25 lipca
Droga do Częstochowy nie miała być prosta, bo w planach było jeszcze zwiedzanie. Na pierwszy rzut poszły Saloniki. To był pierwszy dzień, gdy słońce zaszło za chmury. Początek naszej wycieczki nie był taki upalny (może 30 stopni). Chodziliśmy między współczesnymi kamienicami, budynkami. Między nimi nawciskane są ruiny, a także zabytkowe kościoły czy łaźnie. Spacer po tym mieście osłodził nam fakt zakupienia pamiątek, a uatrakcyjniła wizyta na targu
rybnym gdzie śmierdziało. Sprzedawcy zachwalali swoje towary i prezentowali ich świeżość. Lena przeszła przez tą alejkę zatykając nos "Fuuuuuj jak tu śmierdzi, ja chcę do domu!!", a ja byłam zła na tatę, że zabrał nas w tak cuchnące miejsce. Starałyśmy się dzielnie maszerować po ulicach tego dużego miasta. W sumie nam się to udawało, do czasu gdy wyszło słonko. Gdy dotarliśmy do Białej Wieży to marudził nawet tata. Marudził bo zgłodniał... Po obiadku wszyscy ochoczo ruszyliśmy do auta. Wiem, że opis tego miasta w moim wykonaniu jest skromy, ale nie byliśmy tam na żadnym placu zabaw to i o czym tu pisać? Z ruin podobał mi się Łuk Galeriusza i Rotunda (bo tam spotkałam kotka). Z radością wsiedliśmy do auta z klimatyzacją (chociaż na krótsze odcinki korzystaliśmy raczej z otwartych okien). Przed nami było ok 200 km do Meteorów. Chodzi o takie śmieszne góry, na których szczytach umieszczone są klasztory. Nie ma to nic wspólnego ze spadającymi gwiazdami, chociaż krajobraz jest kosmiczny. Droga do naszego celu mijała szybko. Tego dnia widzieliśmy deszcz pierwszy raz od wyjazdu z Polski (13 lipca padało cały ranek). Ostatnie 60 km zaprezentowało nam piękne górskie widoki, ale kręte drogi powodowały, że jechaliśmy znacznie wolniej niż na autostradzie. Jechaliśmy i jechaliśmy, i mimo że odległość była nieduża, to po takim dniu wszyscy mieliśmy dosyć jazdy. Zatrzymaliśmy się na campingu. Spanie pod namiotem to miała być dodatkowa atrakcja dla nas, i była. Bardzo nam się spodobało to miejsce, to że mogłyśmy razem chodzić SAME do toalety, że pilnowałyśmy namiotu. Sama noc była dość ciężka, bo przy 27 stopniach ciężko zasnąć.26 lipca
Dzień zapowiadał się upalnie i taki był. Plan był, że w zależności od pogody będziemy zwiedzać klasztory pieszo, bądź autem. Prognoza 38 stopni kazała nam wybrać auto z klimatyzacją. Tatuś miał ambicję zobaczenia 4 klasztorów, po 2 miał tak samo dosyć jak my. Panie, które miały na sobie spodnie musiały nakładać na siebie takie płachty, od których robiło im się jeszcze bardziej gorąco. Czasami dobrze być dzieckiem. Widoczki niczego sobie, ale po co w taki upał tam łazić? Czemu nie można by siedzieć na plaży? Marudziłyśmy, że gorąco, że dużo ludzi (którzy prawie zadeptali Lenkę), ale w sumie to nawet fajnie tam było. Dobrze, że są tam drogi dojazdowe i można tam bezpiecznie dotrzeć autem. Czy bym to powtórzyła? Nie, chyba że zrobią tam aquapark. Dobrze, że na naszym campingu był basen i mogłyśmy się tam ochłodzić po takim dniu. Widok z basenu też był piękny. Zdecydowanie większe wrażenie wywarł na nas spacerujący trawnikiem żółw. U nas są jeże, a oni mają żółwie. Kolejną noc spędziliśmy pod namiotem, aby wypoczęci rodzice mogli stawić czoła długiej drodze do domu.
27 lipca
Żeby uniknąć krętych dróg wybrał, tego dnia tata wybrał autostradę. Hmm... wyglądało to tak, że były bramki (płaciło się ok 2E), a za nimi szerokiej drogi raptem parę km i koniec, bo nie zdążyli zbudować reszty. Taka sytuacja miała miejsce chyba 3 razy, a rodzice nie wiedzieli czy to żart. Cóż, dorzucili się grekom do nowych dróg. Mama nie mogła się doczekać drogi przez Macedonię, żeby zobaczyć ładne widoczki. Przejście graniczne pokonaliśmy w 20 min. Nawet zamieniła się z tatą miejscami. Niestety droga do Serbii wiodła nieco inaczej niż do Grecji i widoki były przeciętne. Do kolejnej granicy było ok 300 km, a i tam przejście poszło nam bardzo płynnie. Za Belgradem pojawiły się czarne chmury, które niosły ze sobą deszcz. Taka pogoda krzyżowała nasze plany nocowania pod namiotem (komplikowała). Granica serbsko-węgierska okazała się nieco kłopotliwa. Do okienka dojechaliśmy szybko, ale pan powiedział:
- poczekajcie chwilkę...- zabrał dokumenty i sobie poszedł
Kolejka za nami rosła, a my siedzieliśmy w aucie jak kołki. Po 15 minutach (chyba miał przerwę na dwójeczkę) wrócił i nas odprawił. Tata poczuł węgierskie powietrze i na polskie przywitanie węgierskiego granicznika:
- Polacy? Dzień Dobry
odparł:
- Jó napot kivanok!... Kesenem sipem! Visonlataszro!
Z uśmiechami przejechaliśmy 5m, a tam kolejni panowie w mundurach. Jeden pan stał do nas plecami i machał ręką, jakby nakazując żeby jechać:
- Jechać, nie jechać? - zastanawiali się rodzice - chyba jechać...- tata toczył niepewnie auto
- STOP!!! - krzyknął tamten
- Jednak nie jechać...
- Proszę wysiąść, otworzyć bagażnik...
- Ok, gdzie byliście?
- W Grecji, na wakacjach...
- Macie papierosy?
- Nie...
Pan rzucił okiem na nasz bałagan i pozwolił jechać.
Rodzice przekraczając tą ostatnią granicę poczuli się prawie jak w domu. Tylko co robić? Robi się późno, głód zaczyna już dokuczać (bo prócz kanapek na stacji benzynowej nic nie jedliśmy), a do tego deszcz ciągle pada. Tata wpadł na pomysł, że zrobimy zakupy w Keczkemecie, zjemy kolację i żeby nie moczyć namiotu prześpimy się w aucie. W bagażniku zrobił dla nas wielkie posłanie, mama zwinęła się w kłębek na swoim fotelu, a sam próbował znaleźć pozycję by trochę odpocząć. Trochę się wygłupiałyśmy bo nie mogłyśmy zasnąć, ale po kilku minutach wszyscy smacznie chrapaliśmy.
28 lipca
![]() |
| ZDJĘCIA |
Po 16 dniach wróciliśmy do domu...















