poniedziałek, 29 sierpnia 2011

O Lenusi

Za nami bardzo trudny i długi tydzień. W poniedziałek 22 sierpnia mama pojechała rano z tatą do szpitala, a ja zostałam w domku z babcią Krysią. Calutki dzień nic się nie działo, aż tu nagle wieczorem okazało się, że mam siostrzyczkę, a ja zostałam siostrą. Tata wrócił bardzo późno w nocy, bo opiekował się maluszkiem kiedy mama odsypiała "poród". Podobno tyle gadała na sali operacyjnej, że w końcu pan doktor nałożył jej maseczkę i mama przespała resztę imprezy. Przez kolejne dni musiałam się opiekować babcią Krysią. Oprowadzałam ją po naszej okolicy, pokazywałam place zabaw i przestawiałam moich znajomych. Codziennie odwiedzaliśmy mamę i "moją siostrzyczkę" w szpitalu.
W szpitalu

Przez pierwsze dni rodzice mieli dylemat jak dać na imię dzidziusiowi. W końcu wzięli kalendarz i udało im się. Poprzez Gabrysię, Magdalenę, Judytę doszli do porozumienia i nasz dzidziuś został LENĄ GABRIELĄ. Podobno ciocia Karinka przez pierwszy miesiąc nie miała imienia, więc mama i tata nie mają się czego wstydzić ;).
Wszyscy mówią, że Lenusia jest moją kopią tylko, że nieco większą (taką miesięczną). Ja byłam znacznie mniejsza: Ja - 2960; Lenka - 3740; Ja - 48 cm; Lenka - 56). Pan doktor po ostatnim USG (w poniedziałek) stwierdził, że może 3700, ale biorąc granicę błędu na pewno mniej. Tak więc Lenka zaskoczyła wszystkich, nawet ubranka. Mama przygotowała takie do 54 cm. Mama mówi, że Lenka jest bardzo dzielna. Świetnie znosiła wszystkie badania, kąpiele i inne zabiegi w szpitalu.  Dwie pierwsze noce zapowiadały, że do naszego domku wprowadzi się krzykacz. Na szczęście odkąd mama ma stałą dostawę mleka Lenka się wyciszyła i jest zadowolona.


W sobotę, popołudniu mama i Lenka wróciły do domu. To był bardzo upalny dzień bo było 35 st, a wiaterek nie chłodził, a wręcz parzył. Tak czy siak w domu było o parę stopni chłodniej niż w szpitalnej sali. Tatuś i ja przygotowaliśmy dekoracje na cześć naszych dziewczyn (serpentyny, balony i napisy z moimi obrazkami).
Lenusia (tak się do niej zwracam) bardzo dużo śpi, je i robi kup. Staram się pomagać: podaję pieluchy, albo wyrzucam te śmierdzące (a to duże poświecenie). Wczoraj nawet pomagałam tacie przy kąpieli Leni.
Mama i tata dostali dużo gratulacji. W ich imieniu jeszcze raz wszystkim dziękujemy.
Wczoraj odwiedzili nas ciocia Karina i wujek Bartek, babcia Ania z dziadkiem Markiem. Trochę nie rozumiem tego szumu wokół Lenki. Momentami musiałam się domagać uwagi. Do tej pory to ja byłam w centrum uwagi. Teraz jesteśmy dwie :).

W sobotę leżałam i przyglądałam się Lenusi, a ona otworzyła buzię i:
- Oo mamo, Lenka zapomniała zębów.
- No coś ty... - mama trzymała się za bolący brzuch i starała się być poważna
- Mamo ona ich zapomniała, pewnie zostawiła w aucie.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Krótko o mojej siostrzyczce

Wczoraj tzn. 22 sierpnia 2011 o godzinie 19:56 przyszła na świat moja siostrzyczka. Rodzice nie chcą na razie zdradzić jak będzie miała na imię, ale myślę, że w końcu powiedzą. Kilka faktów - nasz dzidziuś waży 3750g i ma 56 cm wzrostu. To tyle bo teraz tata mi pomaga pisać, bo mama w szpitalu leży i pilnuje siostrzyczki, żeby była grzeczna ;)

sobota, 20 sierpnia 2011

Coraz bliżej i o urodzinach Michała


Tatuniek dotarł do domku i teraz ma być z nami bardzo długo. Jak wiadomo w naszym spokojnym życiu już niedługo zajdą bardzo duże zmiany. Niedługo to najprawdopodobniej 22 sierpień. Mama ma iść do szpitala, a ja jej obiecałam, że będę ją odwiedzała. Ona się trochę martwi o mnie i tatę, bo do tej pory to on wyjeżdżał. Teraz role się odmienią. Mam się opiekować tatuniem i mamy się nie kłócić itd....
Z ostatnich ważnych wydarzeń. Jeden z dwóch podwórkowych kolegów  - Michał obchodził swoje drugie urodziny. Świętowaliśmy to wydarzenie na podwórku, to była dość nie typowa impreza. Pogoda chciała pokrzyżować plany, ale się jej nie udało. Zabawa odbyła się w przerwie między burzą, a deszczem. Były torty, smakołyki, kałuża (z której najwięcej frajdy miała Marychna i Tomek) no i wszystkie dzieciaki. Michał dostał piękne prezenty, które wywarły większe wrażenie na Marysi niż na samym solenizancie. Furorę wśród dzieciaków i pewnie sąsiadów zrobiły trąbki, głośne trąbki. Ja trochę pod koniec już byłam zmęczona, bo przed południem pojechaliśmy z rodzicami do Kłobucka. Tam jest zalew Zakrzew. Z wody nie wychodziłam przez 2 godziny. Bardzo nam się tam podobało.

Rozmowa z tatą:
- Tato, a masz jakąś niespodziankę?? - rodzice nie lubią tego tematu bo ja uwielbiam niespodzianki i się o nie często dopominam mimo, że wiem że to nieładnie. Tata chciał zmienić nieco temat:
- Słyszałem, że babcia Krysia ma dla Ciebie super niespodziankę, hula hop...
- Tak słyszałeś?? To dobry masz słuch.
 Dziś mama miała okazję spróbować swoich sił na kole garncarskim (zawsze bardzo chciała). Bez pomocy pani byłoby ciężko uzyskać jakąś konkretną formę. Ja w tym czasie robiłam biżuterię i różne ozdoby. Tak mnie wciągnęły te warsztaty, że po godzinie nie można mnie była wyciągnąć.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Po weekendzie, czekając na tatunia


Długi weekend minął nam wyjątkowo miło, mimo że tatuniek był w pracy. Jednego dnia pojechałyśmy z babcią Anią do Rędzin do cioci Eli. Wybiegałam się tam po ogrodzie za wszystkie czasy. Ćwiczyłam kopanie piłki, tata będzie ze mnie dumny :).
Golfik

W niedzielę odwiedziliśmy inną ciocię Elę i wujka Ryśka w Śmiertnym Dębie (o którym już rok temu pisałam). Poszłyśmy do lasu na borówki (takie czerwone kuleczki- żeby uniknąć konfliktów regionalnych ;) ). Popołudniu przyjechała Jula, z którą bawiłyśmy się przez resztę dnia. W aucie szybko usnęłam (co mi się rzadko zdarza) i później byłam bardzo rozdrażniona gdy obudzono mnie pod blokiem.

Z Julką


Od jakiegoś czasu namiętnie oglądam Dorę, z której uczę się angielskich słówek. Liczę do dziesięciu zarówno po polsku jak i po angielsku (i tu chyba rzadziej się mylę). Kiedyś ciocia Karinka poprosiła mnie żebym coś policzyła:
- One, two
- Maju, ale policz po polsku. - prosiła ciocia
- One, two...
- Maja po polsku
- No one, two...
Dopiero jak zaczęła ze mną liczyć to jakoś poszło.

Innym razem:
- Maju co rysujesz?? - ktoś zapytał
- Moutain

- Mamo chodź szybko - ciągnęłam mamę za rękę
- Maju ja z tym brzuchalem tak szybko nie mogę!!
Złapałam babcię za rękę i ciągnęłam ją, aż zaczęłyśmy biec:
- Let's go babcia!!

- Maju jak smakują Ci lody? - spytała babcia
- It's delicious.

O dzidziuniu:
Nadal nie ma zgody rodziców co do ewentualnych imion. Mimo dużej pomocy cioć, a ostatnio nawet wujka (w. Łukasz zaproponował, że może Łukasz) ciągle konkretów nie ma. Mama od dwóch tygodni podejrzewa, że TEN dzień nadejdzie już. Zatem tatuń jak na szpilkach siedzi w pracy. Większość osób upiera się, że to będzie chłopak. Ja ciągle chce siostrzyczkę. Mimo wielkiej sympatii do pojedynczych przedstawicieli chłopaków, nie lubię ich i koniec.


środa, 10 sierpnia 2011

Czemu??

