Oj, wiosna i lato nie sprzyjają pisaniu. Zdecydowanie lepiej rozpocząć kolejną przygodę, niż siedzieć przed komputerem. Skoro aura nie do końca sprzyja, to może uda mi się nadrobić blogowe zaległości. Mam pewną historię, którą muszę tu zamieścić (by nie przepadła w niepamięci). Ostatnio pisałam o tym, że mama była spragniona "wyruszenia w Świat". Zabraliśmy ją do Wrocławia, ale jej było ciągle mało. Chciała pooddychać świeżym powietrzem, nabrać sił... Mama mówi, a tatuś stara się sprostać jej zachciankom. Oświadczył "jedziemy w góry", a pomysł spodobał się nie tylko nam. Przyłączyli się do nas babcia Ania i dziadek Marek.
W sobotę 16 kwietnia, z samego rana wyruszyliśmy naszym Rekinem (tak nazywała nasze auto Lena). Byłyśmy z Leną przygotowane jak nigdy. udało nam się wyruszyć o planowanym czasie (a z nami to na prawdę bardzo trudne). Gdy dojechaliśmy do Żabnicy (Beskid Żywiecki) świeciło słonko, a niebo było błękitne. W końcu znaleźliśmy się na szlaku, chociaż najpierw szliśmy asfaltem... Postoje najczęściej zarządzała Lena. Pomalutku, każdy swoim tempem... Najdziwniejsze jest to, że im dłużej szliśmy tym my mniej marudziłyśmy. Bo trochę marudziłyśmy:
- Daleko jeszcze?
- Gdzie to schronisko?
- Nóżki mnie bolą.
Gdy dotarliśmy na wysokość schroniska na Hali Boraczej (854 m n.p.m) dorośli zasiedli by złapać oddech, a my biegałyśmy, hasałyśmy (by dać odpocząć naszym bolącym nóżkom).
Od tego tego momentu już nie marudziłyśmy. Droga była piękna, widokowa. Później zamieniła się w wąską ścieżkę, a ja i Lena zaczęłyśmy się bawić w przewodniczki. Wędrówka nabrała tempa, a strumyczki, które trzeba było pokonać były fantastycznym wyzwaniem. Niestety przewodniczka Lena poślizgnęła się na kamieniu i troszkę się potłukła. Uznała, że to zabawa dla Mai i troszkę popsuło jej to humor. Szła dzielnie, mimo obitej nogi, obtartych od butów stóp szła trzymając się już przezornie ręki mamy:
- Mamusiu jestem śpiąca.
Takich słów mama się nie spodziewała. Trochę nie dziwła się Lenusi,bo już dużo przeszła, a trasa bywała wymagająca jak na takiego malucha. Wiecie co rozbudziło naszego zucha?? Bitwa na śnieżki. Tak! znaleźliśmy całkiem sporo śniegu (a tej zimy miałyśmy go baaardzo mało). Lenka odzyskała siły i już nie usypiała na szlaku.
Doszliśmy do schroniska na Hali Lipowskiej (1324m n.p.m.). Tu wszyscy zjedli zasłużony obiad. Przybiłyśmy pięczątki i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Do następnego schroniska położonego na wysokości 1290 m n.p.m. na Hali Rysianka doszliśmy po wędrówce w zimowej aurze. Byłyśmy bardzo zmęczone i szybko znalazłyśmy sobie zabawę na świeżym powietrzu. Gdy słońce kładło się spać nazbieraliśmy z innymi turystami drzewa na ognisko.
Tego dnia w schronisku było dużo dzieci. Rozbiegły się one po hali, a ich rodzice zasiedli przy ogniskach i piekli kiełbaski. Noc zapadła już ciemna, a ciepło było już tylko blisko ognia. Lena ledwie patrzyła na oczy ze zmęczenia, ale zjadała kolejną kiełbasę. My dzieci to mamy fajnie, bo jak doszłyśmy do naszego pokoju to w nas wstąpiły nowe siły. Chwila wygłupów w śpiworach i...

Wstał nowy dzień, piękne słoneczko, zimny wiaterek... By nabrać sił przed wędrówką nie ma jak jajecznica, pajda chleba i ciepła herbata. Do naszych notesików trafiły kolejne pieczątki i dostałyśmy koszulki z RYSIEM(!) na pamiątkę. Ostatnie zdjęcia przed schroniskiem i w drogę... Krajobrazy, krokusy, żabi skrzek, źródełka, potoczki, strumyczki... Droga była niezwykle widokowa i pełna przeszkód do pokonania. Dziadek prowadził, ja i babcia daleko za nim, a rodzice i Lena na końcu. Na trasie spotkaliśmy zejście ze skały, gdzie były łańcuchy. Mama najadła się tam strachu, ale nie że ma lęk wysokości czy tego typu sprawy. Zeszła pierwsza i miała przejąć Lenkę. Nagle słyszy, jakieś stękanie...
- Kuba słyszysz??
- Co??
- No to stękanie...- nasłuchują
- Nie, nic słyszę. Weź Lenkę...- gdy tata schodził pomału z Lenką mama znowu usłyszała:
- A teraz słyszałeś??
- Nie... to pewnie drzewa.
- Nie to nie drzewa... raczej jakieś zwierze... może niedźwiedź...
- Eee tam drzewa.
- Czytałam, że na Słowacji....
Mama nerwowo się rozglądała, dźwięk usłyszeli znowu, ale tata nadal twierdził że to stare drzewa od wiatru skrzypiały. Mama chętnie odeszła z tego miejsca z przekonaniem, że to jednak jakiś zwierz.
Ja i babcia i grupa rodziców mieliśmy przy sobie krótkofalówki i co jakiś czas nawiązywaliśmy kontakt. Dziadek, który wyszedł na prowadzenie posiadał jedynie telefon komórkowy. Niestety nie posiadaliśmy zasięgu. Tym prostym sposobem nasza ekipa się pogubiła. My dotarliśmy do Górskiej Stacji Turystycznej "Słowianka", ale dziadka tam nie było. Stąd już był rzut beretem do naszego Rekina. Z lekkim niepokojem schodziliśmy z gór, próbując złapać zasięg. Czy dziadek na pewno trafi na miejsce? Niepokój, niepokojem, ale humorki dopisywały. Nasza wędrówka już się kończyła. Z jednej strony ja i Lena cieszyłyśmy się bo zrobiło się płasko i szło się o wiele przyjemniej, ale z drugiej strony to była bardzo fajna wyprawa. Przy aucie spotkaliśmy dziadka i wszyscy razem poszliśmy na lody dla dzielnych wędrowców.
Wyprawa oczami taty: