: ...cisza
Mama: No z prezentem od Świętego Mikołaja?
P.ELF: ...No tak.
Podobno miał zielone rajstopy, ale jak się zorientowałam co się dzieje to jego już nie było. Naprawiona Zuzia jest fajna i trochę się o nią kłócimy. Trochę pogubiłam się w tej mikołajowej opowieści. Wracając do 6 grudnia. Oprócz zabawek Mikołaj przywiózł nam mróz, śnieg  i osobiście odwiedził nas w przedszkolu. Wcale, a wcale się Go nie bałam. Popołudniu Częstochowa zrobiła się biała, a wieczorem gdy wracałyśmy z mamą z moich dodatkowych zajęć w Bystrzaku trzeba było odśnieżać auto. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby mama w tym śniegu nie zgubiła kluczyków do auta. Trochę się tym zdenerwowała bo nie mogła ich znaleźć. Później rozładował jej się telefon. Historia ta miała szczęśliwe zakończenie, bo wiecie... pierwszy raz jechałam taxówką. Dopiero to moje odkrycie rozbawiło nieco mamę. Do tego, następnego dnia babcia Ania znalazła kluczyk i obeszło się bez dorabiania. Okazało się też, że Mikołaj zostawił prezent u babci Ani, a w sobotę Mikołaja spotkali dziadek Janusz i ciocia Karina. Nazbierało się tych prezentów. W niedzielę poszłyśmy z mamą i moimi kuzynami do teatru na sztukę "Niesamowita przygoda robaczka Kłaczka". Trochę się bałam i wtedy ściskałam mamę mocno za rękę. Jakoś zapewnienia mamy, że wszystko się dobrze skończy do mnie nie trafiały. Choć, jak to czasem bywa, miała racje. Po przedstawieniu przyszło, aż dwóch Mikołajów i wręczali dzieciom prezenty. Mama była zaskoczona gdy oświadczyłam, że pójdę na scenę sama i słowa dotrzymałam. Gdy wyczytali moje imię i nazwisko przedarłam się przez tłum ludzi i wkroczyłam na scenę. Podeszłam do Śnieżynki i odpowiadałam na jej pytania, a do tego podskakiwałam jak piłeczka. Podskakując podeszłam do Mikołaja, podałam rękę, wzięłam wielkie pudełko i nie mogąc już skakać (przez jego ciężar) zeszłam ze sceny.

poniedziałek, 26 listopada 2012

O miłości do Dorki

Tatuńka spakowałyśmy i wysłałyśmy do pracy. W końcu mamy czas, żeby pisać. Myślałam o czym by tym razem, ale najpierw odpowiem na ciągłe pytania babci Krysi czy Lena coś gada: tak, ale wciąż po swojemu. Za to zaskakuje nas swoją spostrzegawczością. Ostatnio tata niedomagał i mama go spytała czy przypadkiem nie ma temperatury, na co pomocna Lena przyniosła tacie termometr. Innym razem Lena biegała z kredkami w buzi. Oczywiście mama uznała to za kiepski pomysł. W końcu Lena pokazuje na TV i mówi DIDI (co oznacza dzidziusia, albo dziecko). Wtedy mama sobie przypomniała spot z dziewczynką, która nie miała rączek wiec pędzelek trzymała w buzi. Może to tylko przypadek? Słów jej ciągle brakuje, ale swoimi sposobami świetnie się z nami dogaduje. No, ale ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam dziś napisać o naszej Dorce. Jest ona u nas ponad rok i długo nie mogła się do nas przyzwyczaić. Od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło. Dorka już nie chce nas gryźć, daje się głaskać i karmić z ręki. Bardzo ją kochamy, a najbardziej Lenka. Nie ma dnia, żeby nie wyciągała rączek, żeby ją podnieść i pokazać Dorę. Gdy usłyszy, że chomik nie śpi zaciąga do klatki mamę lub tatę. Wykrzykuje "Doka. Doka..." lub "Doko" (czasem brzmi jak KOKO) i cmoka na nią. Po czym oświadcza "Doka am" (co oczywiście oznacza, że chce ją karmić). Bardzo jest tym przejęta. Gdy puszczamy chomika po dużym pokoju jest ona lepszym obserwatorem ode mnie. Nie, żebym ja się nie cieszyła z kontaktu z Dorą. Bardzo lubię brać ją na ręce i głaskać. Miło jest mieć zwierzątko. Ja teraz marzę o kotku, ale tata jest uparty i się nie zgadza. Myślę, że mamę to bym namówiła nawet na konia. Mówi się, że tylko krowa zdania nie zmienia ;).


Rozmowa z mamą, po wyjeździe taty do pracy:
Ja: Gdzie tata??
M: Już pojechał, nie chciał nas budzić. Dał Wam buziaki jak spałyście.
Ja: Mógłby już ten tata zgubić tą pracę. / jedna z mam koleżanek zgubiła pracę i ta dziewczynka już nie chodzi z nami do przedszkola/
M: Maju nie mów tak. Wiesz, że to by było niedobrze, nie mielibyśmy pieniążków.
Ja: Ty byś mogła iść do pracy. Przecież Tobie nikt nie płaci to znaczy, że nie pracujesz. Leżysz i nic nie robisz.
M:.....aha...... No wiesz, mama przecież sprząta, gotuje, opiekuje się Lenką itd...
Ja: Skończmy się opiekować Lenką. Ja chcę z Tobą leżeć i nic nie robić. 

Mama jest nieco ciekawa komu zawdzięcza taką edukację swojej bystrej córeczki.


poniedziałek, 19 listopada 2012

listopadowe szaleństwo

Po długiej przerwie ciężko zacząć pisanie, ale spróbuję. Tatuniek wrócił do domu po 4 tygodniach pracy. Mama się śmieje, że on tam odpoczywa, a pracuje w domu. Na pewno łatwiej mu się tam wyspać, mimo że wstaje po 5-tej rano. U nas spanie przypomina czasami poligon. Nawet najlepsze okopy nie pozwalają się ukryć przed nami. No, ale nie o tym chciałam pisać. Co prawda moi rodzice mieliby znacznie więcej do powiedzenia na ten temat niż ja, czy Lenka. 29 października nasz tata miał urodziny i oni, znaczy nasi rodzice ciągle sobie świętowali. To jakiś mjuzikal, teatr, kręgle i nawet jazda konna - wszystko z okazji tatusiowych urodzin. Dość długo to trwało, ale na szczęście już skończyli. Oczywiście to długie i miłe świętowanie zawdzięczają babci Ani i Krysi, które nas wtedy pilnowały. Jeszcze tylko puzzle, które tatuś dostał od nas, przypominają nam wszystkim, że ... no wiecie... że kolejny roczek za nim. Ja troszkę też skorzystałam na tych urodzinach. Rodzice zabrali mnie do Goszczy, gdzie oni jeździli na konikach, a ja i ciocia Karinka spacerowałyśmy w promieniach słonka po błotku. Na nas też przyszła kolej i przejechałyśmy się na konikach. Poszłam też do teatru, ale nie z rodzicami tylko z moją niezastąpioną matką chrzestną. Byłyśmy w Grotesce na spektaklu "Tygrys i kapitan Morgan".  Przedstawienie bardzo mi się podobało, nie było ani straszne, ani śmieszne. Najbardziej podobały mi się żyrafy, które związały piratów i tygryska. Lena załapała się tylko na spacer po Wawelu. Niestety rezerwacje mamy przepadły, bo te panie źle mamie powiedziały przez telefon o której mamy być i nieco się spóźniliśmy. Mimo wszystko zbyt wiele nie przepadło i udało nam się zobaczyć katedrę i komnaty. Lena w trakcie spaceru usnęła tacie na rękach. Zanim to się jednak stało, dzielnie z nami maszerowała przynosząc dumę rodzicom. Czemu?? Bo wiecie ostatnio nas dopadło przeziębienie. Lenie najbardziej dokuczał (i dokucza) katar. Ona naśladując mnie nauczyła się dmuchać nosek. Bierze papierek, smarka i wrzuca do kibelka, albo targa i rozrzuca po podłodze. Spacerując po komnatach smarkała w rączkę i była z siebie bardzo zadowolona. Teraz ją już chyba kinol boli, albo jej się znudziło bo niechętnie dmucha nosek. Za to tata raz podejrzał jak uczyła lalę wycierać nosek. Innym razem tą samą lalę uczyła siku na kibelku. Skończyło się tak, że Haniula (nasza lala) dała nura głową do sedesu.