Jakiś czas temu był mecz Wisła - Bułgaria, tatuniek sobie nagrał i późnym wieczorkiem chciał go oglądnąć:
- Tato moge z tobą?? Ja lubie mecze...
Tata w końcu się zgodził. Nawet mama się przyłączyła, ale ona to zaraz usnęła. Ja byłam w pełni zainteresowana:
- Tato gdzie jest aut?? - bo w siatkówce to już wiem gdzie jest...
- Czemu ten pan biegnie??
- Czemu nasz jest biało- czerwony??
- Czemu ten szary biegnie koło naszego??
- Czemu szary pilnuje naszego??
- Tato chce mi się pić. Nic się nie bój przypilnuję Ci bramki.
Gdy tatuń robił mi pić:
- Spokojnie ja pilnuję bramki, nie bój się.
- Jak nazywa się pan 37?? - pytałam gdy na TV widać było tylko małe biegające ludziki.
Tata próbował odszukać takiego pana, ale mu się nie udało.
- Tato co to za pan?? - na TV widać było boisko i trybuny pełne kibiców
- Który? - pyta pełen entuzjazmu tata
- ten tam daleko, daleko...
Przed końcem pierwszej połowy usnęłam, to był mecz.
Ja tak pytam o wszystko, aż mama czasami już się na mnie złości zwłaszcza gdy słyszy dane pytanie setny raz. Jednym z nielicznych miejsc gdzie nie musi odpowiadać na pytania jest podwórko. Tam życie toczy się swoim torem. Bywa czasami, że jest sielanka (ale to rzadkie zjawisko). Z częstotliwością co 15- 20 min ktoś płacze, krzyczy. Powody są różne: wywrotka, ktoś kogoś popchnął (celowo bądź też przypadkiem), ktoś kogoś obsypał piachem, ktoś komuś coś zabrał itd... Jeśli mamy coś przeoczą coraz częściej mogą liczyć na nasze relacje (tylko czy zawsze są prawdziwe tego mamy nie mogą być pewne).
Od lewej:Tomek, Krysia, Ja, Marysia, Michał, Ola

Pociąg CIUCH CIUCH

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Lato w pełni??

Lato, póki co, nie rozpieszcza nas upałami. Mam więcej okazji do skakania w kałużach, niż kąpieli w basenie. Mimo tej pogody, na nadmiar czasu nie narzekam. Ostatnio odwiedzili nas goście. Nieczęsto nas to spotyka, więc dla nas to było święto. Ja z początku sceptycznie byłam nastawiona do wizyty cioci Asi i wujka Łukasza. Okazało się, że nie taki diabeł straszny... Z ciocią szybko się oswoiłam i chciałam się z nią bawić i bawić. Co do wujka nie mogłam się zdecydować, jak to kobieta. Raz mówiłam "nie lubię go, bo mnie ciągnie za uszy", a za chwilę "mamo poproś wujka żeby mi podokuczał". Wujek był nieco zdezorientowany... Co do pogody mieliśmy dużo szczęścia. W piątek lało, w sobotę było ładnie, a w niedzielę popołudniu znowu się rozlało. W sobotę wykorzystaliśmy letnie promienie słońca i zabraliśmy gości na wyprawę. Zaczęliśmy od pustyni Siedleckiej gdzie wybudowaliśmy zamek. Chyba wszyscy dobrze się bawili w tej wielkiej piaskownicy. Po takiej wytężonej pracy pojechaliśmy na pstrągi do Janowa, a później udaliśmy się na relaksujący spacerek do źródełek. Ja sobie tam spacerowałam po wodzie twierdząc, że jest ciepła. Następnie pojechaliśmy do "Kamieniołomu Warszawskiego". Ja się czułam tam jak ryba w wodzie, reszta towarzystwa też. Uwielbiam zbierać kamienie, a jak można je wrzucać do wody to jestem przeszczęśliwa. Z tego wszystkiego zrobiła się późna godzina, ale miałam obiecane lody więc pojechaliśmy jeszcze na deserek. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni. Na koniec dnia postanowiliśmy jeszcze odwiedzić podstawowy punkt wycieczkowy naszego miasta, Jasną Górę (dla tych co się nie domyślili). Uwaga pierwszy raz załapaliśmy się na APEL JASNOGÓRSKI. Dzień był bardzo długi, a do domu wróciliśmy po 22. Niedziela nas już tak nie rozpieściła i plan dnia został zmieniony. Pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa, do babci i cioci. Szkoda tylko, że jak ja rano wstawałam to babci już nie było:
- Mamo idę poszukać babci...
- Majeczko, babcia już dawno jest w pracy.
- Znowu??
Do domu wróciliśmy w środę, a pogoda poprawiła się o tyle, że przestało padać. W domu tatuń malował moje szafeczki (których mama nie pomalowała w zeszłym roku) i zrobił wielkie przemeblowanie mojego pokoiku. Dostałam piękny dywan z żyrafami (który sobie prawie sama wybrałam). Mama powyciągała ogromną ilość malutkich ubranek i prała je i prasowała, to dla naszego dzidziunia. Z tego co mówi pan doktor za trzy tygodnie powinien się wyprowadzić z mamy brzucha. Ja się nie mogę doczekać, aż znowu mama będzie mnie nosić na barana.
Wczoraj rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Już jakiś czas temu podjęłam próby jazdy na rowerku trzykołowym. Ponoć miałam jakieś sukcesy, ale ja się denerwowałam jak rodzice przestawali mnie pchać i krzyczałam "ja nie umiem!!", "nie potrafię!!", "nie dam rady!!". Wczoraj okazało się, że umiem i wołałam "nie pchaj mnie, nie dotykaj!!!". Dziś będę trenować dalej.