| ZDJĘCIA |
Co to są wakacje? To jest czas gdy człowiek ma odpocząć i się zrelaksować. Nasi rodzice zabrali nas właśnie na wakacje, tak przynajmniej twierdzili. Ja tam nie odpoczęłam i nawet się nie zrelaksowałam. Ciągle gdzieś chodziliśmy, spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy. Może zacznę od tego, że pojechaliśmy do Kudowy Zdrój. Tam spaliśmy, chodziliśmy na spacery po Parku Zdrojowym, na lody i na plac zabaw (te dwa ostatnie niewątpliwie należą do rzeczy które lubię). Gdy rano wstawaliśmy, rodzice pakowali plecak, potem nas wsadzili do auta i w drogę:
Chcieliśmy odwiedzić Złoty Stok, ale
czas trwania zwiedzania przekraczał moje i Lenkowe normy. Po
przyjeździe na kwaterę odbyliśmy spacerek po parku.
Dzień II:
Szczeliniec – podobało mi się przez
pierwsze 20 minut (choć schody nieco mnie zniechęciły), później
nieco mi spowszedniały te skały. Było dużo hałaśliwych
wycieczek szkolnych, które (choć pewnie nie tylko one) zostawiały
sporo śmieci. Pogoda niby nam sprzyjała, bo słonko świeciło, ale
do tego wiał zimny wiatr. Gdy on ustawał można było się upiec,
a gdy wiał szczękaliśmy zębami. Później obiadek i wizyta w
„szlaku ginących zawodów”. Mi się trochę podobało. Było
mini ZOO, gdzie porównywałam różne rodzaje bażantów, była też
koza, jelenie, owce itd... No tak, ale to niewiele ma wspólnego z
zawodami. Oprócz zwierząt była tam chata z robótkami ręcznymi -
szydełkowymi i krosnowymi. Dom chlebowy, gdzie można było sobie
kupić pajdę chleba. Podobno i kowala można tam spotkać, ale my
nie mieliśmy tyle szczęścia. Był też znudzony pan (pewnie
dlatego że było dużo grup szkolnych), który robił garnki. Można
było spróbować tego garncarstwa, co było za darmo, ale za własny
twór trzeba było zapłacić. Tata podjął się i wykonał
dzbanuszek, który zakupiliśmy. Rodzice byli trochę rozczarowani tym
miejscem. Później udaliśmy się do kaplicy czaszek. Kupiliśmy
bilety, spojrzeliśmy na rozwrzeszczane grupy dzieci i postanowiliśmy
wrócić tam innego dnia. Resztkami sił wróciliśmy na kwaterę.
Oj, ciężka była ta droga. Szybko usnęliśmy.
Dzień III:
Teplicke Skalne Mesto – Czy ci
rodzice do końca poszaleli?? Znowu skały!! No dobra najpierw mi się
podobały, ale ile można iść i tylko iść. Oni (tzn. rodzice)
tylko Och-y, Ach-y, „patrz tu”, „patrz tam”. Ja dzielnie do
przodu, za nimi, szłam i szłam. Dookoła skały wysokie na 30
metrów, czyściutko, cichutko. Mijaliśmy ludzi, którzy później
nas mijali, wymienialiśmy z nimi miłe uwagi i spostrzeżenia. Trasę
pokrzyżował nam Sokół wędrowny. Akuratnie przywędrował i
kawałek trasy (gdzie mieliśmy zatoczyć koło) została wyłączona
ze szlaku. Po ponad 4 godzinach wędrówki i pokonaniu ok 6 km
dotarliśmy na parking. Na nic więcej nie starczyło nam już sił.
Zakupiliśmy lody i pierwsze w tym roku truskawki i przed kwaterą
pałaszowaliśmy przysmaki. Lenek po jeździe w foteliku, po
noszeniu w nosidle chętnie korzystała z wolności. Dzielnie znosiła
te nasze podróże, ale gdy miała dość to nie ukrywała
rozgoryczenia. Do tego polubiła wstawanie przy różnych meblach i
chodzenie za rączki.
![]() |
| Ze skalnym dziadkiem w Błędnych Skałach |
Błędne Skały – Tak, tak znowu te
skały. Tym razem podobało mi się. Były wąskie i niskie
przejścia. Wołałam:
„OoO to będzie PIKUŚ!!”
„Skurcz się tata, jak oliwka”
„Dasz radę!!”
| Błędne Skały |
Dzień V:
| Adrspach |
- wystająca ręka z wody: „To ręka mojej żony, bo za mało zarabiała. Miała zabierać portfele turystom, ale jeszcze jej się nie udało więc tu została”.
- Korzeń wchodzący w skałę: „Marzenie starca, niby wisi a jednak stoi - conus spirytus viagrus”, a pewien chłopiec na to„mamuś, a co to viagra?”
-
Udało nam się jeszcze zaglądnąć do kaplicy czaszek. To był ostatni punkt grafiku, na resztę zabrakło już czasu.
Dzień VI:
Pogoda się popsuła. Kudowa („BUDOWA”)
pożegnała nas chmurami, a już parę kilometrów za nią tonęliśmy
w potoku płynącym z nieba. To był początek kiepskiej podróży. W
Kłodzku rodzice poczuli dziwny zapach. Tata stwierdził, że to może
być ropa. Ponieważ przestało śmierdzieć jechaliśmy dalej w
ulewie. Nagle tata oświadczył, że musimy się zatrzymać bo coś
nam bak za szybko pustoszeje. Postój obudził Lenkę. Okazało się,
że poluzował się jakiś wężyk i straciliśmy parę ładnych
litrów cennej cieczy. Tata naprawił usterkę i w drogę. Ja
zabawiałam Lenę, która w aucie milczy gdy śpi lub coś je. W
innych przypadkach, to albo miło sobie gada, albo marudzi i płacze.
Dojechaliśmy do Nysy, droga nieco przesychała. Ja piskami i
krzykami rozbawiałam Lenkę. Rodzice nic nie mówili bo ona się
śmiała. Jechaliśmy wolno gdy nagle na lekkim łuku obróciło
nasze auto o 270 stopni i wylądowaliśmy na przeciwnym pasie. W
aucie zrobiło się cicho. Rodzice obserwowali nadjeżdżającego tira
i z ulgą stwierdzili, że hamuje i dzieli nas jeszcze parę metrów.
Rozluźnienie nastało gdy auto uderzyło tyłem, niezbyt mocno o
balustrady na chodniku. Rodzice zlustrowali nas wzrokiem i tata
zjechał do zatoczki by ocenić sytuację. Co ja na to??
„Ooo, ale nas zakręciło”.
Na szczęście nam nic się nie stało,
a i nawet auto ucierpiało nie za wiele. Pojechaliśmy dalej, a
marudzenie Leny nikomu nie przeszkadzało. W strugach deszczu
odwiedziliśmy jeszcze zamek w Mosznej, a później prosto do domku,
do mojego domku.

Moje wymarzone wakacje:
Wizyty na basenie niedaleko od naszego
bloku.
Lenek:
Spaceruje sobie za rączki i po
powrocie do domu została przeprowadzona do mojego, o przepraszam do
NASZEGO pokoju. Pierwszej nocy było trochę łez, a kolejnej już
nie. Co tu płakać, w nocy i tak lądujemy u rodziców.
![]() |
| źródło: http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/51,35271,11824947.html?i=0 |


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz