Tata po długim pobycie w domu pojechał do pracy. Chyba pierwszy raz zalewałam się łzami gdy machałam mu na do widzenia. Może to dlatego, że teraz był tak bardzo długo z nami w domku. Po otarciu łez postanowiłam skorzystać z przychylności czasu i pogody (za oknem rozpętała się ulewa). Chciałam zasiąść przed komputerem i naskrobać parę zdań. Miałam wszystko przemyślane i ułożone w głowie. Odpaliłam kompa i okazało się, że nie działa i że mama nie umie go naprawić. Nawet przy konsultacji telefonicznej z tatą i wujkiem Bartkiem nie udało się uruchomić naszego sprzętu. W zasadzie powinnyśmy się przyzwyczaić, że jak tata wyjeżdża to następuje usterka, z którą w naszym domu tylko On sobie poradzi. Bardzo analogiczna sytuacja ma/miała miejsce z ocieplaniem bloku. Panowie z rusztowań już dawno powinni byli skończyć, ale że im nie spieszno, a i pogoda w kratkę to wszystko się opóźnia (podobnie jak u taty w pracy). Tak czy siak, plusem przedłużającego się pobytu taty w domu, miało być to, że przed wyjazdem podłączy nam antenę (chociaż okazuje się, że brak dobrze odbierającego TV nie jest taki straszny). Tata wyjechał w środę, a panowie w piątek, w końcu zwinęli z naszego balkonu rusztowanie (jeszcze nie z całego bloku). Tak więc sytuacja w domu była taka: brak komputera, brak TV i brudne okna. Na pocieszenie w piątek przyjechała do nas babcia Krysia, z okazji dnia dziecka. Zrobiła nam niezły prezent bo przywiozła ciocię Karinkę, wujka Bartka (to w sumie on je przywiózł) i naszą kochaną wszystko wcinającą Małi. Dużo nas się zrobiło w domku, było gwarno i wesoło. Małi bardzo chciała zapoznać się z naszą świnką Martą. Wpatrywały się w siebie długo przez pręty klatki, czekając na ruch przeciwnika. Gdy pies nie mógł znieść napięcia próbował rozruszać akcję gwałtownymi ruchami i namolnymi próbami dostania się do klatki. Marta wtedy uciekała do swojego domku i właśnie tam spędziła większość czasu. Stała się rzecz ważna, o której muszę napisać. No, a mogę to napisać tylko dzięki wujkowi Bartkowi, bo to on naprawił nasz komputerek (DZIĘKUJEMY!!) . Teraz do rzeczy. 26 maja, w Dniu Mamy oświadczyłam że rusza się mój ząb. Po przyjeździe Krakusów wszystkim pokazywałam jak to się kiwa w przód i w tył. Przy kolacji ciocia nagle pyta:
 |
| Mój nowy rowerek |
- Maju, a gdzie Ty masz zęba?
Stało się, straciłam pierwszego ząbka (30 maj). Tylko, że najprawdopodobniej zjadłam go razem z moją kolacją. Trochę późno się robi i już zaraz będzie Dzień Dziecka to jeszcze się pochwalę, że ja już prezent dostałam. Rodzice się w końcu zlitowali i zakupili mi większy rowerek. Jak to wspaniale mieć takie duże koła i jeździć tak strasznie szybko.
 |
| Nowy uśmiech |
 |
| Jupi jeej |
W niemal każdą niedziele budzą nas rytmy kościelne. To nasza sąsiadka zabiera nas na mszę. Dziś było tak samo, a zaraz potem tata odczytał sms'a od ciotki Karoliny: "Jest pogoda...". Odsłoniliśmy rolety i powstał plan. Tata zapakował rowery do auta i ruszyliśmy za miasto. Nasza Jura jest taka piękna. Górki, pagórki, lasy, łąki, skałki, a to wszystko skąpane w zieleni. Jechaliśmy rowerkami (a ciocia i wujek biegli za nami) i podziwialiśmy wspaniałe widoki, wdychaliśmy zapach lasu, potem wsi. Pokonywaliśmy nową trasę, którą tatuś odkrył w internecie. Powstała niedawno wyasfaltowana droga rowerowa w okolicach Żarek, doskonała dla takich początkujących jak ja. Jest dużo z górki i pod górkę. Trzeba się namachać. Jak się jedzie w dół to trzeba dostosować prędkość do umiejętności, bo jeśli zwycięży chęć prześcignięcia taty, to można wylecieć z trasy i się potłuc. Coś o tym wiem ;( Na szczęście miałam kask i wielkiego farta, że wylądowałam na piachu i trawie, a cała ta katastrofa zakończyła się zadrapaniem na ręce. Nasza trasa miała 7,5 kilometra(!) i wiodła od pustelni w Czatachowej, przez strażnicę w Przewodziszowicach, plac zabaw w Żarkach, ostre z górki z wypadkiem, łąkę z motylkami i parking z konikiem i owieczkami. Zrobiliśmy takie kółko i nigdzie nie trzeba było wracać.
 |
| Z koleżanką Lilą |
Za oknem "kap, kap", w parapet "bach, bach". Leje i pada, jak to dobrze, że dziś sobota i nie musiałam wychodzić do przedszkola. Szkoda tylko, że panom z budowy DZIŚ deszcz nie przeszkadzał. W czwartek i piątek bali się, że się rozpuszczą i mimo że o 10 już przestawało padać to nie pojawiali się na rusztowaniach. Dziś od 7:05 wiercili namiętnie i nie dali się nam wyspać. Zrobiliśmy im na złość i po przegrupowaniach w łóżkach (tzn. wszyscy w jednym łóżku) spaliśmy dalej. Szkoda tylko, że nie można wyjść na rower, albo rolki. W tamtą niedzielę mimo chmur pojechaliśmy koło Olsztyna na trasę biegowo, rolkowo, rowerową. Fajnie tak się poruszać i zmęczyć. Zaliczyłam tylko jedną glebę i mimo ochraniaczy na dłoniach, kolanach, łokciach zraniłam się w paluszka. Kolorowy plaster ukoił mój ból i z rolek przesiadłam się na rower. Dołączyli do nas znajomi (z przedszkola), Lila i jej rodzice. Po zdrowym wysiłku pojechaliśmy razem na lody. To się nazywa życie. Mało tego, później ciocia i wujek namówili nas na ognisko. Pokazali nam super miejsce. Rodzice kopcili się przy ognisku (bo troszkę wiało, a drzewo które znaleźli dymiło się strasznie na czarno), a my szalałyśmy na piaskowej skarpie i przy żabim stawiku. Nie potrzebne nam żadne zabawki wystarczy dobre towarzystwo, trochę wyobraźni i można serfować po oceanie ( tuż koło Częstochowy). Dziś to chyba zostają nam gry planszowe, kredki, a jak się dobrze zakręcimy to jakieś bajki w telewizji.
 |
| Przełamane lody |
 |
| Trochę sportu |
Magiczne krzesełko się zakręciło i kolejne nasze marzenie się spełniło. Znowu koło naszego bloku rozłożyli wesołe miasteczko. Żeby było weselej, z tej samej strony panowie na budowie postawili rusztowania i zaglądają nam do domku (z drugiej strony bloku). Chyba każdy nam teraz zazdrości. Wystarczy tylko, że zakręcę fotelem i śmigam z rodzicami poszaleć na karuzelach. Po tym wstępie mogę rozpisać się o majowym tygodniu. Wybraliśmy się do Krakowa, bo dawno już nas tam nie było. Szkoda , że z babcią spędziłyśmy tylko jeden dzień (później wyjechała na majówkę). Za to do babci przeprowadziła się ciocia Karina, Bartek i ich kochany piesek. To wspaniale móc wyprowadzać Małi na spacerek. Zwłaszcza gdy pozwalają ją trzymać na smyczy. Nie zawsze można, bo ona choć jest sporo młodsza od nas, to ma dużo siły. Na samym początku Małin bała się Lenki, albo nie wiedziała jak ją traktować.
Gdy tylko Lenon pojawiała się na horyzoncie pies kładł się plackiem. Z każdym dniem było coraz lepiej, a na koniec to tworzyłyśmy zgrany zespół. Okazało się, że Małin jest bardzo mądrym psem. Wiedziała, że Lenkę trzeba traktować bardzo delikatnie. Dostosowywała swoją siłę w zabawie do tego z kim się bawiła. Za to przy czułościach nie było taryfy ulgowej, każdy musiał być wylizany kilka razy dziennie. Najłatwiej jej szło z Lenką, bo przecież mają buzie na tym samym poziomie. Zabawy i spacery z psem to był najważniejszy punkt każdego dnia. Rodzice nie byliby sobą gdyby nam nie przygotowali jakichś niespodzianek. Raz pojechaliśmy do dolinki Kluczwody, ale zanim dojechaliśmy na miejsce rozlało się. W zamian udało nam się pospacerować koło zamku w Korzkwi. Spacerek nie był zbyt długi bo zaczęło grzmieć. Wróciliśmy do domu, a tam świeciło słoneczko i kropla deszczu nie spadła tam do wieczora. Zmienna pogoda spowodowała, że nasze kolejne wyprawy nie były zbyt dalekie. Wycieczka do Muzeum Etnograficznego na Kazimierzu. Było tam trochę jak z skansenie. Zwiedza się tam chaty, szkołę, izby rzemieślnicze i wystawy. Szkoda tylko, że nie można tam się czymś pobawić, podotykać, popróbować (poza szatnią, gdzie leżały klocki). Później spacerek na plac zabaw i labiryntem kazimierzowskich(?) uliczek. Dzień kolejny poświęciliśmy Krakowskim Legendom. Zauroczyłam się tymi historiami w przedszkolu, a później kazałam czytać mamie. Tak się narodził plan "Śladami krakowskich legend". Odwiedziliśmy kopiec Kraka, skąd podobno zrzuca się dzieciom słodycze. Szkoda, że tego dnia nikt niczym nie rzucał. Później odwiedziliśmy miejsce z mojej ulubionej legendy o Czarnej Damie. Wzgórze na Zbóju gdzie na miejscu dworu, w którym mieszkała zła dama, jest obecnie stary, mały kościółek św. Benedykta. Widziałam też stópkę królowej Jadwigi, wieże Mariackie (szkoda że na razie zamknięte) i nóż którym brat zabił brata. Przemoczone buty, obdarte pięty nie były mi straszne i na koniec odwiedziliśmy kopiec głupiej Wandy. Ona nie rzuciła się do Wisły bo Niemca nie chciała, ale w ofierze że go pokonała. Kiedyś myślało się inaczej. Najmilszą wycieczką był wyjazd do ZOO. Była z nami ciocia Karina i Bartek, no i rodzice. Od samego wejścia było wesoło. Zakochałam się w takich tycich tycich małpkach. Mama stanowczo odmówiła zakupu takiego zwierzątka, podobno nie można, a nawet nie da się go kupić. Staliśmy wszyscy wpatrzeni w małe skaczące stworzonka. Jedno z nich wskoczyło na siatkę, która była na wyciągnięcie ręki. Ciocia Karinka pogłaskała ją po łapce, a małpka okazała się chłopcem i posikała się w naszą stronę. Odskoczyliśmy na czas i rozbawieni ruszyliśmy dalej. Mieliśmy ogromne szczęście bo jeden ze spacerujących pawi postanowił pokazać swój wachlarz piór. Podziwialiśmy, robiliśmy zdjęcia, a paw stał na środku chodnika i kręcił się w kółko. Czas było ruszyć w dalszą drogę, więc Karinka podeszła do pawia, a ten na nią skrzeczy. Ciocia odskoczyła, a my wybuchnęliśmy śmiechem. Ktoś podjął kolejną próbę, a paw znowu coś wykrzyczał po swojemu. Jakby nie chciał stracić widowni. Paw się kręcił więc cichaczem, za jego plecami przemknęłyśmy z mamą i ciocią. Tata i wujek zostali i śmiali się z nas, że się boimy. Bartek podszedł do pawia, a on dalej te swoje syki. Wtedy i panowie stwierdzili, że przemknął jak paw nie będzie widział. Jak już wszyscy byliśmy na bezpiecznych pozycjach z drugiej strony podeszła grupa nastoletnich chłopców, którzy podeszli do pawia i złapali go za ogon i przeszli tuż obok jego głowy. Zachowali się nieładnie, ale może wcale ten paw nie był taki straszny? Tak czy siak śmiechu było co nie miara. Najciekawszymi zwierzętami, bo nowymi w krakowskim ZOO były żyrafy.
Tam staliśmy najdłużej i patrzyliśmy jak w zwolnionym tempie biegają, jak muszą się nagimnastykować żeby ugryźć trawkę i jak zaczepiają się wzajemnie. Jeszcze lepsze (już sama nie wiem) było mini zoo. Tam karmiłyśmy i głaskałyśmy koniki, osiołki, owieczki, kózki (były też świnki morskie, świnki, króliki, żółwie). Szkoda tylko, że trafiliśmy na czas remontów. Może będzie ładniej, ale nasz spacerek mijał w hałasie i przepuszczaniu spychaczy. Do tego zaczęło grzmieć, a słońce zaszło za ciemne chmurzyska. W szybkim tempie oglądaliśmy resztę zwierzątek i na samym końcu (przy słoniach) zaczęło padać. Do auta zdążyliśmy w ostatniej chwili. Podczas pobytu w Krakowie stała się rzecz ważna, dawno obiecana. Karinka zabrała mnie do kosmetyczki, gdzie pani przebiła mi uszy. Już od roku o tym marzyłam i w końcu się spełniło (to na pewno ten fotel). Nic, a nic nie bolało bo pani posmarowała mi specjalnym smarowidłem, jak Lenka mówi "uczuleniem". Na koniec mojego sparwozdania z pobytu w Krakowie chciałam pozdrowić (Lenka też) wszystkie ciocie i wujków, których my odwiedziliśmy i tych którzy u nas byli (ciekawe kto doczytał do końca?).