piątek, 31 grudnia 2010

No to kończymy 2010

Święta już się skończyły. Dobrze, że jeszcze choineczka pozostała jako wspomnienie tych niezwykłych dni. Wigilijny wieczór spędziliśmy u babci Ani i dziadka Marka. Wszyscy się wystroili, a pod choinką było dużo prezentów. Najpierw się pomodliliśmy, a mi z przejęcia aż buzię zatkało. Później łamaliśmy się opłatkiem, ale nadal ciężko mi było coś z siebie wydusić i tylko nieliczni usłyszeli "wsystkiego doblego", "wesołych świąt". Grzecznie wysiedziałam przy stole i zjadałam coraz to nowe potrawy. W końcu oznajmiłam, że mam dość i wraz z resztą dzieciaków myślami i czynami zaczęłam błądzić wokół drzewka i prezentów. Tego dnia późno poszłam spać, a następnego ranka zaspałam i późno obudziłam rodziców. Po szybkim śniadanku wyruszyliśmy do Krakowa do babci Krysi i cioci Karinki. Tu też czekały na mnie prezenty, a jak się okazało to nie był jeszcze koniec. Musiałam być bardzo grzeczna, a mama czasami tak na mnie narzeka... Wieczorem udaliśmy się podziwiać szopki u Bernardynów, Kapucynów i Franciszkanów (gdzie były żywe zwierzątka i koncert kolęd). Ruchome figurki i rozmiary szopki  (Bernardyni) wywołały mój zachwyt. Gdy wychodziliśmy z kościoła szło trzech zakonników szepnęłam do cioci:
- Patrz ciociu, trzej królowie.
Babcia tego dnia dzieliła się ze mną pieniążkami i wrzucałam monety do skarbonek, a aniołki kiwały główkami, świeciły się, albo zginały w pół. Gdy pożegnałam się z małym Jezuskiem u Kapucynów (na ołtarzu stał mały żłóbek, a w nim mały lalkowy dzidziuś - wygłaskałam go, nawet próbowałam go pocałować "Już idę Jezusku, papa"). Gdy wyszliśmy na zewnątrz, gdzie było bardzo zimno zaczęłam sobie śpiewać:
-" Kochany Jezusku jesteś kochany (czy jakoś tak) daj nam trochę pieniążków do naszej skarbonki, będzie nam miło...."
Ogólne rozbawienie wywołało też gdy zobaczyłam siostry zakonne. Jedna miała białe nakrycie głowy, a druga czarne:
- Patrz ciociu, czarny i biały murzyn.
U Franciszkanów spotkaliśmy trzejkróla, a właściwie trzejkrólową (bo miała suknię) i dostałam taką małą białą lamę. 
Rodzicom muszę podziękować za to, że któregoś dnia pozwolili mi bardzo późno oglądać film o księżniczce. Był taki piękny, a gdy tylko śpiewali to ja tańczyłam w swoim szlafroczku, a później rozdawałam wszystkim buziaki. Nie wiedziałam tylko co to macocha, ale mama mi wyjaśniła. Gdy tylko skończyła wywód zwróciłam się do niej "macocho", ale to tak tylko na żarty ;).
Odwiedzili mnie też ciocie i wujkowie, z którymi bardzo miło się bawiłam. Teraz pozostaje mi tylko życzyć wszystkim udanej zabawy  Sylwestrowej i Szczęśliwego Nowego Roku. Ja na łamach bloga obiecuję przespać całą noc ( nie tak jak te dwie ostatnie - gdzie się budziłam i nie dałam spać wszystkim domownikom). Trzymajcie za mnie kciuki ;).

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt

Tak nas pochłonęły świąteczne porządki i inne codzienności, że zapomniałam napisać życzeń. Każdemu kto tu zagląda w imieniu swoim osobistym, a także moich szanownych rodziców chciałam życzyć
ZDROWYCH, WESOŁYCH, BIAŁYCH  
(choć u nas odwilż i z pięknej bieli robi się brudna maź) 
I RODZINNYCH ŚWIĄT BOŻEGO ARODZENIA

U nas choineczka już stoi, a jest większa nawet od mojego tatuńka. Pomagałam rodzicom ją ubierać. Najbardziej podobało mi się odwijanie  cukierków z papierków. Mama kazała mi je wieszać, ale ich miejsce jest przecież w moim brzuchu. Na choince wiszą też nasze śmieszne aniołki. Zrobiliśmy je z makaronu i modeliny, a później pomalowaliśmy farbami. Kilka z nich uległo wypadkowi podczas zawieszania. Nie wiem czemu to akuratnie ja je wieszałam... Porządki świąteczne to też miła sprawa. Rodzice zabrali się za to dość późno, ale efekt jest. Ja pomagałam mamusi w porządkach u mnie w pokoiku. Ona wyciągała wszystkie zabawki, wycierała kurze i układała je na swoje miejsce. Wtedy ja wkraczałam do akcji. Brałam i bawiłam się tymi poukładanymi zabawkami, a jak mama kończyła nową półkę to te stare zostawiałam i bawiłam nowymi. Długo nam zajęło to sprzątanie. Mama chyba nie była zadowolona z mojej pomocy, ale się udało.

***
Mama już od jakiegoś czasu opowiada mi o Bożym Arodzeniu i wczoraj chciała się pochwalić tacie jaka ja jestem mądra i jak dużo wiem:
- Majeczko kto się urodził w Boże Narodzenie??
Mama to zawsze pyta jak ja jestem zajęta, akuratnie bawiłam się gumowym kotkiem
- Nie wiem - odpowiedziałam z nadzieją, że zrezygnuje
- Ooo - posmutniała - to może kotek wie??
- Tak, Pan Jezus - odpowiedziałam dumnie za kotka
- A gdzie ten Pan Jezus się urodził??
- W łazience....

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Czuć już Święta

 (Podczas robienia ozdób)
Już powoli czuć zbliżające się Święta. Gdy usłyszę "Boże Narodzenie" dostaję wypieków i zaczynam skakać i wołać "Mamo słyszałaś Boze Nalodzenie". Choinka jeszcze nie ubrana, ale już czeka na przystrojenie. Dziś po nią specjalnie pojechaliśmy, aż za Częstochowę. Wędrowałam z rodzicami wśród drzewek i wybraliśmy naszą choineczkę. Parę dni temu przyszykowaliśmy, całą trójką parę ozdób. Starałam się uczestniczyć czynnie w tych działaniach. Wyszło jak wyszło, rodzice mieli więcej sprzątania, ale sami tego chcieli. Poza tym w tym roku moja babcia Ania i dziadek Marek dmuchali tort ze świeczkami. Podobno nie mieli urodzin tylko jakąś 30-stą rocznicę. Mama mi tłumaczy i tłumaczy jak to z tymi mężami i żonami jest, ale ja to wiem tylko tyle, że "Kofam naszego mąza".  Mama ciągle mówi, że to jej mąż, a mój tatuń. Czemu nie może być naszym "mązem"??
Rodzice ciągle się śmieją gdy słyszą:
- Mamo przyjechał twój mąz
- Pocałuj swojego mąza
- Mój mąz
Wracając do babci i dziadka to wczoraj był taki duży obiad, na którym była nasza rodzinka. Śpiewaliśmy nawet Sto Lat i pozwolili mi dmuchnąć świeczuszki na torcie. Fajnie było. Gdy wróciliśmy do domu mama położyła otwartą torebkę na łóżku i zasiadła do komputera, a tata zajął się swoimi sprawami. Ja zajęłam się portfelem mamy:
- Majeczko nie ruszaj mojego portfelika - powiedziała mama (nie odwracając się do mnie) gdy po dźwiękach domyśliła się co się dzieje.
- Ja sobie pieniazka wezme- uspokoiłam ją
- Myszko mówiłam Ci, że nie wolno wyciągać pieniążków. Mama może Ci dać, ale sama nie możesz zabierać. - mówiły do mnie plecy mamy
- Pieniazkami trzeba się dzielić - oznajmiłam zgodnie z  mamy teorią, że trzeba się dzielić z innymi
- Hahaha... Majeczko pieniążkami może się podzielić z tobą mamusia, ale nie możesz ich brać sama z portfela - ja to się muszę dzielić, a ona nie??- zostaw mój portfelik, proszę.
- To ja sobie pożyczę te pieniążki. Do mojej skalbonki.
Mama śmiała się głośno i w końcu podzieliła się pieniążkami, a moja skarbonka zrobiła się cięższa.
(Szukając naszej choineczki)

niedziela, 12 grudnia 2010

Życiowe dialogi


- Patrz mama biegam jak pantelufa...
- Jak kto?? - spytała zdziwiona mama
- No jak pantera !!
- Aha biegasz szybko jak pantera - mama się uśmiecha
- Tak jak pantelufa...
 ***
Żeby mama się nie nudziła podczas gotowania często towarzyszę jej w kuchni (choć czasami się zajmę czymś innym ku radości mamy).  Pewnego popołudnia gdy mama obierała marchewki,  ja biegałam w kółeczko. Miałam uniesioną koszulkę, ukazując swój brzuch:
-Patrz mamo taniec brzucha!!
Teraz już wiem, że brzuch wcale nie musi się tak szybko przemieszczać.
***
Zainteresowało mnie samodzielne odkręcanie wody w umywalce i mama mi pokazała jak to się robi. Gdy tak sobie myłam rączki mama w końcu powiedziała:
- Majeczko, ale rączki już umyłaś to zakręć wodę.
- Dlaczego?? - spytałam zdziwiona bo spodobało mi się to samodzielne mycie.
- Bo wodę trzeba oszczędzać. W Afryce (...) dlatego trzeba wodę szanować. - zakończyła mama tłumaczenie, a w międzyczasie zakręciłyśmy wodę.
Ponieważ słuchałam uważnie co mama mówi, rzekłam głośno i wyraźnie (zwracając się do kurka z wodą):
- SZANUJ SIĘ!!
***
Gdy mama robi śniadanie to ja jej albo pomagam, albo oglądam bajki. Moja pomoc polega na tym, że mama mnie sadza na blacie koło deski gdzie przygotowuje kanapki. Czasami pozwala mi posmarować kromkę chlebka masłem, czasami wrzucam torebki herbaty do kubków no i rzecz jasna podjadam i zadaję mnóstwo pytań. Parę dni temu podczas tego obrządku mama postawiła mleko na kakao, paróweczki, wodę na herbatę, zaczęła  robić kanapeczki i odpowiadała na moje pytania. Nagle mleko wykipiało i trochę się przypaliło.
Mama rozbudziła się całkiem i podjęła działa naprawcze szkody, gadając przy tym dużo, gdy już kończyła swoje wywody dodała:
- Majeczko bądź chwilkę cichutko i pozwól mi się skupić...ehhh
- Dobze pozwalam Ci. Skup się - po tym stwierdzeniu zapadła 30 sekundowa cisza i pytałam dalej.....

(w zimowym kapelutku od Św.Mikołaja :) )

niedziela, 5 grudnia 2010

Mikołaju Święty przynieś nam prezenty....

Dziś był wyjątkowy dzień. Mikołaj znowu sobie przypomniał o mnie, ale nie tylko :). Najpierw spotkali go ciocia Kasia i wujek Marcin i dał im prezent. Później podrzucił paczki w domku u babci Ani (dla Mikołaja, Maliwinki i dla mnie). Straszną frajdę mi sprawiły te upominki, ale jeszcze większą podglądnie tych co czekały na moich kochanych kuzynów. Super prezentem okazał się bilet do teatru na Świnki Trzy. To była moja druga wizyta w teatrze, ale tym razem siedziałam na parterze. Występujący aktorzy byli tak blisko, że początkowo się bałam, tym bardziej że wiedziałam o złym wilku. Zasłaniałam oczy piąstkami, albo wtulałam się w mamę. Ona próbowała mnie przekonać, że nic złego się nie dzieje i na scenie są miłe kolorowe zwierzątka (nawet mówiła, że to aktorzy). Powiedziała, że wilk mi nic złego nie zrobi, a w razie czego ona mnie uratuje. Niestety nic mnie nie przekonywało. Mama podstępem odchyliła mi jedno oczko i przytuliła się policzkiem do mojego policzka (tak się bałam trochę mniej). Po paru minutach odsłoniła mi drugie oczko i już było fajnie i się nie bałam. Niestety owieczka się przebrała za złego wilka i chciała nastraszyć świnki, które chorowały na nudę (i nic im się nie chciało robić, nawet wybudować sobie domków na zimę). Gdy pojawił się kostium wilka znowu zasłoniłam oczka. Później mama mi powiedziała, że już go nie ma za to na scenie tańczy krowa przebrana za wilka "ale to było zabawne". Zaśmiewałam się długo, a i mama się rozweseliła. Później musiałam siusiu, a jak wracałyśmy to z sali słychać było straszne dźwięki. Musiałam trochę poczekać, zanim zdecydowałam się wrócić do środka. Wróciłam i wcale nie żałowałam. Gdy już było po wszystkim głośno biłam brawo. To nie był koniec atrakcji. Potem na scenie pojawiły się śnieżynki i razem z nimi wywołaliśmy Świętego Mikołaja i jego brata (bardzo podobni do siebie). Mój kuzyn nie mógł usiedzieć na miejscu, a gdy śnieżynka powiedziała, że dla każdego dziecka jest paczka to od razu chciał po nią biec. Okazało się jednak, że jest lista i dzieciaki podchodziły po wyczytaniu. Miki (mój kuzyn) był dzielny i poszedł sam. Ja poszłam z mamusią, ale nie bałam się tak bardzo jak przed paroma dniami (jak wparował nam Święty przez okno). Podałam mu rączkę i odebrałam ciężką paczkę. Jaka byłam szczęśliwa widząc tyle słodyczy. Mikołaj (mój kuzyn) wykrzykiwał "ale mamy jedzenia", a ja od razu chciałam czegoś spróbować. Muszę powiedzieć, że Malwiniak też był bardzo dzielny, choć na początku się nie zapowiadało. Ciocia musiała wyjść na korytarz z Malwinką jeszcze zanim się przedstawienie zaczęło. Później się okazało się, że znalazły dobre miejsce na balkonie gdzie Malwiniak z przejęciem śledziła co dzieje się na scenie. Gdy wszystkie zwierzątka się kłaniały, a później zeszły ze sceny była bliska płaczu. "To był fajny dzień".
Zdjęcia zawdzięczamy wujkowi Marcinowi, któremu bardzo dziękujemy)

środa, 1 grudnia 2010

Zimowy gość

Zima nam się rozkręciła do tego stopnia, że bez sanek nie ruszamy się z domu, a i Świętemu Mikołajowi coś się pomyliło. W poniedziałek w nocy tatuń wrócił z pracy. Myślałam, że mi się śnił, ale rano jak otworzyłam oczy ciągle był. Bawiliśmy się i cały dzień  wołałam "tatuń pobawisz się ze mną?", "tatuś chodź pokażę Ci coś fajnego" itd... Wieczorem udaliśmy się do babci Ani i dziadka Marka na kolację. Bawiłam się w sklep gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk. Ktoś kaszlał w najmniejszym pokoiku. Mama myślała, że to dziadek, ale ja coś czułam, że to nie on i się trochę wystraszyłam. Poszliśmy sprawdzić co tam się dzieje. W otwartym oknie na parapecie stał nie kto inny jak Święty Mikołaj. "Był strasznie bzytki i nie ladny bo miał białą blodę. Fioletowa byłaby ladna". Bardzo się wystraszyłam i schowałam się w objęciach babci bo mama wyciągnęła kamerę. Ja tak strasznie się bałam, że nie mogłam spojrzeć na gościa, a tym bardziej nie mogłam  mówić (choć wcześniej z mamą ćwiczyłyśmy jak to się gada z Mikołajem). Mikołaj pytał o różne rzeczy, ale ja tylko mogłam kręcić schowaną głową i nic więcej. Dopiero jak zrezygnowany Mikołaj stwierdził, że da mi prezent (ogromne pudło) to trochę się przełamałam. Podałam mu rękę, ale pierwsze słowa do niego z moich ust to "Idź sobie". Mama zaśpiewała piosnkę, bo ja nie dałam rady choć to co miałam śpiewać nie było trudne "Tralabum rum tum tum bum bum" z Kubusia Puchatka. Nagle Mikołaj stwierdził, że inne dzieci na niego czekają i musi już iść:
- Idź do Malwinika i Mikołaja i iiii do Gutka i Tosi. Tam jest taki domek dla lalek. Ja też chce taki domek. Mam taką balbi w domu... -powiedziałam
Później się pożegnaliśmy i w końcu mogłam otworzyć prezent. Wtedy wrócił tatuś, który poszedł do sklepu. Przegapił całą wizytę. Dziś rano taty już nie było. Znowu musiał jechać do pracy, a ja stwierdziłam, że Mikołaj jest fajny i kochany.

piątek, 26 listopada 2010

Zi zi zi zi ziMA


Robi się coraz zimniej i ku mojej ogromnej radości czuć zimę. Jak ja się ucieszyłam gdy mama krzyknęła "Maja spójrz za okno, pada śnieg!!". Następnego dnia rano gdy ujrzałam leżący śnieg na ziemi oznajmiłam  "Ubielajmy się szybko i chodźmy na podwólko. Będziemy lobić baałwana i rzucać śnieżkami...". Mama nie dała się jednak przekonać, żeby wyjść bez śniadania i stwierdziła, że jest za mało śniegu. Tak to już jest z ta moją mamuśką. Czasami ma te swoje zasady i reguły "upalta jak osioł". W sumie to ja ją lubię bo razem robimy dużo ciekawych rzeczy np. malujemy farbami (pędzelkami, paluszkami, a najbardziej podoba mi się odbijanie rączek), robimy pieczątki, bawimy się klockami, lalkami itd...
 (jedno ucho jest dziełem mamy, a drugie zrobiłam sama tylko mama przykleiła;reszta KRÓLIKA to ja sama zrobiłam)

Ostatnio mama pokazała mi bardzo ciekawą rzecz - plastelinę. Od kilku dni namiętnie ją wyciągam - można w nią czasem wdepnąć (z czego mama nie jest zadowolona). Staram się ją (plastelinę, nie mamę) gnieść, robić kuleczki, wałeczki, ale mi jeszcze nie wychodzi...Lubię też słuchać (rodzice chyba też) bajek z takiego mojego specjalnego radyjka. Niektóre fragmenty to znam już na pamięć. Rodzice z resztą też i często muszę ich upominać, żeby nie śpiewali i nie gadali (z Kubusiem, albo Kapturkiem). Bardzo mi się podoba bajka o Kubusiu Puchatku, Bazyliszku, a o Warsie i Sawie to nie lubię, a Czerwony Kapturek już mi się znudził. Mama zawsze mi włącza przed spaniem i wtedy mi łatwiej usnąć. Podobno wczoraj w środku nocy (mama wyłącza mi bajkę jak sama się kładzie) mama usłyszała, że płaczę. Szybko przybiegła do pokoju, a ja stałam w moim łóżeczku i razem z prosiaczkiem, królikiem i całą resztą śmiałam się z Kubusia (który wsadził głowę do garnka by wylizać miodek i nie mógł jej wyciągnąć). Gdy skończyłam się śmiać jak gdyby nigdy nic wróciłam do spania.
***
W dniu wyborów spacerowałyśmy z mamą i babcią. Ja zadawałam mnóstwo pytań, bo jestem z natury dość ciekawa np.
- Dlaczego ten piesek idzie??
- Dlaczego idzie z panem, a nie z panią??
- Dlaczego pani ma niebieską sukienkę (mama twierdzi, że to płaszcz)?
- Dlaczego sklep zamknięty?
- Dlaczego niedziela?
- Czyje to auto?
Mama czasami nie umie mi odpowiedzieć, ale ja nie daję za wygraną i zadaję pytania pomocnicze. Podczas tego niedzielnego spaceru, podczas mojego słowotoku nagle oznajmiłam:
- Jestem zła, nie odzywam się do Ciebie.
Mama nie wyglądała na przejętą, a wręcz na zadowoloną. Długo nie wytrzymałam tej ciszy i po 3 sekundach nasunęły mi się do głowy nowe pytania. Mama i babcia odpowiadały na zmianę. Po 20 minutach w końcu nie wytrzymałam:
- Przestańcie tyle gadać...
***
Gdy kiedyś się śmiałam z Kubusia i jego przygody oświadczyłam:
- MASAKLA hihihi... masakla na maxa.
***
Mama zrobiła z plesteliny osiołka, a ja go zniszczyłam:
-Majeczko czemu go zniszczyłaś?? Ja się tak bardzo starałam. Jest mi smutno i przykro.
- Jesteś stala?? Jesteś ślepa i głucha jak Deblusia??
 

piątek, 19 listopada 2010

Odwiedziny

Narobiło się zaległości, ale to wszystko przez moich rodziców. Najpierw mama wyrwała zęba i ściągnęła ciocię Karinkę do Częstochowy, żeby się mną zajęła jeśli  miejsce po wyrwanym zębie by jej dokuczało. W sumie mama była dzielna i zasłużyła na dużą naklejkę. Tata też do nas przyjeżdżał wieczorami, po pracy więc było nas więcej niż zwykle. Były śmiechy, chichy, ale z ciocią to tak zawsze. W niedzielę przyjechał dziadek po Kalinę, a w poniedziałek my wyjechaliśmy. Mieliśmy tydzień tułacza. Byliśmy w Stalowej Woli, w Rudniku i Krakowie. Wszędzie spotykaliśmy się z rodziną i bliskimi nam ludźmi. Jakbym tak chciała wszystkich wypisać to zajęłoby to kilka linijek. Ślę wszystkim których widziałam buziaki dziękując za gościnę i cierpliwość do mnie i moich rodziców.

11 listopada rodzice zabrali mnie na defiladę wojsk. Długo czekaliśmy na widowisko, aż wreszcie się zaczęło. Trochę przestraszyłam się tych maszerujących panów więc oznajmiłam:
-Chodźmy już!!
Mamie, tacie i cioci K. nie spodobał się ten pomysł bo przecież tyle czekaliśmy. Mama zaczęła mi mówić kto maszeruje:
- Zobacz to są żołnierze, zobacz jakie mają buty i czapki...
- Chodźmy już!! - byłam nieustępliwa
- Patrz Maja teraz idą strażacy...hmm ...- mama próbowała coś wymyślić żeby mnie zainteresować - tacy jak strażak Sam!!
- Gdzie jest strażak Sam??
- O tam maszeruje, widzisz??
- Brawo strażak Sam, brawo!! - zaczęłam wykrzykiwać
Zrobiło się trochę ciekawiej, więc zaprzestałam namawiać do odejścia.
- Zobacz Maja teraz będą jechać koniki!! - krzyknęła do mnie mama.
Ja bardzo lubię koniki, więc gdy tylko je zobaczyłam to zaczęłam bić brawo. Najpierw szły pomalutku, ale nagle zaczęły galopować.
- Sto lat, sto lat...- Zaczęłam śpiewać i biłam cały czas brawo.

W piątek tatuniek zabrał mnie do takiego muzeum gdzie były rybki, węże, żółwie, a nawet małpki. Co tu dużo pisać, byłam zachwycona bo ja oprócz koników, piesków, osiołków itd. lubię rybki. Trochę się tylko zdenerwowałam podczas powrotu do domu. Staliśmy na przystanku i czekaliśmy na autobus, który nie chciał przyjechać.
- Gdzie jest autobus??!! Zaraz się na niego zdenerwuje i tupnę nogą!! - wykrzykiwałam ku radości współczekających.

Ostatnio często się złościłam i denerwowałam. Gdy miałam takie ataki to wykrzykiwałam:
- Jestem zła i tupnę nogą - tupałam, a gdy to nie pomagało dodawałam - teraz tupnę drugą!! - a gdy to nie pomagało to zaczynałam płakać i krzyczeć.
Mama postanowiła mi trochę pomóc i mi wytłumaczyła, że nie warto tupać nogą. Teraz oznajmiam, że jestem zła, smutna, albo że mi przykro i staramy się rozmawiać. Mama też postanowiła restrykcyjniej wprowadzić system kar i nagród. Jak jestem niegrzeczna to mam karę np. nie oglądam dobranocki, a jak jestem grzeczna to oglądam. W sumie to mi się podoba jak jestem grzeczna bo i mama wtedy się więcej uśmiecha, nie krzyczy i nie denerwuje się na mnie, no i mogę oglądać dobranockę. Oprócz tego, że dużo się denerwowałam (od paru dni jest lepiej) to dużo też pytam. Pytania zaczynam: "dlacego??", "cemu??", "po co??", a pytam o wszystko (jeszcze do tego wrócę).

Dużo się działo, ale i teraz nie próżnujemy z mamą, a po dzisiejszym spacerze z Marychną ("My jesteśmy dwie Manie") jestem taaaaka ...aaaa... śpiąca....aaaa

środa, 3 listopada 2010

1 listopad


Święto zmarłych jest dość wyczerpujące. Te długie spacery po cmentarzach, gdzie należy się dobrze zachowywać i nie ma placów zabaw, nie przypadły mi do gustu. Pod koniec to mama już się trochę za mnie wstydziła, gdy z radością wykrzykiwałam "niech żyje Puchatek!". Jedno wydarzenie mnie zadziwiło. Spotkałam dziwnie ubraną panią. Miała taką fajną czarno - białą sukienkę.
-Mamusiu, czy to panna młoda??
-Nie, to zakonnica! - roześmiała się mama.


Ja bardzo lubię bawić się w pannę młodą albo w księżniczkę. Owijam się w firankę, a gdy mama pyta gdzie pan młody, to odpowiadam, że "w placy". Księżniczka obowiązkowo ma na sobie dużo biżuterii i ozdób. Im więcej tym lepiej. Zakładam wszystkie trzy opaski, moje koraliki, bransoletki i wtedy zamieniam się w księżniczkę, a mama w królową.
Dynia jest oczywiście dziełem mojego Tatunia.

czwartek, 28 października 2010

Co tatuń zabrał do pracy i jak trudno dochawać tajemnicy


Tata dotrzymał danego słowa, a nawet i więcej. Był w domku w niedzielę, poniedziałek i wtorek (po pracy). Niestety co dobre szybko się kończy i tatuniek musiał pojechać na dłużej. Mama postanowiła go przepakować z walizki do plecaka. Ja chętnie przyłączyłam się do pomocy i zapakowałam tacie moje majtki w serduszka i już chciałam wyciągnąć kosmetyczkę gdy powstrzymała mnie mama:
-Chcesz tacie zrobić niespodziankę?
-Taaak
-To przynieś jakiegoś misia to spakujemy do plecaka i się ucieszy jak pojedzie do pracy... -Ja w podskokach pobiegłam do mojego pokoju
-Tylko jakiegoś małego - dodała mama widząc co planuję zabrać z półki- może tego PUCHATKA??
-Dobse - pobiegłam do łóżeczka i przyniosłam Kubusia.Zapakowałyśmy go do plecaka (jeszcze 3 razy sprawdzając czy mu dobrze).
-Tato, tato!! Mam niespodziankę
-Maja, ale nie mów tacie o niespodziance bo to taka nasza tajemnica. O tajemnicy się nie mówi. Buzia na kłódkę i wyrzucamy kluczyk. - to było nawet zabawne, to wyrzucanie kluczyka. Wtedy drzwi się otworzyły i wszedł do domu tata, bo był w sklepie.
-Tato tato!! Mam niespodzian...
-Maja ciiii- upomniała mama i zmieniła temat żeby tata się nie domyślił i jak nie słyszał to znowu mi wytłumaczyła co to ta tajemnica. Po jakiejś godzinie gdy szykowałam się do snu wzięłam tatę za rękę i poszłam do plecaka:
-Tato zobacz jaka niespodzianka - i zadowolona wyjęłam Puchatka z plecaka. Tata i tak wziął Puchatka do pracy, a dziś nawet wysłał mms'a jak to Kubuś za niego pracuje....


Sprawdzałam ostatnio zawartość torebki mamy. Była tam parasolka pod którą ukryłam się przed potworem (wykrzykując "Niech żyje Puchatek!!"), była saszetka cukru, którego mama nie pozwoliła mi otworzyć, portfel, z którego chciałam podkraść "fajne pieniążki", ochronna szminka, którą wsmarowałam sobie w usta siedząc przed lustrem (mama i tak była zadowolona, że już nie wygrzebuję jej zawartości paluszkiem jak to kiedyś czyniłam wykorzystując nieuwagę mamy), długopis, którym pomalowałam sobie policzki i notesik
- Jak chcesz to możesz popisać sobie w tym notesiku - powiedziała mama
- Jakie siku??
- No w tym notesiku. - mama pokazała na zeszycik
-Gdzie jest siku?? - pytałam dalej nie rozumiejąc jak mam popisać po siku i czemu mama pokazuje na zeszycik.
Już tak kiedyś było jak mama kazała mi poskładać karty na kupkę. Przybiegłam po chwili do  mamy z dziwną miną, a mama mnie tylko spytała czy chce mi się kupkę. Ja tylko odrzekłam, że nie umiem zrobić kupki na karty.
Inne moje przejęzyczenia nad którymi pracuję:
-Chodź zagramy w strachy- wołam do mamy
-W co??
-W STRA-CHY!!!
- W szachy - domyśliła się mama bo zobaczyła plansze
(Babcia i mama mi tłumaczą :
- To jest wieża, to król i królowa
- A to ksieznicka - podnoszę pionka)

Wracamy do domu i strasznie męczy mnie czkawka:
- Dasz mi pić to przejdzie kawka.
-Ty chcesz pić kawę?? Dzieci piją kawę?? - pyta zdziwiona mama, która widocznie nie słuchała mnie uważnie
-Napiję się i kawka pójdzie...yyyi
-Jaka kawka??
-No KAW-KA ... yyyi
-Aaa czkawka.

czwartek, 21 października 2010

taka niespodzianka


Tatuń pojechał do pracy. Ja po cichutku zapakowałam się do walizki, ale zorientował się że jestem w środku i musiałam zostać w domu z mamą. Na szczęście teraz tatuń pracuje niedaleko i raz na parę dni przyjeżdża do nas by spędzić z nami parę godzin. Gdy ostatnio nas tak odwiedził to po kąpieli powiedziałam do mamy:
- Zaproś go na obiad to przyjedzie.
- Sama go zaproś - powiedziała mama z uśmiechem
- Dobse - powiedziałam i pobiegłam do niego - Tatuńku przyjedź ugotuję pysny obiadek - wyrzuciłam z siebie jednym tchem masując się po brzuszku.
Tatuniek bardzo się ucieszył z zaproszenia na obiad, ale musimy na niego czekać jeszcze do niedzieli.

Dziś nie mogłam się dogadać z mamą. Trochę jestem przeziębiona i jestem marudna (tak twierdzi mama). Mama zrezygnowana spytała czy chcę pogadać z tatą, a ja oczywiście chętnie się zgodziłam:
- Cześć tatuńku
-Ooo cześć Majeczko!! Co słychać?? - tatuń był troszkę zaskoczony
- Mam dla Ciebie niespodziankę - mama od kilu dni zastanawia się nad prezentem na zbliżające się urodziny taty.
- Niespodzinkę, a jaką?? - tata jeszcze bardziej zdziwiony
- Urodzinową
- Taaak?? - tata był już zaciekawiony - a co to za niespodzianka??
- Fajna - odrzekłam
- Ale co to takiego??
- Niespodzianka - Chyba myślał, że się wygadam hihi
Na wszelki wypadek oddałam mamie telefon...

czwartek, 14 października 2010

Pyszna wizyta

Czuję wiele nacisków (z Krakowa), więc mimo wielu obowiązków siadam, piszę i załączam zdjęcia. W ostatnich dniach działo się wiele i nie było czasu na bieżące uzupełnianie bloga. W poniedziałek rano wyruszyliśmy z Krakowa do Częstochowy. Tym razem nie byliśmy sami. W końcu z naszego zaproszenia udało się skorzystać cioci Adze i wujkowi Pawłowi. Po drodze postanowiliśmy pokazać im i sobie uroki JURY. Zatrzymaliśmy się w rezerwacie przyrody "Góra Zborów". Mieliśmy okazję zobaczenia Jaskini Głębokiej i delektowania się krajobrazem i promieniami słońca na szczycie Góry Zborów. Wszyscy zachowywali się dość normalnie poza wujkiem, który myślał że jest kozą i skakał ze skałki na skałkę. Gdyby nie mama, sama chętnie bym przyłączyła do niego.
Wujek jest dość ciekawym ludziem. Z wykształcenia jest kucharzem i pracuje w restauracji. Z zamiłowania jest mechanikiem samochodowym - samoukiem i grywa też na trąbce. Pisałam o nim w maju 2009 roku, to on nas ratował gdy na zakopiance popsuł nam się samochód. Tym razem wujek dał się poznać od strony kucharskiej. Przygotował pyszną kolację, której nie doczekałam bo ze zmęczenia szybko usnęłam. Mama mówi, że wszystko było palce lizać i sama już nie będzie miała odwagi gotować dla wujka bo mogło by to być "bez wyrazu" ;). W końcu miałam więcej czasu by pobawić się dłużej z ciocią, która chyba mnie lubi bo wygłupiała się ze mną i przytulała mnie. Do mojej nowej skarbonki wpadło też parę nowych pieniążków. Ja generalnie znajduję forsę, najwięcej jest w portfelach. Gdy komuś to przeszkadza oznajmiam, że to moje pieniążki. Jak sama nie mogę znaleźć wtedy zwracam się do kogoś "możesz dać pieniążka? , "daj pieniążka" i jeszcze nikt mi nie odmówił (mama mówi żebym tylko papierowe brała). Skarbonka robi się coraz cięższa. Ciocię i wujka zabraliśmy też na Jasną Górę i do Olsztyna (ale to są podstawowe miejsca, które trzeba zobaczyć). Myślę, że wszyscy mieliśmy sporo wrażeń przez dwa dni. Teraz nadrabiamy naszą nieobecność w domu...
Dziękujemy Ciociu i Wujku, że nas odwiedziliście. Przy tej okazji ponawiamy zaproszenie do cioć i wujków, a nawet babć i dziadków, którzy nas jeszcze nie odwiedzili. Czekamy na WAS!! 

sobota, 9 października 2010

O Krakowie, o teatrze, o zakupach i o Debrze zwanej Pibą

 O Krakowie...
O Krakowie można dużo pisać, ale dziś będzie o jednym, o KORKU. Jechaliśmy z Debrą do weterynarza staliśmy w korku. Na szczęście dzięki kolejce w gabinecie zdążyliśmy. Jechaliśmy do teatru utknęliśmy w korku. W końcu w akcie desperacji babcia wyskoczyła ze mną z auta. Niby, że tramwajem będziemy szybciej. Pewnie by było, ale tramwaj nie mógł przejechać bo na torowisku stały auta. Babcia wzięła mnie na ręce i z Rakowickiej pobiegła na dworzec i tam wsiadłyśmy w tramwaj. Później znowu biegła ze mną na rękach i udało się, zdążyłyśmy na sztukę. Rodzice w tym czasie przesuwali się żółwim tempie krakowskim alejami. W akcie desperacji porzucili auto w centrum miasta. Stwierdzili, że komunikacją miejską szybciej dotrą do wujka Łukasza. Pomysł był dobry, ale okazało się że autobus którym tam mieli dotrzeć miał zmienioną trasę (pewnie jakieś remonty) i gdy się zorientowali, że są na trasie gdzie ten autobus kiedyś jeździł, a teraz już nie jeździ podjęli kolejną desperacką decyzję. Wrócili po auto i tym razem bez korków dotarli do celu. Dziś sobota i pojechaliśmy pospacerować na skałki Twardowskiego i znowu utknęliśmy w korku. Tata wybrnął i pojechał inną trasą. Bo szkoda siedzieć w aucie gdy taka piękna pogoda. Strach pomyśleć co będzie jutro czy w poniedziałek. Ciocia twierdzi, że mamy pecha. Rodzice w takich chwilach cieszą się, że wyprowadziliśmy się do Częstochowy.

O teatrze...
To była super przygoda. Poszłam z babcią do teatru Groteska na spektakl pt.  "Porwanie Baltazara Gąbki czyli Smok & Roll". Sztuka przeznaczona jest dla dzieci trochę starszych ode mnie (bo od 9 roku życia), ale ja i tak świetnie się bawiłam. Muzyka, kolorowe stroje to jest coś co lubię. Na koniec biłam mocno brawo i wcale nie chciałam wychodzić. Pierwsza wycieczka do teatru została zakończona pełnym sukcesem.

O zakupach...
Zbliża się zima i rodzice postanowili rozejrzeć się za kurteczką dla mnie. Chodziliśmy po jednym z krakowskich targów i nic się rodzicom nie podobało. Mnie o zdanie nikt nie pytał. Już mieliśmy wracać do domu gdy okazało się, że pominęliśmy jedno miejsce. Był tam płaszczyk, który w miarę spełniał oczekiwania moich rodziców. Trzeba było go tylko przymierzyć. To była moja rola, wcale nie taka prosta. Rozpłakałam się nie na żarty i usiadłam na chodniku. Mama tłumaczyła, przekupywała i w końcu zmieniłam zdanie. Płaszczyk był nieco przyduży, ale podwinęliśmy rękawy i nagle wszyscy zaczęli "Och", "Ach". Mama poprosiła o lusterko i ja też zobaczyłam to co wszyscy inni widzieli wcześniej, Zaczęłam się przeglądać obracać. Mama spytała mnie o zdanie i dokonała zakupu. Chciała zdjąć zemnie mój nowy nabytek, a ja w płacz, że nie zdejmę. Wracając do domu  było mi trochę za ciepło, może trzeba było posłuchać mamy i zdjąć ten zimowy płaszczyk??

O Debrze zwanej Pibą...
O Debrze już pisałam. Większość naszych bliskich zna ją osobiście lub z opowiadań. Debra jest milutka, ale z racji swojego wieku często choruje i często nie rozpieszcza nas swoimi zapaszkami. Jak już wcześniej pisałam pojechaliśmy z nią do psiego doktora tzn. mama poszła z nią, a ja z tatą poszłam na spacer po parku Jordana. Pan doktor przepisał Pibie antybiotyk i zaczął czytać możliwe działania niepożądane m.in.:
- Skutki uboczne: wymioty, biegunka, zawroty głowy, drgawki, zaburzenia psychiczne takie jak: niepokój bezsenność, omamy, psychozy, dezorientacja, koszmary senne, depersonalizacja. Więc proszę się nie zdziwić jeśli pies będzie myślał, że nie jest psem.- Zakończył pan doktor z poważną miną obserwując reakcje mamy.
- Czyli może zacząć gadać ludzkim głosem... - podsumowała mama będąc nieco przerażona niepożądanymi objawami.
Żarty, żartami, ale Debra odkąd dostała pierwszą dawkę leku już kilkakrotnie została przyłapana w moim małym łóżeczku. Więc może utożsamia się zemną??

Póki co tyle z Krakowa. Ciąg dalszy ze zdjęciami w kolejnym poście...

poniedziałek, 4 października 2010

Wyprawa rowerowa

Rowerki w końcu doczekały się małej wyprawy. Do tej pory robiliśmy spacerki, a później albo któreś z nas chorowało, albo leczyło kontuzje po upadku z roweru (ehh ta mama gapa), albo nas nosiło... W sobotę w końcu zaświeciło słoneczko i rodzice postanowili - WYCIECZKA ROWEROWA. Prócz zapału i wstępnego planu zabraliśmy napoje, no i rowery. Autko zostawiliśmy w Złotym Potoku, koło potencjalnego miejsca zjedzenia czegoś na obiad. Trasa przejażdżki nie była zbyt długa i wymagająca. Mama i tak marudziła, że bolą ją mięśnie, które kiedyś miała (czy może coś boleć czego już nie ma??). Dojechaliśmy do Czatachowej, gdzie odwiedziliśmy pewną miłą panią i jej urocze zwierzątka. Rok temu w lipcu pierwszy raz miałam przyjemność poznać tą ciekawą gromadkę. Teraz biegając o własnych siłach (bo wtedy to chodziłam za rączki) mogłam głaskać i karmić kozy, owieczki, świnki, konika i osiołka. Wszystkie stworzonka bardzo mi się podobały, ale najmilej wspominam Kinię (kucyka). Później zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacerek do kościółka. Miejscowość, w której byliśmy słynie z mieszkających tam pustelników, którzy to odprawiają egzorcyzmy. Poza tym leży w malowniczym miejscu. Ciężko było mi się rozstać ze zwierzakami, ale cóż... zgłodnieliśmy nie na żarty. W drodze powrotnej zasnęłam w foteliku, a gdy się obudziłam czekała już na mnie rybka i fryteczki. 


O tym jak mama używa trudnych słów. 
Idziemy drogą, mijamy gospodarstwa. Przy jednym leżą dwa nieuwiązane psy i leniwie szczekają, nawet im się wstać nie chce. Ja przykucam, ściskając w dłoniach wcześniej zebrane kamyczki i próbuję nazbierać nowych, jednocześnie zagaduje leniwe psiaki.
- Majeczko nie zaczepiaj piesków i chodź - gdera ta moja kochana mamusia.
- Ja zbieram kamyczki - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Myszko jak któryś zaraz wstanie i podejdzie do Ciebie to się zdziwisz. - tym razem oszczędziła mi opowieści o tym, że pieski mnie mogą ugryźć.
Pozbierałam co miałam pozbierać i podeszłam do mamy:
- Ehh zdziwiłam się... - psy leżały dalej pod drzewem szczekając na nas.
Mama musiała mi wytłumaczyć co to jest to zdziwienie, ale dalej nie bardzo wiem co mama miała na myśli.

wtorek, 28 września 2010

cytowanki



Muszę przyznać publicznie, że jestem bałaganiarą. Miałam po kim odziedziczyć tą umiejętność. Sprzątać po sobie umiem i czasami robię to z wielkim zapałem, a czasami, cóż mama musi się nagadać. Kilka razy rodzice zabrali mi zabawki, których nie chciałam posprzątać i teraz naprawdę się staram. Mama jest wyrozumiała i pozwala mi na roznoszenie zabawek po całym domu. Ostatnio miarka się jednak przebrała i mama do znudzenia powtarzała:
- Posprzątaj te zabawki bo ktoś się przewróci.
- Posprzątaj bo niechcący nadepnę i Ci coś zepsuję.
-Posprzątaj te gazetki bo się na nich ktoś poślizgnie i przewróci - powiedziała łapiąc równowagę.
W końcu na kolejną reprymendę odparłam:
-Podnoś nogi do góry - a po chwili zastanowienia - to są moje zabawki.
W końcu i tak musiałam trochę posprzątać, ale jak to mówią nauka w las nie idzie...
***
W ostatnim tygodniu byłam trochę niegrzeczna. Kłóciłam się z mamą, albo z Marychną ( z czego mama była w głębi zadowolona bo wtedy nie kłóciłam się z nią).Obiecuję też różne rzeczy (choć nie wiem co to znaczy), a później nie wywiązuję się z nich. Razu pewnego Mama mi przypominała kolejny raz o danym słowie, gdy nagle przerwała w pół zdania i krzyknęła. Szybko do niej pobiegłam i okazało się, że przycięła sobie palca drzwiami od szafy. Gdy zobaczyłam pierwsze łzy w oczach i wykrzywioną buzię objęłam mamę (tak jak ona to robi gdy ja płaczę):
- Nie płacz, już dobrze kochanie...
Dalej miała minkę nietęgą, a oczy zaszklone:
- Nie płacz bo będziesz miała szpikulce (tzn. katar), przyniosę Ci papierek.
Kiedy wróciłam z papierkiem mama już się uśmiechała, a nawet można powiedzieć że się śmiała.
***
Drodzy dorośli ja was słyszę, choć nie zawsze słucham. Jeśli nie chcecie żebym coś mówiła to musicie uważać żeby tego przy mnie nie mówić. Raz dziadek M. powiedział mi, że jestem gruba (żarty czy nie, ja pamięć mam dobrą). Kiedyś w niedzielę szłyśmy z mamą do babci i dziadka na obiad:
-Mamo...
-Tak?
-Gdzie idziemy?
-Do babci Ani na obiadek.
-Nie chce jeść.
-Czemu?
-Bo jestem za gruba.
Na szczęście jak doszłam do babci zapomniałam o tym i mimo wszystko trochę zjadłam.
 ***
Mama ma powody do zadowolenia bo od 9 dni śpię bez pieluszki w nocy. Zaczęło się tak, że obudziłam się z płaczem w nocy że chcę siku. Mama zdjęła mi pieluchę, a gdy później chciała mi założyć suchą ja oświadczyłam, że "nie bo mi jest gorąco". Zaspana mama nie miała siły ze mną dyskutować i od tamtej pory kładę się spać bez pieluchy. Na 9 nocy tylko 3 zakończyły się niepowodzeniem, więc myślę że to duży sukces. Mniej radosna nowina jest taka, że od 9 dni nie śpię w ciągu dnia więc mama czasami jest zmęczona moim gadaniem...

sobota, 18 września 2010

Jesień przyszła, nie ma na to rady...


"Przyszła jesień, spadają liście. Są żółte, pomarańczowe, czerwone i zielone. Robi się coraz zimniej..."
Tęsknie już za zabawami w piaskownicy i nie mogę się wciąż doczekać śniegu. Póki co korzystamy z promieni słońca i spacerujemy po naszym osiedlu. Najczęściej towarzyszy nam Malyśka i jej mama Ola. Ja to jak tylko usłyszę, że idziemy na spacer to pytam "Gdzie Malyśka??". Czasami wydaje mi się, że ją słyszę "Yyy słyszysz?? To chyba Malysia.".
Przed wyjazdem taty do pracy nazrywaliśmy jarzębiny i zrobiliśmy piękne naszyjniki i bransoletkę. Ja i mama byłyśmy księżniczkami i królowymi. Lubię przymierzać korale i różne świecidełka. Pojechaliśmy też na spacer do lasu. Udało nam się znaleźć parę grzybków. Jakiś czas temu byliśmy też w Rudniku i tam też szukaliśmy grzybków. Bardzo lubię tam jeździć bo jak tylko nie pada deszcz i jest ciepło to można siedzieć na podwórku. No i bardzo mi się podobają ogniska, to wrzucanie patyków do ognia, pyszna kiełbaska i śpiewy przy akompaniamencie gitary...

- Mamo, nie poznaję cię.
- Dlaczego?? - pyta mama
- Bo jestem niegłupia.

sobota, 11 września 2010

Na zawsze w naszych sercach...

 (Tyniec, lipiec 2009)

          Kolejne smutne dni i znowu trzeba było się pożegnać... Miałam za mało czasu, żeby dobrze poznać ciocię Marysię. Zawsze była taka uśmiechnięta i serdeczna dla mnie. Pożyczała mi swoje maskotki do zabawy, kiedy ją odwiedzałam. Częstowała nas pysznościami, a najlepsze były te co sama upiekła. Palce lizać! Czasami potrzebowałam paru minut żeby się oswoić z ciocią i wujkiem. Kiedy wujek przesadzał ze spoufalaniem się, na które jeszcze nie byłam gotowa, to ciocia stała na straży i karciła wujaszka. Również go upominała za jego niesforne komentarze pod moim adresem. Szkoda, że tak rzadko mnie tam rodzice zabierali. Najczęściej zostawiali mnie u babci, a sami wracali późno w nocy kiedy już spałam.
          Rodzice nie potrafili ukryć smutku i łez więc kiedy mi powiedzieli co się stało i mi zrobiło się smutno. Wiem, że ciocia jest teraz w niebie, tam gdzie babcia Dzidzia. Ciocia pozostawiła po sobie dużo pięknych wspomnień, a jej buzia w naszych sercach pozostanie zawsze uśmiechnięta.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Idzie jesień

Moją ulubioną bajką nadal jest Świnka Peppa. Uwielbiam udawać, że jestem Suzy (owieczka- przyjaciółka Peppy), mama jest kucykiem Pedro, a tatuń pieskiem Dany. Rodzice już przywykli do mojej zabawy i reagują na swoje nowe imiona. Ostatnio podeszłam do mamy poklepałam ją po ramieniu (tak jak się klepie konika):
- Dobra mamusia, niegłupia...
- Słucham, co powiedziałaś? - mamę zatkało
- Niegłupia.

Ostatnio lubię słuchać opowiadań o tym jak byłam malutka. Ciekawią mnie też pory roku, nie mogę się doczekać zimy. Namiętnie opowiadałam o jesieni i zimie moim bliskim tylko czasem kolejność tych pór mi się myliła. Czasem zima jest jesienią, a jesień zimą. Z resztą to nie ważne, ja nie mogę doczekać się śniegu (lepienia bałwanów i jazdy na sankach). Czy ktoś jeszcze tęskni za ta chlapą i zimnem??

czwartek, 19 sierpnia 2010

Powrót do domu...


Zanim dotarliśmy do Częstochowy, "do naszego domku":
-1- Z ciocią Karinką i mamą odwiedziłyśmy ogród botaniczny. Najbardziej podobała mi się ogromna palma i roślinka zjadająca muchy. Ryba co gryzie palce wywołała moją ciekawość, ale nie na tyle żeby wsadzić do niej rączkę.
-2- Powrót taty to bardzo ważne wydarzenie. Tak bardzo się za nim stęskniłam, że jak tylko go zobaczyłam, to cały świat przestał istnieć. Gadałam i gadałam, a mama też chciała gadać i gadać, w końcu tatuń ze śmiechem stwierdził, że za dużo tego szczęścia na raz. Nawet jakaś pani na spacerze odwróciła się i stwierdziła, że jestem straszną gadułą.
-3- Wycieczka do ZOO. Podobało mi się mini zoo, gdzie mogłam dawać kucykowi z ręki marchewkę, a osiołek tuż nad głową wykrzyczał swoje "IOIOoo". Duże ZOO było fajne, ale bez szaleństwa.  Słonie były "małe, takie zabawkowe", a inne zwierzaki chowały się w cieniu i trzeba było ich wypatrywać.
- Co Ci się najbardziej podobało?? - spytała mama
- Koniki
Mama była rozczarowana taką odpowiedzią bo koniki to odwiedzałyśmy codziennie u babci Krysi.
-4- Odwiedziliśmy ciocię Dominikę. Ma na imię tak jak moja mama. Ciocia jest fryzjerką i obcina włoski. Z początku się broniłam przed czesaniem i skracaniem, stwierdziłam że mam krótkie, zdrowe włoski i wcisnęłam kapelusz na głowę.  Lizaki spowodowały, że zmieniłam zdanie i grzecznie siedziałam na fotelu. Dziś miło wspominam tą wizytę. 
-5- Wycieczka do Kasinki Małej. To była niesamowita wyprawa na prawdziwą wieś. Po podwórku naszych miłych gospodarzy biegały kurki, w chlewiku leżała świnka, w klatce królik, a w sianie chowały się małe kotki. Poznałam Staszka (4,5 roku) i Olę (21 miesięcy). Bawiliśmy się razem w baseniku, dopóki w wodzie nie pojawiła się brązowa, śmierdząca przeszkoda. Wstyd się przyznać, ale autorem tej kupki byłam JA. W sumie dobrze się złożyło, bo poszliśmy z ciocią Agą i mamą nad rzekę. Basen to mały pikuś przy rzece. Woda była ciepła (bo później przemknęła niedaleko burza), a na jej dnie było dużo kamieni do rzucania. Później bawiłam się z coraz większą gromadką dzieci na podwórku, a dorośli robili grilla. Wieczór był jeszcze jasny gdy rodzice wsadzili mnie do autka, a co się później działo to już nie wiem bo smacznie spałam do rana.

Moja ulubiona piosenka:


Warto zapisać:
Wzięłam kredki i chciałam malować po ścianach
-Co robisz Majeczko?? - spytała babcia Krysia
- Maluję!!
- gdzie??
- po ścianie, będzie jak nowa.
-Nie maluj po ścianie, nie wolno!! - wykrzyknęła przerażona babcia Krysia.

Ostatnie dni w Krakowie przeleciały szybciutko. Teraz jesteśmy w domku, za którym się stęskniłam. Spotkałam się z babcią Anią i co najważniejsze z Marysią.
Zaczynam namiętnie zadawać pytania "DLACZEGO?", "PO CO?" itp. i towarzyszę w pracach remontowych.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Lalkowy świat...

Ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża, ktoś na kogoś czeka. Tak to już jest z tymi wakacjami. Babcia Kynia spakowała swoją wielką torbę i pojechała pociągiem nad morze. Ja usilnie próbowałam się dopakować do torby, a co babcia wkładała do niej to ja wyciągałam. Chętnie bym pojechała razem z nią, ale nie mogłam zostawić mamy samej. Już jutro odwiedzi nas ciocia Karinka, która wróciła z wyjazdu. W środę wróci tatuniek z pracy...
Ja odkrywam świat lalek i bardzo mi się to podoba. Niektóre lale mają swoje stare imiona, a innym muszę wymyślać sama (np. Ania jak babcia Ania, Kasia jak ciocia Kasia, Malwinka jak moja kuzynka, Tosia jak Tosia z Rudnika). Jestem bardzo opiekuńcza i dbam żeby dużo spały. Gdy któraś choruje (najczęściej Tosia) to idę do lekarza, przytulam, całuję i mówię, że jest  bardzo dzielna. Dziś zbudowałyśmy z mamą domek, a lalki dostały herbatkę w filiżankach. Muszę poprosić mamę i babcię żeby mi pomogły skompletować ubranka dla nich, bo niektóre są całkiem golasowe, a lada moment przyjdzie jesień.

środa, 4 sierpnia 2010

Kraków


Do Krakowa przywiózł nas dziadek Marek z babcią Anią. Jaka to przyjemność mieć dwie babcie przy sobie :). Poszliśmy na wspólny spacer na Wawel i Rynek. Było cudownie, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Dziadkowie pojechali do Częstochowy a my zostałyśmy z babcią Kynią i Debrusią. Trochę spaceruję z moją Pibą, ale ona już jest starutka i nie bardzo ma siłę, chęci na dłuższe wędrówki. Odwiedzamy z mamą koniki i place zabaw. Gdy babcia wraca z pracy bawię się z nią, a mama wędruje po Krakowie. Nie mam czasu na nudę.

Dziś babcia pakowała się na wyjazd nad morze. Mierzyła różne stroje, a ja wyciągnęłam jej korale i podkradałam szale. Wkładałam kolejne wynalazki na głowę, szyję i ramiona. Z poważną miną pytałam:
- No i jak wyglądam?? - tak jak wcześniej babcia nas pytała
Później rozsiadłam się na szafce:
- Dziewczyny!!! Dziewczyny chodźcie tu szybko!!
Paradowałyśmy z babcią w przebraniach po domu. Najpierw twierdziłam, że jestem "plinces" (princess - księżniczka), gdy nagle przyszło mi do głowy:
- modle się.
Mama i babcia spojrzały na siebie i zgłupiały, powstrzymując śmiech. Ja stałam w "złotych" łańcuchach i zielonej chuście, a mama poważnie zapytała:
- Jesteś księdzem??
- Tak - odparłam

sobota, 31 lipca 2010

"Elegancka" zabawa

Dziś miałam tyle wrażeń, że nie wiem od czego zacząć. Dzidek Marek i babcia Ania zabrali mnie i mamę do Złotego Potoku na dzień PSTRĄGA. Rybka w migdałach była przepyszna. Tam się tyle działo że nie wiele z niej zjadłam i nie mogłam usiedzieć na pupie. Mama to by chciała, żebym była grzeczna, mówiła "plose, dziekuje i pseplasam"  i się jej zawsze słuchała. A ja mam tylko dwa latka i nie mogę usiedzieć na miejscu, a kary mamy nie robią na mnie większego wrażenia. Gdy wszyscy zjedli mogliśmy wreszcie ruszyć na podbój wesołego miasteczka. Jechałam pociągiem, ale po kilku okrążeniach znudziła mi się trasa i chciałam już wysiąść. Szkoda tylko, że mama nie mogła zatrzymać pędzącej lokomotywy. Później poszliśmy  do takiego nadmuchanego basenu gdzie było dużo piłek. Tam to mi się tak spodobało, że gdy mama powiedziała, że to koniec popłynęły mi wielkie łzy i zaczęłam lamentować. Mama i babcia zlitowały się i mogłam poskakać jeszcze 5 minut. Z grymasem opuściłam tą zabawę. Kolejnej atrakcji mama nie mogła mi darować. Przejażdżka na kucu o iminiu Waldek. Nie mogłam zapamiętać i uporczywie powtarzam VOLVO. Szybko mi się znudziła ta jazda, bo chciałam jeszcze jechać na KUBIE (z początku myślałam, że to tatuń, ale w końcu pojęłam że to konik ma tak na imię). Wszystko mi się bardzo podobało, a na koniec dostałam niebieską piłkę od babci. Gdy pojechaliśmy do Śmiertnego Dębu do cioci i wujka okazało się, że kolor piłki "nie pasuje" do trawy. Tu największe wrażenie wywarła na mnie łąka. Skakało tam tyle koników polnych i rosły kwiatuszki. Szkoda, że mamie padła bateria w aparacie...
Teraz czas się spakować i wyruszyć w drogę do Krakowa.

czwartek, 29 lipca 2010

Trochę chmur, trochę słońca

Trochę zasiedziałam się w Częstochowie. Rodzice starają się jak mogą urozmaicać mi czas. Jak był tatuń to jeździliśmy na wycieczki autkiem (Złoty Potok, Śmiertny Dąb)  i rowerkiem. Jak tata jest w pracy to dużo czasu spędzam w piaskownicy z moją "koleznką Malysią". Pogoda ostatnio się ochłodziła i w domku więcej siedzimy.  Najwyższy czas pomyśleć o jakiejś większej "wyprawie".

niedziela, 25 lipca 2010

Pożegnanie...

