niedziela, 30 sierpnia 2015

Droga powrotna i urodziny Leny

Oj, rok szkolny mnie zastanie, a ja nie skończę wspominać wakacji w Grecji. Moje urodziny wyznaczają początek wakacji, a Lenki urodziny przypominają, że dobiegają one końca. 22 sierpnia Lenusia skończyła 4 lata. Nie mogła się doczekać tego wydarzenia i bardzo długo dopytywała, kiedy nastąpi ten dzień. Był on bardzo miły, bo oprócz telefonów z życzeniami (od babć, prababć, cioć, wujków i taty) mieliśmy miłych gości. Był u nas dziadek Janusz z Kariną i Kornelcią. Przywieźli całą masę prezentów. Lenka dostała swój portret, i wymarzoną hulajnogę (na której obdarła już dwa kolana i łokieć). Kornelcia była bardzo grzecznym, towarzyskim i wesołym gościem. Bardzo było nam smutno, że dzień szybko zleciał i trzeba było się pożegnać.

25 lipca

Droga do Częstochowy nie miała być prosta, bo w planach było jeszcze zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszły Saloniki. To był pierwszy dzień, gdy słońce zaszło za chmury. Początek naszej wycieczki nie był taki upalny (może 30 stopni). Chodziliśmy między współczesnymi kamienicami, budynkami. Między nimi nawciskane są ruiny, a także zabytkowe kościoły czy łaźnie. Spacer po tym mieście osłodził nam fakt zakupienia pamiątek, a uatrakcyjniła wizyta na targu rybnym gdzie śmierdziało. Sprzedawcy zachwalali swoje towary i prezentowali ich świeżość. Lena przeszła przez tą alejkę zatykając nos "Fuuuuuj jak tu śmierdzi, ja chcę do domu!!", a ja byłam zła na tatę, że zabrał nas w tak cuchnące miejsce. Starałyśmy się dzielnie maszerować po ulicach tego dużego miasta. W sumie nam się to udawało, do czasu gdy wyszło słonko. Gdy dotarliśmy do Białej Wieży to marudził nawet tata. Marudził bo zgłodniał... Po obiadku wszyscy ochoczo ruszyliśmy do auta. Wiem, że opis tego miasta w moim wykonaniu jest skromy, ale nie byliśmy tam na żadnym placu zabaw to i o czym tu pisać? Z ruin podobał mi się Łuk Galeriusza i Rotunda (bo tam spotkałam kotka). Z radością wsiedliśmy do auta z klimatyzacją (chociaż na krótsze odcinki korzystaliśmy raczej z otwartych okien). Przed nami było ok 200 km do Meteorów. Chodzi o takie śmieszne góry, na których szczytach umieszczone są klasztory. Nie ma to nic wspólnego ze spadającymi gwiazdami, chociaż krajobraz jest kosmiczny. Droga do naszego celu mijała szybko. Tego dnia widzieliśmy deszcz pierwszy raz od wyjazdu z Polski (13 lipca padało cały ranek). Ostatnie 60 km zaprezentowało nam piękne górskie widoki, ale kręte drogi powodowały, że jechaliśmy znacznie wolniej niż na autostradzie. Jechaliśmy i jechaliśmy, i mimo że odległość była nieduża, to po takim dniu wszyscy mieliśmy dosyć jazdy. Zatrzymaliśmy się na campingu. Spanie pod namiotem to miała być dodatkowa atrakcja dla nas, i była. Bardzo nam się spodobało to miejsce, to że mogłyśmy razem chodzić SAME do toalety, że pilnowałyśmy namiotu. Sama noc była dość ciężka, bo przy 27 stopniach ciężko zasnąć.

26 lipca

Dzień zapowiadał się upalnie i taki był. Plan był, że w zależności od pogody będziemy zwiedzać klasztory pieszo, bądź autem. Prognoza 38 stopni kazała nam wybrać auto z klimatyzacją. Tatuś miał ambicję zobaczenia 4 klasztorów, po 2 miał tak samo dosyć jak my. Panie, które miały na sobie spodnie musiały nakładać na siebie takie płachty, od których robiło im się jeszcze bardziej gorąco. Czasami dobrze być dzieckiem. Widoczki niczego sobie, ale po co w taki upał tam łazić? Czemu nie można by siedzieć na plaży? Marudziłyśmy, że gorąco, że dużo ludzi (którzy prawie zadeptali Lenkę), ale w sumie to nawet fajnie tam było. Dobrze, że są tam drogi dojazdowe i można tam bezpiecznie dotrzeć autem. Czy bym to powtórzyła? Nie, chyba że zrobią tam aquapark. Dobrze, że na naszym campingu był basen i mogłyśmy się tam ochłodzić po takim dniu. Widok z basenu też był piękny. Zdecydowanie większe wrażenie wywarł na nas spacerujący trawnikiem żółw. U nas są jeże, a oni mają żółwie. Kolejną noc spędziliśmy pod namiotem, aby wypoczęci rodzice mogli stawić czoła długiej drodze do domu.

27 lipca

Żeby uniknąć krętych dróg wybrał, tego dnia tata wybrał autostradę. Hmm... wyglądało to tak, że były bramki (płaciło się ok 2E), a za nimi szerokiej drogi raptem parę km i koniec, bo nie zdążyli zbudować reszty. Taka sytuacja miała miejsce chyba 3 razy, a rodzice nie wiedzieli czy to żart. Cóż, dorzucili się grekom do nowych dróg. Mama nie mogła się doczekać drogi przez Macedonię, żeby zobaczyć ładne widoczki. Przejście graniczne pokonaliśmy w 20 min. Nawet zamieniła się z tatą miejscami. Niestety droga do Serbii wiodła nieco inaczej niż do Grecji i widoki były przeciętne. Do kolejnej granicy było ok 300 km, a i tam przejście poszło nam bardzo płynnie. Za Belgradem pojawiły się czarne chmury, które niosły ze sobą deszcz. Taka pogoda krzyżowała nasze plany nocowania pod namiotem (komplikowała). Granica serbsko-węgierska okazała się nieco kłopotliwa. Do okienka dojechaliśmy szybko, ale pan powiedział:
- poczekajcie chwilkę...- zabrał dokumenty i sobie poszedł
Kolejka za nami rosła, a my siedzieliśmy w aucie jak kołki. Po 15 minutach (chyba miał przerwę na dwójeczkę) wrócił i nas odprawił. Tata poczuł węgierskie powietrze i na polskie przywitanie węgierskiego granicznika:
- Polacy? Dzień Dobry
odparł:
- Jó napot kivanok!... Kesenem sipem! Visonlataszro!
Z uśmiechami przejechaliśmy 5m, a tam kolejni panowie w mundurach.  Jeden pan stał do nas plecami i machał ręką, jakby nakazując żeby jechać:
- Jechać, nie jechać? - zastanawiali się rodzice - chyba jechać...- tata toczył niepewnie auto
- STOP!!! - krzyknął tamten
- Jednak nie jechać...
- Proszę wysiąść, otworzyć bagażnik...
- Ok, gdzie byliście?
- W Grecji, na wakacjach...
- Macie papierosy?
- Nie...
Pan rzucił okiem na nasz bałagan i pozwolił jechać.
Rodzice przekraczając tą ostatnią granicę poczuli się prawie jak w domu. Tylko co robić? Robi się późno, głód zaczyna już dokuczać (bo prócz kanapek na stacji benzynowej nic nie jedliśmy), a do tego deszcz ciągle pada. Tata wpadł na pomysł, że zrobimy zakupy w Keczkemecie, zjemy kolację i żeby nie moczyć namiotu prześpimy się w aucie. W bagażniku zrobił dla nas wielkie posłanie, mama zwinęła się w kłębek na swoim fotelu, a sam próbował znaleźć pozycję by trochę odpocząć. Trochę się wygłupiałyśmy bo nie mogłyśmy zasnąć, ale po kilku minutach wszyscy smacznie chrapaliśmy.

28 lipca


ZDJĘCIA
Ok. 5 rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy do zobaczenia jeszcze jedno miejsce, Krainę Lodu. Tata obiecał Lenie i mnie wizytę w Jaskini Lodowej. Troszkę musieliśmy nadrobić km, zapłacić przypadkowy mandacik (drogę zaszedł nam bardzo miły słowacki policjant, który "uświadomił tatę, że jednak cały czas znajdujemy się na terenie zabudowanym i jedziemy nieco za szybko..."). Od tej pory tata słyszał i cierpliwie znosił: "Uwaga, teren zabudowany", "koniec terenu zabudowanego". Słowa tata dotrzymał i dowiózł nas do Kariny Lodu. Z parkingu trzeba było jeszcze kawałek dojść, a mama zachwycała się rześkim powietrzem... Trafiliśmy przypadkiem na grupę z polskim przewodnikiem. W Jaskini było zimno i dużo śniegu i lodu. Dobre oświetlenie i kolorystyka, no i pewnie fakt, że tu kiedyś była Elza, Anna i Olaf (bohaterowie bajki) spowodował że Lenka się nie bała. Wizyta w jaskini bardzo nam się podobała (tunel w lodzie, fakt że tam kiedyś ćwiczyli mistrzowie łyżwiarstwa, obrazki jak z bajki robią wrażenie), ale wszyscy już pragnęliśmy wrócić do Polski. Gdy tylko przekroczyliśmy naszą granicę rodzice zapragnęli odwiedzić Kraków. Tu zawitaliśmy na 3 dni, gdzie my mogłyśmy się  nacieszyć babcią, ciocią, Kori i Maui, a one nami.
    
Po 16 dniach wróciliśmy do domu...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Nasze greckie wakacje

Upały zdecydowanie lepiej znosi się w Grecji, na plaży. W Częstochowie temperatury powyżej 30 stopni były trudne do przetrwania. W cieniu gorąco, basen pełen ludzi, a w domu najlepiej siedzieć przed wiatrakiem. Po powrocie z Grecji, nawet zbiornik wody w Kłobucku wydawał nam się mało atrakcyjny. Chyba dobrze, że się już ochłodziło. Prawie codziennie spotykamy się z koleżankami i z kolegą na podwórku. Śmigamy na rowerach, rolkach (ja) i hulajnogach, to jest życie. Lena przesiadła się z rowerka biegowego na czterokołowy. Potrzebowała dużo czasu by nauczyć się pedałować i kierować jednocześnie. Naukę jazdy na dwóch kołach, mama odkłada na przyszły rok. Mamy fajną paczkę dzieciaków, ale jak to bywa czasami się kłócimy. Na szczęście po każdym kolejnym problemie radzimy sobie coraz lepiej z dogadywaniem się. Ja nie mogę się już doczekać szkoły. Dostałam piękny tornister, a i piórnik czeka gotowy do rozpoczęcia roku. To już tydzień...

Grecja c.d.

Kolejne dni były podobne do siebie. Zmienialiśmy tylko plaże. Każda inna i na swój sposób piękna. Aha i zmieniliśmy hotel... Przez całe to zamieszanie z rezerwacją, przeniesiono nas do innego hotelu. Rodzice nie bronili się, licząc że oprócz basenu (w pierwszym hotelu go nie było) zyskamy może lepsze jedzenie (w drugim było jeszcze gorsze ;( ). Basen okazał się fantastyczną rozrywką na porę poobiednią i wieczorną. Najchętniej byśmy z niego nie wychodziły. Nauczyłam się wskakiwać do basenu z nurem pod wodę. Z resztą okazuje się, że lepiej mi idzie utrzymywanie się na wodzie z głową pod wodą niż nad. Gdy próbuję pływać z głową nad powierzchnią wody wygląda jakbym się topiła (mama nazywa, że pływam "na tonącego"). Lena też ośmieliła się i zaczęła nurkować. Także większość dnia spędzałyśmy w wodzie, mama zastanawiała się kiedy nam wyrosną błony między palcami. Najbardziej się cieszyła, że dzięki słonej wodzie przeszedł mi w końcu ten paskudny katar (trochę się nawciągałam wody nosem...). Lena z początku nie mogła przyzwyczaić się do smaku wody w morzu, codziennie pytała:
- Mamo, a tu też jest słona woda?
Jednego dnia byliśmy na plaży z wysepką, na której stała kapliczka. Na ogół morze było spokojne i mogłyśmy się chlapać i pływać same w kółkach i z rękawkami. Jednego dnia morze było bardziej wzburzone i były ogromne fale. Trafiliśmy wtedy na piękną plażę, gdzie na skarpach stały wille, z których stromymi schodkami schodziło się wprost na plażę. Jak na filmach... Ku przerażeniu mamy wzięłam koło i pobiegłam sama do wody. Chwilę "surfowałam" na falach, a później fala wyrzuciła mnie na brzeg. Trochę to bolało i później wchodziłam do wody już tylko z tatą. Lenie fale się nie spodobały i zrezygnowała z zabawy w morzu. Generalnie tego dnia tatusiowie skakali z dziećmi w wodzie, a na brzegu stały mamy, które szybko łapały dzieci, gdy fala je wyrzucała turlające się na brzeg. Jeżdżąc na różne plaże objechaliśmy cały półwysep Sithonia i podziwialiśmy przepiękne widoki, których zdjęcia nie oddadzą. Chcieliśmy znaleźć plażę z jaskinią i kapliczką. Dzięki temu trafiliśmy w bardzo tajemnicze miejsce. Z głównej drogi zjechaliśmy na bitą dróżkę. Po przejechaniu ok. 1 km zmieniła się ona w drogę asfaltową. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale nagle spostrzegliśmy, że na tym pustkowiu jest plątanina asfaltowych dróżek i schodków. Widoki na morze i górę Athos były niesamowite. Było widać małe plażyczki (na jednej z nich był camping - stały rozłożone płachty, które miały dawać cień, a pod nimi stały namioty, z których wychodziło się wprost na plażę i do morza). W plątaninie tych uliczek poddaliśmy się i zaprzestaliśmy szukania plaży z jaskinią i kapliczką. Podejrzewamy, że w tamtym miejscu miał powstać jakiś kurort... Inną ciekawostką w Grecji są kapliczki - nie tylko w miejscach wypadków, ale też tam gdzie święci mają czuwać nad rolą, albo mają odstraszyć złe duchy. Kapliczki są wszędzie. Czymś nietypowym dla nas była sjesta. Najbardziej odczuliśmy ją, gdy odwiedziliśmy małe miasteczko Agios Nikolaos. Jest ono oddalone od morza, i gdy wracając z plaży zawitaliśmy tam ok 17, ulice świeciły pustkami. W centrum był mały placyk z fontanną po środku. Dookoła knajpki z parasolkami. Niestety wszystkie o tej porze zamknięte. Jakby wszyscy ludzie nagle wyparowali, albo wyjechali stamtąd. W miasteczkach wypoczynkowych pory sjesty nie odczuwaliśmy aż tak bardzo. Nie wiadomo kiedy minęło 10 dni naszych cudownych greckich wakacji i trzeba było myśleć o powrocie do domu... 
Zdjęcia

środa, 19 sierpnia 2015

Kolejne 800km i jesteśmy na miejscu

Na czym to stanęłam?? Za nami bardzo gorący okres, w końcu temperatura powietrza spadła poniżej 30 stopni i może uda mi się spisać co nieco o naszej wyprawie, nim wszystko zapomnę.

 15 lipca


Bez dużego pośpiechu wstaliśmy ok. 8:00, zjedliśmy małe śniadanko i powędrowaliśmy do garażu. Oddalony był od naszego apartamentu może 0,5 km. Już o 9 rano słonko sygnalizowało, że dzień będzie nieznośnie gorący. Garaż znajdował się w podwórku kamienicy. Gdzie toczyło się normalne życie. Samochody ciasno zaparkowane na całym placu, do tego miał miejsce jakiś rozładunek towaru do sklepiku. Nasz garaż okazał się nieco zastawiony. Za szybą auta widniała mała karteczka z numerem telefonu. Tata próbował wyjechać, ale nie było szansy- auto się nie "złamie". No tak można by zadzwonić, ale jaki TU kierunkowy? Gdy tata bezradnie próbował "złamać" auto, mama podeszła do jednego panów z dostawczego auta i poprosiła o pomoc. Łamanym angielskim próbowała coś tłumaczyć. Pan angielski znał chyba jeszcze mniej od mamy, ale od razu wiedział co i jak. Po paru minutach zbiegła zaspana pani i odjechała swoim autem. W końcu mogliśmy wyruszyć w drogę. Tata był zdziwiony, że mama mimo swojej blokady tak świetnie załatwiła sprawę. Nawet jej pogratulował ;). Rodzice bali się, że wyjeżdżając z miasta natrafimy na ogromne korki. Tata nauczył się drogi na pamięć. Chyba nie do końca wierzył w zdolności nawigacyjne mamy. Cóż, znowu zaskoczyła go jednokierunkowa droga, ale z jego zmysłem orientacji w terenie i z mapą (w telefonie) w ręku mamy - wspólnymi siłami dali radę wyjechać. Zaskoczeni byli, że poszło nam to tak szybko. Bez korków i bez kluczenia. Szybko zostawiliśmy za sobą Belgrad. My oddałyśmy się błogiemu oglądaniu bajek. Nawet mama stwierdziła, że po tak ciężkim i długim poprzednim dniu należy nam się taki relax. Trochę się denerwowała, że ignorowałyśmy jej radosne okrzyki związane ze zmieniającym się krajobrazem. Ożywiła nas propozycja 2 śniadania w naszym ulubionym lokalu - McDonaldzie. Ok. 100 km od Belgradu znajduje się ten przybytek z niezdrowym jedzeniem. Był on pierwszy i ostatni jaki widzieliśmy przez kolejne dni (dopiero go spotkaliśmy wracając). Rodzice nie byli pewni co po drodze jeszcze spotkamy i nie mieli wyrzutów sumienia. Do naszej ekipy zabawek dołączyły Minionki - takie żółte COŚ z bajki co żyło za czasów dinozaurów (święcie w to wierzę, mimo że mama mówi że nie ma i nie było MINIONKÓW). Kolejny postój był na granicy serbsko-macedońskiej (oni mają bardzo ładną flagę). Ku radości rodziców poszło sprawnie, niecałe 30 min. Droga przez ten kraj zachwyciła rodziców, a my mimo ich wielkiego entuzjazmu oglądałyśmy nasze bajki. Owszem podobały nam się tunele, ale żeby tak się rozczulać nad skałami, wąwozami, dolinami, przepaściami i wysokimi mostami. 300 km macedońskich dróg minęło znacznie szybciej niż droga przez Serbię. Widok granicy Grecji ucieszył nas wszystkich, a gdy ją przekroczyliśmy (też szybko i sprawnie-ok 30 min) mama nawet coś "śpiewała" z radości. Szybko przed nami ukazało się jakiś duże miasto - Saloniki. Z autostrady mieliśmy piękny widok na jego panoramę. Nas cieszyło pojawiające się co chwilę morze. Przed nami zostało już tylko 100km do naszych wymarzonych wakacji. 100 bardzo długich, ciągnących, męczących km. Gdy w końcu je pokonaliśmy i znaleźliśmy nasz hotel... Tata poszedł nas zakwaterować, a my z mamą oglądałyśmy plażę. Głód i zmęczenie kazało nam szukać taty, gdy dość długo nie wracał. Siedział przed recepcją:
- Nikogo nie ma? - spytała zdziwiona mama 
- Są, ale pan twierdzi że nie ma dla nas rezerwacji. - odpowiedział tata
- Żartujesz?
- Nie, zaraz ma przyjść.
- Jasne...- mama się śmiała, ale tata nie - poważnie?
- No tak...
Po jakimś czasie pojawił się pan i wygłosił coś w stylu:
- Bardzo nam miło, że przyjechaliście. Wiem, że za wami długa droga, ale nikt tu na was nie czekał. Nie ma waszej rezerwacji... Jesteście z dziećmi, więc dam wam dziś pokój. Musicie to wszystko wyjaśnić. Teraz zaprowadzę Was do pokoju i idźcie na kolację.
No, po takim przemówieniu rodzice nieco posmętnieli, ale że byli głodni i zmęczeni jakoś nie zepsuło nam to wieczoru. Oczywiście gdzieś dzwonili i próbowali wyjaśniać. Było już późno i nie wiele się dało. Mi się humorek trochę popsuł jak na kolacji wywaliłam cały talerz spaghetti na podłogę. Czasami przytrafiają mi się takie niezręczności...
Tak nas przywitało miasteczko Metamorfossis położone na półwyspie Chalcydyckim, na jego środkowym palcu, przy półwyspie Sithonia. 

16 lipca

W drodze na śniadanie zaczepił nas pan Grek. Oświadczył, że jemu nic nie mówią nazwy biur, które tata podał mu zeszłego wieczora. Że za kolejną noc to już trzeba będzie zapłacić, a potem to on już nie ma dla nas pokoju. Tata zachował spokój, a mama próbowała ukryć całą sprawę przed nami. Cóż, po niej widać zdenerwowanie od razu. Może godzinę, może więcej trwało wyjaśnianie całej sytuacji. Koniec końców pan Grek przeprosił rodziców za zamieszanie. Zrzucił winę na pośrednika greckiego. Dla rodziców miało to mniejsze znaczenie, kto zawalił. W końcu i oni odetchnęli z ulgą i razem z nami cieszyli się morzem i słońcem.
Ponieważ tego dnia obiadokolacja była wcześniej (wieczorem odbywać się miał grecki wieczór) na kolację udaliśmy się do pobliskiej tawerny. Tata zamówił dla siebie ośmiornicę, której wszyscy musieliśmy spróbować. Była dobra, ale do czego porównać jej smak? Może taka mieszanka wszystkich ryb jakie jadłam na raz? Nie wiem, ale wszystkim się chwalę, że jadłam te dziwne stworzenia.

17 lipca

Rodzice się zarzekali, że dwa, trzy dni nic nie będziemy robić tylko plażować koło hotelu. Chyba im się nieco znudziło, skoro kolejnego dnia stwierdzili, że trzeba się ruszyć. Rano pojechaliśmy na oddaloną o jakieś 30 km plażę, z drugiej strony półwyspu. Pomysł był bardzo trafiony. Plaża leżała w uroczej zatoczce. Przy hotelu na plaży były kamienie i na plaży i w wodzie (dopiero po kilku krokach w wodzie znikały i był już tylko piasek). Tu plaża była piaszczysta, a woda nabierała przez to lazurowego koloru. Tak właśnie mama wyobrażała sobie greckie plaże. A hen, hen z morza wyłaniała się Święta Góra Athos. Schemat naszego plażowania zaczął się powtarzać. Najpierw wszyscy chlapaliśmy się razem. Później mama udawała się na kocyk, pod parasol gdzie czytała swoją książkę, a my nadal szalałyśmy z tatą. Czasami nurkowałam z nim, dostałam okularki i rurkę. Podglądaliśmy kumpli, tak nazwaliśmy rybki. Łowiliśmy małe muszelki, albo po prostu wygłupialiśmy się. Potem robiłyśmy przerwę na kocyku, a mam czytała "Uwaga czarny parasol" lub Legendy Krakowskie (zaplątały się przypadkiem w aucie). Gdy mama miała dość czytania wskakiwała z nami do wody. Dosłownie wbiegała zanurzając się po czubek głowy. Nad naszym Bałtykiem nie jest to możliwe, a w Grecji tak. Woda jest super ciepła i dzięki temu mogłyśmy tam siedzieć godzinami w wodzie. Później tata powracał z samotnego nurkowania i znowu się z nami bawił.  


ZDJĘCIA

18 lipca 

Rodzice to chyba mają robaki w ..., bo kolejnego dnia zebrało im się na wycieczki. Chyba tęsknią za swoimi studenckimi czasami bo postanowili pokazać nam jaskinię. Jaskinia Petralona została odkryta w latach 50. poprzedniego wieku. Wielkość, a także znaczenie odkrycia robią wrażenie. Znaleziono tam szczątki człowieka żyjącego ponad 700 tys lat temu, a także szczątki zwierząt i koprolity (hihi to nam zapadło w głowie najbardziej hihi uśmiałyśmy się do łez). Jaskinia była piękna i zrobiła na mnie i na rodzicach ogromne wrażenie, te stalagmity, stalaktyty no po prostu WOW. Tylko Lena jakoś nie czuła się zbyt komfortowo. Mrok panujący dookoła ją przerażał. Z miłą chęcią wyszła z tego przyjemnie chłodnego miejsca. Tym bardziej, że przed wejściem były 2 urocze kotki. Mnie najbardziej wkurzyło, że rodzice poskąpili kasy na "pociąg" jadący z parkingu do jaskini. Twierdzili, że 1km spaceru nam nie zaszkodzi, a kasa na lody będzie. No dobra, droga nie była daleka, ale w tym upale szło się ciężko. Fakt faktem, że daliśmy radę... Szkoda tylko, że nie mamy zdjęć z jaskini. Grupa wycieczkowa była mała, a pani prosiła żeby nie robić w środku zdjęć.     

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Pierwsze 1000 km naszych wakacji

 Po kilku dniach upałów, dziś straszy deszczem. Mam więc chwilkę, żeby powspominać...

13 lipca 2015r, g.3:00

Zadzwonił budzik mamy...wyjazd planowany był na godzinę 4:00. Z lekkim poślizgiem udało nam się wyjechać, przed 5, na nasze wakacje. Byłyśmy z Lenką bardzo przejęte i nie było problemów z pobudką. Zajęliśmy swoje miejsca w aucie i wystartowaliśmy. Obudziłyśmy się na Słowacji kilka, godzin później. Poprosiłam rodziców, żeby włączyli nam bajki. Tak(!), teraz można oglądać bajki w samochodzie. Rodzice pożyczyli dwa monitorki, żeby umilić sobie drogę (do tej pory byli przeciwni takim rozwiązaniom, ale dla spokoju w długiej podróży ulegli nowoczesnym sposobom uciszania dzieci). Niestety sprzęt sprawdzony i działający dzień wcześniej zawiódł. Popsuło nam to humory. Na całe szczęście jechał z nami tata - ZŁOTA RĄCZKA. Podczas gdy my spacerowałyśmy po parkingu w celu rozprostowania nóżek on rozkręcał wtyczki, docinał kabelki i naprawił usterkę. Udaliśmy się w dalszą podróż w rytmach bajek, głównie Barbie (tata powiedział, że już nie możemy jej oglądać bo jak jeszcze raz usłyszy piosenkę " Jestem TU, robię to co chcę" to oszaleje). Dłuższą przerwę rodzice zaplanowali w miejscowości Kecskemét na 
Węgrzech. Tu tatuś pracował jakiś czas temu i chciał nam pokazać to miasteczko. Udaliśmy się na obiad gdzie po raz pierwszy doświadczyliśmy, że Tu nikt nie mówi po naszemu. Szybko z Lenką podłapałyśmy "Fenkju" (i na tym nasza edukacja się zatrzymała). Mama z początku miała duży opór, by używać angielskiego i drukowanymi literami w języku polskim zwracała się do tubylców. Wzbudzała tym radość taty i dziwne spojrzenia ludzi, z którymi "rozmawiała". Po 2 godzinnej przerwie w ponad 30st. upale ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem było przejście węgiersko-serbskie - Roszke. Trochę nas zdziwiło, że stoimy w sznurku aut. Rodzice nam tłumaczyli, że kiedyś tak było na każdym przejściu granicznym. Że panowie (lub pani) muszą sprawdzić nasze dokumenty, a nawet mogą nam zaglądać do auta. Po 30 minutach byliśmy w Serbii. Tata zaproponował mamie, żeby ona go zmieniła za kierownicą. Mama oszacowała niewielki ruch tirów na autostradzie i chętnie się zgodziła. Tata jeździ z głową, to znaczy oszczędnie, żeby auto nie spaliło zbyt dużo paliwa. Mama ma nieco odmienny styl - "o jakieś auto przed nami, muszę je wyprzedzić", później nieco zwalnia. Czasami tata ją sprowadza na ziemię "Nie tak szybko!!". W tym wszystkim jest dziwne to, że jak tata jedzie szybciej niż zwykle, mama woła "Zwolnij!!" lub "Hamuj!". Ok. 21 dotarliśmy do stolicy Serbii, do Belgradu. Mama zaproponowała zamianę, ale tata stwierdził że ona ma jechać, a on ją będzie nawigował (no bo on nieco lepiej się zna na mapie i się przygotowywał, a mama...). Mama z duszą na ramieniu wjechała do obcego miasta. Była bardzo przejęta. Im bliżej centrum tym ruch pieszo-mechaniczny stawał się chaotyczny (kierowcy wymuszali, ludzie przechodzili w nieoznakowanych miejscach). Nawigator tata zapędził mamę w ślepą uliczkę i tu mama zamieniła się z tatą. Przed nim była niedługa droga, ale w plątaninie jednokierunkowych uliczek i "porzuconych" na awaryjnych światłach aut, wbiegających ludzi na jezdnię trwała nieco dłużej niż powinna. Rodzice odetchnęli z ulgą gdy dotarli na miejsce rzekomego noclegu. Rzekomego bo okazało się, że To miejsce było tylko miejscem spotkań ludzi wynajmujących mieszkania - apartamenty. Po godzinie udało nam się dotrzeć na miejsce noclegu, a tatuś musiał jeszcze pojechać zaparkować auto. Szybko usnęliśmy po 1000 przejechanych kilometrów. 

14 lipca

Rano po śniadaniu ruszyliśmy na spacer po mieście. Okazało się, że w tym mieście jest nieco inna kultura jazdy tzn. podchodzimy do przejścia dla pieszych, a tu auta stają i nas puszczają. Najpierw trafiliśmy do małego wesołego miasteczka w parku (koło ZOO) koło ruin twierdzy Kalemegdan. Poszliśmy na Diabelski Młyn (mniejszy o połowę niż w Chorzowie). Ja jechałam w gondolce z mamą. Ona ma chyba jakieś lęki. Jak tylko zbliżałyśmy się do góry zaczynała krzyczeć, a przestawała jak już docierałyśmy na dół i zaczynała się śmiać. W sumie to nie wiem czy jej się podobało. Później zwiedzaliśmy ruiny twierdzy i podziwialiśmy panoramę Belgradu. 
Przy 33 stopniach ja i Lenka największą frajdę miałyśmy w szukaniu cienia. W końcu mama zapytała:

- Idziemy na obiad?
- Tak!!- wykrzyknęłyśmy uradowane
- Na co macie ochotę? - spytał tatuś
- Na pierogi!!- odparłam zdecydowanie wyobrażając sobie górę pierogów z jagodami.

Okazało się, że na pierogi nie ma co liczyć... Za to znaleźliśmy fajny plac zabaw... Tu (w tym mieście) też nastąpił cud mama wydusiła z siebie pierwsze zdania w języku angielskim. Przestało jej przeszkadzać, że nie zna słówek, a i gramatykę kaleczy. Po wydaniu grubych tysięcy dinarów na obiad, ruszyliśmy dalej deptakiem Kneza Mihailova. Tam spotkaliśmy transformensy - auta zamieniające się w roboty. Później doczłapaliśmy do Parlamentu oraz do jednej z największych cerkwi prawosławnych - św. Sawy, która jest w odbudowie od wielu lat. Tata jako prawdziwy geolog był pod wrażeniem ilości białego marmuru jakim obłożona jest ta wielka budowla. Mamę zaskoczyło puste wnętrze... Po takim spacerze zrobiliśmy przerwę na lody, piwo i lemoniadę... Nabraliśmy sił i postanowiliśmy (znaczy się rodzice, bo my to byśmy chętnie poszukały placu zabaw) odszukać budynki Ministerstwa Obrony Narodowej i Wojny, które zostały zbombardowane przez NATO w 1999 roku. Bez mapy, na tak zwanego czuja tata nas doprowadził na miejsce. Tam mama pstryknęła kilka fotek, a gdy się oddalaliśmy od tego miejsca tata rzekł:
- Twój tata mówił, że tu trzeba uważać jak się robi zdjęcia. Ci żołnierze podobno pilnują, żeby tego nie robić...
- Yyy to nie wiedziałam, przecież w necie jest tyle zdjęć tych budynków...Gdybym wiedziała to bym nie robiła. Czemu mi mówisz dopiero teraz?
"No bo byś nie zrobiła" pomyślał tata z uśmiechem. Droga do apartamentu była długa, a nogi coraz cięższe. Po drodze skoczyliśmy na plac zabaw, i tam jakoś dostałyśmy skrzydeł. Po krótkiej przerwie poszliśmy zobaczyć ponoć słynną, ale raczej przereklamowaną uliczkę artystów Skadarlija. Może pora nie była trafiona, bo było ciemno. Knajpka na knajpce, a z każdej dochodziła inna pewnie serbska pieśń wykonywana przez takich "ulicznych" grajków (skrzypki, akordeon...). Cóż tam, rodzice chcieli zobaczyć, a my dla lodów możemy znieść wiele... Po całym dniu wędrowania po Belgradzie usnęłyśmy szybko...

ZDJĘCIA

P.S. Belgrad w pigułce bardzo nam się podobał.