niedziela, 28 października 2012

Nie jestem łobuziakiem


Czuję się dotknięta tym ostatnim wpisem Majki, ja łobuz?? Postanowiłam popracować nad sobą. Moją agresywną postawę zmieniłam na przytulanie. Czyli już nie piorę mojej starszej siostry tylko rzucam się na nią by ją przytulić i pocałować. Tylko, że ona czasami mnie odsuwa, wtedy jest mi przykro. No i jeszcze czasami się zapominam i pochodzę do Majki i ją pac, pac, ale zaraz chwila refleksji i rozkładam ramionka i rzucam się na nią. Oczywiście swe pozytywne emocje przelewam też na dorosłych. Gdy coś mi się nie podoba po prostu się obrażam. Wygląda to najczęściej tak, że ktoś mówi "Lenka, NIE", a nie daj Boże w emocjach podniesie głos. Wywalam dolną wargę, robię ją w podkówkę odwracam się na pięcie, ręce zakładam na piersi i smutnym głosem powtarzam "nie, nie". Czasami muszę jeszcze popłakać, gdy ktoś mnie bardzo zrani. Taka już jestem wrażliwa, a nie łobuz. Maja też napisała, że mało mówię. Ma rację, ale i nad tym pracuję. Umiem już gadać z tatą przez telefon, nie widziałam go już bardzo długo (26 dni, a to jeszcze nie koniec):
T: Halo Lenka.
L: Hajo
T: Halo, halo.
L: hajo, hajo
T: Cześć
L: eść
T: Wiesz z kim gadasz??
 L: ta ta, tata. papa


Gadanie może nie najlepiej mi idzie, ale potrafię inne rzeczy np. coraz lepiej wspinam się po meblach (mama pochowała już niektóre krzesełka, stopnie), pomagam też mamie w domu. U nas w domu trochę jest dziwnie wszystko poukładane. Dlatego staram się  dać mamie delikatnie do zrozumienia, że jak się poprzestawia niektóre rzeczy to będzie wygodniej. Mama co jakiś czas urządza pranie, wkłada wszystko do pralki. Ja wpadłam na lepszy pomysł wrzuciłam skarpetki i kilka drobiazgów do kibelka. Mama jednak nie chce zmienić swojego zwyczaju prania w pralce. Idąc dalej tym tropem mama znalazła kiedyś dezodorant i jakiś krem w szafce z butami. No wiecie, wychodzimy i nagle mama sobie przypomina, że się nie wysmarowała tymi pachnidłami i nie musi biec do łazienki bo ma wszystko pod ręką. Niestety to też jej się nie podobało. Buty postanowiłam chować w pościeli. Pod podusią jest ciepło więc i w nóżki będzie nam cieplutko. Myślicie, że ten pomysł przeszedł?? No i jeszcze wymyśliłam, że zabawkowe sztućce można schować pod dywan. Wtedy ich nie widać i nie robią bałaganu na podłodze. Majkowe lakiery do paznokci wrzuciłam do kosza z brudami - ten pomysł się mamie chyba spodobał bo ich nie wyciąga (chyba, że chodzi o to żeby Maja ich nie widziała i zapominała o malowaniu paznokci...). Papier toaletowy chciałam porozkładać po całym domu, żeby nie trzeba było biegać po papierek do wytarcia noska. Ten patent też nie przeszedł, ale za to jedna rolkę ukryłam na czarną godzinę w kasku rowerowym. Kiedyś zrobiłam psikusa i zabrałam pilota do telewizora, mama szukała go pół dnia. W końcu mama wpadła na pomysł i dała mi kolejnego- chciała zobaczyć gdzie go odłożę. Nie zdążyłam bo mama nagle sobie przypomniała, że wkładałam coś i wyciągałam z szafki w dużym pokoju. Zguba się odnalazła. Widzicie jaki mam dar, może będę projektować wnętrza??
 
                                  


Mała próbka obrażonej Lenki

Korzystam też z nocnika:
Na początku byłam niechętna więc mama poprosiła Maję, żeby mi pokazało jak to robić. Spodobało mi się. Gdy mama udaje się w wiadomym celu do toalety idę z nią. Wyciągam nocnik, mama pomaga mi usiąść. Ja cały czas mówię "siiiiiii siiii". Siadam w pieluszce i spodniach, bo tak wygodniej (na gołą pupę nie polecam).  Trwa to 5 sekund wstaję rozkładam rączki mówię " ni ma. O nie" i uderzam się o kolanka. Po co znać tyle słów skoro i bez nich można robić tyle ciekawych rzeczy, a z ludźmi i tak się jakoś dogadam.
Z ciekawostek przyrodniczych. W tamtym tygodniu było tak ciepło, że Maja biegała z krótkim rękawkiem, a w tym tygodniu spadł śnieg. Co dziwniejsze póki co utrzymał się już dwa dni. Sprawdzałam go dziś rączkami, ale zdecydowanie bardziej mi się podoba jak spada z nieba.

niedziela, 21 października 2012

"...Kiep ten, kto da dmuchać sobie w kaszę!" to krasnoludki powiedziały do Skrobka


Widok z "okna" taty pracy. ZDJĘCIA


W poprzednim wpisie zabrakło parę słów o mojej pasji do książek. Bardzo lubię, gdy mama wieczorami czyta mi książki. Mam już swoje ulubione, gdzie na pewno znajdą się "Dzieci z Bullerbyn". Gdy mama się zapyta czy inne mi się nie podobały, to w sumie okazuje się, że i "Karolcia", "Heidi", "Mikołajek" itd... też mi się podobały. Nawet ku wielkiemu zdziwieniu mamy podoba mi się obecnie czytana książka "O krasnoludkach  i sierotce Marysi". Mama mi musi wiele rzeczy tłumaczyć, bo to jakimś dziwnym językiem jest pisane. Bo ta pani co napisała tą książkę to żyła dawno temu, a wtedy tak dziwnie się gadało. Z tego zamiłowania do słuchania wyszło też moje zainteresowanie do literek, których chętnie się nauczyłam. Czasami mi się jeszcze mylą, ale ostatnio nawet się dowiedziałam że jest "u" i "ó". To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale z każdym dniem nabiera większego sensu. Te wszystkie literki zaczynają układać mi się w wyrazy, a wyrazy w zdania. Umiem też literować z głowy różne wyrazy np. KOŃ się pisze kuń, hmm a może kóń. To wcale nie jest proste, chyba jeszcze trochę poćwiczę. Z resztą nie prędko zrezygnuje z literatury czytanej przez mamę. Tata też nam czyta, ale jednak to nie to samo. Może dlatego, że mama ma większą wprawę. Tata przecież często wyjeżdża do pracy. Teraz go już nie ma bardzo długo, a mama mówi że nie prędko przyjedzie. Tęsknie coraz bardziej i nawet kazałam mamie zadzwonić do niego do pracy i odwołać mu tą pracę. Podobno tak się nie da. Jak ja jestem chora, albo jak jedziemy do Krakowa to jakoś można zadzwonić do przedszkola i powiedzieć, że mnie nie będzie. Co do mówienia to muszę nieskromnie powiedzieć, że ja w wieku Leny miałam nieco bogatszy zasób słówek. Co prawda jak się z nią przebywa tak długo jak  ja i mama to doskonale wiemy, że
- mama to mama lub tata
- maba to ja lub baba
- bama lub baba to baba
- tata to zazwyczaj tata
Choć czasami nie wiedzieć czemu pani w sklepie też może być mama, bama, maba... Poza tym ja Lenę rozumiem najlepiej np. :
L: ble ble
M: Mamo bo Lena mówi, że jestem pralka.
Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie pisałam. Lena mnie strasznie bije. Mama mówi, że ona tak mnie zaczepia, czasami z zazdrości, albo walczy o jakąś rzecz. Co nie zmienia faktu, że ja ciągle obrywam. Bez wstydu dodam, że jej czasami oddaję. Trzymałam nerwy na wodzy długo, ale ile można obrywać od malucha?? Dziś dostałam po głowie plastikową kuchenką, że nie uciekałam (bo wygodnie mi się leżało) Lena mnie prała i prała. Ja płakałam, ale dalej sobie leżałam, więc Lena mnie uszczypnęła w policzek, więc ja w krzyk. Skończyło się tak, że Lena
już miała dość mojego płaczu i sama się rozbeczała. Co mama na to?? Chyba sama już nie wie co robić. Bo Lena i ją biła. Tłumaczenia na niewiele się zdały, pomogło ignorowanie i zagadywanie. Ja tak nie umiem, od razu wołam "Mamo ona mnie bije", a Lena chyba tylko  na to czeka. Łobuz jeden!!

Spacerową porą

niedziela, 7 października 2012

Neeeeee, nie czyli o mnie i Lenie

Lenka wśród swojej literatury
ZDJĘCIA z IX/X
  NIE - to jedno z ulubionych słów mojej młodszej siostrzyczki. Czasami brzmi  jak NE, ale zawsze bardzo stanowcze. Niestety bywa i tak, że mówi "ne", gdy mama coś chce jej dać po czym z chęcią wyciąga łapki lub otwiera buzię. Czasami słychać "ta", albo "tak" co oznacza tak. Co wcale nie musi znaczyć, że Lena tak myśli (choć do obu stwierdzeń dodaje prawidłowe ruchy głową co nadaje powagi całej sytuacji), bo ona przecież może zmienić zdanie. Tak czy siak fajnie jest gdy mama pyta czy zjemy parówy na kolacje, a my ochoczo odpowiadamy TAK. Lena tej stanowczości uczy się niestety ode mnie. Czemu niestety?? Bo ona gdy czegoś bardzo chce to wyciąga ręce i krzyczy (choć czasem zaczyna od stonowanej prośby "dań"). Bywa, że sobie krzyknie ot tak bez powodu. Mama już kilkakrotnie wskazała, że takie a nie inne zachowania Lenka małpuje po mnie. Wiecie, ona chce być taka jak ja. Ja na huśtawkę, ona za mną, ja na łóżko ona też, ja gryzę zabawkę, ona też, ale bez umiaru więc już na zawsze zostaną odbite ślady jej ząbków. Chyba muszę troszkę uważać na to co robię, ale chyba rodzice też muszą mieć się na baczności. Ja chcę być taka jak oni!! Lenka odkrywa w sobie coraz to nowe pasje, typowo kobiece zamiłowania. Uwielbia brać moje pudełko ze skarbami (korale, opaski itp...) i stroić się w świecidełka. Gdy uznaje, że wygląda pięknie przychodzi zaprezentować swoje dodatki. Poza tym zakładanie i ściąganie tych samych korali może urosnąć do rangi sztuki. Lena potrafi siedzieć i powtarzać tą czynność przez kilka minut, a mama się w nią wpatruje niczym w obraz. Ja niestety mam mało czasu, chyba że w przedszkolu, na swoją pasję rysowania. Chociaż i tak mama ma pełne torebki moich rysunków kwiatów i magicznych kul, bo ostatnio tylko to namiętnie rysuję. Lubię też układać puzzle, i muszę się pochwalić że idzie mi ostatnio nieźle, ach i gry planszowe i takie bardziej manualne (o małpkach, czy zgadnij kto to?). Lubię też robić swoją własną biżuterię, to trzeba mieć nie lada cierpliwość żeby nawlekać te małe koraliczki (dziwne, że to lubię bo cierpliwość to raczej cecha charakteru której mi brak). Pokonuję też własne słabości, choć to nieraz kosztem nerwów mamy. Wchodzę na wiszące mosty ("małpi gaj"), w dole nie lada przepaść, a do tego wszystko się rusza. Ja chcę więc idę, gdy zaczynam jęczeć, że się boję mama mówi co mam robić i jest lepiej (chyba że ktoś wpadnie na ten mostek i robi się z niego huśtawka). Gdy przejdę wszyscy są dumni, zwłaszcza ja i powtarzam swój wyczyn (nie oznacza to, że się już nie boję, ale boję się mniej). Tata mówi, że ja się bardziej boję przy mamie, niż przy nim. Fajnie jest gdy najpierw coś wywołuje u mnie lęk, a później okazuje się fajne. Tak było ostatnio w muzeum archeologicznym w Krakowie. Babcia Krysia chciała pokazać mi mumie. Wszystko było ok do momentu gdy się okazało, że sale wystawowe są pogrążone w ciemnościach, a tylko gabloty są podświetlone, to było przerażające. Najpierw oglądnęłam wystawę z rąk mamy i babci, ale wracałam do wyjścia o własnych siłach. Później siłą zaciągnęłam tam tatusia, bo tak bardzo mi się tam spodobało.
Z ciocią Karinką w Krakowie

środa, 19 września 2012

Jesień


Coś dziwnego dzieje się z pogodą. Jeszcze parę dni temu rodzice zrobili Majce wagary i zabrali nas nad wodę. Było ciepło, gorąco, choć woda do kąpieli nie zachęcała. Dzień później bez przerwy padało i było zimno. Mama nie zakłada mi już krótkich spodenek, ani sukieneczek. Zrobiło się chłodno i ubiera mnie w cieplejsze ubranka, trochę mi to nie pasuje. Nie pasowało mi też, że Maja poszła do przedszkola. Smutno mi gdy ktoś wychodzi beze mnie z domu, zwłaszcza Maja. Trochę popłakiwałam, a gdy zaspałam i nie widziałam jak wychodzi to szukałam jej po całym domku. Majek jest zadowolona, że wróciła do swoich koleżanek po wakacyjnej przerwie,teraz chodzi do grupy ŻABKI. Przyniosła nam już przedszkolnego szpikola. Ona uczy się tam nowych rzeczy, ale ja też nie próżnuje. Od powrotu z Łąkiego zapałam miłością do butów i książek. Opróżniam szafkę z butami kilka razy dziennie. Za to gdy mama mnie szykuje do wyjścia mówi:
- Lenka wyciągnij swoje buciki.
Ja idę do szafki i wyciągam (najczęściej swoje, ale nie zawsze, i nie zawsze do pary)buty i dumnie mówię:
- buty(i).
Brzmi to to trochę jak silnik auta.
Z książek też dużo się nauczyłam. Gdy już rano wyjrzę przez okno sprawdzić czy są gołąbki schodzę tyłem z łóżka (zasypiam i pół nocy śpię u siebie, a resztę z rodzicami) i idę do naszego pokoiku. Tam staję przed półką z książkami i zrzucam po kolei wszystkie. Wybieram ulubione, bo już takie mam. Zanoszę mamusi lub tatusiowi i ustawiam się tyłem, żeby mnie wzięli na kolanka. Oglądamy raz, drugi, dziesiąty, biorę kolejną i tak bym mogła cały dzień. Stamtąd min. wiem, że:
- żabka robi - tum tum
- owieczka - be
- kaczuszka - kła kła
- sowa - uuu huuu
- krówka - muu
- zegar - ta tak
Dużo rozumiem i mimo, że nie znam tych wszystkich słów umiem się dogadać. Czasami muszę walczyć z Majką o zabawki. Ja chcę te,którymi ona się akurat bawi, albo ona mi zabiera te którymi ja się bawię. Mówię jej "dan" i wyciągam łapki (czasami od razu płaczę, ale mama mówi, że najpierw mam prosić, a potem płakać) powtarzam, a jak nie skutkuje to robię jej bam bam, albo płaczę. Bardzo lubię nasze kąpiele, a później gdy leżymy w swoich łóżeczkach, a mama czyta nam książki. Ja mam butlę z mlekiem i rzadko mi się udaje dotrwać do końca czytania. Nawet wtedy Maja zadaje miliony pytań bo jak to ona stwierdziła:
"Ja muszę tyle gadać, ja mam tyle do powiedzenia".
Ja to bym chciała być taka duża jak ta nasza Majka i móc robić to wszystko co ona. Już udało mi się wywalczyć butelkę do picia bez smoka, taką jak ma Maja. Lubię ją naśladować.
Ostatnio obraziłam się na tatę. Był z nami przez całe wakacje i nagle pewnego dnia znikł. Po paru dniach wrócił, ale ja nie chciałam się z nim przywitać. Siedziałam w swoim wózku i odwracałam główkę. Dopiero gdy wszyscy razem weszliśmy do domu przytuliłam tatusia czule.

piątek, 31 sierpnia 2012

KASZUBY, łał


Nasza wakacyjna przygoda rozpoczęła się już 1 sierpnia przyjazdem babci Krysi. Ona razem z nami podbijała Kaszuby. 15 sierpnia wstaliśmy po piątej rano. Zapakowaliśmy auto, zjedliśmy śniadanie i o ósmej wyprawa ruszyła. Ja i Lenka szybko usnęłyśmy, a obudziłyśmy w Toruniu gdzie rodzice postanowili zrobić przerwę na spacer i obiad. Zrobiłam trochę wstydu w restauracji, ale po tylu godzinach w foteliku, aż mnie roznosiło. Zamówiłam sobie sok wyciskany ze świeżej pomarańczy. W pierwszej chwili wydał się pyszny, ale w drugim momencie poczułam włoski i zaczęłam wybrzydzać. Mama tłumaczyła mi, że ma dużo witamin więc na cały głos oświadczyłam, że lubię napoje sztuczne i z barwnikami. Po momencie puściłam bąka, którego chyba nikt nie słyszał więc na wszelki wypadek wykrzyknęłam "pierdłam sobie!!". Po obiedzie rodzice z ulgą wyruszyli w drogę do auta. Po trzech godzinkach w Toruniu ruszyliśmy dalej. Lena znowu usnęła, a ja chyba przymknęłam oko. Wieczorem dotarliśmy do Łąkiego, niedaleko Bytowa. Nasz domek stał na skraju lasu, na niewielkim wzniesieniu. Między gałązkami  drzew migotało jezioro (Wiejskie). Do najbliższego sklepu mieliśmy 2 km. Obok naszego domku stały jeszcze 4 inne, które były zamieszkane tylko w weekendy. Przez las biegły bite, piaszczyste drogi prowadzące do porozsypywanych po okolicy gospodarstw i domków letniskowych. My pokonywaliśmy niektóre z tych dróg na rowerkach. Lenek zostawał z babcią, a my zwiedzaliśmy okolice. Gdy dojeżdżaliśmy pod sklep tubylcy mówili nam "dzień dobry", a czasami próbowali porozmawiać. Nie zawsze było to łatwe bo zaciągali tamtejszą mową. Gdy świeciło słonko taplaliśmy się w jeziorze. Z każdym dniem na pobliskiej plaży było coraz mniej ludzi i czuło się jak wakacje się kończą. Miło jest mieć plażę tylko dla siebie. Na terenie kąpieliska stała siatka do gry w siatkówkę i był pomost z którego skakaliśmy do wody. Gdy Lenuś miał ochotę poskakać mówiła "tee lyyy"( czyli: trzy cztery). Wieczorami pływałam (czasami) z rodzicami na łódeczce, raz nawet uciekaliśmy przed deszczem (wypływaliśmy to zapowiadał się piękny zachód słońca). Raz wsiadłam do łódki i okazało się, że mamy pasażera na gapę. Była to mała żabka. Z początku byłam jej ciekawa, do czasu gdy do mnie doskakała. Mama zaczęła głośno krzyczeć, więc i ja się wystraszyłam. Pisku było, a potem dużo śmiechu gdy maluteńka żabka wskoczyła w otchłań jeziora. Zachowanie mamy było nieco dziwne bo następnego dnia mama podobną żabkę złapała do rączek i wcale nie krzyczała. Gdy pogoda nam się nieco psuła (na szczęście nigdy na cały dzień) też nie było czasu na nudę. Spacery po lesie, zbieranie grzybów, skoki po kałużach. To ostatnie spodobało się Lenie. Mama po deszczu włożyła nam kalosze i wyruszyliśmy w drogę. Szło sprawnie do pierwszej kałuży. Pokazałam mojej siostrzyczce jak się skacze. Muszę powiedzieć, że jak na pierwszy raz szło jej bardzo dobrze. Zabawa skończyła się gdy Lenek usiadła w kałuży. Mama zabrała ją do domku, a ja i tata poszliśmy dalej. Mama mówiła, że Lenuś był bardzo niepocieszony, że ma iść do domu. Mama zdjęła jej butki i postawiła koło kominka, żeby wyschły i przebrała malucha. Lena rozżalona wzięła kalosze usiadła pod drzwiami i próbowała włożyć na nogi. Bo wiecie, ona znowu dużo się nauczyła np. mówiła babci "cieś"(cześć) gdy rano wchodziła do pokoju, w którym spałyśmy z babcią; "am" (oznacza że ma ochotę coś zjeść) potrafiła doprowadzić tatę do szafki w której mama ukryła ciastka "tam" mówiła i pokazywała rączką na szafkę i dodawała "am"; "Łał" pada gdy Lence coś się podoba, albo gdy ma chęć go powiedzieć. Starała się też naśladować odgłosy zwierzątek jakie spotkała: krówki, pieski, kotki, gąski, kurki. Rano gdy wstawałyśmy wychodziłyśmy na taras, a ktoś z dorosłych szykował śniadanko. Posiłki pysznie smakują na świeżym powietrzu. 22 sierpnia nasza Lenka skończyła roczek. Sama nie wiem kiedy to zleciało, ale w końcu łatwiej będzie liczyć. Kupiliśmy torta, były balony i "sto lat" dla uczczenia tego pamiętnego dnia. Lenuś nie przygotowana próbowała dmuchać płonącą świeczkę. W końcu wspólnymi siłami... zgasła. Co Lenka dostała od rodziców?? Pamiętacie Czarka?? Pewnego dnia pojechaliśmy do Ustki. Lenuśka pierwszy raz zobaczyła morze, Bałtyk. Czuła się tam jakby co dzień tam bywała. Największe wrażenie wywarły na niej mewy. Ja dorobiłam się dwóch warkoczyków, rodzice próbowali znaleźć Czarka III, a w rezultacie kupili owcę Beeenka (który mimo wszystko nie przebił Czarka II; ciocia Kasia na urodziny Lenuśki kupiła Czarka III (nazywa się Łatek), którym póki co się dzielimy na zmianę Czarkiem II). Przez całe dwa tygodnie oglądnęłam może cztery bajki i wcale mi ich nie brakowało. Za to lubiłam gdy wieczorem babcia Krysia czytała mi bajki z wielkiej księgi bajek. Ja ją  zasypywałam pytaniami najpierw dotyczącymi bajek, a później urządzałyśmy pogaduchy o życiu. Podobno dużo gadam. Też mi coś. Zwiedzaliśmy Bytów, kamienne kręgi w Węsiorach, kościół poklasztorny w Kartuzach (którym zachwycała się Lenka "yyyyy łał", "to to?.........l(b)am łał" (co to?.... lampa, niezła bo duża). Na koniec wycieczki pojechaliśmy do Chmielowa gdzie odwiedziliśmy Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów. Pan Necel pokazywał nam jak się robi na kole garncarskim i opowiadał o przebiegu tworzenia naczyń. Zakupiliśmy kilka z nich na pamiątkę i wróciliśmy do domu. Po drodze zachwycaliśmy się pięknymi widokami: jezioro z prawej, jezioro z lewej, łąki, lasy, "tunele drzewne", małe wioski, krowy na pastwiskach. Wszystko bardzo mi się podobało i chyba pierwszy raz nie tęskniłam za koleżankami. Gdy była okazja zagadywałam dzieciaki, ale nie miałam zbyt wiele okazji. Nie wiadomo kiedy minęło 14 dni i trzeba było się spakować i ruszyć w drogę do domu. Chyba wszystkim zakręciła się łezka w oku. Wszyscy będziemy długo wspominać Łąkie, te widoki i tą CISZĘ (w której na początku nie mogliśmy spać). W drodze powrotnej odwiedziliśmy skansen we Wdzydzach Kiszewskich. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny i byliśmy pod olbrzymim wrażeniem. Bardzo podobał mi dwór, w którym rozbawiły mnie nocniki pod łóżkami, śmieszna wanna, i oczywiści oczarowały mnie zabawki. Wszyscy doskonale się bawiliśmy zabawkami sprzed lat: szczudły, drewniane wózki dla szmacianych lalek, łuk, koło do toczenia patykiem, drewniane koniki i bujaki. Później zjedliśmy obiad i wystartowaliśmy do domu. Lena spała, a ja gadałam i gadałam. We Włocławku Lenek się obudził i spacerowałyśmy by rozprostować nogi. Później Lenek gadał, ja gadałam, w końcu zmęczona drogą usnęłam, Lenek gadał, Lenek usnął i dojechaliśmy. Miło być w domku, ale brakuje nam ciszy, lasu i przestrzeni. Wakacje dobiegają końca...

Zdjęcia

czwartek, 9 sierpnia 2012

Wojna o Czarka



ZDJĘĆ kilka z ZOO
Czarek to maskotka, którą dostałam dwa lata temu jako pamiątka z wakacji w Bułgarii. Do tej pory leżał sobie w wiklinowym koszu i raz na trzy miesiące kochałam go przez godzinkę. Ponieważ Malwinka ma swojego Czarka, który jest starszy od niej bo jest odziedziczony po Mikołaju, postanowiłam odszukać mojego kota i nazwać go Czarek. Oba Czarki miauczą, nasz nieco chętniej (ma mniej zużyte baterie) i nasz ma nieco bardziej błyszczącą sierść (nasz na pewno mniej w swoim życiu widział i doświadczył). Oczywiście wszystko się może zmienić bo od paru dni nasz kiciuś zwiedza zakamarki domu, podwórka, a nawet był już w ZOO. Problem polega na tym, że to ja mam go kochać, a wielkim uczuciem do niego pała też Lenka. Ja nie chętnie się nim dzielę, a Lena się uparła że chce go nosić i tulić. Wczoraj to nawet usnęła w jego objęciach. Nie podoba mi się to wszystko. Na zmianę słychać mój obrażony szloch, albo rozżalony krzyk Leny. Podarowałam nawet Lenie muczącą krowę, ale miauczący Czarek to jedak jest miauczący Czarek. Nie wiem jak to się skończy, ale wiem jedno to jest MÓJ CZAREK. Poza tym  ostatnio dorosłam i nikt nie będzie mi w kaszę dmuchał. Nie pozwolę sobie na rządy rodziców, ani Leny.Oni chcą żebym była grzeczna i ułożona. Koniec z tym, wypowiedziałam im wojnę. Kary sypią się jak z rękawa. Ze mną nie pójdzie im łatwo. Zamydlam im nieco oczy, że niby jestem grzeczna i fajna i to przez cały dzień. Następnego wymyślam nowe tortury. Ile oni się nagadają, na tłumaczą. Sukces osiągam gdy któregoś z nich wyprowadzam z równowagi (częściej mamę). Żeby nie przesadzić z niegrzecznością zadaję głupie pytania np.:
- Wiesz Maju byłaś dzielna bo w zeszłym roku bałaś się wejść do tych pająków.
- Dlaczego??
ZDJĘCIA z CHRZTU od Wujka Marcina
- No bo tu tak ciemno i zrobione jakbyśmy byli w jaskini...
- Mamo dlaczego Król Lew umarł??
To oczywiście jedna z zabawniejszych wersji "głupie pytania". Wiecie jak zabawne jest sprawdzanie ile razy mama odpowie na jedno i to samo pytanie (zadane na kilka sposobów), albo ile razy poprosi o jakąś rzecz. Oprócz tego, że każą mi być grzeczną to każą mi się dzielić z Leną moimi rzeczami. Nie zawsze mi to na rękę. Do tego Lena chodzi po całym domu i pokonuje coraz dłuższe dystanse, roznosi MOJE zabawki i woła te swoje "to to". Wkurza mnie, bo ona wymyśla jakąś fajną zabawę, więc ja podchwytuję. Czasami chcę jej zabrać rzecz i wtedy słyszę, że mam jej oddać, albo nie przeszkadzać bo ona była pierwsza. Ogólnie to i tak ją kocham i pomogę gdy potrzeba. Tylko czasem mnie tak korci...

środa, 1 sierpnia 2012

29 lipec Chrzciny Lenki

Chrzciny widziane okiem Majki i Mikołaja, a może i Malwiniaka
Dziś będzie o emocjach jakie zafundowali, mi czyli Lenie, rodzice. Zaczęło się niewinnie, a nawet pod górkę. Mamę zabolał ząbek, bo okazało się, że jeszcze nie wszystkie jej wyrosły (taka duża i i jeszcze nie ma wszystkich zębów???). Poszła do pani dentystki, a ta siup! wyrwała jej i mama zaczęła dziwnie gadać. Kolejnego dnia wieczorem zupełnie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie) przyjechała ciocia Asia i wujek Łukasz. Powiem szczerze, że z początku mnie dość onieśmielali. Ja to raczej z natury ruchliwa i wesoła (albo krzycząca) jestem, a jak mama mnie posadziła na kolanach u wujka to tak sobie nieruchomo siedziałam jakieś 15 minut. Powiem szczerze, że rzadko ktoś u nas mieszka, a oni byli jak kładłam się spać, a i rano byli (dziwne zwyczaje). No, ale mało tego. Dobiegła sobota i wyobraźcie sobie przyjechali kolejni goście (babcia Krysia, ciocia Karina i wujek Bartek). Tym razem poradziłam sobie z tremą nieco lepiej. Głośno się zrobiło, a do tego wszystkiego jakieś dziwne rzeczy w telewizji zaczęto oglądać, mówią na to olimpiada. Wszystko się ładnie układało, aż tu nagle Majka zbladła przy obiedzie i zaczęło jej wszystko buzią wylatywać. Po czwartym, a może i piątym razie poczuła się lepiej. Mama się nieco martwiła, że następnego dnia będzie powtórka z rozrywki, albo że mnie dopadnie. Podobno niedziela miała być bardzo ważna, dlatego tyle gości przyjechało. Byłam ciekawa co to takiego się będzie działo i postanowiłam wstać nieco wcześniej niż normalnie (jeszcze przed budzikiem mamy, przed 7). Najpierw było spokojnie i całkiem normalnie. Później nieco szybciej wszyscy się poruszali, wkładali dziwne, ale ładne stroje. Ja dostałam białą sukienkę, którą mierzyłam wcześniej (fajnie się w niej straszyło). W takich kreacjach poszliśmy do kościoła. Dziwny to kościół bo nie wygląda jak kościół tylko jak dom. Dużo tam dzieci, które biegają, krzyczą, płaczą, jedzą, piją, żygają... Na początku mszy księża i ministranci przywitali nas w połowie kościoła. Zrobili małe przesłuchanie mamie, a potem poszli do ołtarza, a my za nimi. Później było nudno i gorąco, a do tego byłam śpiąca. Jak mama mi na coś nie pozwalałam to wyginałam się w łuk i krzyczałam. Mama chciała mnie zająć więc powędrowałyśmy na koniec kościoła, a tu się okazało, że jesteśmy potrzebne z przodu. Mama hyc! mnie na ręce i już byłyśmy na miejscu. Maja w między czasie robiła sesje zdjęciowe. Cóż, znowu nuda, tyle że ci panowie w sukienkach stali koło nas. Oni gadu gadu, a ja na spacerek, bo jak nie to "Łaaaaaaaaaaaaaa!!!". Później mama wzięła mnie na ręce, a jeden z tych dziwnych panów po głowie leje mi wodę. Co to za zwyczaje??? Głowę myje się w łazience!!! Byłam nieco oburzona, ale bardziej ze zmęczenia płakałam. Wszystko jak przez mgłę pamiętam. Moja kochana buteleczka była moim jedynym sprzymierzeńcem i ona jedna chciała mnie ululać. Pamiętam jeszcze, że jeden z tych jak ich tam nazywają księży podszedł do nas i wziął mnie na ręce. Zamurowało mnie i czekałam co dalej się wydarzy. On po schodkach wszedł i podnosi mnie do góry i pokazuje wszystkim, a oni wszyscy brawo biją. No powiem, że nawet nie drgnęłam. Jak tylko oddali mnie mamie, mama zabrała mnie na spacer i w końcu mogłam się przespać. Jak się obudziłam to zabrali mnie w dziwne miejsce gdzie wszyscy jedli, poza mną. Tam zrobił się ogromny szum bo okazało się, że ja umiem sama chodzić. Tyle trenowałam, że w końcu mi się udało. Wszyscy podziwiali moje pierwsze samodzielne kroczki. To był męczący dzień, a nawet weekend. Dopiero po kilku dniach doszłam do siebie i jestem znowu radosną (tylko czasem rozkapryszoną, albo krzyczącą) dziewczynką, która sama chodzi, jest ochrzczona i ma rodziców chrzestnych (ciocię Kasię i wujka Łukasza). Szkoda tylko, że rodzice jacyś tacy dziwni tata chory, a mamę znowu boli ząb (którego już nie ma) i znowu dziwnie mówi).

środa, 25 lipca 2012

To tooooooooo?

Z Wiką (ZDJĘCIA)

Brak nam (Lence i mi) ciągle czasu i sił. Rodzice wciąż coś wymyślają, a to dwutygodniowa tułaczka, a teraz odwiedzinki u rodzinki. Plany mieli ambitne : Kraków, Bieszczady, Salowa, Rudnik i do domu. Jak to zwykle bywa złośliwy los wszystko namieszał. Zaczęło się od tego, że po przyjeździe do babci Krysi tata nie mógł wyjść z auta. Później chodził na czworakach razem z Leną, dotrzymywał jej towarzystwa na jej poziomie. Do tego coś auto zaczęło się buntować. Po kolejnych dziwnych przypadkach mama powiedziała "STOP, w Bieszczady nie jedziemy". Tata się pozbierał i zaczął chodzić normalnie, a z auta wykręcił niepotrzebny czujnik. Bo wiecie, że w aucie nie wszytko jest potrzebne? Mamę to nieco zaskoczyło i zaproponowała usunięcie jednego z kół... Tym sposobem posiedzieliśmy w Krakowie dłużej niż planowaliśmy.
Pospacerowaliśmy i odwiedziliśmy Przyborów gdzie zażywałam kąpieli w górskiej rzece. Po tygodniu w rozszerzonym składzie, bo aż na dwa samochody wyruszyliśmy do Stalowej Woli. To był prawdziwy zlot rodzinny, prawie jak w Święta. Najechaliśmy domek cioci Dagi i wujka Tomka. Dorośli się napychali grillami, grali w badmintona, a ja zaprzyjaźniłam się z Wiką (Golden Retriever). Kocham tego psa i chciałabym mieć takiego samego. Generalnie jest bardzo kochana, ale niezła z niej kradziejka. Trzeba było pilnować lotek, zabawek i ubrań bo ona tylko czyhała na moment nieuwagi. Do tego odwiedzałam ciocię Agnieszkę i Kacpra. Ciocia jest supcio, ma dużo lakierów do paznokci (nawet mi dwa dała) i bawiła się ze mną w latające krowy. Ze smutkiem pożegnałam się ze wszystkimi i pojechałam do Rudnika nad Sanem. Tu przynajmniej miałam rówieśników do zabawy. Tam jest taka moja koleżanka Tośka, ona nie ma jeszcze 3 lat. Bawiłyśmy się razem, kłóciłyśmy i znowu bawiłyśmy. Trochę mnie denerwowało, że ja zaczynam sobie śpiewać a Tośka za mnie kończy.
Z Tosią
Przecież kiedy ja śpiewam to ona nie może mi przeszkadzać. Ona uważa podobnie więc jedynym rozsądnym rozwiązaniem było gdy Tosia postanowiła wyjść śpiewać do innego pokoju. Do takich kompromisów dochodziło z reguły po dużej burzy, ale nim ktokolwiek się oglądnął my już dalej się razem bawiłyśmy. Tośka to ma twardy charakterek i ustawia wszystkich dookoła, chyba dobrze zrobiło mi jej towarzystwo. Rodzice przygotowali też dla nas prawdziwe ognicho, nawet Lenek na nim była. Fajnie tak posiedzieć przy ogniu, posłuchać śpiewów i gitar. Szybko zasypia się i dobrze śpi po takim wieczorze. Wszystko co dobre się kiedyś kończy. Podsumowując to w Rudniku mi się nie podobało, bo było za krótko. Smutno mi było odjeżdżać, nie chciałam jechać do domu. Choć i tu nie ma czasu żeby się ponudzić. Już odwiedziłam Maliwniaka i Mikiego, Eliaszka i jego malutką siostrzyczkę Kornelkę. Ciągle gdzieś musimy jechać...Teraz zdań kilka o Lenie bo przecież i ona z nami była i strasznie się zmieniła przez ten czas. Nadal wędruje za rączki, ale czasami trzyma się tylko za jedną. Stoi bez trzymanki i lubi jak ktoś to obserwuje. Po mieszkaniu stara się chodzić podtrzymując się ścian. Jak nie dostaje tego co chce robi niezłą awanturkę. Gdy jest na rękach to odgina głowę do tyłu i się złości. Gdy jest na podłodze to kładzie głowę na ziemi i kładzie się płacząc. Póki co szybko można ją przekonać, że są rzeczy ciekawsze i jakby nigdy nic Lena znowu się uśmiecha. W kółko wyciąga paluszek i pyta "To toooooooo?". Mówi też:
" da" - daj, weź
"am" lub "aaaaa" (zniecierpliwione) - no dawaj mi to bo mi smakuje, a jestem głodna
naśladuje też inne dźwięki, ale chyba nie wszytko jeszcze wie co i kiedy. Chociaż dużo rzeczy co mama i tata mówią to widać że kojarzy:
"będziemy jechać autkiem." więc Lenka udaje auto "brrrrrrrrr"
"idź do mamy, zobacz co ma" itd......

czwartek, 5 lipca 2012

Dinusiowe urodzinki

ZDJĘCIA
Teraz za każdym razem będziemy musiały się określać, która z nas pisze. Bo oczywiście Leneczka musi robić wszystko to co ja. Czasami jest to dość męczące i wkurza mnie. Ja gram z babcią w chińczyka, to i ona ma właśnie ochotę. Każą mi wtedy jej ustąpić, pokazać, ale ja przecież nie chcę się dzielić babcinym czasem. To tylko taki mały przykładzik, który akurat przyszedł mi do głowy. W sumie nie o tym chciałam tu napisać. Chciałam napisać o prezencie od moich rodziców. Jak o nim myślę to mam mieszane uczucia bo nie mogłam go zabrać na zawsze do domu, ale mama mówi że wspomnienia zostaną. Poza tym to bardzo mi się podobało. Rodzice zabrali mnie i Lenkę do Krasiejowa, do JuraParku. Na początek zapakowali mnie do pociągu, nałożyli dziwne okulary i wjechaliśmy do tunelu czasu. Zrobiło się ciemno, chłodno i gdy zaczął się seans przeraziłam się:
" ja chcę wyjść",  "ja chcę do domu". Mama kazała zdjąć okulary i wtulić się w nią. Tak było lepiej. Chlipałam cichutko, trzęsłam się i mimo klimatyzacji spociłam się jak nie wiem. W tym czasie Lenka rozpoczęła swoją kilkuminutową drzemkę. Z ulgą wysiadłam z tego pociągu, ale przyznam się że trochę podglądałam. Postanowiłam, że jak będę starsza to spróbuje jeszcze raz się przejechać tym pociągiem. Następnie odbyliśmy trasę epokami i oglądaliśmy dinusie. Największe wrażenie wywarły na nas te największe z JURY. Lena namiętnie próbowała je straszyć "łaaaa". Upał lał się z nieba i po takiej trasie chętnie udaliśmy się do kąpieliska. Woda cieplutka, czyściutka więc nie wiadomo kiedy zrobiła się 17. Niebo spowiły dziwne chmury, które według rodziców oznaczały zbliżającą się burzę. Bo w ostatnim czasie jest dość upalnie, a później przychodzą straszne burzyska. U nas na podwórku to połamało, wyrwało  z korzeniami kilka potężnych drzew. Skierowaliśmy się do oceanarium, ale gdy zobaczyłam okulary nieco się zdenerwowałam i nie chciałam tam wejść. Rodzice się rozdzielili. Ja z mamą i śpiącą Lenką poszłyśmy na fajowski plac zabaw i inne tam rozrywki. Później oni się wymienili i strasznie przeżywali rekina, który ich atakował, stłukł szybę, a ich opryskała woda. Jak będę większa to i tam pójdę. No i po tych szaleństwach przypomnieliśmy sobie, że obiadu nie jedliśmy. Niestety w barach nie zostało za wiele, a i nie za dobre to jedzonko było. Posililiśmy się i ruszyliśmy do domu. Podróż mieliśmy z przygodami. Najpierw burza nas goniła, a później to my wjechaliśmy w czarne chmury. Mama się strasznie bała, bo takiego nieba chyba nigdy nie widziała. Jak zaczęło padać to z nieba leciała wręcz ściana wody. Mama kazała się tacie zatrzymać. My z Lenką byłyśmy zrelaksowane w przeciwieństwie do mamy. Tata był dzielny. W końcu ruszyliśmy. Z nieba ciągle lało, a drogą płynęła rzeka. Przed Częstochową wjechaliśmy wręcz do jeziora. Szkoda, że nie widzieliście miny mamy. Tata dopiero w domu się przyznał, że też miał małego stracha gdy wyglądało na to że staniemy na środku tego bajora. Na szczęście cali dojechaliśmy do domku. Na tym dziś kończę i załączam zdjęcia. Niektóre są mojego autorstwa, bo dostałam w spadku taki mały aparacik. Mama pomogła mi wybrać ciekawsze...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Lenka opowiada o urodzinach Mai

ZDJĘCIA
(niektóre z urodzinowych zdjęć udostępniłam nam ciocia Edyta, która bardzo pomogła nam podczas imprezy -DZIĘKUJEMY)

Jak ja tu nie zasiądę to ta moja siostra (bo ja to przecież siostrzyczka czyli Lenka) to chyba ona nie znajdzie czasu na pisanie. Zacznę od siebie bo o Majce to będzie jak zwykle więcej.
Staram się werbalnie kontaktować ze światem dorosłych:
- a(ha)u, au - to znaczy pies
- auuuuuuuauuu - wilk
- ba ba - coś mi upadło, albo coś rzuciłam
Umiem też pokazać jak wilk dmuchał domki świnek z bajki o trzech świnkach, a od paru dni ćwiczę posyłanie buziaków. No i oczywiście czasami rozdaję buziaki... Uwielbiam chodzić za dwie rączki, ale dorośli (poza mamą, z racji wzrostu) niechętnie mnie oprowadzają (że to niby plecy ich bolą). Od piachu zdecydowanie bardziej wolę zjeżdżalnię (taką z rurą przed blokiem babci Ani). Przełamałam też mój lęk przed dużą wodą. W ostatnie upalne dni jeździliśmy kąpać się do Kłobucka. Najpierw nie bardzo mi się to podobało, ale w niedzielę to już rodzice z trudem mnie wyciągali z wody. Muszę się też przyznać (żeby później rodzice pamiętali, że i ja miałam wpadki), że ostatnio zdarzyło się parę nocek (tych dusznych) kiedy nie mogłam spać. Rodzice się kładą, a ja wstaję i hulaj dusza. 2-3 godzinki zabaw, raz to zrobiliśmy sobie nawet tańce o 1 w nocy. Na szczęście później wszystko wróciło do normy i znowu grzecznie spałam. Pewnego dnia poszłam z rodzicami do przedszkola Majki, na występy. To były takie popisy wszystkich grup na zakończenie roku. Dzieci tańczyły, śpiewały i mówiły wierszyki. Ja trochę posiedziałam, nawet potańczyłam (bo lubię się pobujać) i brawo biłam, ale ile można. Później zaciągnęłam mamę na spacerowanie. Maja była muchomorkiem i mówiła fragment wierszyka. Z jej grupy mówiło tylko kilkoro dzieci i trzeba ją pochwalić że mówiła głośno i wyraźnie i na koniec tylko raz pokazała język. Rodzice pękali z dumy i dalej pękają. Co jeszcze się ważnego działo?? Maja od 28 czerwca obchodzi swoje czwarte urodzinki.
Majkowe urodziny
Najpierw częstowała dzieciaki z przedszkola cukierasami. Od każdego dziecka dostała piękny rysunek. 29 czerwca rodzice i Maja zaprosili kilkoro dzieciaków (Marysia, Malwinka, Ola, Krysia, Martynka, Nikola, Klaudia, Tomek i Mikołaj) na imprezę, która odbyła się na podwórku. Na szczęście pogoda dopisała i cała reszta też. Malowaliśmy (ja też) tekturowy domek, który był dziełem naszego taty, zbieraliśmy ukryte grzybki, graliśmy w piłkę, a w przerwie podjadaliśmy słodycze i owoce. No i tym sposobem docieramy do 3 lipca, kiedy to Maja naprawdę ma urodziny. Ja na pewno pominęłam wiele ważnych rzeczy z naszego życia. Teraz pewnie będzie jeszcze trudniej tu regularnie zaglądać bo przecież gdy tylko słonko świeci to my wędrujemy po podwórku, po lesie, moczymy się w wodzie, a rodzice chcą nas jeszcze trochę poobwozić po tej naszej Polsce. Nic o Koko eurospoko nie było. Powiem wam, że jeden mecz oglądałam, Polska - Rosja. To było dla mnie straszne przeżycie bo gdy mama i babcia (która była u nas w tym czasie) krzyczały NIE! jak Rosjanie strzelili nam gola, to ja zalewałam się łzami. Cóż to były za emocje.

czwartek, 31 maja 2012

WAKACJE

ZDJĘCIA

Co to są wakacje? To jest czas gdy człowiek ma odpocząć i się zrelaksować. Nasi rodzice zabrali nas właśnie na wakacje, tak przynajmniej twierdzili. Ja tam nie odpoczęłam i nawet się nie zrelaksowałam. Ciągle gdzieś chodziliśmy, spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy. Może zacznę od tego, że pojechaliśmy do Kudowy Zdrój. Tam spaliśmy, chodziliśmy na spacery po Parku Zdrojowym, na lody i na plac zabaw (te dwa ostatnie niewątpliwie należą do rzeczy które lubię). Gdy rano wstawaliśmy, rodzice pakowali plecak, potem nas wsadzili do auta i w drogę:
Szczeliniec
Dzień I:
Chcieliśmy odwiedzić Złoty Stok, ale czas trwania zwiedzania przekraczał moje i Lenkowe normy. Po przyjeździe na kwaterę odbyliśmy spacerek po parku.
 Dzień II:
Szczeliniec – podobało mi się przez pierwsze 20 minut (choć schody nieco mnie zniechęciły), później nieco mi spowszedniały te skały. Było dużo hałaśliwych wycieczek szkolnych, które (choć pewnie nie tylko one) zostawiały sporo śmieci. Pogoda niby nam sprzyjała, bo słonko świeciło, ale do tego wiał zimny wiatr. Gdy on ustawał można było się upiec, a gdy wiał szczękaliśmy zębami. Później obiadek i wizyta w „szlaku ginących zawodów”. Mi się trochę podobało. Było mini ZOO, gdzie porównywałam różne rodzaje bażantów, była też koza, jelenie, owce itd... No tak, ale to niewiele ma wspólnego z zawodami. Oprócz zwierząt była tam chata z robótkami ręcznymi - szydełkowymi i krosnowymi. Dom chlebowy, gdzie można było sobie kupić pajdę chleba. Podobno i kowala można tam spotkać, ale my nie mieliśmy tyle szczęścia. Był też znudzony pan (pewnie dlatego że było dużo grup szkolnych), który robił garnki. Można było spróbować tego garncarstwa, co było za darmo, ale za własny twór trzeba było zapłacić. Tata podjął się i wykonał dzbanuszek, który zakupiliśmy. Rodzice byli trochę rozczarowani tym miejscem. Później udaliśmy się do kaplicy czaszek. Kupiliśmy bilety, spojrzeliśmy na rozwrzeszczane grupy dzieci i postanowiliśmy wrócić tam innego dnia. Resztkami sił wróciliśmy na kwaterę. Oj, ciężka była ta droga. Szybko usnęliśmy.
Dzień III:
Teplicke Skalne Mesto – Czy ci rodzice do końca poszaleli?? Znowu skały!! No dobra najpierw mi się podobały, ale ile można iść i tylko iść. Oni (tzn. rodzice) tylko Och-y, Ach-y, „patrz tu”, „patrz tam”. Ja dzielnie do przodu, za nimi, szłam i szłam. Dookoła skały wysokie na 30 metrów, czyściutko, cichutko. Mijaliśmy ludzi, którzy później nas mijali, wymienialiśmy z nimi miłe uwagi i spostrzeżenia. Trasę pokrzyżował nam Sokół wędrowny. Akuratnie przywędrował i kawałek trasy (gdzie mieliśmy zatoczyć koło) została wyłączona ze szlaku. Po ponad 4 godzinach wędrówki i pokonaniu ok 6 km dotarliśmy na parking. Na nic więcej nie starczyło nam już sił. Zakupiliśmy lody i pierwsze w tym roku truskawki i przed kwaterą pałaszowaliśmy przysmaki. Lenek po jeździe w foteliku, po noszeniu w nosidle chętnie korzystała z wolności. Dzielnie znosiła te nasze podróże, ale gdy miała dość to nie ukrywała rozgoryczenia. Do tego polubiła wstawanie przy różnych meblach i chodzenie za rączki.
Ze skalnym dziadkiem w Błędnych Skałach
Dzień IV:
Błędne Skały – Tak, tak znowu te skały. Tym razem podobało mi się. Były wąskie i niskie przejścia. Wołałam:
„OoO to będzie PIKUŚ!!”
„Skurcz się tata, jak oliwka”
„Dasz radę!!”
Błędne Skały
A tata nie dość, że duży to jeszcze niósł Lenkę więc mu było trudno. Lenie się za to bardziej podobało niż zwykle, chichrała się i gadała po swojemu. Było ciekawiej i krócej niż w poprzednie dni. Dla mnie na 6, dla rodziców na 5. Rodzicom było mało więc pojechaliśmy do skansenu w Pstrążnej. Eksponatów nie za dużo, ale bardzo klimatyczne i swojskie miejsce. Na odchodnym dostaliśmy po pajdzie chleba (wypiekany w jednej z chat) ze smalcem i z powidłami (palce lizać). Po drodze odwiedziliśmy ruchomą szopkę. Wystarczyło nam jeszcze czasu by pobawić się na placu zabaw.
Dzień V:
Adrspach
Kto chce niech nie wierzy, ale znowu pojechaliśmy oglądać skały. Czy Ci nasi rodzice są w ogóle normalni? Pojechaliśmy do Adrspach i spacerowaliśmy między imponującymi skałami. Każde z odwiedzanych przez nas miejsc było inne i każde otępiało moich staruszków. Tu niewątpliwie było inaczej bo oprócz skał były dwa wodospady, szmaragdowe jeziorko i skalne jeziorko po którym płynęliśmy z tatą łodzią. Trafił nam się bardzo wesoły pan przewodnik. Ponieważ to miejsce do płynięcia było dość nudne to pływający przewodnicy urozmaicili je figurkami np. (wspomnienie taty).:
- wystająca ręka z wody: „To ręka mojej żony, bo za mało zarabiała. Miała zabierać portfele turystom, ale jeszcze jej się nie udało więc tu została”.
- Korzeń wchodzący w skałę: „Marzenie starca, niby wisi a jednak stoi - conus spirytus viagrus”, a pewien chłopiec na to„mamuś, a co to viagra?”
  • Udało nam się jeszcze zaglądnąć do kaplicy czaszek. To był ostatni punkt grafiku, na resztę zabrakło już czasu.
Dzień VI:
Pogoda się popsuła. Kudowa („BUDOWA”) pożegnała nas chmurami, a już parę kilometrów za nią tonęliśmy w potoku płynącym z nieba. To był początek kiepskiej podróży. W Kłodzku rodzice poczuli dziwny zapach. Tata stwierdził, że to może być ropa. Ponieważ przestało śmierdzieć jechaliśmy dalej w ulewie. Nagle tata oświadczył, że musimy się zatrzymać bo coś nam bak za szybko pustoszeje. Postój obudził Lenkę. Okazało się, że poluzował się jakiś wężyk i straciliśmy parę ładnych litrów cennej cieczy. Tata naprawił usterkę i w drogę. Ja zabawiałam Lenę, która w aucie milczy gdy śpi lub coś je. W innych przypadkach, to albo miło sobie gada, albo marudzi i płacze. Dojechaliśmy do Nysy, droga nieco przesychała. Ja piskami i krzykami rozbawiałam Lenkę. Rodzice nic nie mówili bo ona się śmiała. Jechaliśmy wolno gdy nagle na lekkim łuku obróciło nasze auto o 270 stopni i wylądowaliśmy na przeciwnym pasie. W aucie zrobiło się cicho. Rodzice obserwowali nadjeżdżającego tira i z ulgą stwierdzili, że hamuje i dzieli nas jeszcze parę metrów. Rozluźnienie nastało gdy auto uderzyło tyłem, niezbyt mocno o balustrady na chodniku. Rodzice zlustrowali nas wzrokiem i tata zjechał do zatoczki by ocenić sytuację. Co ja na to??
„Ooo, ale nas zakręciło”.
Na szczęście nam nic się nie stało, a i nawet auto ucierpiało nie za wiele. Pojechaliśmy dalej, a marudzenie Leny nikomu nie przeszkadzało. W strugach deszczu odwiedziliśmy jeszcze zamek w Mosznej, a później prosto do domku, do mojego domku.
 

Moje wymarzone wakacje:
Wizyty na basenie niedaleko od naszego bloku.

Lenek:
Spaceruje sobie za rączki i po powrocie do domu została przeprowadzona do mojego, o przepraszam do NASZEGO pokoju. Pierwszej nocy było trochę łez, a kolejnej już nie. Co tu płakać, w nocy i tak lądujemy u rodziców.

Częstochowa. Uroczystość nadania Miejskiemu Przedszkolu nr 13 imienia Krecika, bohatera znanej czeskiej bajki
źródło:  http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/51,35271,11824947.html?i=0
We wtorek w przedszkolu odbyło się przedstawienie z ważnymi gośćmi. To wszystko z okazji 50 urodzin tego miejsca. Przedszkolu zostało nadane imię KRECIKA, a krótka informacja z tej uroczystości znalazła się w Gazecie Wyborczej.

niedziela, 20 maja 2012

Wesołe Ciasteczko

ZDJĘCIA
Parę dni temu zawitało pod nasz blok Wesołe Miasteczko. Taka informacja spowodowała, że wstałam z łóżka w 3 sekundy (normalnie ok 5 min). Myślałam, że mama zmyśla : "myślałam, że żartujesz, a tu na prawdę jest Wesołe Miasteczko". Och nie mogłam się doczekać kiedy tam pójdziemy. Całe to zamieszanie z powodu JUWENALIÓW. Studenci chcieli nam podziękować, że zgodziliśmy się na te hałasy za oknem i podarowali nam darmowe bilety. W sumie trochę przypadkiem nasz przydział się rozmnożył i z 4 zrobiło się 12. Połową podzieliłam się z moimi podwórkowymi przyjaciółmi, a resztę sama wyjeździłam (bo Lenek przecież jeszcze za mały). Muszę przyznać, że pierwszego dnia mnie poniosło i na koniec zabawy zrobiłam małą scenkę rozczarowania (bo chciałam jeszcze). To był dopiero początek mojego złego nastroju. Kolejnego dnia nieco lepiej zniosłam koniec szaleństw, a ostatniego dnia zaakceptowałam, że czas pożegnać się z WM. Mama każdego dnia oddychała coraz spokojniej, bo tym razem źle znosiła moje histerie. W sumie to była dzielna, bo raz bała wsiąść na pędzącego smoka, a następnego dnia przełamała się i już pojechała ze mną. Krzyczała tylko troszkę. Lenek powróciwszy na łono spacerów i podwórkowego życia śpi nieco lepiej. W dzień z tym sapaniem nie szaleje (od 30 min do 2h- raz na dwa tygodnie). Do piachu przekonała się Zocha i co tu dużo gadać opanowała piaskownicę. Lenek dostojnie siedzi i spogląda, a Zosia to tu to tam. Czasem również posiedzi i pogada, pogłaska Lenę, wsadzi jej palec do oka, przytuli, pocałuje, zabierze zabawkę. Co na to Lena?? Najczęściej uśmiecha się niczym Mona Lisa.

wtorek, 15 maja 2012

Mój świat, piszę ja czyli Lena


Tu Zosia sprawdza uzębienie Leny
Zauważyłam, że moja siostra (Maja) cierpi ostatnio na brak czasu. Za jej zgodą postanowiłam od czasu do czasu wyręczyć ją w pisaniu bloga. Niestety przedszkole, zabawy na podwórku zabierają znaczną część dnia. Później tylko kąpiel, bajka, kolacja, lektura i dopada nas (mnie - LENE- nieco wcześniej) błogi sen. Tzn. z tym podwórkiem to tak jest gdy jest ładna pogoda. W tamtym tygodniu panowało u nas lato, teraz jest chłodno i spacery są krótsze. No, ale wracając do tej pięknej pogody. Odkryłam coś niezwykłego, piaskownicę. Mogę sobie tam siedzieć i machać łopatką, kubeczkiem, foremką i przyglądać się biegającym dzieciom bardzo długo. Gdy mnie mama sadza w piachu nagle otacza mnie wianuszek dzieci, wszyscy bawią się koło mnie, a później biegną do innych zbaw, a później znowu wracają.Zauważyłam, że lubię być w centrum uwagi. Jestem przeszczęśliwa, gdy ktoś nie spuszcza ze mnie oka i do mnie gada. Odwzajemniam to zainteresowanie uśmiechami. Moja koleżanka Zocha, jest bardziej delikatna i o piaskownicy nie chce słyszeć. Ja tam piasek lubię. Nie lubię też samotności. W domu chodzę za mamą, lub Majką krok w krok. Gdy już jestem zmęczona tym przemieszczaniem, to się złoszczę. Ciężko jest chodzić na czworakach i nieść coś w rączce (chlebek, łyżeczka itp...). Gdy już jestem rozgniewana, ale jeszcze nie  chce mi się płakać mówię "dzidziadziadziadzia...", albo "tititititi". Gdy jestem w dobrym nastroju to próbuję rozśmieszyć wszystkich mówiąc " loodyloody...", do tego wyciągam tak śmiesznie jęzor i jestem cała mokra. Ten ślinotok jest też spotęgowany tym, że przebiły mi się kolejne zęby. Wszyscy się nimi zachwycają, więc chętnie się nimi chwalę.