środa, 19 października 2011

Uciekająca Dora

----------------------------------------------------------------------------------------------------------- ZDJĘCIA ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Długo nie pisałam bo byłam chora. Niby na zwolnieniu powinno się mieć więcej czasu, żeby nadganiać zaległości, ale nie w naszym przypadku. Z resztą co mogło się wydarzyć ciekawego gdy człowiek siedział w domu? Jak już wspominałam nie raz, od początku września nasz dom zamieniał się w przychodnie z coraz większą wystawką leków, syropków, maści. 7 października wstałam z niewinną chrypką (która szybko zniknęła). Z przedszkola wróciłam z małą ropką w oku. Wieczorem ropek było bardzo dużo, a w nocy już nie mogłam otworzyć oka. Kilka razy się budziliśmy, żeby przemyć oczko. Rano zaczął się maraton po szpitalach i przychodniach. Diagnoza była prosta: zapalenie spojówek (bo drugie oczko też zaczynało ropieć) spowodowane niewyleczonym przeziębieniem (tylko czemu od tygodnia nie miałam kataru, kaszlu i innych objawów?). Ja się histerycznie boję lekarzy i leków. Mama twierdzi, że wizyty jak na mnie przebiegły i tak dość sprawnie i bez większych szaleństw. Gorzej było przy kropieniu i smarowaniu oczu. Nie wiem czy ktoś kto mnie nie zna tak dobrze jak mama, tata i babcie może sobie to wyobrazić. Tak czy siak ja zaczęłam zdrowieć, a Lenka miała coraz większy katar. W środę miałam iść na kontrolę i mama wzięła też Lenkę bo ona od rana strasznie charczała. Pani doktor wypisała dla mojej siostrzyczki skierowanie do szpitala z podejrzeniem o zapalenie płuc.
Szybko poszłyśmy do szpitala i przyjęli Lenkę na oddział. Po wszystkich badaniach zaczęto podejrzewać że to może zapalenie oskrzeli. Po dniu postawiono końcową diagnozę - KATAR. Mamie ulżyło, ale musiała jeszcze z Lenką tam zostać. Mi było trochę smutno, ale na szczęście była u nas babcia Krysia i świetnie sobie radziłyśmy. Mama pobyt w szpitalu wspomina raczej kiepsko. Okazało się, że łóżko dla Lenki jest, ale mama musi przynieść posłanie dla siebie. W małej salce było w sumie troje dzieci (w tym ponad roczne dziecko, które było wszędzie)i trzy mamy. Dla łóżka mamy nie było po prostu miejsca. Udało się pożyczyć dla niej materac - taki dmuchany. Ponieważ Lenka w nocy często śpi z mamą to podczas pobytu w szpitalu też spała z mamą na jednoosobowym materacu. Podobno bujało jak na morzu. Miały taki biwak. Na szczęście pod dwóch nocach tam spędzonych nasze dziewczyny mogły wrócić do domu. Teraz to chyba już wiecie czemu brak mi było czasu. Z bardziej przyjemnych rzeczy: Po powrocie ze szpitala mama postanowiła posprzątać u mojej Dorci. Przygotowała dla niej kojec, tak żeby nie zwiała i mogła sobie pobiegać.
Chomiczka okazała się sprytniejsza od mamy. Gdy mama sprzątała w jej domku, ja z babcią podziwiałyśmy zwierzaka, który postanowił zwiać. Babcia tylko krzyczała na mamę: - Chomik ucieka!! Ja się rozpłakałam i też krzyczałam. U mamy szumiała woda i słyszała tylko że ja płaczę (a że często płacze bez powodu to się nie przejęła i myła domek dalej). Dopiero po chwili zrozumiała co ja do niej mówię i zaczęło się. Dora wbiegła pod moje łóżko, więc usunęliśmy zabawki: - Masz ją?? - krzyczy babcia - Nie, mam za krótkie ręce...- odpowiada mama - Złapałaś ją?? - pytałyśmy z babcią na zmianę - Nie, ja się jej boję - krzyczała mama z głową przy podłodze. Mama zaopatrzyła się w "ochraniacz" na rękę (najpierw moją czapkę a później rękawice kuchenną). Niestety strach mamy i Dory był silniejszy. Ta druga była jednak szybsza, sprytniejsza i zmieniła swoja kryjówkę - schowała się za moim regałem. Pokój zaczynał przypominać pobojowisko, a Dora była ciągle na wolności. Po 40 minutach pościgów udało się!! Dora wróciła do swojego białego z różowym dachem domku i do swojej klatki. Mówię wam jak ja się bałam...
-------------------------------------------------------------------------------------------- Lenka, 8 tygodni i ponad 5 kg ------------------------------------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------- Wspomnienie wakacyjnych zabaw na podwórku, znalezione na komórce----------------------------------------------------------------