Ostatnie tygodnie były bardzo trudne. W piątek pożegnaliśmy naszą kochaną prababcię Dzidzie. Trudno to pojąć i zrozumieć dorosłym, a co dopiero mi...

piątek, 16 lipca 2010

Zapisane wcześniej

Zamieszczam posta, którego napisałam już dawno. Wydarzenia ostatnich dni nie sprzyjają publikowaniu. Mój świat jest inny niż ten dorosłych, taki równoległy. Moje problemy często wywołują uśmiech u dorosłych, a ich sprawy są często nudne. Nie wszystko rozumiem, ale odczuwam emocje, a te w ostatnich dniach bywały różne. Dobrze wiem, że z moją kochaną prababcią Dzidzią dzieje się coś niedobrego. Już tak długo jest w szpitalu. Mnie tam nie chcą zabrać, choć ich prosiłam.

Przygotowany POST:

Ostatnie dni są dość smutne. Rozchorowała się babcia Dzidzia (prababcia) i często goszczą smutne miny u moich bliskich. Mam nadzieję, że babcia szybko wyjdzie ze szpitala i wróci do domku. Ani ona, ani ja nie lubimy lekarzy i białych fartuchów. 

Teraz chciałam coś sprostować. Autorem urodzinowego wierszyka nie jest ciocia Karinka, ani babcia Krysia (a takie podejrzenia były). Babcia wątpiąc w swój talent poetycki sięgnęła do tzw. gotowców. Autor tego poematu jest nieznany, ale i tak bardzo przypadł mi do gustu wierszyk o zwierzątkach i balonikach.

Krótkie opowiastki:

Wracając ze spaceru zerwałam dla mamy kwiatuszka. Ona stwierdziła, że to koniczynka i do tego czterolistna. Ponieważ zerwałam tylko jedną i to TAKĄ mamusia stwierdziła, że pewnie wszystkie są "szczęśliwe" i poszła się przyjrzeć reszcie. Sama może raz życiu trafiła na taki okaz. Okazało się, że reszta była trzylistnych. Taki traf....

***
Teraz o sikaniu. Opanowałam już do perfekcji wołanie na nocniczek. Ostatnio poszłyśmy na zakupy (bez pieluchy). Po drodze wołałam "siku, siku, siku", ale okazało się jednak, że mi się nie chce. Gdy podczas kupowania (mama już płaciła) ponowiłam wołanie, mama błagalnie powiedziała "trzymaj kochanie". Jaka była zdziwiona  gdy 3 sekundy później siedziałam w kałuży sików. Dobrze, że było ciepło... Dla pociechy mamy, mogę dodać tylko tyle, że miała szczęście że nie niosła mnie na barana. Moja koleżanka Marysia (młodsza, 17 miesięcy) tak właśnie załatwiła swojego tatuńka na spacerku (hihi)...

 Z Marysią na huśtawce

***
Dalej o sikaniu. Oprócz tego, że wołam "siku, siku, siku" chcę już sama siadać na nocniczek (mama mi tylko spodenki musi ściągnąć, a później SAMA). Tak też było pewnego wieczoru. Zasiadłam wygodnie na moim żółtym tronie. Niestety siedziałam krzywo i wszystko wysiusiało się na podłogę. Mama trochę rozbawiona posadziła mnie na łóżku i wrzuciła do kałuży to co miała pod ręką (moje majtki). Kałuża okazała się sporym jeziorkiem więc pobiegła po szmatę. Jak wróciła ja siedziałam już w tym jeziorku i taplałam się moimi majteczkami. Oj, mama nie była już taka zadowolona.

***
W sklepie z ciocią Kalinką i dziadkiem Januszem:
- Majeczko tak schudłaś, że muszę Ci kupić worek słodyczy - powiedziała ciocia,
- A może kawałek boczku?? - spytał dziadzio.
Spodobało mi się i zaczęłam wykrzykiwać po sklepie:
- Zboczek, zboczek, zboczek!!
Chwilkę później, dziadek strasznie się upierał i ciocia powiedziała:
- Jesteś uparty jak osioł.
Też mi się spodobało, ale nie mogę zapamiętać słowa "uparty" więc:
"Dziadek jest jak osioł..."
W końcu po paru dniach zapamiętałam to rudne słowo - Upalty!!

***
Upał daje nam się we znaki, a niewątpliwą ulgę przynoszą kąpiele. Rodzice zabierali mnie do mojego kuzyna Eliaszka, z którym razem kąpaliśmy się w baseniku. Eliasz choć sporo młodszy, w wodzie czuje się jak ryba i nie krzywi się gdy mu woda nakapie do oczu. Baseniki to fajna rzecz, ale jeszcze lepsze są stawy.

Byliśmy w Złotym Potoku, gdzie pluskałam się w Amerykanie. Poznałam Amelkę, z którą nie wychodziłyśmy z wody prawie 3 godziny. Bardzo mi się podobało gdy podpływała do nas rodzina kaczek i ławice rybek. Było ich dużo i miały czerwone ogonki.

Dużo czasu spędzam z moją koleżanką Marysią. Gdy wychodzę na podwórko zaraz pytam "gdzie Malysia?". Marysia nie umie jeszcze mówić i nawołuje mnie po swojemu "JAJA!!!". Bawimy się razem w piachu, wspinamy po drabinkach, huśtamy się i zjeżdżamy ze zjeżdżalni. Zawsze kłócimy się o zabawki, a Marysia uwielbia zabierać mi czapki, opaski i buty. Ja z początku jej na to pozwalałam, ale teraz nie daję sobie w kaszę dmuchać. Najbardziej lubię gdy mama Ola (mama Malysi) zaczyna nas częstować smakołykami. Ona ma zawsze lepsze rzeczy do jedzenia niż mama. Ostatnio przypadły nam do gustu parówki, które wcinamy siedząc na schodach przed blokiem. Trzeba pamiętać, że piciem się nie dzielimy. Każdy ma swój kubeczek. Marysi zawsze się podobają moje, a mi jej napoje i musimy walczyć z pokusą.

niedziela, 4 lipca 2010

3 lipca - Moje 2 urodziny

Co za dzień :). Rano przyjechał dziadek Janusz, ciocia Karinka i Debrunia (ja już dzień wcześniej spacerowałam z koralami babci wołając "Chodź Deblus"). Byliśmy na spacerku, a po obiadku dmuchałam znowu świeczuszkę na "torciku". Bardzo byłam szczęśliwa, że mam takich gości. Od rana odbierałam telefony z życzeniami, tyle osób o mnie pamiętało (Dziękuje wszystkim). Ciocia Kalinka napisała dla mnie piękny wierszyk:
Idzie miso, idzie konik, małpka, piesek no i słonik
Wszyscy razem z balonami, z najlepszymi życzeniami,
Bo to dzień radosny wielce- masz już jeden roczek więcej.
 (do tego piękna ilustracja)

Było bardzo fajnie bo wreszcie mogłam się powygłupiać z ciocią Karinką (nikt tak się nie wygłupia jak ona). Szkoda tylko, że mama nie chciała jechać ze mną do babci Klysi, do Krakowa. No i tatuńka też mi brakowało do pełni szczęścia.

wtorek, 29 czerwca 2010

Urodzinowy tydzień czas zacząć

Tatuniek oglądał mecz, a mama czekała aż przyjdę żeby mi poczytać bajkę. Weszłam do pokoju, rozłożyłam ręce, usta wygięłam w podkówkę:
- Jest ploblem - oznajmiłam
- Jaki problem?? - spytała mama, udając zaniepokojenie
- niebieski - odpowiedziałam z poważną miną i kiwając głową.
                                                         
 ***

Tak naprawdę to mamusia miała problem, ale kilka dni później. Zacznijmy od początku. Normalnie urodzinki mam 3 lipca, ale ponieważ tatuniek został wezwany do pracy wcześniej więc termin moich urodzin został przeniesiony. Najpierw w niedziele rodzice wzięli mnie na spacerek z urodzinowym lodem, a później wręczyli prezent. Jak byliśmy nad morzem zamarzył mi się latawiec, nie mogliśmy go tam kupić więc rodzice zrealizowali moją zachciankę dopiero teraz. Latawiec jest piękny z Kubusiem Puchatkiem, ale jestem jeszcze za mała i sobie nie radziłam z jego puszczaniem, za to skutecznie przeszkadzałam tacie. Prezencik najbardziej spodobał się właśnie jemu. Gdy mama oznajmiła powrót do domu:
- Naprawdę musimy już iść? Jeszcze trochę...- powiedział tata z nadzieją w głosie. Mama powędrowała po cieplejsze ubranko dla mnie i zestaw do piaskownicy. Wiatr ( a może jego niejednostajność) nie ułatwiał zadania, ale troszkę latawiec się unosił. Kiedy późno w nocy w końcu usnęłam, mama podjęła próbę pieczenia tortu, pierwszy raz. Mama jest antytalenciem kulinarnym, cały pakiet kucharskich zdolności i pasji odziedziczyła ciocia Karinka. Babcia Krysia przysłała mamie przepis ze wszystkimi szczegółami, tak jej się wydawało. Mama trzymała się ściśle wskazówek i nawet jak jej się wydawało, że może trzeba by było coś inaczej starała się nie improwizować (żeby tylko się torcik udał). W sumie się udał, bo smaczny był i większa jego część zniknęła. Tylko jedna rzecz nie wyszła, a i tak była dobra. Babcia stwierdziła, że nie trzeba pisać, że trzeba zmixować masę, bo to oczywiste. Mama zaś stwierdziła, że mixować nie będzie skoro w przepisie nie ma. Mimo tej małej nieścisłości tort był, a co najważniejsze świeczka, którą dwa razy zdmuchnęłam. Byli goście i śpiewali mi STO LAT. Bardzo się cieszyłam, bo długo czekałam na ten dzień.

Szkoda tylko, że pod koniec dnia strasznie zaczęłam chrypieć (tak od kilku dni coś mnie męczy) i ciężko mi się oddycha. Chyba będę musiała trochę się pooszczędzać...


W urodzinach udział wzięli : babcia Dzidzia, babcia Ania i dziadek Marek, ciocia Kasia i wujek Marcin, Mikołaj i Maliwnka, moi rodzice i JA

niedziela, 27 czerwca 2010

Dziwne przypadki


Razu pewnego, gdy mama rozmawiała z ciocią Karinką na skypie, Tatuniek był nieco pochłonięty sprawami domowymi, a mi zachciało się siku:
- siku, siku, siku!!!
Mama zagadana nie zwróciła nawet na mnie uwagi, ale tatuń nie zawiódł przybiegł z nocnikiem. Mi się odechciało, więc trochę się poprzekomarzałam z tatą.
- Nie chce...
- To chcesz siku, czy nie??
- Nie chce - tata zabrał nocnik i wyszedł
Po chwili zaniepokojona mama, zbyt długą ciszą (bo ja się nie odzywam tylko jak śpię) spojrzała na mnie. Ja sobie kucam i nagle na dywanie wyrósł brązowy bobek (bo tatuń nie założył mi majtek i spodni).
- Maja!! - zawołała mama
- siku, siku, siku!!! - zawołałam przerażona.



Rozpoczęliśmy sezon rowerowy. Póki co podoba mi się jazda w foteliku i nie marudzę. Zadaję tylko dużo pytań:
- gdzie tatuń??
- jedziemy na plac zabaw??
- światełko, masz mamuś światełko?? mogę włączyć??
- gdzie tatuń ??
I tak mogę bez przerwy...
Gdy wróciliśmy z naszej przejażdżki tata pownosił rowery na pół piętro. Mama wniosła mnie na drugie piętro:
- Idź Maja do domu, a ja wniosę jeszcze rower żeby było szybciej...
Tata wprowadził rower do domu, mama zeszła po drugi. Ja zostałam zupełnie sama. Postanowiłam, że nie posłucham mamy. Już umiem wchodzić sama po schodach więc poszłam wyżej. Mama niosąc rower woła:
- Maja, gdzie jesteś??
cisza
- Kuba, weszła Maja do domu??
- Chyba nie - odpowiada tatuń szukając mnie w mieszkaniu
- Maja!!!
cisza
- Maja!! - Mama troszkę wystraszona, że mogę spaść, ale i zła że jej nie posłuchałam
- No oddycham!! - odpowiedziałam uśmiechając się z półpiętra do rodziców
- Oddycham, oddycham haha aaaa uuhhh - zakończyłam robiąc głęboki wdech i wydech.


W domu ciągły remont, a ja się tym nie przejmuję. Rozkładam zabawki gdzie się da. Kiedyś ciągnęłam pluszowego miśka za sobą po podłodze, a mama powiedziała:
- Maja nie ciągnij go po podłodze, tam jest kupa kurzu.
Nie bardzo rozumiejąc o co jej chodzi kontynuowałam swoją zabawę. Mama wzięła pluszaka i zaniosła do mojego pokoiku. Po paru minutach dołączyłam do mamy oznajmiając:
- Kupa!! tam jest!!
- Gdzie jest kupa?? - mama ze strachem spytała. Ja pieluszek używam już tylko do spania i na dłuższe wyprawy autem, więc mama miała czarne myśli.
- Tam jest kupa!! - powiedziałam i ruszyłam do dużego pokoju.
- No gdzie?? - mama się rozgląda, nawet do majtek patrzy i niucha nochalem...
- No sama jej powiedziałaś, że jest KUPA kurzu - powiedział tatuń wchodząc do pokoju, a mama odetchnęła z ulgą.

czwartek, 24 czerwca 2010

Dzień Tatuńka


- Super TATA, super MAMA!!!
  - A Ty jaka jesteś?? - spytał tatuń
- WIELKA

niedziela, 20 czerwca 2010

Wszędzie dobrze, ale w domku najlepiej

Po trzech tygodniach wróciliśmy do naszego domku. Ostatni tydzień spędziliśmy w Krakowie i Rudniku. Byliśmy w Ogrodzie doświadczeń gdzie można obserwować różne prawa fizyczne, które rodzice wkuwali latami. Mi najbardziej podobała się dmuchana kula, w której skakałam, trampolina i połączone dwie huśtawki (najpierw huśtała się jedna, a później ta druga przejmowała jej energię i tak w kółko). Spacerowaliśmy i doświadczaliśmy, to był fajna wyprawa. Odwiedziliśmy też ciocię Marysię i wujka Łukasza. U nich mieszka taki fajny piesek Mila i ona miała szczeniaczki. Jak my przyjechaliśmy to został już tylko jeden. Wołaliśmy na niego Robak. Milunia bardziej przypadła mi do gustu, a jednak następnego dnia wzięliśmy Robaka. On jest w sumie fajny, ale raz na jakiś czas używał względem mnie swych małych, ostrych jak igiełki ząbków. Zawieźliśmy go do Rudnika nad Sanem. Tam jest teraz jego nowy domek. Wszyscy domownicy (ciocia Jajo, wujek Maniuś, Gucio, a nawet mała Tosia) ucieszyli się na jego przyjazd . Tylko Dalton, dotychczasowy obrońca domu wyrażał niezadowolenie. Pewnie był trochę zazdrosny i bał się o swój stołek i michę. Z każdym dniem wydawało się, że NOWY cieszy się większą akceptacją STARSZEGO. Nowy musi się liczyć, że parę razy oberwie (musi wiedzieć kto tu rządzi). Póki co poznaje nowe miejsce i nowych właścicieli. Sprawdza ich wytrzymałość psychiczną sikając i zostawiając kupki w różnych miejscach. Wyjada Daltonowi (a on jemu) z michy, a czasem korzysta z jego posłania. Robak długo czekał na swoje nowe imię, ale chyba ostatecznie zostanie Oudi. Ja jestem bardzo zadowolona z wizyty w Rudniku. Mogłam się pobawić z dzieciakami i wyganiać po ogrodzie. Fajnie jest móc wstać rano, wybiec na podwórko i zmoczyć skarpety w rosie, albo pod nieuwagę mamy wybiec w skarpetach i skakać po kałużach. Podlewanie wężem kwiatów też może być zabawne, zwłaszcza gdy ciocia podlewa mnie zamiast nich. Było nam tam bardzo dobrze, ale cieszymy się z powrotu do domku.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Droga do domku, do Polski

Ostatni dzień był upalny, a ja w końcu odważyłam się spacerować w morzu. Woda sięgała mi po samą szyję, a ja nic się nie bałam. Mama mnie na siłę musiała wyciągnąć z morza (po jakiejś godzinie pluskania), gdy szczękałam zębami.
Sozopol pożegnał nas pięknym zachodem słońca, a już w nocy (z soboty na niedzielę) pędziliśmy naszym autkiem do Polski. Droga była długa, ale dzielnie ją znosiłam, nawet lepiej niż jak jechaliśmy do Bułgarii. Rodzice są ze mnie dumni. W końcu przejechaliśmy w sumie 3500 km (z tym co zrobiliśmy na miejscu). Tym razem mieliśmy piękną pogodę, ale 37 stopni nie sprzyjało przerwom.Okazuje się, że w taki ukrop najlepszym miejscem na rozprostowanie nóg jest galeria handlowa. Jazda w dzień była dość przyjemna dzięki klimatyzacji i staraniom mamusi (ileż ona bajek wymyśliła). Na dobre usnęłam dopiero ok 21 jak zbliżaliśmy się do granicy węgiersko-słowackiej. Tu droga rodzicom zaczęła się już dłużyć. Trzeba było jechać ostrożnie, bo co rusz na drogę wyłaziły lisy, kotki, fredki, a i sarny się zdarzyły. Tuż przed granicą Polską stała sobie sarna,a może jelonek (?) na środku drogi i spoglądała w stronę naszego pojazdu. Tatuń zwolnił i dopiero wtedy leniwie się odwróciła i pognała do swojego stadka (które świeciło pupami na poboczu). Słowackie serpentyny okazały się męczące po tylu godzinach jazdy, ale tatuniek dzielnie sobie poradził z wszystkim trudami 25 godzinnej podróży. Rodzice jednogłośnie stwierdzili, że nasze polskie drogi są świetnej jakości i dobrze oznakowane. Znacznie lepiej się po nich jeździ niż po drogach w Rumuni, Bułgarii czy Słowacji. Warto dodać, że przejechaliśmy przez Bukareszt, a tam na drogach panują, a wręcz nie panują żadne zasady. Z dwóch pasów nagle robią się trzy (tzn kierowcy się tak ustawiają), a kto pierwszy ten lepszy. Jak Ci się coś nie podoba - wystarczy użyć klaksonu. Parkowanie na zakrętach skrzyżowań czy wyjazdach z ronda to norma, a ty radź sobie jak umiesz. No i jeszcze małe (w porównaniu do naszych polskich) sygnalizatory świetlne, ukryte i nie zawsze widoczne dla kierowców-turystów (przynajmniej dla nas). Dzięki pomocy nawigacji i instynktowi taty sprawnie opuściliśmy to drogowe piekło. Szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa, a tu zaczyna się już kolejny etap naszej wakacyjnej podróży.