środa, 24 grudnia 2014

Wesołych Świąt

W naszym domku zawitała choineczka, ale w tym roku nie jest duża. Tata uczy się na błędach i postanowił zadbać o kręgosłup. Ponieważ my kupujemy choinkę żywą, ale w doniczce to jest ona ciężka. Kupujemy taką z nadzieją, że po Świętach drzewko zacznie nowe życie. Do tej pory udało nam się jedną (z 5) przywrócić ziemi. Tak więc tata wniósł już 6 choinek i 5 już wyniósł. Nadźwigał się staruszek, a przecież i tak większość świątecznego czasu nie ma nas w domu. Dlatego tym razem symbolicznie ubraliśmy małe drzewko.
Wigilię spędziliśmy u babci Ani i dziadka Marka. Było dużo jedzenia, które zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. Starałam się spróbować wszystkiego, ale bardzo przy tym marudziłam. Lena za to upodobała sobie uszka. Potrawy na talerzach się zmieniały, a Lena ciągle jadła uszka. Za to część słodka wypada w mojej ocenie znakomicie. Ciasta, pierniki, zagryzane kabanosem mniami... Po powrocie do domu, ok 23, spytałam mamy czy będzie kolacja. Trudno w to uwierzyć, ale nie było.

Życzymy Wesołych Świąt w rodzinnej atmosferze!!!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Ale o co chodzi?

Mama mówi "kto pyta nie błądzi" i każe się pytać jak czegoś nie wiem. Skoro tak, to pytam o wszystko. Najbardziej lubię z mamą oglądać wiadomości, albo kabarety. Wtedy mogę się pytać bez końca, bo generalnie nie rozumiem o co tym ludziom w TV chodzi. Jak nie mam o co pytać to zawsze mogę spytać: "kogo bardziej kochasz, mnie czy Lenę?", " Jaka byłaś duża jak miałaś 9 lat?", "Jak czytałaś jak miałaś tyle lat co ja?", "czy oglądałaś ten odcinek bajki ( i tu wymieniam)" itd... Lena przebiła chyba wszystkie moje pytania "mamo, ile razy jestem cięższa od wielbłąda?". Mama długo nie mogła zrozumieć o co Lena pyta, bo to dość nie typowe pytanie. Lena koniec końców się obraziła i oświadczyła "nie kofam Cię". To ostatnio jej ulubione sformułowanie, gdy ktoś nie działa po jej myśli. Jest ona dość interesowna podczas wyznawania swoich uczuć. Z resztą ona jest z innej bajki. Odkąd poszła do przedszkola nauczyła się liczyć do 10, chce poznawać literki, ale nie lubi się bawić sama. Wcześniej siadała i nie potrzebowała towarzystwa, a teraz tylko słychać "mamo pobaw się ze mną", "mamo bo Maja nie chce się ze mną bawić". Najzabawniejsza sprawa dotyczy jednak języka jakim się posługujemy:
L: Mamo, włącz mi "Mam tę moc" (piosenka z bajki) po polsku.
M: Włączam...- mama od razu spełnia zachciankę
L: Aaaaa to nie jest po polsku!!
M(mocno zdziwiona): A po jakiemu?
L: Po normalnemu, a ja chcę po polsku!!
M: Kochanie to jest po polsku. Po jakiemu Ty mówisz?
L: Po normalnemu.
M: Lenko, my mówimy po polsku. To jaką piosnkę mam Ci włączyć?
L: No po polsku "meli go".  (chyba chodziło o hiszpańską wersję "libre soy")
M: To nie jest po polsku.  (Mama włącza po angielsku, później po hiszpańsku)
Ostatecznie Lenka została zadowolona wersją w 25 językach. Kwestia języka ne została jeszcze rozstrzygnięta. 
PS. Tata wrócił po 39 dniach nieobecności. Po całym dniu pracy i podróży musiał oglądać nasze rysunki, prace plastyczne, prezenty od Mikołaja. Popisywałyśmy się czego się nauczyłyśmy podczas nieobecności, a na koniec zażyczyłyśmy sobie czytanie książki. Bardzo się za nim stęskniłyśmy.. 


piątek, 19 grudnia 2014

Najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta...

Zdjęcia ozdób
Porządki przedświąteczne to podobno tradycja, prawie jak choinka. Mama nieszczególnie się do nich przykłada bo najczęściej Święta spędzamy w Krakowie. Jednak zawsze stan podgorączkowy się pojawia, żeby było czuć że idą Święta. Postanowiła więc troszkę bardziej przyłożyć się do porządków, niż na co dzień. Poodsuwała część mebli, okna przetarła itd...Chodzi i tylko burczy "Lena uważaj na firankę, bo dziś powiesiłam", "nie dotykać okien, bo przetarłam". Nam jak na złość ciągle coś się przytrafia, a to wylejemy herbatkę na łóżko, albo przypadkiem wytrzemy rączki z pasty rybnej o kanapę. Mama zawsze jest pod wrażeniem ile okruchów jest po naszych posiłkach na kanapie, na stole, pod stołem. Stolik do tego jest zalany i klejący. Okruchy zalegają też pod kanapą. Mama się dziwi jak to się dzieje. Taka sytuacja: Lena chodzi z chlebkiem po mieszkaniu. Część trafia do jej buzi, a część w postaci okruchów za nią się sypie na podłogę. Mama wiele razy mówiła, że mamy siedzieć na pupach i jeść, ale... Gdy "Tadek niejadek" (słodycze się nie liczą jako posiłek) w domu reguły się nagina...
Nasze ozdoby na drzewie
MAMA: Lena upadł Ci kawałek chlebka, podnieś.
Lena kręci się dookoła i wytęża swój sokoli wzrok i nie widzi u swych stóp wielkiego okrucha (tzn widzi, ale przecież tak jest śmieszniej... dla niej). W końcu po dokładniejszych namiarach podanych przez mamę:
LENA: O znalazłam okruszek wsadzę go pod kanapę :)
Ponieważ Lena znowu się pochorowała, jakiś wirus krąży po przedszkolu (przez jakiś czas w naszych grupach było po 6 dzieci), to znowu siedzi w domu i oczywiście pomaga w porządkach. Może zdążą do Świąt? 
Kartki gotowe do wysłania
Do naszych małych domowych tradycji należy również robienie, pisanie i wysyłanie kartek Świątecznych. Tym razem wykonałam je na zajęciach plastycznych z panią Asią. Wytłoczyłyśmy wzory specjalną maszyną, a później je
Moje świeczniki
ozdobiłam. Mamy nadzieję, że do wszystkich wybrańców dotrą na czas. Wykonałam też część ozdób choinkowych (bombki metodą decoupage) i świeczniki (też tą sama metodą). W domu brakuje tylko choinki, mama jakoś nie chce przyciągnąć jej na plecach...Za nami przedstawienia świąteczne w przedszkolu. W tym roku było  śpiewanie  kolęd, piosenek świątecznych i wierszyki. Lenka nie wykazywała chęci do nauki wierszyków. Ciocie rozdały rodzicom teksty, które dzieci miały mówić razem. Grupa Leny chętnie śpiewa, za to nie chciała się uczyć wierszyków. W domu Lena oświadczyła: Wiesz mamo, ja będę śpiewać. Wierszyków nie będę mówić. Podstępnie mama
Podłaźniczka i Światy
czytała teksty kilka razy dziennie i Lena się nauczyła... U mnie nauka tekstów to bułka z masłem, a moja grupa lubi śpiewanie. Daliśmy niezły popis. Na koniec mojego występu rodzice też musieli z nami śpiewać i nawet nieźle im to wyszło.
PS. W listopadzie wykonałam z rodzicami podłaźniczkę i światy. To są takie ludowe ozdoby.













niedziela, 14 grudnia 2014

Detektywi na tropie

Przesłuchanie
M: Kiedy zginął pani telefon?
Mama: O 17 zauważyłam, że zniknął.
M: Z kim pani najczęściej rozmawia?
Mama: Z siostrą, z mamą, babką...
M: A siostra jaki ma głos?
Mama: Podobny do mojego.
M: Wyższy czy niższy?
Mama: hihi... wyższy...
L: A dłuższy czy krótszy??

M: Mamo gdzie detektyw trzyma swoje rzeczy?? -(chodzi o notes, pistolet  itd...)
Mama: Majku wsadź za gumkę od getrów...
5 minut później
M: Mamo, ale to mnie gniecie...gdzie mam to trzymać?
Mama: W sumie Ty jesteś kobietą detektywem to możesz nosić w torebce.
L: Ja nie jestem kobietą!
Mama: A kim ty jesteś??
L: Detektywem.

Mama rozmawiała z mamą kolegi Lenki:
- Czy Lenka dalej rano pije mleko...
- Yyyy w sumie to nie wiem co i czy ona pije w przedszkolu.
- Nasz to jeszcze woła o butle z mlekiem.
Wtedy mama uświadomiła sobie, że nawet nie pamięta kiedy Lenek odstawił mleczko. Nie miały trochę wyboru bo Lenka miała jakąś alergię i trzeba było z niego zrezygnować. Za to możemy się w końcu pochwalić, że nie używamy już pieluch. Długo to trwało, ale udało się. Od 2 miesięcy mama nie zakłada jej pieluch. Lenek czasami wstaje się załatwić, czasem prześpi całą noc. Niestety zdarzają się wpadki. Najczęściej są one oznaką przeziębienia. Kolejnym krokiem w samodzielność miało być zaniechanie przeze mnie wędrówek nocnych do sypialni rodziców. Ponieważ prośby i tłumaczenia do mnie nie docierały, mama zaproponowała system motywacyjny (przekupstwo). Pierwsza noc przespana u siebie= czekolada, a kolejne to chrupki i mała paczka klocków lego. Udało się, zaczęłam spać u siebie (przez jakieś 2 tyg). Niestety jak tylko tata wyjechał do pracy wróciłam do starych przyzwyczajeń. Za to podszkoliłam się w czytaniu i troszkę w pisaniu. Zostawiam mamie różne informacje:
"MAMO  SPRAWĆ  CZ  PAN  OTPISAŁ CZ  IEST  FERBI  W  TRÓJKONTY"
"ZNALEŚĆ  ZESZYT  Z  ZEBROŁ"

Od dwóch lat mam założoną kartę w bibliotece, a 2 tygodnie temu zostałam pasowana na czytelnika. Przygotowaliśmy małe przedstawienie dla rodziców, po którym pani kierowniczka biblioteki pasowała nas na czytelników. Mama oczywiście przyszła i wszystko nagrywała, żeby tata mógł zobaczyć, jak wróci z pracy. Wyjechał ponad 4 tygodnie temu i jeszcze został tydzień do jego powrotu. Czasami rozmawiamy z nim przez telefon, ale to nie to samo...bardzo za nim tęsknimy. Dobrze, że mamy trochę zajęć i czas nam miło mija. To znaczy ja mam tańce, Bystrzaka i jeszcze mama zaprowadza mnie (jak mam ochotę) do klubu spółdzielni. Tam jest pani Asia, która prowadzi zajęcia plastyczne. Bardzo lubię tam chodzić, nauczyłam się dużo ciekawych rzeczy... Lenusi musi wystarczyć, że mnie tam zaprowadza.


PS. Dziś dołączyła do nas, tzn urodziła się Iga. Córeczka cioci Dagmary i wujka Tomka. Zrobiła cioci niezły prezent urodzinowy, od teraz będą mogły robić wspólną imprezę. Dla równowagi dodam, że mojej koleżance Klaudii, siostrze kolegi Lenki Dawidowi urodził (10 grudnia) się braciszek Kubuś. Kornelcia, Aleksander, Kubuś i Igusia... nasze babyboom.

środa, 10 grudnia 2014

Mikołaju Święty przynieś nam prezenty

ZDJĘCIA
Dziś w skrócie o wydarzeniach mikołajowych,  które w tym roku trwały aż trzy dni. Cały poprzedni tydzień miałyśmy labe. Trochę kaszlu, żółte szpikole i zaropiałe oczy to szybka recepta na zwolnienie z przedszkola. Mama dodatkowo wolała nas przetrzymać, żeby przypadkiem wszystkie atrakcje nie przeszły nam koło nosa. Podczas L4 byłyśmy bardzo grzeczne wręcz rozkosznie miłe i 6 dni pod rząd z mamą w domu minęło niczym pobyt w SPA. W piątek mama wysłała nas do przedszkola gdzie wszystkie grupy odwiedził Święty Mikołaj i wręczył dzieciakom paczuszki. Wieczorem udałyśmy się do teatru na "Kopciuszka". Sztuka bardzo nam się podobała i nawet Lenka nie zdążyła się znudzić. Najzabawniejszy był Szczur, który za kawał sera zrobiłby wszystko. Cała sala wybuchała śmiechem gdy wróżka rzucała na niego czar i sterowała jego ruchy różczką. Teatralna wersja kopciuszka nie pokrywała się z bajką braci Grimm, którą czytano nam w przedszkolu. Wpadł mi w ucho taki fragment, który długo cytowałam "Zawracaj koniczka!... Krew płynie z trzewiczka!". Kto nie pamięta złe siostry kopciuszka miały za duże stopy i za namową mamy ucięły sobie jedna palec, a druga kawałek pięty. W teatrze nie było takich atrakcji. W sobotę rano w pokoju znalazłyśmy paczki od Świętego Mikołaja. Prezenty były doskonale trafione, bawiłyśmy się nimi cały dzień na zmianę. Mama nie mogła nas zagonić do spania, bo nam było ciągle mało. W niedzielę udałyśmy się do babci, gdzie czekały na nas prezenty. Dostałyśmy getry z Elsą i Anną z "Krainy Lodu" (taka bajka), w których chodzimy od poniedziałku. Mama dziś z nas je zdarła i zarządziła obowiązkowe pranie. Po niedzielnym obiedzie pojechaliśmy na halę sportową gdzie czekały na nas zabawy mikołajkowe: tańce i konkursy z Elfami, malowanie buziek, ozdabianie pierników, kolorowanie kolorowanek i tekturowego domku domku. Każdy znalazł coś dla siebie, a największą atrakcją był Święty Mikołaj. Każdemu dziecku wręczył osobiście wielkie pudło słodyczy, a pan fotograf pstrykał zdjęcia. Lena poszła z mamą, a ja zupełnie sama bo czasami jestem duża i radzę sobie sama.

środa, 3 grudnia 2014

Ndciągają mrozy


Temperatura spada, ale u nas to jedyna oznaka zbliżającej się zimy. Mama zaopatrzyła nas już w cieplejsze czapki, kurtki, buty. Jesteśmy gotowe na lepienie bałwana i jazdę na łyżwach. Szkoda, że tata nie kupił sobie w tamtym sezonie łyżew bo teraz w pracy przydałyby mu się w sam raz. W Czechach (tam jest tatuś)  mrozy sparaliżowały miasta. Stały tramwaje, pociągi, a nawet u taty w pracy przez chwilkę nie mogli pracować.
Wszystko przez padający deszczyk, który  od razu zamarzał. Może utrudniał życie, ale jak pięknie :).

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Magiczny GRUDZIEŃ czyli co dostać od Mikołaja

Jakieś dwa tygodnie temu mama zapunktowała u nas, ponieważ kupiła dla nas kalendarze adwentowe. Parę punktów straciła na starcie, bo z otwarciem kazała czekać do grudnia. Dziś nastał ten piękny, jakże długo oczekiwany dzień. Zaczyna on pasmo miłych wydarzeń. Najpierw odwiedziny Świętego Mikołaja, ubieranie choinek, śpiewanie kolęd i prezenty pod choinką. Pierwszy list do Świętego Mikołaja napisałam już w lipcu. Wracając z wakacji, znad morza zaczęłam rozważania co bym chciała od niego dostać. Po powrocie zapisałam wszystko, ale mama ugasiła mój zapał. Powiedziała, że do grudnia dużo czasu. Jeszcze kilka razy zmienię zdanie, a poza tym nie sądzi żeby Mikołaj przyniósł mi tablet i telefon komórkowy. W tej sytuacji postanowiłam namówić rodziców, żeby to oni mi kupili te wymarzone prezenty. Głupio, że wszyscy (prawie) moi znajomi mają już takie sprzęty, a ja jedna nie. Rodzice są zdania, że jestem jeszcze za mała. Czemu inni rodzice myślą inaczej o swoich dzieciach? Takie i inne pytania zadawałam mamie. Dowiedziałam się, że jak chcę to mogę korzystać z ich komputera. Szkoda, że nie chcą zrozumieć, że to nie to samo. Mama 10000000 razy mi tłumaczyła dlaczego mi nie kupią ani tableta, ani telefonu. Argumenty, że oni uważają, że dzieciom w moim wieku takie rzeczy  nie są potrzebne totalnie do mnie nie docierały. Ja się nie poddawałam i dalej wierciłam dziurę w brzuchu. Usłyszałam jeszcze, że rodzice kupują takie "zabawki" swoim dzieciom gdy nie mają dla nich czasu (bo np dużo pracują, a potem są zmęczeni). Zagłuszają swoje poczucie winy, a jednocześnie dzieci im nie przeszkadzają gdy ci odpoczywają (bo się bawią tabletem). Po takiej poważnej rozmowie wszystko dobrze przemyślałam. Ja myślę, że moje koleżanki mają fajniejszych rodziców bo oni spełniają wszystkie zachcianki swoich dzieci. Kiedyś mama zasiadła do komputera, gdy my się grzecznie bawiłyśmy. Po kilku minutach podeszłam do niej i oświadczyłam:
- Widzisz mamo, Ty dla nas też nie masz czasu. Powinnaś kupić mi tableta.
Niestety nie kupiła, ale nie odebrała nadziei. Oświadczyła, że jak nauczę się czytać i pisać z miła chęcią podarują mi razem z tatą pięknego, wymarzonego tableta. Nie nazywałabym się Maja Wojtal gdybym się poddała (przynajmniej w tej kwestii). Dalej wierciłam mamie dziurę w głowie, a ona załamywała ręce i wyrwała sobie sporo włosów z głowy. Poszła nawet do psychologa, żeby poradzić się jak ze mną rozmawiać. W sumie w tej sprawie pani nie wiele mamę wspomogła, ale podziałało. Teraz sporadycznie zapytuje czy wystarczy, że nauczę sie tylko czytać (bo to mi lepiej idzie). Wracając do listów do Mikołaja, w listopadzie powstały 3 wersje. Nawet Lenka napisała o swoich wymarzonych kucykach (treść listu Lenki: "O O O O(...)OOO"). Ja nie mogłam się zdecydować i ostatecznie padło na lego friends i poduszkę FURBY. Mama mówi, że Mikołaj nie zawsze spełnia marzenia. Ona kiedyś zamiast wymarzonych zabawek dostała kurtkę zimową. Dziwne, przecież Mikołaj ma fabrykę zabawek i każdemu może dać co tylko zechce. Mama uważa, że czasami daje to co dziecko potrzebuje... Ona nie rozumie tych magicznych spraw.  Za to Lenka jest naiwna jak mały dzidziuś. Ostatnio jej nagadałam, że była u mnie wróżka, która mi powiedziała, że Mikołaj nie przyniesie dla niej prezentu. Lenka wpadła w rozpacz, haha ale się uśmiałam. Z resztą Lenek to jest jeszcze mała i robi i mówi zabawne rzeczy:
1. Ubierałyśmy się śmiesznie w piżamki tzn. z bluzki zrobiłyśmy sobie spódnice i weszłyśmy do kuchni:
Maja: Patrz mamo jaką mam kreację.
Lena: Patrz mamo jaką mam operację.

2. Przyjechał dziadek Janusz w odwiedziny.
Dziadek: Lenka pokaż tą książkę co Ci zamówiłem.
Lenka: Dziadku ona jest brzydka. Mam ładniejszą, pokarzę Ci.
Dziadek ogląda kolorową książeczkę przyniesioną przez Lenkę:
Dz: No śliczna, a teraz pokaż tę co dostałaś ode mnie.
Lenka posłusznie przyniosła i dodaje:
L: Możesz sobie wziąć, a mi zamów coś innego.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Nie będziemy sikać w galoty bo później jest dużo roboty

Długi i niesamowity tydzień za nami. Narodziny Kornelci i Aleksandra przyćmiły nieco bardzo ważne przedszkolne wydarzenie. Nasza Lenka została pasowana na przedszkolaka. Mama jak zwykle się wzruszyła, a Lenka była bardzo przejęta. Dzieciaczki śpiewały piosenki, mówiły wierszyk i przysięgały (min., że nie będą sikać w galoty...). Miały piękne czerwone stroje i wyglądały uroczo. Niektórzy machali do swoich rodziców, jeden krasnal próbował się ukryć za własną rączką, inni się popychali, dłubali w nosach i drapali tam gdzie nie trzeba. Lenka tylko raz się obraziła gdy podczas tańców została zasłonięta przez swoich kolegów i koleżanki. Nie wiem tylko czy można jej zaliczyć jedno z trzech zadań jakie miały zrobić maluchy. Ze skokami i staniem na jednej nodze świetnie sobie poradziła. Nieco gorzej wyszła jej wesoła minka, bo jak dla mnie była to mina smutaska. Trzeba przyznać, że panie musiały się napracować, a dzieci świetnie wypadły podczas swojego pierwszego występu.  

PS. Pogoda zrobiła się już jesienna, a początek listopada przypominał wiosnę:
Jesienne spacery









czwartek, 20 listopada 2014

Babyboom, Witaj Aleksandrze


Mama ze swoją siostrzenicą
Bardzo emocjonujący tydzień trwa. Mama wszystkim pochwaliła się, że na świat przyszła Kornelcia. Niewątpliwie Aleksander podsłuchał jak ciocia Asia opowiadała wujkowi Łukaszowi o tym poniedziałkowym cudzie. Nie wiadomo czy pozazdrościł, czy kierowała nim ciekawość świata. W każdym razie obudził ciocię Asię nad ranem. Wujek stwierdził, że ma jeszcze czas i ma iść grzecznie spać i że się nasłuchał o Kornelci. Cóż, Aleksnader taty nie posłuchał i 18 listopada ok godziny 10 zawitał w Krakowie, parę ulic dalej od Kornelii. Jest maluteńki - ok 2,5 kg (ale za to 52 cm), bo urodził się nieco za wcześnie. Tyle dobrych wieści w ciągu dwóch dni. Mama nie wytrzymała i pojechała do Krakowa. Nas wysłała do przedszkola, później zajęła się nami babcia. Mówi, że nasza kuzynka jest prześliczna, cudowna i malutka. Lenka bardzo chciała ją rozbawić i kazała jej powiedzieć DUPA. Kornelci wcale to nie rozśmieszyło. Ona tylko chce spać koło mamy cycka i tyle. Lena
Kornelcia - 2 dni
jest nieco rozczarowana, że maluszek mówi tylko "eee, eeee" i nie zna tego magicznego i jakże zabawnego słowa "dupa". Na pewno ją nauczy. Aleksandra mama nie mogła zobaczyć, bo jego mogą odwiedzać tylko jego rodzice (i babcia). Ciocia pokazywała zdjęcia swojego synka, na których widać ogromne podobieństwo do wujka Łukasza. Bardzo się cieszymy i życzymy maluszkom zdróweczka, a świeżym rodzicom sił, wytrwałości i radosnych pierwszych (i każdych następnych) razów z dzieciaczkami.

poniedziałek, 17 listopada 2014

17 listopad Urodziny Kornelci, naszej kuzyneczki

Kornelcia
To była długa noc dla cioci Karinki i wujka Bartka. Spóźniona tydzień Kornelka postanowiła wreszcie nas zaszczycić i wyjść z dotychczasowego mieszkanka. Trzeba jej przyznać, że zachowała się wyjątkowo kulturalnie. Czekała całą niedzielę cierpliwie w brzuchu, aż jej tata wróci późnym wieczorem z komisji wyborczej. Całe szczęście, że u niego system informatyczny zadziałał bo nie wiadomo czy córeczka miałaby więcej cierpliwości. Wrócił do domu, usiadł i wtedy ciocia Karinka oświadczyła, że to JUŻ CZAS. Było to koło północy. Później wszyscy czekaliśmy jak na szpilkach na wieści ze szpitala. Kornelcia jak ranny ptaszek, niczym budzik zawitała na świat ok 6 rano. Ciocia raczej się nie wyspała, ale za to my mieliśmy  54 centymetrową i ponad 3 kg cudowną wiadomość o poranku.  

sobota, 15 listopada 2014

Bałagan przedwyborczy

Zmarznięte, ale szczęśliwe z otwarcia :)
Od jakiegoś tygodnia próbuję zrozumieć co się dzieje w moim mieście. Wszędzie pełno plakatów z ludźmi. Niektórzy są uśmiechnięci, a inni mają poważne miny. Niektórzy mają przymrużone oczy, a inni szeroko otwarte. Fryzury lub ich bark też zwróciły moją uwagę. Wszystkie te szczegóły są dla mnie niezwykle istotne i nie omieszkałam o nie zapytać, szczęśliwą z tego powodu mamę. Dla niej nie ma znaczenia czemu ta pani tak zmrużyła oczy na zdjęciu. Nie miała jednak wyjścia i musiała przeanalizować wszystkie możliwe przyczyny tego stanu, a do tego wyjaśnić je bardzo dokładnie. Dość nieswojo się czułam gdy Ci ludzie z plakatów zaczęli nas zaczepiać na ulicy wręczając ulotki ze swoimi podobiznami i prosząc o głos rodziców. Drgawek dostałam gdy Pani z Przymrużonymi Oczami nawiedziła mnie w domu. Czekałyśmy na naszą sąsiadkę Zosię. W końcu usłyszeliśmy utęsknione pukanie, a mama powiedziała "Maju to Zosia, otwórz.". Pobiegłam radosna niczym skowronek do drzwi, a tam Pani z Przymrużonymi Oczami mówi "Dobry...". Nie skończyła bo jej zatrzasnęłam drzwi przed nosem. Na pytanie mamy, która już zmierzała w moim kierunku odpowiedziałam "Niczego tam nie ma.". To w sumie nie była prawda bo poza panią o przymrużonych oczach na klatce jest cała masa galotek (jak mawia Lena na ulotki) wyborczych. Jak się okazuje zbliżają się wybory, a ci ludzie z plakatów to kandydaci. Mama starała mi się wytłumaczyć po co i na dlaczego te wszystkie dziwne zabiegi. Co z tego zrozumiałam to, że oni chcą rządzić, zmieniać i zarabiać. Tylko nie wiem czy zapamiętałam w dobrej kolejności. Tak czy siak z powodu wyborów w naszym, pięknym mieście otworzono mosty, drogi i nasz wytęskniony plac zabaw. Od tygodnia nanoszono popraweczki czyli zamiatano i czesano trawkę, wszystko ze stoickim spokojem. W końcu w zimny listopadowy, przedwyborczy piątek otwarto plac zabaw. Hip hip, hurraa!! Do tego dla rowerzystów postawiono takie stacje gdzie mogą napompować koła itp... Dobrze, że tej jesieni mieliśmy długo wiosnę i jeszcze niektórzy jeżdżą na rowerach.

sobota, 8 listopada 2014

Uroczyście


Zdjęcia
Ostatnie trzy tygodnie minęły nam dosyć intensywnie. Wrócił tatuś, tym razem ze Słowacji, z tamtejszej Częstochowy - Šaštín-Stráže. Nie pozwoliłyśmy mu na dłużej się zadomowić, tylko wyruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy do Stalowej Woli na kawkę, herbatkę, ciasteczko i obiadek. Odwiedziliśmy naszą rodzinkę i przyjaciół z Rudnika. Było bardzo miło, ale rodzice narzucili ogromne tempo tych spotkań i nie mogłyśmy wystarczająco się nacieszyć towarzystwem wszystkich. 
W międzyczasie odwiedziliśmy groby naszych przodków. Mama starała się nam opowiadać to co pamięta o pra, prapra, praprapradziadkach.
Mama, tata, Maja, Lenka i kuporób
Nas bardziej interesowało odpalanie światełek. Po dwóch dniach znowu spakowaliśmy walizki i odpaliliśmy naszego rekina. Tym razem pojechaliśmy odwiedzić Kraków skąpany we mgle. Stalowa żegnała nas błękitem nieba i słoneczkiem, 130 km przed Krakowem zaczęła się mgła. Okazało się, że mimo iż na mapie pogody Kraków miał być skąpany w słońcu to on tarzał się we mgle i to od kilku dobrych dni. Od naszego przyjazdu pogoda ulegała poprawie. Miło było spotkać się z Małinem, oj tak bardzo ją kochamy, babcię i Karinkę też. Wśród naszych cioć panuje jakaś epidemia, bo prawie wszystkie mają wielkie brzuchale jakby połknęły piłki. Mama mówi, że ten stan potrwa już niedługo. Nie pozwolono nam się długo cieszyć z bycia z babcią, Ciocią i Kornelcią, Małinkiem, no i wujkiem Bartkiem. W czwartek przecież mam moje ulubione zajęcia w Bystrzaku, a na piątek zapisałam się na bal Halloweenowy. Wszystkie dzieciaki  poprzebierały się. Ja byłam czarownicą. Świetnie się bawiłam i szczerze żałuję, że na kolejną imprezę muszę czekać cały rok. Tego dnia świętowaliśmy też urodzinki naszego tatuńka, dostał od nas uroczą laurkę i upiekłyśmy mu murzynka. W sobotę był 1 listopada i była piękna słoneczna pogoda. Przez dwa dni odwiedzaliśmy groby rodziny tatusia.  Kolejne dni mijały normalnie, czyli przedszkole i próby przed WIELKIM WYDARZENIEM, zajęcia dodatkowe: plastyka, tańce, Bystrzak, wyjście do kina, odwiedziny u koleżanki. Nie było czasu na nudę, a 7 listopada rodzice przybyli do mojego przedszkola na WIELKIE WYDARZENIE. Był to występ z okazji 11 listopada - DNIA NIEPODLEGŁOŚCI. Nasza nieliczna grupa Kubusiów zatańczyła poloneza i odśpiewała pieśni patriotyczne. Niektórzy rodzice nawet próbowali śpiewać z nami Hymn Narodowy. Mama się bardzo wzruszyła, a tata pękał z dumy. Nasze panie wykonały kawał roboty, a my daliśmy z siebie wszystko.


 
Marta pod krzesłem, uczy się z misiami w szkole
PS. Marta ostatnio przesadziła. Do tej pory miała przydomek Kuporób. Niestety postanowiła się rozwinąć i mama zaczęła na nią wołać Sikorób. Doigrała się i na dwa tygodnie została uwięziona w kuchni. Zrobiła się bardzo smutna, wzięła mamę na litość. Pudełkowa barykada, odgradzająca ją od reszty mieszkania została usunięta. Tym sposobem Marta wróciła na salony. Była bardzo za nami stęskniona, ostatnio towarzyszyła nam gdy bawiłyśmy się w szkołę. Pojechała nawet na wycieczkę autokarową z misiami.

niedziela, 19 października 2014

Co w domu piszczy

Za nami pierwsza, dłuższa, chorobowa nieobecność Lenki w przedszkolu. Wcale nie tęskniła za dziećmi, ani paniami. Chociaż codziennie bawiłyśmy się w przedszkole w domu. Przez 1,5 tygodnia pomagała nam babcia. Wszystko dlatego, że pani doktor kazała siedzieć mojej siostrze w domu. Gdy zwykłe syropki nie pomogły to zapisała jej antybiotyk, a ten szybko postawił ją na nogi. Z każdym dniem pobytu w domu Lenka utwierdzała się w przekonaniu, że jej dobrze tu z mamusią. Raz miała zostać z babcią, a mnie mama miała zaprowadzić w tym czasie na tańce. Wtedy Lenka się zbuntowała. Rzuciła się mamie na szyję i strasznie płakała. Tłumaczenie, a nawet przekupstwo nie pomogło i musiałyśmy uciec.  Po powrocie okazało się, że szybko zapomniała o łzach, wręcz nie uczciła powrotu mamy wielka radością. W końcu pani doktor pozwoliła Lence w czwartek pójść do przedszkola. Po zapewnieniach mamy, że na pewno ją odbierze nawet chętnie weszła do sali. Niestety ciocia zatrzymała mamę, żeby coś podpisała. Wtedy nasz mały krasnalek rozkleił się strasznie i znowu musiałyśmy uciekać. W piątek obyło się bez łez, a co będzie po weekendzie??
Dawno nie pisałam o Marcie, naszym świniaku. Od wizyty u weterynarza minęła mu depresja. Do tego pan doktor dobrał odpowiedni lek i w końcu odrosło mu piękne futerko. Jest znowu bardzo towarzyski i ma przepotworny apetyt. Wieczorami biega po domu, czasami słucha z nami książeczek, które czyta mama. Ponieważ śpimy na materacach to przychodzi do mnie i liże mnie po rękach, albo obgryza moje włosy. Taka wizyta w naszym pokoju oznaczać może, że świnka chce być głaskana, albo że czegoś jej brakuje (wody, jedzenia). Niestety nasz kochany świnek pozostawia po sobie bardzo liczne ślady (kupki i siku). Mama mówi, że sypie się z niego jak ze skarbonki.
Dlaczego śpimy na materacach?
Mama miała nadzieję, że jak będziemy spać koło siebie to przestaniemy przychodzić do nich do pokoju. Niestety patent mamy się nie sprawdził. Rodzice chcą w przyszłości sprawić nam piętrowe łóżko, ale boją się że której pięknej nocy spadnę. Lena potrafi spaść nawet z łóżka rodziców. Ostatnio lecąc zahaczyła o szafkę nocną i nabiła sińca na policzku. Także o spokojnych nocach nie można jeszcze mówić...

niedziela, 12 października 2014

Rozstrzygnięcie konkursu


Konkurs został rozstrzygnięty. Nadeszło sporo prac, 6 uczestników. Wybór nie był wcale łatwy. Każdy miał inny pomysł na "najpiękniejszą gwiazdę" i wybrał inną technikę. Jury w składzie Ja(Maja) i Lenka długo obradowało. Po burzliwych dyskusjach ogłosiłyśmy, że:

