Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu, ale daję słowo nie mam czasu. Co gorsze nie bardzo jest o czym pisać. Oczywiście są sprawy ważne- codzienne... Była sprawa Juliana, który porwał moją SOWĘ i wrzucił ją do wiadra z brudną wodą. Zacznijmy od początku... Przeczytałyśmy z mamą Harrego Pottera, a on ma sowę Hedwigę. Książka bardzo mi się podobała, wzbudzała wiele emocji. Bałam się o głównych bohaterów:- Boję się, co się stanie?
- Nie wiem, ale może nie czytajmy jak się boisz?- odpowiadała mama
- Czytaj, ale przecież ty wiesz.
- Już nie pamiętam, na pewno dobrze się skończy bo przecież jest dużo części.
- Czytaj!!
Koniec rozdziału:
- No jak tak można? Przerywać w takim momencie, czytaj dalej.
- Nie mam już siły, długie są te rozdziały.
- Czytaj, proszę czytaj...
Teraz czekam, aż mama kupi drugą część. Próbowałam pożyczyć w bibliotece, ale się nie udało. Także teraz wróciłam do mojego ulubionego autora Adama Bahdaja. Przyszła pora na "Kapelusz za 100 000". Uwielbiam zagadki, śledztwa, magię, zwierzęta i pluszaki. Gdy spotkałam w sklepie śnieżnobiałą sowę postanowiłam ją mieć. Musiałam odkładać na nią pieniążki (z kieszonkowego, bo wszystkie oszczędności wydałam na klocki lego - je też uwielbiam) i udało się. Z dumą poszłam i sama sobie kupiłam sowę, którą nazwałam Hedwigą. Oczywiście wszędzie z nią chodziłam, aż pewnego dnia Julian z mojej klasy porwał ją. Śnieżna sowa po kąpieli w ohydnej wodzie zrobiła się brudna, śmierdząca i miała naderwany ogonek. Bardzo zasmuciło mnie to wydarzenie, na szczęście udało się ją odratować.
Lena w ostatnich tygodniach popadła w skrajność i nadużywa litery R i mówi "rarka", "ratarka", "rub", "roreta"... Okazało się też, że umie czytać krótkie wyrazy. Idziemy sobie, a ona:
- H-O-T-E-L, mamo tu jest hotel! - zdarza jej się używać litery L.
Ja natomiast zaczytuję się w kawałach, a później opowiadam je bez końca moim rodzicom.
- Wiecie jak nazywa się opiekun strusia??
- ANIOŁ STRUŚ!!
Teraz mamy Święta Wielkanocne i spędzamy je w Krakowie. Tradycji stało się zadość i jedna z nas się rozchorowała, zmieniając ambitne plany rodziców. Mama prowadzi takie obserwacje, że jak przyjeżdżamy do Krakowa, albo są jakieś Święta to jedno z naszej czwórki (lub więcej) choruje. Tym razem padło na mnie. "Niestety" nie mogłam pójść święcić koszyczka. Reprezentowała nas Lena i rodzice. Poszli z malutkim koszyczkiem do Katedry na Wawelu. Ku ich zdziwieniu ksiądz tam święci expresowo. Gdy przyszli, akuratnie skończyła się jedna tura. Nasz koszyczek stał samotnie na wielkim stole. W oczekiwaniu na innych mama i Lena poszły oglądać groby królów:
L: Tu nie ma żadnego zwierza, chodźmy szukać gdzie indziej.
Lenkę zainteresowały posągi lwów, a najbardziej pieska leżącego u stóp królowej Jadwigi. Gdy wróciły do koszyczka, on nadal stał samotny. Ksiądz postanowił go poświęcić bez towarzystwa innych koszyczków... Najpierw wypytał Lenkę, kto piekł, kto gotował jajka. Powiedzmy, że powiedziała prawdę... To była expresowa święconka w istnie szalonej aurze (deszcz, słońce, deszcz).
Wesołych Świąt!!
