Za oknem pada śnieg. Może trochę zimy będzie podczas Świąt?
Ja już jestem po przedszkolnym przedstawieniu. Najpierw w niedzielę oświadczyłam rodzicom, że nie chcę byś ŚNIEŻYNKĄ tylko tęczą i że nie chcę być żoną bałwana. Oni nawet nie wiedzieli, że mam mieć taką rolę. Ja im nie o wszystkim mówię, a czasami coś poprzekręcam. Zbuntowałam się i rola żony przypadła Klauduni. Strój, który rodzice przygotowali bardzo mi się podobał. Sukienka się kręciła, co dla mnie jest niewątpliwe ważne w ubiorze. Mama marudzi że ciocie mnie nie uczesały i troszkę nie poprawiły bluzki. Mimo tych małych niedogodności ja bawiłam się znakomicie. Ładnie powiedziałam wierszyk, śpiewałam i trochę potańczyłam. Wszyscy ładnie przedstawiali, tylko mały Olek i Mikołaj uciekli do mam. Na duże barwa zasłużył niewątpliwie bałwanek, który śpiewał najgłośniej ze wszystkich dzieciaków i mówił bardzo długi wierszyk.
Wieczorem rodzice zabrali mnie na lody, na które miałam ochotę już od dawna. Po zjedzeniu prawie całego lodowego deseru oznajmiłam:
- Wiesz mamo zimno mi w brzuszku. Miałaś racje, że lodów zimą się nie je.
Później poszliśmy na targi świąteczne w III Alei. Rodzice kupili mi puchatą czapkę, którą tak pokochałam że z nią spałam. Gdy po północy poszłam do łóżka rodziców przypomniałam sobie, że jej nie wzięłam więc musiałam po nią wrócić (co z tego że środek nocy i ciemno).
---------------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Oglądając przed zaśnięciem:
- Mam nadzieję, że tam będą kolorowe obrazki. Jak ich nie będzie to ja chyba oszaleje.
Cała nasza rodzinka życzy wszystkim, którzy tu zaglądają WESOŁYCH, BIAŁYCH, ZDROWYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA.
A Lenka na to "prrrrrrr" (z prysznicem śliny)
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
środa, 21 grudnia 2011
piątek, 16 grudnia 2011
ŚNIEŻYNKA
Od 2 tygodni chodzę do przedszkola.Pierwsze dni były ciężkie, a nawet jeszcze dziś pierwsze o co rano spytałam to:
- Ile jeszcze dni mam chodzić do przedszkola?
Teraz jak większość ludzi czekam na wolne dni(na weekend). Niby nie lubię rano wstawać, ale z przedszkola nie chcę wychodzić. Rodzice odbierają mnie o 14, a przez dwa ostatnie dni odsyłałam ich z kwitkiem. Dobrze się bawię i nie chcę do domu. W piątek zostałam, aż do 16:30. Lubię tam być, ale i tak czasami zdarza mi się płakać za mamą. Teraz w przedszkolu są wielkie przygotowania do występów o tematyce ZIMY. Ja mam być ŚNIEŻYNKĄ, mam do powiedzenia dwie linijki wierszyka i do zaśpiewania jedną zwrotkę piosenki. Ja nie chcę śpiewać, o nie nie. Ciocia poskarżyła mamie, że nie chcę i rodzice próbowali mnie przekonać, żebym śpiewała... Czy ja wiem? We wtorek się okaże czy skutecznie(hihi).
Ostatnio odwiedzili nas znajomi rodziców. Bardzo byłam niezadowolona z perspektywy ich odwiedzin.
MAMA: Maju ciocia Aga jest moją przyjaciółką, tak jak Marysia twoją. Ja Marysię lubię, zapraszam do naszego domu i jestem dla niej miła. Chciałabym, żebyś też była miła dla cioci i wujka.
JA: Dobrze mamo, polubię ją trochę.
MAMA: To bardzo się ciesze. Wujek Paweł to ten co naprawiał samochód pod blokiem babci Krysi, a ty dla niego kwiatki zbierałaś.Pamiętasz??
JA: Tak, ale ja go nie lubię.
MAMA: Skoro go nie lubisz to czemu kwiatki mu dawałaś?
JA: Żeby mu nie było przykro, że go nie lubię.
W rezultacie okazało, się że z ciocią super się bawiłam, a i wujkowi chyba więcej kwiatków nie dam. Fajnie było. Wszyscy (oprócz Lenki) bawiliśmy się ciastoliną. Dorośli są fajni.
Nasza Lenka 22 grudnia skończy 4 miesiące (niektóre ubranka 62 są już są małe), a już waży prawie 7 kg. Przekręca się z boku na boczek, wyciąga rączki i próbuje łapać co ma w ich zasięgu. Lubi spać na spacerach, za to w domu wciągu dnia nie bardzo jej to wychodzi. W nocy póki co śpi ładnie. Ja lubię ją straszyć i "ciągnąć" za nogi. Mama początkowo miała wątpliwości co do moich intencji, ale gdy zobaczyła jaką wielką radość sprawiam Lence przestała się wtrącać. Tylko do znudzenia słyszę: DELIKATNIE!! Młoda lubi patrzeć jak skaczę po łóżku, jak się kręcę i przewracam (śmieje się ze mnie). Postanowiła też wrócić do prób siadania, chyba podoba się jej inny punkt widzenia. Do swoich standardowych zwrotów "agu" itp. dodała "plll" do tego wystawia jęzor i pluje (generalnie ślini się znacznie- patrz zdjęcie do góry). Postanowiła też wypić mleko z butli podczas gdy ja i mama poszłyśmy na kulki.
JA: Mamo do czego służą te rybki??
MAMA: jakie rybki?
Ja: Takie zimne kształty.
Chodziło mi o lód,który tata chciał mi przyłożyć do nosa. Miał on bliskie spotkanie z szafką.
- Ile jeszcze dni mam chodzić do przedszkola?
Teraz jak większość ludzi czekam na wolne dni(na weekend). Niby nie lubię rano wstawać, ale z przedszkola nie chcę wychodzić. Rodzice odbierają mnie o 14, a przez dwa ostatnie dni odsyłałam ich z kwitkiem. Dobrze się bawię i nie chcę do domu. W piątek zostałam, aż do 16:30. Lubię tam być, ale i tak czasami zdarza mi się płakać za mamą. Teraz w przedszkolu są wielkie przygotowania do występów o tematyce ZIMY. Ja mam być ŚNIEŻYNKĄ, mam do powiedzenia dwie linijki wierszyka i do zaśpiewania jedną zwrotkę piosenki. Ja nie chcę śpiewać, o nie nie. Ciocia poskarżyła mamie, że nie chcę i rodzice próbowali mnie przekonać, żebym śpiewała... Czy ja wiem? We wtorek się okaże czy skutecznie(hihi).
Ostatnio odwiedzili nas znajomi rodziców. Bardzo byłam niezadowolona z perspektywy ich odwiedzin.
MAMA: Maju ciocia Aga jest moją przyjaciółką, tak jak Marysia twoją. Ja Marysię lubię, zapraszam do naszego domu i jestem dla niej miła. Chciałabym, żebyś też była miła dla cioci i wujka.
JA: Dobrze mamo, polubię ją trochę.
MAMA: To bardzo się ciesze. Wujek Paweł to ten co naprawiał samochód pod blokiem babci Krysi, a ty dla niego kwiatki zbierałaś.Pamiętasz??
JA: Tak, ale ja go nie lubię.
MAMA: Skoro go nie lubisz to czemu kwiatki mu dawałaś?
JA: Żeby mu nie było przykro, że go nie lubię.
W rezultacie okazało, się że z ciocią super się bawiłam, a i wujkowi chyba więcej kwiatków nie dam. Fajnie było. Wszyscy (oprócz Lenki) bawiliśmy się ciastoliną. Dorośli są fajni.
Nasza Lenka 22 grudnia skończy 4 miesiące (niektóre ubranka 62 są już są małe), a już waży prawie 7 kg. Przekręca się z boku na boczek, wyciąga rączki i próbuje łapać co ma w ich zasięgu. Lubi spać na spacerach, za to w domu wciągu dnia nie bardzo jej to wychodzi. W nocy póki co śpi ładnie. Ja lubię ją straszyć i "ciągnąć" za nogi. Mama początkowo miała wątpliwości co do moich intencji, ale gdy zobaczyła jaką wielką radość sprawiam Lence przestała się wtrącać. Tylko do znudzenia słyszę: DELIKATNIE!! Młoda lubi patrzeć jak skaczę po łóżku, jak się kręcę i przewracam (śmieje się ze mnie). Postanowiła też wrócić do prób siadania, chyba podoba się jej inny punkt widzenia. Do swoich standardowych zwrotów "agu" itp. dodała "plll" do tego wystawia jęzor i pluje (generalnie ślini się znacznie- patrz zdjęcie do góry). Postanowiła też wypić mleko z butli podczas gdy ja i mama poszłyśmy na kulki.
JA: Mamo do czego służą te rybki??
MAMA: jakie rybki?
Ja: Takie zimne kształty.
Chodziło mi o lód,który tata chciał mi przyłożyć do nosa. Miał on bliskie spotkanie z szafką.
niedziela, 4 grudnia 2011
Mikołajki
W końcu się rozkręciło i ostatnie dni były pełne wrażeń. W piątek odbyły się urodziny Maryśki, to już trzecie. Od rana nie mogłam się doczekać, aż przyjdą po mnie i wezmą na kule (bo tam miała być imprezka).
-----------------------------------------------------------------------------To cała nasza paczka (Krysia, Marysia,ja, Ola i Tomek)----------------------------------------------------------------------------
Mamę i Lenkę zostawiłam w domu, tata był w pracy więc hulaj dusza. Wyszalałam się, najadłam słodyczy i chyba śmiało można powiedzieć że to była niezapomniana impreza. Nawet wszystkie ciocie bawiły się wyśmienicie, ale nie lepiej od nas (chociaż??). Marysia zaprosiła całą paczkę z podwórka, była Ola i Krysia, Tomek, Marychna i Ja.
W sobotę (3.XII) rano okazało, się że Święty Mikołaj przyniósł mi prezent. Zostawił też długi list, w którym wyjaśnił mi swój pośpiech. Wszystko przez bałagan jaki zrobiły wróżki, elfy i aniołki. Przez to zamieszanie Mikołaj miał dużo więcej pracy i wszystko mu się pomyliło. Prezent nie był do końca taki jaki sobie wymarzyłam, ale i tak polubiłam mojego psa. Pies nazywa się Ola, ale nie umiem powiedzieć czemu padło na to imię. Oczywiście to zabawka, ale i tak czasem w ferworze zabawy do niej gadam i chętnie jej pomagam w pokonywaniu przeszkód. Gdy mama się zapomni to chętnie jej przypominam, że to tylko zabawka. To nie koniec dziwnych zdarzeń. Dziś (niedziela) przyjechał do nas dziadek i ciocia Karinka. Nic w tym nadzwyczajnego, ale po drodze napotkali na straszną mgłę. Myśleli, że się zgubili, aż tu nagle widzą czerwone światełko. Okazało się, że to był nos Rudolfa. Spotkali samego Świętego Mikołaja, a on im wręczył resztę zagubionych prezentów. Dostałam tyle rzeczy, że mama aż pobladła (bo już nie mamy gdzie tego układać). Dla Lenki też było parę drobiazgów. Ona gości przywitała nieufnym spojrzeniem, dawno ich u nas nie było, nic więc dziwnego. Po jakimś czasie gadała z nimi i śmiała się, sprawiając radość wszystkim. O 16 poszłam z ciocią do teatru na Jasia i Małgosię. Bilety to był prezent, który Mikołaj przyniósł babci Ani (niezły bałagan - jeszcze jedna część prezentów przez pomyłkę trafiła do babci Krysi i Karina mi je przywiozła). Przedstawienie było niczego sobie. Podobały mi się wiewiórki, smakowity domek baby Jagi, to że Jaś sam się uwolnił i że kot karmił Małgosię. Nie podobała mi się baby Jaga i jak zrobiło się ciemno na sali. Na koniec biłam brawo razem z moją ukochaną kuzynką Malwinką (ona i Miki tez dostali takie bilety). Później przyszły panie śnieżynki, które zaprosiły Mikołaja i jego brata (który wygląda tak samo). Oni wręczyli dzieciakom pudła ze smakołykami i reniferkiem. Po powrocie do domu było mi nieco przykro, bo nie mogłam iść z moją ukochaną kuzynką do babci. Chyba za bardzo płakałam i mama myślała, że jestem zmęczona i nie pozwoliła mi iść. Później udowodniłam jej jak bardzo była w błędzie. Dziś pierwszy raz kapałam się z Leną. Najpierw było fajnie. Lena pluskała nogami i rękami, ale później mnie wkurzyło że zajmuje tyle miejsca i że wszyscy się skupiają na niej. Po kąpieli ciocia i dziadek pojechali. Ja z Lenką nie dawałam za wygraną. Wieczorynka, czytanie bajek, rozmowy z mamą, a my wcale, a wcale nie byłyśmy śpiące. Ja robiłam "buuu", a Lenek się śmiał. Mama nas musiała rozdzielić, żebyśmy mogły usnąć. Jutro mam wcześnie wstać bo czeka mnie wyprawa do przedszkola (JA NIE CHCĘ DO PRZEDSZKOLA!!). Podobno we wtorek też ma przyjść tam ten Święty Mikołaj- czyste szaleństwo.
--------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------------------------To cała nasza paczka (Krysia, Marysia,ja, Ola i Tomek)----------------------------------------------------------------------------
Mamę i Lenkę zostawiłam w domu, tata był w pracy więc hulaj dusza. Wyszalałam się, najadłam słodyczy i chyba śmiało można powiedzieć że to była niezapomniana impreza. Nawet wszystkie ciocie bawiły się wyśmienicie, ale nie lepiej od nas (chociaż??). Marysia zaprosiła całą paczkę z podwórka, była Ola i Krysia, Tomek, Marychna i Ja.
W sobotę (3.XII) rano okazało, się że Święty Mikołaj przyniósł mi prezent. Zostawił też długi list, w którym wyjaśnił mi swój pośpiech. Wszystko przez bałagan jaki zrobiły wróżki, elfy i aniołki. Przez to zamieszanie Mikołaj miał dużo więcej pracy i wszystko mu się pomyliło. Prezent nie był do końca taki jaki sobie wymarzyłam, ale i tak polubiłam mojego psa. Pies nazywa się Ola, ale nie umiem powiedzieć czemu padło na to imię. Oczywiście to zabawka, ale i tak czasem w ferworze zabawy do niej gadam i chętnie jej pomagam w pokonywaniu przeszkód. Gdy mama się zapomni to chętnie jej przypominam, że to tylko zabawka. To nie koniec dziwnych zdarzeń. Dziś (niedziela) przyjechał do nas dziadek i ciocia Karinka. Nic w tym nadzwyczajnego, ale po drodze napotkali na straszną mgłę. Myśleli, że się zgubili, aż tu nagle widzą czerwone światełko. Okazało się, że to był nos Rudolfa. Spotkali samego Świętego Mikołaja, a on im wręczył resztę zagubionych prezentów. Dostałam tyle rzeczy, że mama aż pobladła (bo już nie mamy gdzie tego układać). Dla Lenki też było parę drobiazgów. Ona gości przywitała nieufnym spojrzeniem, dawno ich u nas nie było, nic więc dziwnego. Po jakimś czasie gadała z nimi i śmiała się, sprawiając radość wszystkim. O 16 poszłam z ciocią do teatru na Jasia i Małgosię. Bilety to był prezent, który Mikołaj przyniósł babci Ani (niezły bałagan - jeszcze jedna część prezentów przez pomyłkę trafiła do babci Krysi i Karina mi je przywiozła). Przedstawienie było niczego sobie. Podobały mi się wiewiórki, smakowity domek baby Jagi, to że Jaś sam się uwolnił i że kot karmił Małgosię. Nie podobała mi się baby Jaga i jak zrobiło się ciemno na sali. Na koniec biłam brawo razem z moją ukochaną kuzynką Malwinką (ona i Miki tez dostali takie bilety). Później przyszły panie śnieżynki, które zaprosiły Mikołaja i jego brata (który wygląda tak samo). Oni wręczyli dzieciakom pudła ze smakołykami i reniferkiem. Po powrocie do domu było mi nieco przykro, bo nie mogłam iść z moją ukochaną kuzynką do babci. Chyba za bardzo płakałam i mama myślała, że jestem zmęczona i nie pozwoliła mi iść. Później udowodniłam jej jak bardzo była w błędzie. Dziś pierwszy raz kapałam się z Leną. Najpierw było fajnie. Lena pluskała nogami i rękami, ale później mnie wkurzyło że zajmuje tyle miejsca i że wszyscy się skupiają na niej. Po kąpieli ciocia i dziadek pojechali. Ja z Lenką nie dawałam za wygraną. Wieczorynka, czytanie bajek, rozmowy z mamą, a my wcale, a wcale nie byłyśmy śpiące. Ja robiłam "buuu", a Lenek się śmiał. Mama nas musiała rozdzielić, żebyśmy mogły usnąć. Jutro mam wcześnie wstać bo czeka mnie wyprawa do przedszkola (JA NIE CHCĘ DO PRZEDSZKOLA!!). Podobno we wtorek też ma przyjść tam ten Święty Mikołaj- czyste szaleństwo.
--------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
czwartek, 1 grudnia 2011
listopadowy katar
Podsumowując listopad to 10 dni byłam w przedszkolu, a to i tak lepszy wynik niż w październiku (wtedy byłam 9 dni). Przez tydzień nie miałam kataru (czego Lenka może mi pozazdrościć bo ona ma od września non stop). Pani doktor już nas poznaje, ale chyba skończyły jej się pomysły jak nam pomóc. Katar nie byłby taki straszny gdyby nie to, że jak się on pojawia to zaraz wraca zapalenie spojówek. Tak więc większą część listopada spędziłam w domu z rodzicami i Lenką. Nasze spacery ograniczały się do najbliższej okolicy. Ja chcę już do przedszkola!! Dobrze, że chociaż mogłam trochę bawić się z Malwiniakiem i Mikim. Wczoraj nawet odwiedziła mnie Maryśka, ale ja się za nią stęskniłam. Niestety i ją bierze jakaś choroba. Oby się do jutra wykurowała, bo mieliśmy świętować jej 3 urodziny na kulkach. Ja chcę na kulki, do dzieci!!
-----------------------------------------------------------------------------------------Zdjęcia------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Leneczka chyba coraz bardziej mnie lubi. Więcej się do mnie uśmiecha i często sobie gadamy. Najlepszą porą na gaduły jest "ranek" (tzn. okolica 9). Rodzice smacznie śpią, a my zaczynamy "aaaaaaayyyyyy", "ooooooooollllllllaaaaaa", a potem się chichramy, aż w końcu te nasze śpiochy łaskawie otworzą oczy. Ja moją siostrzyczkę rozumiem doskonale. Kiedyś mama otwiera oczy, a ja koło Lenki, w jej łóżeczku. Mama była lekko zdziwiona, ale przecież Lenka kazała mi tam usiąść.
Coś na co mama nigdy nie wpadła:
- Mamo czy żółw jest gadem dlatego, że dużo gada??
Napisaliście już listy do Świętego Mikołaja?? Ja już dawno to zrobiłam i nie mogę się doczekać kiedy w końcu przyjdzie...
Prośba od mamy. Ci którzy jeszcze nie zagłosowali to żeby oddali głos na nasze przedszkole:
Częstochowa i okolice
przedszkole 13 z Gwiezdnej 2
praca ŻABEK
http://meblikkonkursy.pl/galeria_prac.php
Dzięki!!
-----------------------------------------------------------------------------------------Zdjęcia------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Leneczka chyba coraz bardziej mnie lubi. Więcej się do mnie uśmiecha i często sobie gadamy. Najlepszą porą na gaduły jest "ranek" (tzn. okolica 9). Rodzice smacznie śpią, a my zaczynamy "aaaaaaayyyyyy", "ooooooooollllllllaaaaaa", a potem się chichramy, aż w końcu te nasze śpiochy łaskawie otworzą oczy. Ja moją siostrzyczkę rozumiem doskonale. Kiedyś mama otwiera oczy, a ja koło Lenki, w jej łóżeczku. Mama była lekko zdziwiona, ale przecież Lenka kazała mi tam usiąść.
Coś na co mama nigdy nie wpadła:
- Mamo czy żółw jest gadem dlatego, że dużo gada??
Napisaliście już listy do Świętego Mikołaja?? Ja już dawno to zrobiłam i nie mogę się doczekać kiedy w końcu przyjdzie...
Prośba od mamy. Ci którzy jeszcze nie zagłosowali to żeby oddali głos na nasze przedszkole:
Częstochowa i okolice
przedszkole 13 z Gwiezdnej 2
praca ŻABEK
http://meblikkonkursy.pl/galeria_prac.php
Dzięki!!
czwartek, 17 listopada 2011
Trochę o Lence
Lenia zmienia się z dnia na dzień. Gada coraz mądrzej i jest pewna tego co mówi. Czasami ma huśtawki nastrojów, ale przecież u kobiet to normalne. Gada, śmieje się, aż tu nagle robi usteczka w podkówkę i trzeba szybko działać żeby się nie rozbeczała. Innym razem płacze i płacze, a mama coś do niej zagada i już uśmiech od ucha do ucha. Leniuśka generalnie jest bardzo uśmiechniętym i pogodnym dzieciątkiem. Bardziej marudna jest jak ma katarek. Tego nie możemy się pozbyć od września, a teraz mamy fale nasilenia (chyba opanowaną). Także za nami te bardziej marudne chwile. Jak to ostatnio bywa ja złapałam jakiś katar w przedszkolu i już poczęstowałam nim mamę i Lenę. Ciekawe czy tatuń dołączy do grona kichaczy, smarkaczy i kaszlaczy. Wiecie jak to jest w przedszkolku?? Kiedyś Martynka poprosiła mnie, żebym na nią nachuchała. Chciała być chora więc nachuchałam, bo myślałam że jeszcze zarażam (jakaż byłam rozczarowana gdy mama mnie wyprowadziła z błędu). Żeby nie było są i pozytywne strony tego naszego chorowania. Ostatnio częściej chodziliśmy do pani doktor i ja przestałam się już tak bać. Nie płaczę i nie bronię się przed badaniem. Siadam dzielnie na kolanach u mamy i raz dwa jest po wszystkim. Na tym kończą się dobre strony tej sytuacji. Chociaż lubię też zostawać w domu z mamą i Lenką. Mama nie ma dla mnie tyle czasu co kiedyś, ale stara się. Póki co wcale NIE złości mnie to że opiekuje się Lenką zamiast bawić się ze mną, jestem wyrozumiała. Zresztą sama lubię obserwować moją siostrzyczkę, która zaczyna odkrywać różne ciekawe rzeczy. Namiętnie wpycha rączki do buzi i wierzcie mi, że potrafi tam włożyć piąstkę (a wy umiecie??). Próbowała z dwoma naraz, ale nie dała rady. Poza tym odkrywa, że można przekręcić się na boczek. Ponieważ układamy ją nieco wyżej na poduchach, żeby katar mniej jej przeszkadzał, stwierdziła że głowę można podnosić. Tak sobie ćwiczy te swoje mięśnie. Jak jej mama pomogła usiąść to z zachwyconą miną rozglądała się i podsumowała to długim, uśmiechniętyn "OOO".
-----------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA- "Mamowe szaleństwa z aparatem"--------------------------------------------------------------------
PS. Na pierwszym zdjęciu w albumie mam pomalowane paznokcie. Czemu to takie ważne?? Mi się to bardzo podoba, jak panie mają pomalowane paznokcie. Wiele razy musiałam mówić o tym mamie, a ona swoje jak zdarta płyta. Że niby mała jestem, a przecież chodzę do przedszkola i nawet pasowana byłam. Wiecie kto mnie poparł?? Tata, tak właśnie on zaproponował mały kompromis. Mogę czasami w weekendy malować paznokcie. Jestem z tego powodu taka szczęśliwa...
poniedziałek, 14 listopada 2011
Magia reklamy
Ściemniać nie będę i przyznam się. Lubię reklamy, zwłaszcza z zabawkami. Są też takie które nie są dla dzieci, ale chętnie podśpiewuje sobie np. "O intermarche, o intermarche...". No, ale kto nie zanuci "Merci tak podziękuje ci..."? Wracając do sedna opowiadania. Ja oglądałam sobie mój przydział bajkowy, a mama urzędowała w łazience:
- Mamo, mamo kupisz taką lalkę??
- Jaką??
- Natalie, ona sika, robi kupę, można jej myć zęby i śpiewa. Wiesz ona jest dla wyjątkowych dziewczynek.
I co mocne argumenty??
wtorek, 8 listopada 2011
Pasowanie
Dziś jest listopad (choć mama twierdzi, że to miesiąc a nie dzień), ale to właśnie dziś był ten ważny dzień. Ja i cała grupa muchomorków staliśmy w końcu prawdziwymi przedszkolakami. Zostaliśmy pasowani przez samą panią dyrektor i jej zaczarowany ołówek. Zanim to się stało musieliśmy popisywać się piosenkami i wierszykami, których do tej pory się nauczyliśmy. Powiem, że byłam dość onieśmielona tak dużą widownią, choć wcale nie przeszkadzało mi to w grzebaniu w zębach (choć ciężko śpiewać jak się trzyma dwa palce w buzi). Oprócz popisowych numerów musieliśmy odpowiadać na trudne pytania np. po zaśpiewaniu piosenki "Jestem sobie przedszkolaczek" ciocia spytała:
- Na czym grał chłopiec z piosenki??
Zapadła cisza wśród dzieci, aż jeden z moich kolegów odważnie odpowiedział:
- Na gitarze!!
A wy wiecie na czym grał?? Ja twierdzę, że na trąbce.
Później zgadywaliśmy na jakich instrumentach gra nasza ciocia (oczywiście my mieliśmy zamknięte oczka), rozpoznawaliśmy drzewa po narysowanych liściach (jarzębina, kasztan i dąb) i każdy musiał powiedzieć jaki lubi owoc. W sumie całkiem nieźle się spisaliśmy. Tylko taki jeden Mikołaj w trakcie występów wyszedł z szeregu stanął przed rodzicami i oznajmił patrząc na swoją mamusię:
- Chcę siedzieć!!
- Wracaj do dzieci...
- Nie, ja chcę siedzieć koło Ciebie.
A gdy pani dyrektor chciała mu dać dyplom to dyplomatycznie powiedział NIE.
I tak wyglądało to całe pasowanie. Ja to przyznam szczerze, że od razu chciałam się zmyć z tej imprezy bo umówiłam się z moja Maryśką. Wiecie, zaprosiła mnie na zupę i nie mogłam się już doczekać.
środa, 2 listopada 2011
Jesienne urodziny
Zacznę od rzeczy przyziemnej, ale najczęściej ostatnio poruszanej. Stan naszego zdrowia na dzień dzisiejszy - wszyscy na chodzie, oprócz Lenki bo ona tylko leży (albo jest noszona). W ostatnich dniach obchodziliśmy urodziny naszego tatuńka. Mieliśmy całkiem sporo gości, a ja lubię jak nas odwiedzają wujki, ciotki, babcie, dziadki, kuzyni i kuzynki (tych to mogłabym mieć więcej). Było tłoczno, głośno i wesoło. -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ZDJĘCIA--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podsłuchane, powtórzone:
Obserwowaliśmy Dorcie:
- Patrz jak ona dużo pije. - stwierdziła mama
- Pewnie ma kaca.
Załatwiając swoje potrzeby w toalecie jedni czytają, a ja czasami śpiewam:
- Kuwa mać, kuwa mać tralalala
Rozmawiając z babcią Krysią:
- I w Zoo byliśmy... - Z Lenką?? - spytała babcia
- Nie, Lenka była w plemniczku u tatusia.
Wszystko co usłyszę może być wykorzystane, a Ty nie znasz dnia, ani godziny. Lenek ma już 10 tygodni i jest uśmiechniętą dzidzią. Gada i dużo się śmieje. Próbuje roześmiać się głośno,ale jak tak bardzo się ją rozśmieszy to często kończy się to ulaniem. Lubi swoje odbicie w lustrze i coraz dłużej obserwuje karuzelkę. Ja ją bardzo kocham. Przytulam, całuję, gadam z nią, a jak zacznie płakać gdy rodzice są zajęci to staram się ją jakoś rozbawić. Mama mówi, że jestem super siostrą mojej siostrzyczki.
Podsłuchane, powtórzone:
Obserwowaliśmy Dorcie:
- Patrz jak ona dużo pije. - stwierdziła mama
- Pewnie ma kaca.
Załatwiając swoje potrzeby w toalecie jedni czytają, a ja czasami śpiewam:
- Kuwa mać, kuwa mać tralalala
Rozmawiając z babcią Krysią:
- I w Zoo byliśmy... - Z Lenką?? - spytała babcia
- Nie, Lenka była w plemniczku u tatusia.
Wszystko co usłyszę może być wykorzystane, a Ty nie znasz dnia, ani godziny. Lenek ma już 10 tygodni i jest uśmiechniętą dzidzią. Gada i dużo się śmieje. Próbuje roześmiać się głośno,ale jak tak bardzo się ją rozśmieszy to często kończy się to ulaniem. Lubi swoje odbicie w lustrze i coraz dłużej obserwuje karuzelkę. Ja ją bardzo kocham. Przytulam, całuję, gadam z nią, a jak zacznie płakać gdy rodzice są zajęci to staram się ją jakoś rozbawić. Mama mówi, że jestem super siostrą mojej siostrzyczki.
środa, 19 października 2011
Uciekająca Dora
----------------------------------------------------------------------------------------------------------- ZDJĘCIA -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Długo nie pisałam bo byłam chora. Niby na zwolnieniu powinno się mieć więcej czasu, żeby nadganiać zaległości, ale nie w naszym przypadku. Z resztą co mogło się wydarzyć ciekawego gdy człowiek siedział w domu?
Jak już wspominałam nie raz, od początku września nasz dom zamieniał się w przychodnie z coraz większą wystawką leków, syropków, maści. 7 października wstałam z niewinną chrypką (która szybko zniknęła). Z przedszkola wróciłam z małą ropką w oku. Wieczorem ropek było bardzo dużo, a w nocy już nie mogłam otworzyć oka. Kilka razy się budziliśmy, żeby przemyć oczko. Rano zaczął się maraton po szpitalach i przychodniach. Diagnoza była prosta: zapalenie spojówek (bo drugie oczko też zaczynało ropieć) spowodowane niewyleczonym przeziębieniem (tylko czemu od tygodnia nie miałam kataru, kaszlu i innych objawów?). Ja się histerycznie boję lekarzy i leków. Mama twierdzi, że wizyty jak na mnie przebiegły i tak dość sprawnie i bez większych szaleństw. Gorzej było przy kropieniu i smarowaniu oczu. Nie wiem czy ktoś kto mnie nie zna tak dobrze jak mama, tata i babcie może sobie to wyobrazić. Tak czy siak ja zaczęłam zdrowieć, a Lenka miała coraz większy katar. W środę miałam iść na kontrolę i mama wzięła też Lenkę bo ona od rana strasznie charczała. Pani doktor wypisała dla mojej siostrzyczki skierowanie do szpitala z podejrzeniem o zapalenie płuc.
Szybko poszłyśmy do szpitala i przyjęli Lenkę na oddział. Po wszystkich badaniach zaczęto podejrzewać że to może zapalenie oskrzeli. Po dniu postawiono końcową diagnozę - KATAR. Mamie ulżyło, ale musiała jeszcze z Lenką tam zostać. Mi było trochę smutno, ale na szczęście była u nas babcia Krysia i świetnie sobie radziłyśmy. Mama pobyt w szpitalu wspomina raczej kiepsko. Okazało się, że łóżko dla Lenki jest, ale mama musi przynieść posłanie dla siebie. W małej salce było w sumie troje dzieci (w tym ponad roczne dziecko, które było wszędzie)i trzy mamy. Dla łóżka mamy nie było po prostu miejsca. Udało się pożyczyć dla niej materac - taki dmuchany. Ponieważ Lenka w nocy często śpi z mamą to podczas pobytu w szpitalu też spała z mamą na jednoosobowym materacu. Podobno bujało jak na morzu. Miały taki biwak. Na szczęście pod dwóch nocach tam spędzonych nasze dziewczyny mogły wrócić do domu.
Teraz to chyba już wiecie czemu brak mi było czasu.
Z bardziej przyjemnych rzeczy:
Po powrocie ze szpitala mama postanowiła posprzątać u mojej Dorci. Przygotowała dla niej kojec, tak żeby nie zwiała i mogła sobie pobiegać.
Chomiczka okazała się sprytniejsza od mamy. Gdy mama sprzątała w jej domku, ja z babcią podziwiałyśmy zwierzaka, który postanowił zwiać. Babcia tylko krzyczała na mamę:
- Chomik ucieka!!
Ja się rozpłakałam i też krzyczałam. U mamy szumiała woda i słyszała tylko że ja płaczę (a że często płacze bez powodu to się nie przejęła i myła domek dalej). Dopiero po chwili zrozumiała co ja do niej mówię i zaczęło się. Dora wbiegła pod moje łóżko, więc usunęliśmy zabawki:
- Masz ją?? - krzyczy babcia
- Nie, mam za krótkie ręce...- odpowiada mama
- Złapałaś ją?? - pytałyśmy z babcią na zmianę
- Nie, ja się jej boję - krzyczała mama z głową przy podłodze.
Mama zaopatrzyła się w "ochraniacz" na rękę (najpierw moją czapkę a później rękawice kuchenną). Niestety strach mamy i Dory był silniejszy. Ta druga była jednak szybsza, sprytniejsza i zmieniła swoja kryjówkę - schowała się za moim regałem. Pokój zaczynał przypominać pobojowisko, a Dora była ciągle na wolności. Po 40 minutach pościgów udało się!! Dora wróciła do swojego białego z różowym dachem domku i do swojej klatki. Mówię wam jak ja się bałam...
-------------------------------------------------------------------------------------------- Lenka, 8 tygodni i ponad 5 kg ------------------------------------------------------------------------------------------------
----------------------------------------------------------------- Wspomnienie wakacyjnych zabaw na podwórku, znalezione na komórce----------------------------------------------------------------
czwartek, 6 października 2011
O ostatnich dniach, mojej twórczości i inne takie
ZDJĘCIA
Czas najwyższy opisać ostatni weekend, bo już kolejny zbliża się wielkimi krokami. W sobotę udaliśmy się ogromnym składem do Świerklańca, gdzie spacerowaliśmy po wielkim parku. Było świetnie bo była z nami babcia Ania, ciocia KAsia, wujek Marcin i dzieciaki. Ja się świetnie dogaduję z Malwikiem, a nie często mamy okazje na takie fajne spacery. Odwiedziliśmy tam mini ZOO gdzie nakarmiłam kozy i osła trawą. Nawet odważyłam się wyciągnąć rękę do krowy, ale rozmiary jej jęzora mnie zaskoczyły. Mimo, że odskoczyłam i tak liznęła mnie ku wielkiej mej uciesze. Teraz wiem czemu się mówi "krowa ma dłuższy i się nie chwali". Po długim spacerze pojechaliśmy do moich kuzynów na grilla. Do wieczora ganialiśmy po ogródku. Mimo zmęczenia nie chciałam wracać do domku. W niedzielę spacerowaliśmy sobie z babcią i rodzicami wzdłuż Warty w miejscowości Mstów. Pogoda była piękna w te dni i wcale, a wcale jej nie zmarnowaliśmy. Na zakończenie tak pięknych dni mama zabrała mnie na wesołe miasteczko. Działo się, działo... Zaczęło się od smoka (który stoi tuż pod moim oknem)- mini kolejki górskiej. Mama tam wskoczyła ze mną bo zobaczyła, że siedzi tam Marysia ze swoją ciocią. Rzucało mną w lewo, w prawo, ja z radości piszczałam. Mama?? Mama mnie ściskała mocno i modliła się żeby to już było ostatnie okrążenie, jak wyszła to miała mięciutkie nogi. Potem poszło lawinowo karuzela, za karuzelą, aż tatuń wezwał mamę na ratunek do głodnej Lenki. Gdy się ściemniło tatuń zabrał mnie na drugą część atrakcji. Bardzo lubię to moje wesołe miasteczko, bywam tam też w tygodniu. Wiecie, trzeba umieć szukać sponsorów, a ja mam to szczęście że mnie znajdują sami.
Przedszkole:
Ponieważ tatuń pojechał do pracy to w poniedziałek i wtorek zawoziła mnie tam babcia Ania. Od środy zaprowadza mnie babcia Krysia, która przyjechała do nas na całe dwa tygodnie (ale ja to mam dobrze). W tym tygodniu mama tylko raz usłyszała "odmnie" "Ja nie chcę iść do przedszkola". Inne moje wypowiedzi: - Czemu dziś tak krótko się bawiłam?? - Tam jest nudno bez Ciebie. - Mamo ja nie chcę iść, ja chcę na podwórko.- Mama musiała mnie zostawić godzinę dłużej ponieważ przyszła gdy zbieraliśmy się na dwór (jak mawia się w naszym mieście).
Radosna twórczość:
Rzecz stała się wieczorem kiedy to mama myła Lenkę, babcia robiła kolację, a ja w wyobrażeniu domowników oglądałam Dorę. W domu panowała sielanka, do czasu aż zaglądnęłam do łazienki i oznajmiłam: - Mamo porysowałam koc bo nie miałam kartki. Mama chyba nie mogła zrozumieć co do niej mówię, bo dopiero za trzecim razem dotarł do niej sens moich słów. Chociaż miałam wrażenie, że dopiero zrozumiała gdy zobaczyła moje dzieło. Na beżowym kocu i łóżku ( w dużym pokoju) były ślady różowego flamastra. Nie trzeba było długo czekać, mama się mocno wkurzyła. Tłumaczenia o braku kartki (okazało się leżały na stole tuż obok i do tego jeszcze był blok który porzuciłam na podłodze) nie przyniosło skutku. Oj, sobie nagrabiłam. Gdy emocje nieco opadły poprosiłam mamę, że chcę pogadać z tatuńkiem (który jest w pracy). Mama wybrała numer i dała mi telefon: - Przepraszam tatusiu, że porysowałam łóżko i koc. - Ja myślałam, że to kartka a okazało się że to koc. Taka była wersja dla niego.
Wybuchowo:
Stoję sobie w kuchni koło zajętej mamy i z nudów podeszłam do kurków od kuchenki. Chciałam sobie pokręcić, ale : - Majeczko nie dotykaj to nie jest do zabawy. - Cemu?? - jedno z moich ulubionych pytań - Bo jak przekręcisz to możemy wybuchnąć... - i będziemy latać??- spytałam z nadzieją w głosie.
Murzynek Bambo:
Jak już wspominałam oglądam czasami z tatą mecze. Ponieważ jeszcze nie widziałam na żywo nikogo o innym kolorze skóry mama mi pokazała: - Patrz Maja ten pan jest murzynkiem, widzisz jaki ma kolor skóry?? Taki murzynek Bambo. Później z radością wołałam: - Pac mamo biegnie murzynek Bambo. Kiedyś wybrałam się z tatuniem na plac zabaw, a tam biegał chłopiec o ciemnej karnacji. Przystanęłam i krzyknęłam (pokazując paluszkiem): - Pac tato murzynek Bambo!! Jak myślicie kto chciał się pod ziemię zapaść??
Lenka:
Nasza mała Lenka ma skończone już 6 tygodni. Mama przy niej może się nauczyć co to ulewanie i musi pamiętać że trzeba ją odbić. Jak wiecie Lenia jest do mnie podobna (jak byłam taka mała jak ona), ale oprócz problemów z brzuszkiem ponoć różnimy się jeszcze tym że nasz mały skarb umie się głośno domagać swego. Oj, umie krzyczeć, ale szybko zapominamy o tym gdy czaruje nas swoim uśmiechem. Ahhh, ważna sprawa. Najpierw rodzice obstawiali czy Lenka będzie Lenką czy Leonem. Teraz rozstrzyga kwestia koloru oczu. Mama ma brązowe, tatuniek i ja mamy niebieskie. Do tej pory wszyscy widzieli szanse, że może jednak Lenka będzie brązowooka. Jednak zdaniem mojej mamy wygląda na to że barwa jest coraz bardziej zbliżona do szarej, niebieskiej. Cóż, pozostaje czekać (znowu czas rozwiążę tą zagadkę). Na kolor włosów pewnie przyjdzie nam czekać znacznie dłużej (ja to długo świeciłam łysą główką, a i moja siostrzyczka czupryną nie grzeszy). Czy kolor brwi może być jakąś wskazówką?? Są rudawe...
piątek, 30 września 2011
O małych i dużych marzeniach
(fotki)
U nas małe zmiany. Rodzice spełnili moje niewielkie marzenie. W moim pokoiku zamieszkał chomik. Niektórzy krytykowali ten pomysł, ale mama i tata niezrażeni dotrzymali słowa. Czemu to jest niewielkie marzenie?? Bo moim wielkim marzeniem jest FARMA (z krówkami, konikami, świnkami, pieskami, kotkami itd...).
Wracając do nowego domownika to mieszka on w czarnej klatce (z różowymi balkonami, rurami). Sypia w swojej willi o białej elewacji i różowym dachu. Chomik jest dziewczynką, a nawet jeśli nie jest to na cześć mojej idolki nazywa się Dora. Póki co jest dość nieśmiała, chociaż coraz odważniej zaczyna szaleć po swoim królestwie pod osłoną nocy. Gdy któreś z nas przyłapie ją poza willą to wpatruje się w nas swymi małymi czarnymi oczkami i gdy tylko jest to możliwe wraca do swego domu. Żeby dostać chomika musiałam udowodnić, że jestem dużą i dzielną dziewczynką. Przez 5 dni pod rząd musiałam bez marudzenia chodzić do przedszkolka. Jak widać udało, ale w ostatnich dniach nie mogłam tam chodzić i teraz mi tam niespieszno. Katar przeszedł w chrypkę i musiałam trochę się wykurować. A przeziębienie poszło dalej w Świat. Najpierw pochorowała się ciocia Karinka, która nas odwiedziła. Teraz smarka i kicha babcia Krysia, którą my odwiedziliśmy. Czy ktoś jeszcze złapał to paskudztwo?? (mamy nadzieję, że wujki i ciocia którzy nas odwiedzili są zdrowi...).
Choroba, chomik, to nie koniec atrakcji dla naszej rodzinki. Dwa dni temu pod nasz blok zajechały auta z przyczepami. Pierwszy zauważył to tatuń:
- Będziemy mieć camping pod oknami...
Później dojechały wielkie auta z wielkimi naczepami. Wiecie na co mam widok z mojego pokoiku?? Na wesołe miasteczko, które gra i świeci. Mają tu gościć całe dwa tygodnie. Serdecznie zapraszamy, będzie się działo...
Dialogi z Lenką:
Nasza Lenia czasami hałasuje (delikatnie mówiąc). Czasami idę ją przytulić, a czasami:
- Lenka, ciszej ja oglądam bajkę!!!!
- Lenka cicho, bo nie dostaniesz cycocha.
- Nie płacz maluszku, mama zaraz przyjdzie i da Ci cycucha ...
Na dzień dobry:
- Witaj panienko!
- Dzień dobry maluszku!
- Hej! Co tam koleżanko szklanko?!
Gdy rodzice są zajęci, to czasami zbawiam Lenkę np.
Pokazuję jej moje Puchatkowe pluszaczki:
- Zobacz Lenia to jest Lumapas, on Ci daje buziaka, Kubuś Ci daje buziaka itd....
No, Lenia, ile masz tych buziaczków??
Odpowiada mi machanie rąk i "yyy"
- No zobacz one, two... - wyliczam na paluszkach, żeby lepiej to zobrazować.
W ostatnich dniach Lenka coraz częściej z nami gada, a nie tylko płacze (krzyczy). Uśmiecha się i wydobywa z siebie miło brzmiące dźwięki: yyy, a, ooo, agu i gej (to ulubione rodziców).
niedziela, 18 września 2011
Miła odmiana
W czwartek wszystko się odmieniło ("ciekawe na jak długo?" - zastanawia się mama). Kiedy rodzice odbierali mnie z przedszkola to wybiegłam do nich w podskokach. Zaczęłam w końcu opowiadać w co się bawiliśmy, co robiliśmy itd... Na początku tamtego tygodnia wszystko było osnute tajemnicą (nawet przestałam mówić co było na obiad). Nikt nie mógł ze mnie nic wyciągnąć. W piątek rano obudziłam mamę stwierdzeniem "Ja nie chcę do przedszkola", a później jak mama otworzyła oczy to mnie nie było, Lenia spała, a tatuniek czekał z gotowym śniadankiem. Mama podobno była zaskoczona, bo do tej pory musiała wspomagać tatę przy wyjściu bo ja marudziłam. Okazało się, że ja i tata zapomnieliśmy tylko o czesaniu (zawsze kucyki robiła mama, a wtedy nie chcieliśmy jej budzić). Poza mamą nikt nie zauważył, że jestem nieuczesana. Gdy po mnie przyszli to pierwszy raz musieli poczekać. Mi się wyjątkowo nie spieszyło. W sobotę rano gdy okazało się, że nie idę do przedszkola to prawie się popłakałam bo "ja chcę do przedszkola".
Na resztę dnia rodzice zaplanowali spacerek po lesie. Zbieraliśmy szyszki, żołędzie, kasztany, patyczki, kamyczki i wspinaliśmy się po góreczkach i skałkach. Później wybraliśmy się na obiad, plac zabaw i lody. W domu okazało się, że najbardziej zmęczona była Lenka i mama. Lenka noszona cały dzień przez tatuńka usnęła razem z mamą. Po jakimś czasie mamę udało się zmoblizować do robienia jesiennych ludków (to był jej pomysł i mi to obiecała). Lenka przespała całą imprezę i wcale, a wcale nie chciała się obudzić. Dopiero kąpiel "postawiła ją na nogi".
Na resztę dnia rodzice zaplanowali spacerek po lesie. Zbieraliśmy szyszki, żołędzie, kasztany, patyczki, kamyczki i wspinaliśmy się po góreczkach i skałkach. Później wybraliśmy się na obiad, plac zabaw i lody. W domu okazało się, że najbardziej zmęczona była Lenka i mama. Lenka noszona cały dzień przez tatuńka usnęła razem z mamą. Po jakimś czasie mamę udało się zmoblizować do robienia jesiennych ludków (to był jej pomysł i mi to obiecała). Lenka przespała całą imprezę i wcale, a wcale nie chciała się obudzić. Dopiero kąpiel "postawiła ją na nogi".
wtorek, 13 września 2011
Niespodziankowo
W piątek tatuniek zapowiedział, że w niedziele będzie niespodzianka. Od piątku cieszyłam się na "wtorkową" niespodziankę. Okazało się, że do niespodzianki trzeba długo jechać i uzbroić się w cierpliwość. Znam definicję tego słowa i starałam się jak mogłam, ale pod koniec podróży padały ciągle pytania:
"Daleko jeszcze??"
"Mamo spytaj taty ile kilometrów?"
"Czy tą niespodziankę można zjeść?"
"Czy jest duża, o taka, a może taka?"
"Co to za niespodzianka?"
W końcu dojechaliśmy do Opola, znaleźliśmy parking i poszliśmy do ZOO. Piękne i godne polecenia miejsce na spacerek. Było dużo zwierzęcych zwierząt, ale najbardziej podobało mi się karmienie kózek (które myliły mi się z sarenkami ). Oczywiście w naszej wyprawie towarzyszyła nam Lenisława (zwana przez niektórych Florką). Dzielnie przespała drogę do Opola, podczas spaceru budziła się aby uzupełniać płyny (bo mieliśmy niesamowity upał). Trochę się bidulka denerwowała jak wracaliśmy do domku, ale dali my radę.
Poniedziałek był kolejnym dniem przedszkola i mimo że lubię to miejsce, lubię koleżanki i nawet kolegów (bo z zasady chłopaków nie lubię poza paroma wyjątkami) i ciocie, to niestety niechętnie wstałam z łóżka. Na miejscu też nie było lepiej. Tęsknie tam za mamą...
LENKA:
Jest taki wierszyk Brzechwy "Katar":
"Daleko jeszcze??"
"Mamo spytaj taty ile kilometrów?"
"Czy tą niespodziankę można zjeść?"
"Czy jest duża, o taka, a może taka?"
"Co to za niespodzianka?"
W końcu dojechaliśmy do Opola, znaleźliśmy parking i poszliśmy do ZOO. Piękne i godne polecenia miejsce na spacerek. Było dużo zwierzęcych zwierząt, ale najbardziej podobało mi się karmienie kózek (które myliły mi się z sarenkami ). Oczywiście w naszej wyprawie towarzyszyła nam Lenisława (zwana przez niektórych Florką). Dzielnie przespała drogę do Opola, podczas spaceru budziła się aby uzupełniać płyny (bo mieliśmy niesamowity upał). Trochę się bidulka denerwowała jak wracaliśmy do domku, ale dali my radę.
Poniedziałek był kolejnym dniem przedszkola i mimo że lubię to miejsce, lubię koleżanki i nawet kolegów (bo z zasady chłopaków nie lubię poza paroma wyjątkami) i ciocie, to niestety niechętnie wstałam z łóżka. Na miejscu też nie było lepiej. Tęsknie tam za mamą...
LENKA:
Jest taki wierszyk Brzechwy "Katar":
"Spotkał katar Katarzynkę -
A - psik
Katarzynka pod pierzynkę -
A - psik..."
Dalej okazuje się, że Kasia zaraziła doktora, ten rejenta i tak całe miasto kichało.
U nas też tak było. Najpierw ja dostałam kataru, a już po kilku dniach Lenka kichała. Rodzice odciągają szpikole, a efekt jest taki że katarro ujawnia się dopiero nad ranem utrudniając oddychanie małego noska.
Jak wygląda nasze nocowanie:
Ja z reguły zasypiam u siebie w łóżeczku, ale prędzej czy później tuptam do sypialni rodziców. Gdy się pojawiła Lenka w pokoju rodziców pojawiła się też przystawka - miejsce spania L.. Nie wiadomo czy z racji wcześniejszych upałów czy też strachu żeby maluchowi krzywdy nie zrobić kładłam się ostatnio w nogach. Mama spała wtedy niespokojnie bo bała się, że spadnę (upodobałam sobie sen na krawędzi łóżka). Od paru dni kładę się normalnie na poduszkach. Niby dzięki przystawce powinno być tak jak wcześniej, ale nikt nie brał pod uwagę faktu, że mama podczas karmienia zasypia, a obok niej Lenia. Tak więc w ostatecznym rachunku śpimy często w czworo. Wysypiamy się?? Nie bo rano dzwoni budzik i każą mi iść do przedszkola.
Z innych faktów:
Leni w końcu odpadł pępek. Oczywiście stało się to przy mamie. Odkładała ona Lenię na leżaczek no i patrzy coś wypadło (Reszta pępowinki była spięta klamerką) więc podnosi. Gdy się zorientowała cóż to takiego z obrzydzeniem rzuciła tym w tatę (ciocia Karinka wie jak na mamę działają takie fragmenty ciała ;) ).
piątek, 9 września 2011
katarro
![]() |
| Podglądnięte komórką |
Przedszkole dzień trzeci:
Trochę się rozczuliłam kiedy mama po mnie przyszła. W drodze powrotnej opowiadałam co się działo, co jedliśmy itd...:
- W co się bawiliście?? - pytała mama
- Ja się nie bawiłam bo cały czas płakałam bo chciałam do Ciebie. Ciebie tak długo nie było...
- No, ale przyszłam. Pani mówiła, że rozpłakałaś się jak Cię zawołali, że mama przyszła. To co, byliście w ogródku, rysowaliście, co robiłaś??
- Bawiłam się...
Później mama mnie prosiła, żebym nie płakała. Ja się zaparłam i stwierdziłam "Będę płakać".
Przedszkole dzień czwarty:
Tradycyjnie zaprowadził mnie tatuniek i już tradycyjnie bezproblemowo zostałam. Po obiedzie miała przyjść po mnie mama. Co z tego, że mówiła że będzie przed 13. Miała być po obiedzie i jej nie było, więc się wystraszyłam że o mnie zapomniała i trochę poszlochałam. Ucieszyłam się strasznie gdy ją zobaczyłam w drzwiach.
W nocy z wtorku na środę podobno przez sen płakałam. Rodzice początkowo wystraszyli się, że tak odreagowuję przedszkole. Ku ich uldze okazało się, że płakałam dlatego że dostałam kataru i nie mogłam oddychać. Przeziębienie ich wcale nie ucieszyło, na wszelki wypadek zostałam z nimi w domku (żeby nie zarazić innych dzieciaków). Gdy się dowiedziałam, że zostaję w domu rozpłakałam się bo "ja chcę do przedszkola". Rodzice chcieli mi zrobić przyjemność i zabrać na wycieczkę do ZOO w Opolu. Niestety zaczęła się już jesienna pogoda. Zrobiło się chłodno i nawet deszczowo. Pojechaliśmy do Siewierza gdzie oglądaliśmy zamek, przez dziurkę od klucza. Zmarznięci chętnie wróciliśmy do ciepłego domku. Katar jakby przechodził więc jutro chyba już pójdę do przedszkola.
Poszłam do przedszkola. Rano oświadczyłam, że nie chcę iść i wszystkie czynności wykonywałam z płaczem i marudzeniem. Rodzice się trochę denerwowali, ale w końcu parę minut po 8 udało mi wyjść z domu. Za drzwiami jakby mnie podmienili, już wszystko było dobrze. Tym razem mama mnie zaprowadziła i przyszła po mnie. W przedszkolu było fajnie...
czwartek, 1 września 2011
Muchomorek
Wakacje dobiegły końca i widać nawet pierwsze oznaki jesieni. Na naszym podwórku coraz więcej liści na trawie. Od dziś będę tam spędzać o wiele mniej czasu. Dziś rozpoczęłam przygodę z przedszkolem. Nie było tak strasznie, a to tylko dlatego że wcześniej odbyły się tzw. dni otwarte. Podczas tych paru godzin poznałam nasze ciocie: Gosie i Agnieszkę, dzieci i całe przedszkole. Był ze mną tatuś i dzięki temu czułam się pewnie i bezpiecznie. Poznałam wtedy Nicolkę, z która od razu złapałam kontakt.
| Do przedszkola na dzień otwarty |
Dziś rano wcale, a wcale nie miałam ochoty wstawać. Jak można się budzić tak wcześnie? Przecież przed 8 to środek nocy i wtedy najlepiej się śpi. Ubierać też mi się nie chciało, ale przecież trzeba było. Po 8 wyruszyłam z tatą do przedszkola, marudząc że nogi mnie bolą. Ja tak tylko udawałam, żeby tatuń wziął mnie na barana. W przedszkolku czekała na mnie Nicolka więc szybko pożegnałam tatę i pognałam do naszej sali. Zjedliśmy śniadanko, bawiłyśmy się, później obiad i nie wiadomo kiedy zrobiła się 12. Rodzice razem z Lenką przyszli po mnie. W domu czekało na mnie przyjęcie niespodzianka. Wszędzie pełno balonów, lody, owoce i słodycze. Chciałabym, żeby było tak codziennie, ale to podobno tylko w takie wyjątkowe dni.
Podsumowując:
W przedszkolu bardzo mi się DZIŚ podobało. Jestem w grupie "muchomorków" i mam wieszaczek z autkiem. Polubiłam Nicolkę, a jeden chłopiec Bartuś był niegrzeczny. W naszej sali jest dużo zabawek, ale teraz już jestem w domku.
Co do Lenki to tatuś się śmieje, że jest to maszyna ssąco - srająca. Jest bardzo grzeczna i złości się tylko gdy jest głodna, albo gdy chce zrobić kupkę (lub już ją zrobiła). Byliśmy już z nią (Lenką, nie kupką) na pierwszych spacerkach, ale nie wiem czy jej się podobało bo całe przespała.
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
O Lenusi
Za nami bardzo trudny i długi tydzień. W poniedziałek 22 sierpnia mama pojechała rano z tatą do szpitala, a ja zostałam w domku z babcią Krysią. Calutki dzień nic się nie działo, aż tu nagle wieczorem okazało się, że mam siostrzyczkę, a ja zostałam siostrą. Tata wrócił bardzo późno w nocy, bo opiekował się maluszkiem kiedy mama odsypiała "poród". Podobno tyle gadała na sali operacyjnej, że w końcu pan doktor nałożył jej maseczkę i mama przespała resztę imprezy. Przez kolejne dni musiałam się opiekować babcią Krysią. Oprowadzałam ją po naszej okolicy, pokazywałam place zabaw i przestawiałam moich znajomych. Codziennie odwiedzaliśmy mamę i "moją siostrzyczkę" w szpitalu.
Przez pierwsze dni rodzice mieli dylemat jak dać na imię dzidziusiowi. W końcu wzięli kalendarz i udało im się. Poprzez Gabrysię, Magdalenę, Judytę doszli do porozumienia i nasz dzidziuś został LENĄ GABRIELĄ. Podobno ciocia Karinka przez pierwszy miesiąc nie miała imienia, więc mama i tata nie mają się czego wstydzić ;).
Wszyscy mówią, że Lenusia jest moją kopią tylko, że nieco większą (taką miesięczną). Ja byłam znacznie mniejsza: Ja - 2960; Lenka - 3740; Ja - 48 cm; Lenka - 56). Pan doktor po ostatnim USG (w poniedziałek) stwierdził, że może 3700, ale biorąc granicę błędu na pewno mniej. Tak więc Lenka zaskoczyła wszystkich, nawet ubranka. Mama przygotowała takie do 54 cm. Mama mówi, że Lenka jest bardzo dzielna. Świetnie znosiła wszystkie badania, kąpiele i inne zabiegi w szpitalu. Dwie pierwsze noce zapowiadały, że do naszego domku wprowadzi się krzykacz. Na szczęście odkąd mama ma stałą dostawę mleka Lenka się wyciszyła i jest zadowolona.
W sobotę, popołudniu mama i Lenka wróciły do domu. To był bardzo upalny dzień bo było 35 st, a wiaterek nie chłodził, a wręcz parzył. Tak czy siak w domu było o parę stopni chłodniej niż w szpitalnej sali. Tatuś i ja przygotowaliśmy dekoracje na cześć naszych dziewczyn (serpentyny, balony i napisy z moimi obrazkami).
Lenusia (tak się do niej zwracam) bardzo dużo śpi, je i robi kup. Staram się pomagać: podaję pieluchy, albo wyrzucam te śmierdzące (a to duże poświecenie). Wczoraj nawet pomagałam tacie przy kąpieli Leni.
Mama i tata dostali dużo gratulacji. W ich imieniu jeszcze raz wszystkim dziękujemy.
Wczoraj odwiedzili nas ciocia Karina i wujek Bartek, babcia Ania z dziadkiem Markiem. Trochę nie rozumiem tego szumu wokół Lenki. Momentami musiałam się domagać uwagi. Do tej pory to ja byłam w centrum uwagi. Teraz jesteśmy dwie :).
W sobotę leżałam i przyglądałam się Lenusi, a ona otworzyła buzię i:
- Oo mamo, Lenka zapomniała zębów.
- No coś ty... - mama trzymała się za bolący brzuch i starała się być poważna
- Mamo ona ich zapomniała, pewnie zostawiła w aucie.
![]() |
| W szpitalu |
Przez pierwsze dni rodzice mieli dylemat jak dać na imię dzidziusiowi. W końcu wzięli kalendarz i udało im się. Poprzez Gabrysię, Magdalenę, Judytę doszli do porozumienia i nasz dzidziuś został LENĄ GABRIELĄ. Podobno ciocia Karinka przez pierwszy miesiąc nie miała imienia, więc mama i tata nie mają się czego wstydzić ;).
Wszyscy mówią, że Lenusia jest moją kopią tylko, że nieco większą (taką miesięczną). Ja byłam znacznie mniejsza: Ja - 2960; Lenka - 3740; Ja - 48 cm; Lenka - 56). Pan doktor po ostatnim USG (w poniedziałek) stwierdził, że może 3700, ale biorąc granicę błędu na pewno mniej. Tak więc Lenka zaskoczyła wszystkich, nawet ubranka. Mama przygotowała takie do 54 cm. Mama mówi, że Lenka jest bardzo dzielna. Świetnie znosiła wszystkie badania, kąpiele i inne zabiegi w szpitalu. Dwie pierwsze noce zapowiadały, że do naszego domku wprowadzi się krzykacz. Na szczęście odkąd mama ma stałą dostawę mleka Lenka się wyciszyła i jest zadowolona.
W sobotę, popołudniu mama i Lenka wróciły do domu. To był bardzo upalny dzień bo było 35 st, a wiaterek nie chłodził, a wręcz parzył. Tak czy siak w domu było o parę stopni chłodniej niż w szpitalnej sali. Tatuś i ja przygotowaliśmy dekoracje na cześć naszych dziewczyn (serpentyny, balony i napisy z moimi obrazkami).
Lenusia (tak się do niej zwracam) bardzo dużo śpi, je i robi kup. Staram się pomagać: podaję pieluchy, albo wyrzucam te śmierdzące (a to duże poświecenie). Wczoraj nawet pomagałam tacie przy kąpieli Leni.
Mama i tata dostali dużo gratulacji. W ich imieniu jeszcze raz wszystkim dziękujemy.
Wczoraj odwiedzili nas ciocia Karina i wujek Bartek, babcia Ania z dziadkiem Markiem. Trochę nie rozumiem tego szumu wokół Lenki. Momentami musiałam się domagać uwagi. Do tej pory to ja byłam w centrum uwagi. Teraz jesteśmy dwie :).
W sobotę leżałam i przyglądałam się Lenusi, a ona otworzyła buzię i:
- Oo mamo, Lenka zapomniała zębów.
- No coś ty... - mama trzymała się za bolący brzuch i starała się być poważna
- Mamo ona ich zapomniała, pewnie zostawiła w aucie.
wtorek, 23 sierpnia 2011
Krótko o mojej siostrzyczce
Wczoraj tzn. 22 sierpnia 2011 o godzinie 19:56 przyszła na świat moja siostrzyczka. Rodzice nie chcą na razie zdradzić jak będzie miała na imię, ale myślę, że w końcu powiedzą. Kilka faktów - nasz dzidziuś waży 3750g i ma 56 cm wzrostu. To tyle bo teraz tata mi pomaga pisać, bo mama w szpitalu leży i pilnuje siostrzyczki, żeby była grzeczna ;)
sobota, 20 sierpnia 2011
Coraz bliżej i o urodzinach Michała
Tatuniek dotarł do domku i teraz ma być z nami bardzo długo. Jak wiadomo w naszym spokojnym życiu już niedługo zajdą bardzo duże zmiany. Niedługo to najprawdopodobniej 22 sierpień. Mama ma iść do szpitala, a ja jej obiecałam, że będę ją odwiedzała. Ona się trochę martwi o mnie i tatę, bo do tej pory to on wyjeżdżał. Teraz role się odmienią. Mam się opiekować tatuniem i mamy się nie kłócić itd....
Z ostatnich ważnych wydarzeń. Jeden z dwóch podwórkowych kolegów - Michał obchodził swoje drugie urodziny. Świętowaliśmy to wydarzenie na podwórku, to była dość nie typowa impreza. Pogoda chciała pokrzyżować plany, ale się jej nie udało. Zabawa odbyła się w przerwie między burzą, a deszczem. Były torty, smakołyki, kałuża (z której najwięcej frajdy miała Marychna i Tomek) no i wszystkie dzieciaki. Michał dostał piękne prezenty, które wywarły większe wrażenie na Marysi niż na samym solenizancie. Furorę wśród dzieciaków i pewnie sąsiadów zrobiły trąbki, głośne trąbki. Ja trochę pod koniec już byłam zmęczona, bo przed południem pojechaliśmy z rodzicami do Kłobucka. Tam jest zalew Zakrzew. Z wody nie wychodziłam przez 2 godziny. Bardzo nam się tam podobało.
Rozmowa z tatą:
- Tato, a masz jakąś niespodziankę?? - rodzice nie lubią tego tematu bo ja uwielbiam niespodzianki i się o nie często dopominam mimo, że wiem że to nieładnie. Tata chciał zmienić nieco temat:
- Słyszałem, że babcia Krysia ma dla Ciebie super niespodziankę, hula hop...
- Tak słyszałeś?? To dobry masz słuch.
Dziś mama miała okazję spróbować swoich sił na kole garncarskim (zawsze bardzo chciała). Bez pomocy pani byłoby ciężko uzyskać jakąś konkretną formę. Ja w tym czasie robiłam biżuterię i różne ozdoby. Tak mnie wciągnęły te warsztaty, że po godzinie nie można mnie była wyciągnąć.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Po weekendzie, czekając na tatunia
Długi weekend minął nam wyjątkowo miło, mimo że tatuniek był w pracy. Jednego dnia pojechałyśmy z babcią Anią do Rędzin do cioci Eli. Wybiegałam się tam po ogrodzie za wszystkie czasy. Ćwiczyłam kopanie piłki, tata będzie ze mnie dumny :).
![]() |
| Golfik |
W niedzielę odwiedziliśmy inną ciocię Elę i wujka Ryśka w Śmiertnym Dębie (o którym już rok temu pisałam). Poszłyśmy do lasu na borówki (takie czerwone kuleczki- żeby uniknąć konfliktów regionalnych ;) ). Popołudniu przyjechała Jula, z którą bawiłyśmy się przez resztę dnia. W aucie szybko usnęłam (co mi się rzadko zdarza) i później byłam bardzo rozdrażniona gdy obudzono mnie pod blokiem.
![]() |
| Z Julką |
Od jakiegoś czasu namiętnie oglądam Dorę, z której uczę się angielskich słówek. Liczę do dziesięciu zarówno po polsku jak i po angielsku (i tu chyba rzadziej się mylę). Kiedyś ciocia Karinka poprosiła mnie żebym coś policzyła:
- One, two
- Maju, ale policz po polsku. - prosiła ciocia
- One, two...
- Maja po polsku
- No one, two...
Dopiero jak zaczęła ze mną liczyć to jakoś poszło.
Innym razem:
- Maju co rysujesz?? - ktoś zapytał
- Moutain
- Mamo chodź szybko - ciągnęłam mamę za rękę
- Maju ja z tym brzuchalem tak szybko nie mogę!!
Złapałam babcię za rękę i ciągnęłam ją, aż zaczęłyśmy biec:
- Let's go babcia!!
- Maju jak smakują Ci lody? - spytała babcia
- It's delicious.
O dzidziuniu:
Nadal nie ma zgody rodziców co do ewentualnych imion. Mimo dużej pomocy cioć, a ostatnio nawet wujka (w. Łukasz zaproponował, że może Łukasz) ciągle konkretów nie ma. Mama od dwóch tygodni podejrzewa, że TEN dzień nadejdzie już. Zatem tatuń jak na szpilkach siedzi w pracy. Większość osób upiera się, że to będzie chłopak. Ja ciągle chce siostrzyczkę. Mimo wielkiej sympatii do pojedynczych przedstawicieli chłopaków, nie lubię ich i koniec.
środa, 10 sierpnia 2011
Czemu??
Jakiś czas temu był mecz Wisła - Bułgaria, tatuniek sobie nagrał i późnym wieczorkiem chciał go oglądnąć:
- Tato moge z tobą?? Ja lubie mecze...
Tata w końcu się zgodził. Nawet mama się przyłączyła, ale ona to zaraz usnęła. Ja byłam w pełni zainteresowana:
- Tato gdzie jest aut?? - bo w siatkówce to już wiem gdzie jest...
- Czemu ten pan biegnie??
- Czemu nasz jest biało- czerwony??
- Czemu ten szary biegnie koło naszego??
- Czemu szary pilnuje naszego??
- Tato chce mi się pić. Nic się nie bój przypilnuję Ci bramki.
Gdy tatuń robił mi pić:
- Spokojnie ja pilnuję bramki, nie bój się.
- Jak nazywa się pan 37?? - pytałam gdy na TV widać było tylko małe biegające ludziki.
Tata próbował odszukać takiego pana, ale mu się nie udało.
- Tato co to za pan?? - na TV widać było boisko i trybuny pełne kibiców
- Który? - pyta pełen entuzjazmu tata
- ten tam daleko, daleko...
Przed końcem pierwszej połowy usnęłam, to był mecz.
Ja tak pytam o wszystko, aż mama czasami już się na mnie złości zwłaszcza gdy słyszy dane pytanie setny raz. Jednym z nielicznych miejsc gdzie nie musi odpowiadać na pytania jest podwórko. Tam życie toczy się swoim torem. Bywa czasami, że jest sielanka (ale to rzadkie zjawisko). Z częstotliwością co 15- 20 min ktoś płacze, krzyczy. Powody są różne: wywrotka, ktoś kogoś popchnął (celowo bądź też przypadkiem), ktoś kogoś obsypał piachem, ktoś komuś coś zabrał itd... Jeśli mamy coś przeoczą coraz częściej mogą liczyć na nasze relacje (tylko czy zawsze są prawdziwe tego mamy nie mogą być pewne).
- Tato moge z tobą?? Ja lubie mecze...
Tata w końcu się zgodził. Nawet mama się przyłączyła, ale ona to zaraz usnęła. Ja byłam w pełni zainteresowana:
- Tato gdzie jest aut?? - bo w siatkówce to już wiem gdzie jest...
- Czemu ten pan biegnie??
- Czemu nasz jest biało- czerwony??
- Czemu ten szary biegnie koło naszego??
- Czemu szary pilnuje naszego??
- Tato chce mi się pić. Nic się nie bój przypilnuję Ci bramki.
Gdy tatuń robił mi pić:
- Spokojnie ja pilnuję bramki, nie bój się.
- Jak nazywa się pan 37?? - pytałam gdy na TV widać było tylko małe biegające ludziki.
Tata próbował odszukać takiego pana, ale mu się nie udało.
- Tato co to za pan?? - na TV widać było boisko i trybuny pełne kibiców
- Który? - pyta pełen entuzjazmu tata
- ten tam daleko, daleko...
Przed końcem pierwszej połowy usnęłam, to był mecz.
Ja tak pytam o wszystko, aż mama czasami już się na mnie złości zwłaszcza gdy słyszy dane pytanie setny raz. Jednym z nielicznych miejsc gdzie nie musi odpowiadać na pytania jest podwórko. Tam życie toczy się swoim torem. Bywa czasami, że jest sielanka (ale to rzadkie zjawisko). Z częstotliwością co 15- 20 min ktoś płacze, krzyczy. Powody są różne: wywrotka, ktoś kogoś popchnął (celowo bądź też przypadkiem), ktoś kogoś obsypał piachem, ktoś komuś coś zabrał itd... Jeśli mamy coś przeoczą coraz częściej mogą liczyć na nasze relacje (tylko czy zawsze są prawdziwe tego mamy nie mogą być pewne).
![]() |
| Od lewej:Tomek, Krysia, Ja, Marysia, Michał, Ola |
![]() |
| Pociąg CIUCH CIUCH |
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Lato w pełni??
Lato, póki co, nie rozpieszcza nas upałami. Mam więcej okazji do skakania w kałużach, niż kąpieli w basenie. Mimo tej pogody, na nadmiar czasu nie narzekam. Ostatnio odwiedzili nas goście. Nieczęsto nas to spotyka, więc dla nas to było święto. Ja z początku sceptycznie byłam nastawiona do wizyty cioci Asi i wujka Łukasza. Okazało się, że nie taki diabeł straszny... Z ciocią szybko się oswoiłam i chciałam się z nią bawić i bawić. Co do wujka nie mogłam się zdecydować, jak to kobieta. Raz mówiłam "nie lubię go, bo mnie ciągnie za uszy", a za chwilę "mamo poproś wujka żeby mi podokuczał". Wujek był nieco zdezorientowany... Co do pogody mieliśmy dużo szczęścia. W piątek lało, w sobotę było ładnie, a w niedzielę popołudniu znowu się rozlało. W sobotę wykorzystaliśmy letnie promienie słońca i zabraliśmy gości na wyprawę. Zaczęliśmy od pustyni Siedleckiej gdzie wybudowaliśmy zamek. Chyba wszyscy dobrze się bawili w tej wielkiej piaskownicy. Po takiej wytężonej pracy pojechaliśmy na pstrągi do Janowa, a później udaliśmy się na relaksujący spacerek do źródełek. Ja sobie tam spacerowałam po wodzie twierdząc, że jest ciepła. Następnie pojechaliśmy do "Kamieniołomu Warszawskiego". Ja się czułam tam jak ryba w wodzie, reszta towarzystwa też. Uwielbiam zbierać kamienie, a jak można je wrzucać do wody to jestem przeszczęśliwa. Z tego wszystkiego zrobiła się późna godzina, ale miałam obiecane lody więc pojechaliśmy jeszcze na deserek. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni. Na koniec dnia postanowiliśmy jeszcze odwiedzić podstawowy punkt wycieczkowy naszego miasta, Jasną Górę (dla tych co się nie domyślili). Uwaga pierwszy raz załapaliśmy się na APEL JASNOGÓRSKI. Dzień był bardzo długi, a do domu wróciliśmy po 22. Niedziela nas już tak nie rozpieściła i plan dnia został zmieniony. Pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa, do babci i cioci. Szkoda tylko, że jak ja rano wstawałam to babci już nie było:
- Mamo idę poszukać babci...
- Majeczko, babcia już dawno jest w pracy.
- Znowu??
Do domu wróciliśmy w środę, a pogoda poprawiła się o tyle, że przestało padać. W domu tatuń malował moje szafeczki (których mama nie pomalowała w zeszłym roku) i zrobił wielkie przemeblowanie mojego pokoiku. Dostałam piękny dywan z żyrafami (który sobie prawie sama wybrałam). Mama powyciągała ogromną ilość malutkich ubranek i prała je i prasowała, to dla naszego dzidziunia. Z tego co mówi pan doktor za trzy tygodnie powinien się wyprowadzić z mamy brzucha. Ja się nie mogę doczekać, aż znowu mama będzie mnie nosić na barana.
Wczoraj rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Już jakiś czas temu podjęłam próby jazdy na rowerku trzykołowym. Ponoć miałam jakieś sukcesy, ale ja się denerwowałam jak rodzice przestawali mnie pchać i krzyczałam "ja nie umiem!!", "nie potrafię!!", "nie dam rady!!". Wczoraj okazało się, że umiem i wołałam "nie pchaj mnie, nie dotykaj!!!". Dziś będę trenować dalej.
- Mamo idę poszukać babci...
- Majeczko, babcia już dawno jest w pracy.
- Znowu??
Do domu wróciliśmy w środę, a pogoda poprawiła się o tyle, że przestało padać. W domu tatuń malował moje szafeczki (których mama nie pomalowała w zeszłym roku) i zrobił wielkie przemeblowanie mojego pokoiku. Dostałam piękny dywan z żyrafami (który sobie prawie sama wybrałam). Mama powyciągała ogromną ilość malutkich ubranek i prała je i prasowała, to dla naszego dzidziunia. Z tego co mówi pan doktor za trzy tygodnie powinien się wyprowadzić z mamy brzucha. Ja się nie mogę doczekać, aż znowu mama będzie mnie nosić na barana.
Wczoraj rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Już jakiś czas temu podjęłam próby jazdy na rowerku trzykołowym. Ponoć miałam jakieś sukcesy, ale ja się denerwowałam jak rodzice przestawali mnie pchać i krzyczałam "ja nie umiem!!", "nie potrafię!!", "nie dam rady!!". Wczoraj okazało się, że umiem i wołałam "nie pchaj mnie, nie dotykaj!!!". Dziś będę trenować dalej.
wtorek, 19 lipca 2011
Dziś się pochwalę
Powinnam przywyknąć, że moje urodziny trwają długo, a już na pewno do najmilszej ich części. Oczywiście miło mieć gości, ale jeszcze milej jest otrzymywać prezenty... Od dziadka Janusza dostałam dość niezwykły podarunek, mój portret:
- Maju zobacz jaki piękny!! - zachwycała się mama
- Kto to?? - spytałam niepewnie
- To ty...
Parę dni później przyjechał mój tatuniek:
- Patz tato, to ja. Taka podobna do mnie. Widzisz mam opaskę z kwiatkiem i mój sweterek.
niedziela, 10 lipca 2011
Nie dla miłośników kotków
Zacznę od początku. Parę miesięcy temu ciocia Ola i mama rozpoczęły dyskusje o osiedlowych placach zabaw. Od słów przeszły do czynów i napisały pisma do spółdzielni. Mimo początkowej niechęci pracowników tej placówki coś ruszyło. Część zabawek usunięto (tych co niby były niebezpieczne, z czym nasze mamy by dyskutowały), ale w zamian postawiono parę nowych. Wcześniej już o tym pisałam, ale nie dodałam że jakieś trzy tygodnie temu doszło parę nowych sprzętów. Niestety pozostał jeden problem, no może dwa. Po pierwsze właściciele czworonogów pozwalający im załatwiać się na terenie przeznaczonym do zabaw dla nas. Na skutek pism naszych mam ( tak nam się wydaje) spółdzielnia rozdawała darmowe woreczki do sprzątania po pieskach. Coraz częściej się widzi, że panie (bo panowie rzadziej) usuwają śmierdzące kupki. Niestety duża część psich właścicieli jest niereformowalna. Po drugie są jeszcze koty!! One są bardziej bezczelne bo załatwiają swoje potrzeby w piaskownicach. Piasek śmierdzi, a czasem można trafić na kupkę. No i doszłam do sedna sprawy. Pewnego dnia kiedy właśnie po raz kolejny trafiłyśmy na kocią kupę podsłuchałyśmy z Maryśką rozmowę mam. Bardzo były zdenerwowane i próbowały wymyślić jak zaradzić kuwecie w piaskownicy. Sprawa jest skomplikowana bo oprócz dzikich kotów swoje potrzeby załatwiają tu też koty domowe. Spółdzielnia nie ogrodzi piaskownic bo powie, że nie ma pieniędzy, a koty są sprytne i tak przejdą. Zostaje przykrywanie piaskownicy na czas gdy dzieci z niej nie korzystają. Problem w tym czy wszyscy rodzice będą tego przestrzegać i czy nikt takiej plandeki nie ukradnie, no i jeszcze trzeba by było nakłonić spółdzielnie do wymiany piachu. No i zaczęły myśleć jak oduczyć koty sikania w piaskownicach. Nie brały pod uwagę, że uszy mamy jak radary, a pomysły padały różne. Tak więc Marychna i Ja żeby pozbyć się kotów rozpoczęłyśmy akcję PATYKOWANIA. Żaden zwierzak jeszcze nie ucierpiał, no może się trochę zdenerwował. Gonimy te stworki z dzikimi krzykami, a jak mamy pod ręką to z patykami. Jednego już dwa razy udało nam się zagonić na drzewo. Marychna chciała tam za nim wejść, ale moja mama jej nie pozwoliła.
To była bardziej drastyczna część mojego ( i Marychny) życiorysu z ostatnich dni. Poza tym zajęcia mamy różne, które zależą głównie od pogody. Po moich deszczowych urodzinach były również deszczowe dni. Raz wybrałyśmy się do biblioteki osiedlowej z działem dziecięcym. Bardzo nam się tam podobało. Na ścianach były rysunki Kubusia P. i jego przyjaciół. Był mały stoliczek, na którym były klocki i układanki. Najbardziej spodobało nam się szeptanie.
Gdy pada deszcz pozostaje nam pluskanie w kałużach:
Gdy tak biegamy z Maryśką boso to spotykamy się z różnymi reakcjami. Jedni kiwają poirytowani głowami, inni się uśmiechają pod nosem. My to bardzo lubimy i już trudno nam zmienić to dziwne upodobanie. Mamy się tylko boją, że któraś z nas coś sobie wbije w stopę. Mogą sobie gadać...
Ja osobiście lubię jak jest ciepło. Wczoraj (sobota) był prawdziwy letni upał i udało nam się pójść na basen i to całkiem dużą ekipą (Maryś, Tomek, Miki, Ja, a do tego trzy mamy i babcia). Zdecydowanie chcemy więcej takich wyjść!!
O dzidziusiu:
Ciągle powraca temat dzidziusia. Chyba najważniejsze jest to czy to chłopak czy dziewczyna, bo wszyscy o to pytają. Mnie chłopaki drażnią, ale mama mi wytłumaczyła że musimy kochać chłopakowego dzidziunia. Ja uważam, że dzidziusie się nie zmieniają i ten nasz jest dziewczyną. Nawet zgodziłam się na Jagodę.
" Mamo dziękuję, że mnie urodziłaś. Dziękuję, że nie urodziłaś mnie chłopakiem".
![]() |
| PATYKUJEMY |
![]() |
| Gdzie jest kiciuś? |
![]() |
| Odwiedziny w bibliotece w urodzinowych klimatach |
![]() |
| W kaloszach (pełna kulturka) |
![]() |
| Bosakowo |
Ja osobiście lubię jak jest ciepło. Wczoraj (sobota) był prawdziwy letni upał i udało nam się pójść na basen i to całkiem dużą ekipą (Maryś, Tomek, Miki, Ja, a do tego trzy mamy i babcia). Zdecydowanie chcemy więcej takich wyjść!!
O dzidziusiu:
Ciągle powraca temat dzidziusia. Chyba najważniejsze jest to czy to chłopak czy dziewczyna, bo wszyscy o to pytają. Mnie chłopaki drażnią, ale mama mi wytłumaczyła że musimy kochać chłopakowego dzidziunia. Ja uważam, że dzidziusie się nie zmieniają i ten nasz jest dziewczyną. Nawet zgodziłam się na Jagodę.
" Mamo dziękuję, że mnie urodziłaś. Dziękuję, że nie urodziłaś mnie chłopakiem".
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















