niedziela, 18 maja 2014

NIEDZIELA



Jupi jeej
W niemal każdą niedziele budzą nas rytmy kościelne. To nasza sąsiadka zabiera nas na mszę. Dziś było tak samo, a zaraz potem tata odczytał sms'a od ciotki Karoliny: "Jest pogoda...".  Odsłoniliśmy rolety i powstał plan. Tata zapakował rowery do auta i ruszyliśmy za miasto. Nasza Jura jest taka piękna. Górki, pagórki, lasy, łąki, skałki, a to wszystko skąpane w zieleni. Jechaliśmy rowerkami (a ciocia i wujek biegli za nami) i podziwialiśmy wspaniałe widoki, wdychaliśmy zapach lasu, potem wsi. Pokonywaliśmy nową trasę, którą tatuś odkrył w internecie. Powstała niedawno wyasfaltowana droga rowerowa w okolicach Żarek, doskonała dla takich początkujących jak ja. Jest dużo z górki i pod górkę. Trzeba się namachać. Jak się jedzie w dół to trzeba dostosować prędkość do umiejętności, bo jeśli zwycięży chęć prześcignięcia taty, to można wylecieć z trasy i się potłuc. Coś o tym wiem ;( Na szczęście miałam kask i wielkiego farta, że wylądowałam na piachu i trawie, a cała ta katastrofa zakończyła się zadrapaniem na ręce. Nasza trasa miała 7,5 kilometra(!) i wiodła od pustelni w Czatachowej, przez strażnicę w Przewodziszowicach, plac zabaw w Żarkach, ostre z górki z wypadkiem, łąkę z motylkami i parking z konikiem i owieczkami. Zrobiliśmy takie kółko i nigdzie nie trzeba było wracać.
ZDJĘCIA

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz