wtorek, 28 czerwca 2011

Wakacje,Sianożęty

Wakacje zaczęłam w sobotę 18.VI bardzo wcześnie rano. Wstałam grzecznie bo mama mnie przygotowała na taką pobudkę. Przed nami była długa droga nad morze. Było bliżej niż w zeszłym roku, ale już dawno aż tak daleko nie podróżowaliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się w Poznaniu u Eliasza (mojego kuzyna) i jego rodziców. Najpierw nie bardzo podobał mi się ten pomysł, ale okazało się że było bardzo fajnie. Reszta drogi zleciała mi szybko, a gdy już troszkę miałam dość to mama powiedziała, że jak pójdę spać to szybciej mi podróż minie. Miała rację, bo gdy się obudziłam byliśmy na miejscu. Morze i plaża zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Gdy wpadałam w wir zabawy to rodzice mieli problem by mnie zagonić do domu. Pogoda na początku nas nie rozpieszczała więc mama suszyła ubrania przemoczone od deszczu, albo takie które ja zmoczyłam w morzu. Szliśmy pobawić się w piachu, a ja zaraz chlapałam się w wodzie. Woda w morzu jest słona, przekonałam się na własnym języku. Raz nawet zamieniłam się w galaretkę i nie doczekaliśmy się na zachód słońca. Brakowało mi tam mojej Maryśki i tęskniłam za moim domem. Gdy tylko schodziliśmy z plaży to marudziłam "Ja chcę do Marychny i do Częstochowy" , "Ten dom tutaj jest ohydny (...) bo jest biały, ja chcę do mojego szarego". Trochę mi przeszło gdy na plaży spotkałam koleżanki i mogłam z nimi szaleć. Z rodzicami jest fajnie, ale nie ma jak koleżanką ( najlepiej Marychną). Tata wykazywał się jako inżynier kopiąc dziury, robiąc baseny i zamki. Mama mu dzielnie towarzyszyła, albo robiła za wieloryba na plaży ("Jak będę jeść tak dużo lodów to będę mieć taki wielki brzuch jak mama?"). Jeśli chodzi jedzenie to smakowały mi rybki, lody i świstaki (w Kubusiu Puchatku jest świstak,który nazywa się Gofer,nie mogąc sobie przypomnieć jego imienia wołałam "Ja chcę świstaka",a rodzice musieli się domyślić o co mi chodzi). Pogoda zmieniała się jak szalona.Wiatr przyganiał i odganiał chmury, zza których wyłaniało się słonko. Po dwóch dniach lepszej pogody wiało tak, że nawet ja straciłam ochotę na kąpiel (za to tata nabrał bo temperatura Bałtyku w najbardziej wietrzny dzień przypominała ciepły kompot). Jednego dnia wybraliśmy się na spacer po ogrodach w Dobrzycy. Wszyscy wyszli zaczarowani i zadowoleni. W niedziele silny wiatr ustał, ale chmury bawiły się z nami ciuciubabkę dlatego postanowiliśmy, ku mojej wielkiej euforii wrócić do domku. Podróż była znowu długa, ale szybko nam zleciała, a ja ją zniosłam super mimo że w ciągu dnia.
O dzidziusiu:
Debatowaliśmy o imionach dla naszego dzidziunia,ale nie mogliśmy dojść do porozumienia np.
Mamie podoba się Jagódka, albo Malinka. Mi jakoś te owocowe imiona nie podchodzą więc mówię, że może TRUSKAWKA albo JABŁUSZKO, a dla chłopaka BANAN. Gdy rodzice wymyślają imię dla chłopaka to ja oznajmiam " To jest chłopakowe imię, a to będzie dziewczynka". Pogodziłam się, że będę siostrą, ale nie mogę pogodzić z tym że to może być chłopak. Ja chcę dziewczynkę!! Wszyscy dookoła gadają, że będę mieć braciszka. Pan doktor ma zakaz mówienia rodzicom o płci, ale ostatnio powiedział "Bodyguardem (w 30 tygodniu ważył 1350g) to on nie będzie". Czy to miała być wskazówka dla taty (który by chciał wiedzieć)?? Czy po prostu chodziło mu o dzidziusia??  W drodze powrotnej w końcu doszliśmy do porozumienia co do imienia. Jeśli chłopak to Mateusz, a jeśli moja wymarzona siostra to Kamila. Wszystko się może jeszcze zmienić...

sobota, 25 czerwca 2011

Okiem komórki mamy

Mama czasami pstryka fotki komóreczką i w końcu udało jej się odnaleźć kabelek. Uzupełniam więc zdjęcia z podwórka.
 U góry jestem z moją kochaną Marychną w drodze do kościoła.
                                  

Marychna przy łopacie.
Tatowie przy łopatach.

Tata robi dla nas fotele i TV.

Gramy w piłę. Z prawej nowy kolega Tomek (możemy go zaliczyć do stałych bywalców).

czwartek, 16 czerwca 2011

Podwórko i moja przyjaźń z Marychną.


Podwórko -  miejsce gdzie bawię się godzinami, gdy tylko nie pada deszcz. Jest to ok 5-6 godzin dziennie. Czasami zmieniamy plac zabaw, ale zdecydowanie najczęściej siedzimy koło bloku babci Ani. Tam jest fajnie, a do tego gdy świeci słońce można znaleźć trochę cienia. Chyba z tego względu jest to jedno z bardziej jak nie najbardziej obleganych placów zabaw w naszej okolicy. Dlatego popołudniu można tu znaleźć najwięcej dzieciaków. Są duże dziewczyny, duzi chłopcy (którzy najczęściej przemieszczają się między swoimi kryjówkami mierząc do siebie z zabawkowych pistoletów) i jesteśmy my - MALUCHY. U nas przekrój wiekowy jest dość szeroki 1,5 roku do 5 lat. Zdecydowanie najwięcej jest dwulatków, a przewaga liczebna leży po stronie dziewczyn. W piaskownicy są: stali bywalcy, rzadcy i zupełnie obcy. Dwie pierwsze grupy znam, a sama zaliczam się do pierwszej, razem z moją Marychną. Na tym naszym placyku nie ma zbyt dużo stałych zabawek. Znajduje się tam piaskownica, ogromna plastikowa rura od której odchodzi 5 zjeżdżalni, a wchodzi się do nich po drabince, a ostatnio w zamian za nieco zniszczony ruchomy mostek został zamontowany samochód na sprężynie.
Teoretycznie ta ostatnia zabawka jest pojedyncza, ale przy naszych gabarytach możemy jeździć nim razem. Dokąd jeździmy??:
- Aaaaaa.......- rozlega się krzyk Marysi, a ja jadę autkiem i nie chcę jej wpuścić
- Maja uderzysz Marysię, przestań!! - wkracza moja mama
- Nie, ja sama. - mama zdziwiona bo do tej pory jeździłyśmy razem
- Czemu nie chcesz z Marysią??
- Bo ona gada i jest głośno.....- mama jeszcze bardziej zdziwiona
- Czemu nie może być głośno??
- Bo w kościele trzeba być cicho, a ona jest głośno. - odpowiadam rozgoryczona
- A gdzie ty jedziesz Maju??
- Do kościoła.
Mama próbowała wytłumaczyć Mani, że w kościele trzeba być cicho (a mi że przecież to tak na niby i Mania może trochę gadać). Po jakimś czasie Marysia wsiada do autka i woła:
- Maja chodź, jedziemy do kościoła!!
Z Marychną to my się bardzo kochamy, jesteśmy przyjaciółki. Nie możemy bez siebie żyć. Smutno mi jest gdy Marysi nie ma i muszę bawić się sama, albo z innymi dziećmi. My się tak bardzo lubimy, że często się kłócimy. Gdy tylko słyszę, że Maryś nie pójdzie z nami na loda, albo ma iść domu za karę to ja płaczę (nawet nie płaczę gdy to ja mam nie dostać loda). Ona wtedy zdziwiona pyta "cemu Maja pace??.  Marychna jest zwinna i szybka. To od niej uczę się nowych sztuczek na trzepaku, nowych zjazdów ze zjeżdżalni (tyłem, głową w dół, bokiem itd...), dziwnego wchodzenia na drabinkę, dyndania na rurze, wchodzenia po zjeżdżalni itd... Mamom, aż dech zapiera gdy Marychna  wymyśli coś nowego. Ja jestem dumna z siebie jak uda mi się powtórzyć wyczyn mojej koleżanki. Czasami dorosłym się wydaje, że nie dam rady, bo jestem mała i starają mi się pomóc. Bywa, że wtedy się złoszczę. Gdy mi się coś uda to wołam
" mamo widziałaś??". No i z  Marychną możemy już pogadać bo ona się w końcu rozgadała. Doskonale wie, że nie lubię gdy wsiada do mojego wózka, pożycza moje buty lub czapkę. Ona chyba lubi jak ja się denerwuję, a ja czasami się denerwuję bardzo poważnie, a czasami żeby jej zrobić przyjemność (tylko nikt nie wie jak ja się zdenerwuję):
- Patz Maja, siedzę w twoim józku!!
- Aaaaa to mój wózek!! (...)

- Maja ładnie mi w kapelusu?? - mierząc mój kapelusz
- Aaaa to mój kapelusz (...)

(Muszę zaznaczyć, że czasami ja też stosuję takie zagrywki. Nauka różnych dziwnych rzeczy działa w dwie strony). Czasami kończy się na tym że zrobię takie "Aaaa", a czasami jestem mocno rozżalona. My szybko zapominamy. Mamy próbują ratować sytuację, a my już nie pamiętamy o całym zajściu. Trzeba widzieć ich miny. Czasami ich interwencja jest niezbędna bo może dojść do rękoczynów. Muszę jeszcze dodać, że Marysia świetnie opanowała sztukę zdejmowania i ubierania odzieży , a przede wszystkim obuwia (czym bardzo mi imponuje). U mnie to różnie wygląda. Ja nie mam cierpliwości i się wściekam. Czasami mi się uda, a czasami nie. Tyle co się nastękam i nasapię to moje i  moich rodziców. Teraz chodzę w klapkach więc nie mam problemów ze zdejmowaniem i wkładaniem. Czasami gdy mam jakieś trampki i nie mogę sobie poradzić w piaskownicy (bo my biegamy boso), mama woła "próbuj sama" to ja wtedy mówię:
- Malysia zdejmij mi buta (albo skarpetkę).
Zawsze mogę na nią liczyć...

Poza tym bardzo tęsknie za moim tatuńkiem. Mama mówi, że z wyjazdu na wyjazd bardziej to po mnie widać. Częściej mówię o tym co bym z nim zrobiła i co mu pokarzę jak wróci. Teraz nie mogę się doczekać, aż dostanę gitarę Dory (moja nowa idolka). Będę grała razem z tatą. On na swojej gitarze, a ja na swojej. Później się zamienimy. Czekamy na niego niecierpliwie z mamą. Jak już będzie to  mamy wszyscy razem jechać na wakacje. Ja się martwię, że bez Marysi, a mama że prognoza pogody kiepska. Chociaż najważniejsze, że pobędziemy razem.

sobota, 11 czerwca 2011

Ja chcę... i nie tylko


Ja chcę
 Ja chcę: pić, jeść, loda, cukierka itd..
Mama już przywykła, że czasem tak zaczynałam zdanie. Przypominała tylko namiętnie o słówku "PROSZĘ". Teraz przyzwyczajam mamę do:
Ja chcę TAKIE ( tu wskazuję zabawkę z reklamy, albo zabawkę w rękach innego dziecka). Czasami rozczulam mamę gdy mówię np. "Ja chcę taką koparę, dla taty". Generalnie jakieś 60% wypowiedzi zaczynam od "JA CHCĘ". Myślicie, że mamie się to podoba??

Stosuję też inne, bardziej drastyczne metody egzekwowania swoich oczekiwań. Łzy to u mnie chleb powszedni (nie tylko jak coś chcę bo generalnie jestem wrażliwa i beksa :(, o tym później), czasami dołączam siad prosty na ziemi, a gdy jestem zmęczona to potrafię zrobić taki cyrk, że mama najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Potrafię się rozpłakać gdy Marysia narozrabia i ciocia Ola chce ją zabrać do domu. Marysia nie płacze, a ja wyję "bo kto się będzie ze mną bawił"?? Ostatnio pocałowała mnie pewna mała (rok i 3 miesiące) Julka w policzek wystawiając język. "Ja nie chcę mieć obślinionego policzka" wydusiłam z siebie, a łzy płynęły ciurkiem. Gdy się uderzę też płaczę, choć nie zawsze boli. Na wszelki wypadek trzeba zaznaczyć, że coś się stało. Gdy mija dzień bez płaczu moja mama jest szczęśliwa i wypoczęta. Gdy ja mam zły dzień ona jest baaaaaaaardzo zmęczona.


Przeklinak:
Każdy musi kiedyś powiedzieć jakieś brzydkie słowo, pierwszy raz. Mi też się zdarzyło, ale jeszcze nie jest to utrapieniem moich rodziców.

Po pewnym owocowym deserze poszłam umyć ręce i buzię do łazienki. Stojąc w drzwiach już umyta stwierdziłam:
- Kulde moje zęby.
- Co z twoimi zębami?? - mama nie chciała robić afery z "kulde"
- kulde no mam tam jakąś ość, muszę umyć zęby.

Pewnego wieczoru mama poczytała mi bajki, opowiedziała historyjkę, wycałowała mnie  (nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego gdyby nie to, że bardzo bolały ją plecy i nie mogła się ruszać) i powiedziała:
- Dobranoc Majeczko, śpij dobrze. Proszę nie wołaj mnie bo ledwo chodzę.
Mama nie doszła do łazienki, gdy usłyszała:
- Mamo!! Oblałam się wodą, daj mi pieluszkę...
- Maju zaraz Ci wyschnie - usłyszałam
- Nie, ja nie chcę być mokra - zaczęłam szlochać
- Zdejmij koszulkę i śpij na golasa.
- Ja nie chcę być golasowa!! - rozpłakałam się, a mama zdenerwowana przyszła dać mi coś suchego
- Ściągnij tą koszulkę - stanowczo powiedziała
- Kulwa, nie mogę - wysyczałam przez zęby szarpiąc koszulkę, mama jakby trochę się uśmiechnęła
- Słucham??
- Kulwa ta koszulka.- Mama mi pomogła. Strzeliła pogadankę, że tak nie ładnie. Miała wyrzuty sumienia, bo parę razy od niej mogłam usłyszeć to słowo.
- Majeczko mama postara się tak brzydko nie mówić, a Ty jak się zdenerwujesz to lepiej mów "kurza twarz".
- Dobla.
Po paru dniach, gdy mama już zapomniała o tej sytuacji:
Bawiłyśmy się przed blokiem na huśtawkach, a potem ruszyłyśmy na pocztę. Przeszłyśmy kawałek gdy nagle oświadczyłam "chce mi się kupę". Mama się zdenerwowała bo przed wyjściem z domu pytała kilka razy czy mi się chce, zanim poszłyśmy spod bloku też przezornie zapytała, ale wtedy mi się nie chciało. Mama sapnęła i zaczęła ciągnąć mnie w stronę domu gderając pod nosem. Gadała coś o tych sikach i kupach, więc rzuciłam:
- Zrzygaj się mamo.
Mamę zatkało, bo niby że brzydko do niej powiedziałam.
- Majeczko uważaj co mówisz bo jak tak dalej pójdzie to będziesz mieć karę
- Ooo kurza twarz. Mamo czy teraz mogłam to powiedzieć??

Dziś było o tych mniej ciekawych, a może i wstydliwych aspektach mojego JA. Przecież nie będę ciągle grzeczna, czasami rosną mi rogi i kopyta, zamieniam się w diabełka (co też jest powodem do płaczu).

O DZIDZIUSIU:
Ciągle wszyscy pytają i zastanawiają się czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Niektórzy uparcie twierdzą, że rodzice już wiedzą tylko nikomu nie chcą się wygadać. Rodzice też nie wiedzą, bo i nie chcą!! "Znawcy" po kształcie brzucha, po tym jak mama wygląda twierdzą, że będzie chłopak. Niektórzy się zakładają, inni złoszczą bo chcieliby już kupić jakieś ubranko i nie wiadomo jakie. Jedno jest pewne, że mieszkaniec brzucha mamy rośnie, a mama wygląda jakby przechowywała pod bluzką ogromną piłkę. Do tego jest strasznym wiercipiętą. Czasami przybijamy sobie piątki, a ja częściej niż wcześniej obserwuję te dziwne ruchy brzucha. A wam jak się wydaje chłopak czy dziewczynka??

niedziela, 5 czerwca 2011

Ja chcę zwierzątko

Od jakiegoś czasu próbuję namówić rodziców na jakieś zwierzątko. Wiem, że kotka i pieska mieć nie mogę więc nie naciskam, ale jest tyle innych możliwości:
- Tato, a jakie zwierzątko lubisz??
Tata wcześniej rozmawiał już o moich rozterkach z mamą, więc był przygotowany i na wszelki wypadek wymienił kilka małych:
- króliczki, chomiki i rybki.
Oczywiście króliczka mieć nie mogę bo potrzebuje dużej klatki, a mój pokój jest za mały. Może ten chomik??

Ja sobie bardzo upodobałam papugę mojej cioci Karinki, codziennie gdy mama pyta co mi się śniło odpowiadam:
- ANU - bo tak ma na imię ta papuga.

- Mamo ja bym bardzo chciała mieć jakieś zwierzątko w swoim pokoju.
Mama nie mówi nie, ale uważa że jestem za mała, a i że teraz to kiepski moment więc ostrożnie ze mną rozmawia:
- A jakie byś chciała zwierzątko??
- Papugę taką jak ciocia Karinka.
- Myszko, ale papugi strasznie hałasują no i gdzie byśmy ją trzymali??
- W skrzynce u mnie na oknie. W skrzynce nie będzie hałasować.

Ostatnio, żeby nie iść spać zadaję mamie dziwne pyatnia:
- Mamo mam jeszcze jedno pytanie. - dobrze wiem, że nie ostatnie, ale mama tego nie wie...
- Słucham??
- Czemu żyrafy nie wydają żadnych dźwięków??
- Chyba wydają np. parskają jak koniki, no i może trochę tak rżą...- mama nie jest pewna - a teraz śpij, dobranoc...
- Mamo mam jeszcze jedno pytanie.
Mama już nieco zdenerwowana:
- Słucham??
- Czemu słonie nie rżą jak konie??
(...)
Następnego dnia po czytaniu bajek i wszystkich wieczornych rytuałach tuptam do mamy:
- Mamo, a czemu ryby nie rżą jak konie??
- Bo rybki pływają pod wodą i robią tak - tu mama otwiera i zamyka buzię - są takie cichutkie.
- To jak są takie cichutkie to może kupimy sobie rybki??

środa, 1 czerwca 2011

Dzień dziecka


Za nami dzień rodziny, dzień mamy i dzień dziecka. Ten ostatni przypadł mi najbardziej do gustu, chociaż ja nie jestem dzieckiem. Gdy ktoś do mnie mówi "dziecko" to ja się oburzam i mówię "Maja", albo "ja nie jestem dziecko tylko Maja". Wcześniej potrafiłam się nawet o to rozpłakać. Kiedyś poszłam z mamą do spółdzielni, a pani bezczelnie mówiła o mnie, przy mnie "dziecko":
-Mamo ta pani mówi,że ja jestem dziecko. Powiedz jej, że jestem Maja.
Pani mimo wszystko brnęła w to "dziecko". Teraz z okazji dnia dziecka trochę zaakceptowałam, że jestem tym dzieckiem, ale tylko na trochę i tylko trochę...
Żeby wszystko opowiedzieć to musimy się cofnąć w czasie. Jak byłyśmy w Krakowie to trochę nie dosypiałam (chodziłam późno spać, wstawałam wcześniej niż w domu, a w dzień nie lubię sypiać) więc po jakimś czasie zaczęłam bywać nie do zniesienia. Mama kiedyś głośno wypowiedziała swoje marzenie, że chciałaby troszkę odpocząć i wyjechać beze mnie. Jej emocje szybko minęły, a po powrocie do Częstochowy moje zachowanie wróciło do normy (tylko czasami jestem nieznośna), ale tata postanowił spełnić marzenie mamy. Ja zostałam u babci Ani i na początku miałam wątpliwości czy to dobrze, ale teraz wiem że nie ma się czego bać (chciałam zostać nawet dłużej, ale babcia musi chodzić do pracy). Rodzice pojechali do Wrocławia i Książa (zdjęcia), a ja miło spędziłam czas z babcią i dziadkiem. W sobotę nieco padało, ale w niedzielę zrobiła się piękna pogoda i była impreza dzieciowa. Byli na niej też Miki i Malwinka. Wyszalałam się jak nie wiem. Muszę się tylko przyznać, że clowny na szczudłach mnie przerażają. Po powrocie rodziców miałam sporo do opowiadania o szaleństwach w kulkach, o robieniu piłeczek do żonglowania, o malowaniu buziek itd....
Wczoraj byłam na przedstawieniu w przedszkolu Mikołaja. Mój kuzyn miał dużą rolę bo był narratorem w Calineczce, śpiewał i tańczył. Występował w śmiesznej pelerynce. Ja przez panujący upał i ciekawy plac zabaw (bo to było w ogródku przedszkolnym) nie mogłam się skupić. Miki zasłużył na duże brawa. Wieczorem rodzice mnie zaskoczyli, bo dostałam wspaniałe klocki z moim ukochanym Kubusiem Puchatkiem. Prezent dostałam wczoraj bo dziś rano tata pojechał już do pracy. Mimo zmęczenia grzecznie (bo obiecałam, że będę grzeczna i słowa dotrzymałam) się bawiłam do późna, a gdy rodzice kazali to poszłam grzecznie spać.
Rano tatuń mnie ucałował przed wyjazdem i wyszeptał życzenia, a potem pojechał do pracy. Mama miała dla mnie kolejną niespodziankę. Dziś otworzyli nam wyremontowany odkryty basen. Razem z Marychną i naszymi mamami poszłyśmy zobaczyć co dla nas przygotowano. Wychlapałam się i pewnie gdyby nie burza to bym tam spędziła cały dzień. Oczywiście wszystko można zobaczyć na zdjęciach.
Na koniec chciałam jeszcze opowiedzieć jak spędzaliśmy czas na podwórku. Najczęściej siedzieliśmy w piaskownicy. Tatuń Kuba, albo tata Marysi (albo obydwaj) wykopywali nam ogromną dziurę do której wskakiwałyśmy. Bardzo lubimy te zabawy...