czwartek, 6 października 2011

O ostatnich dniach, mojej twórczości i inne takie


ZDJĘCIA


Czas najwyższy opisać ostatni weekend, bo już kolejny zbliża się wielkimi krokami. W sobotę udaliśmy się ogromnym składem do Świerklańca, gdzie spacerowaliśmy po wielkim parku. Było świetnie bo była z nami babcia Ania, ciocia KAsia, wujek Marcin i dzieciaki. Ja się świetnie dogaduję z Malwikiem, a nie często mamy okazje na takie fajne spacery.
Odwiedziliśmy tam mini ZOO gdzie nakarmiłam kozy i osła trawą. Nawet odważyłam się wyciągnąć rękę do krowy, ale rozmiary jej jęzora mnie zaskoczyły. Mimo, że odskoczyłam i tak liznęła mnie ku wielkiej mej uciesze. Teraz wiem czemu się mówi "krowa ma dłuższy i się nie chwali". Po długim spacerze pojechaliśmy do moich kuzynów na grilla. Do wieczora ganialiśmy po ogródku. Mimo zmęczenia nie chciałam wracać do domku. W niedzielę spacerowaliśmy sobie z babcią i rodzicami wzdłuż Warty w miejscowości Mstów. Pogoda była piękna w te dni i wcale, a wcale jej nie zmarnowaliśmy. Na zakończenie tak pięknych dni mama zabrała mnie na wesołe miasteczko. Działo się, działo... Zaczęło się od smoka (który stoi tuż pod moim oknem)- mini kolejki górskiej. Mama tam wskoczyła ze mną bo zobaczyła, że siedzi tam Marysia ze swoją ciocią. Rzucało mną w lewo, w prawo, ja z radości piszczałam. Mama?? Mama mnie ściskała mocno i modliła się żeby to już było ostatnie okrążenie, jak wyszła to miała mięciutkie nogi. Potem poszło lawinowo karuzela, za karuzelą, aż tatuń wezwał mamę na ratunek do głodnej Lenki. Gdy się ściemniło tatuń zabrał mnie na drugą część atrakcji. Bardzo lubię to moje wesołe miasteczko, bywam tam też w tygodniu. Wiecie, trzeba umieć szukać sponsorów, a ja mam to szczęście że mnie znajdują sami.

Przedszkole:
Ponieważ tatuń pojechał do pracy to w poniedziałek i wtorek zawoziła mnie tam babcia Ania. Od środy zaprowadza mnie babcia Krysia, która przyjechała do nas na całe dwa tygodnie (ale ja to mam dobrze). W tym tygodniu mama tylko raz usłyszała "odmnie" "Ja nie chcę iść do przedszkola". Inne moje wypowiedzi: - Czemu dziś tak krótko się bawiłam?? - Tam jest nudno bez Ciebie. - Mamo ja nie chcę iść, ja chcę na podwórko.- Mama musiała mnie zostawić godzinę dłużej ponieważ przyszła gdy zbieraliśmy się na dwór (jak mawia się w naszym mieście).

Radosna twórczość:
Rzecz stała się wieczorem kiedy to mama myła Lenkę, babcia robiła kolację, a ja w wyobrażeniu domowników oglądałam Dorę. W domu panowała sielanka, do czasu aż zaglądnęłam do łazienki i oznajmiłam: - Mamo porysowałam koc bo nie miałam kartki. Mama chyba nie mogła zrozumieć co do niej mówię, bo dopiero za trzecim razem dotarł do niej sens moich słów. Chociaż miałam wrażenie, że dopiero zrozumiała gdy zobaczyła moje dzieło. Na beżowym kocu i łóżku ( w dużym pokoju) były ślady różowego flamastra. Nie trzeba było długo czekać, mama się mocno wkurzyła. Tłumaczenia o braku kartki (okazało się leżały na stole tuż obok i do tego jeszcze był blok który porzuciłam na podłodze) nie przyniosło skutku. Oj, sobie nagrabiłam. Gdy emocje nieco opadły poprosiłam mamę, że chcę pogadać z tatuńkiem (który jest w pracy). Mama wybrała numer i dała mi telefon: - Przepraszam tatusiu, że porysowałam łóżko i koc. - Ja myślałam, że to kartka a okazało się że to koc. Taka była wersja dla niego.

Wybuchowo:
Stoję sobie w kuchni koło zajętej mamy i z nudów podeszłam do kurków od kuchenki. Chciałam sobie pokręcić, ale : - Majeczko nie dotykaj to nie jest do zabawy. - Cemu?? - jedno z moich ulubionych pytań - Bo jak przekręcisz to możemy wybuchnąć... - i będziemy latać??- spytałam z nadzieją w głosie.

Murzynek Bambo:
Jak już wspominałam oglądam czasami z tatą mecze. Ponieważ jeszcze nie widziałam na żywo nikogo o innym kolorze skóry mama mi pokazała: - Patrz Maja ten pan jest murzynkiem, widzisz jaki ma kolor skóry?? Taki murzynek Bambo. Później z radością wołałam: - Pac mamo biegnie murzynek Bambo. Kiedyś wybrałam się z tatuniem na plac zabaw, a tam biegał chłopiec o ciemnej karnacji. Przystanęłam i krzyknęłam (pokazując paluszkiem): - Pac tato murzynek Bambo!! Jak myślicie kto chciał się pod ziemię zapaść??

Lenka:
Nasza mała Lenka ma skończone już 6 tygodni. Mama przy niej może się nauczyć co to ulewanie i musi pamiętać że trzeba ją odbić. Jak wiecie Lenia jest do mnie podobna (jak byłam taka mała jak ona), ale oprócz problemów z brzuszkiem ponoć różnimy się jeszcze tym że nasz mały skarb umie się głośno domagać swego. Oj, umie krzyczeć, ale szybko zapominamy o tym gdy czaruje nas swoim uśmiechem. Ahhh, ważna sprawa. Najpierw rodzice obstawiali czy Lenka będzie Lenką czy Leonem. Teraz rozstrzyga kwestia koloru oczu. Mama ma brązowe, tatuniek i ja mamy niebieskie. Do tej pory wszyscy widzieli szanse, że może jednak Lenka będzie brązowooka. Jednak zdaniem mojej mamy wygląda na to że barwa jest coraz bardziej zbliżona do szarej, niebieskiej. Cóż, pozostaje czekać (znowu czas rozwiążę tą zagadkę). Na kolor włosów pewnie przyjdzie nam czekać znacznie dłużej (ja to długo świeciłam łysą główką, a i moja siostrzyczka czupryną nie grzeszy). Czy kolor brwi może być jakąś wskazówką?? Są rudawe...