3 miejsce  Lena
2 miejsce tata 
1 miejsce ciocia Karinka


 Wszystkim uczestnikom dziękujemy za udział w konkursie, zapraszamy również na wystawę prac. Nagrody zostaną wysłane pocztą lub zostaną wręczone osobiście.


czwartek, 9 października 2014

Co można złapać w przedszkolu, wg Leny


Jeśli mama myślała, że jak wyśle nas do przedszkola to będzie miała święty spokój, to była w błędzie. We wrześniu z powody kataru opuściłam 1 dzień. Mama w tym czasie pomyła okna, posegregowała nasze zabawki (czas przeszły), zrobiła generalne porządki. My w tym czasie rysowałyśmy, śpiewałyśmy, tańczyłyśmy i bawiłyśmy się doskonale. Odkryłam, że lubię kolorować. Przez ten miesiąc pokolorowałam całą górę kolorowanek. Mama uznała etap porządków za zakończony i postanowiła się rozglądnąć za pracą. Powiem szczerze, że jak słyszę, że mama ma iść do pracy to zaczynam płakać. Bo nie wiem kto się wtedy nami zajmie. Przecież jak tatuś jedzie do pracy to go nie ma tygodniami. Mama ma wiele wątpliwości - bo jak to wszystko ogarnąć?  Przecież  mama będzie musiała dopasować nasze życie do nowych obowiązków. Jak się okazuje nie jest to takie proste. Udowodniłam mamie, że praca może nam pomieszać w życiu. Jak to zrobiłam? Złapałam parę bakterii i choruję sobie. Już cały tydzień jestem w domu. Z natury umiem się dzielić, więc staram się jak mogę, żeby podzielić się z mamą i Mają (tata w pracy to się nie da). Żeby mieć pewność, że zarażę Maję to ją pogryzłam (kilka razy). To takie zabawne jak ona krzyczy "nie gryź mnie!!" i śmieje się przez łzy. Finał jest tragiczny, dla Majki. Zostawiam jej pięknie odbite ząbalki, a ta wyje i wyje. Mamie nie podoba się ta zabawa i nam ją psuje. Ten tydzień w domu był cudowny. Bawiłyśmy się świetnie z mamą: malowanie farbami, kredkami, książeczki, moje ukochane klocki lego f. i cała masa zabaw. Mama jakaś taka zmęczona po 13 godzinach zabawy i opieki nad nami. Chyba najbardziej przypadła jej do gustu zabawa w psa w budzie.
Mama w kartonowej budzie

Podczas jednych z wielu, niemal codziennych zapasów (siłowych, słownych) padły niezapomniane słowa:
Maja: Mamo, Lena jest jak Putin bo chce więcej i więcej.

Kto myśli, że my się tylko kłócimy ten jest w ogromnym błędzie. My się doskonale razem bawimy np. w przedszkole. Maja jest cudowną starszą siostrą. Raz mama się na mnie zdenerwowała. Bo ja nie lubię jeść "normalnych posiłków". Kiedyś przez godzinę jadłam drugie danie. Miałam je zjeść bez karmienia, bo niby jestem już duża. No i nie zjadłam i nie dostałam deseru. Wiecie co zrobiła Maja? Podzieliła się ze mną swoim. Innym razem gdy nie chciałam sprzątać i strasznie krzyczałam dostałam szlaban na bajki. Moje przeprosiny już średnio działają. Maja się wstawiła za mną "Mamo, ona nie chciała, następnym razem posprząta. To moja kochana siostrzyczka.". Żeby mi nie było przykro, że mam krótsze włosy mówi mi tak "jesteś śliczną księżniczką z krótkimi włoskami, cudna jesteś. Księżniczki mogą mieć też takie włosy jak ty". No i co, dobra jest?? Jest, jest... Lubię jak się tak zachowuje, ale jako o tym nie pamiętam to dla rozluźnienia atmosfery ją gryzę.
Mimo cudownej pogody (dziś można było chodzić w krótkim rękawku) musimy siedzieć w domku. Mogę powspominać cudowny dzień jaki spędziliśmy w Śmiernym Dębie. To było jeszcze  przed wyjazdem taty do pracy. Najpiękniejsze było to, że przyjechała do nas nasza kochana Małinka (co dziennie o nią pytam i tęsknie). Zapaliliśmy ognisko i piekliśmy kiełbachy. Miło tak posiedzieć na wsi...
FOTECZKI




piątek, 3 października 2014

Przyszła jesień

Już nie świeży, bo od tygodnia czekający na publikację pościk:

Wakacje się skończyły, a teraz i lato sobie poszło. Trochę przypadkiem wybraliśmy się na pożegnalną wycieczkę, taki zbieg terminów. Mama obrała cel : Warszawa, a tata pomógł jej to wszystko ładnie zaplanować. Ponieważ nasz REKIN znowu zaniemógł, mieliśmy się wybrać pociągiem. W ostatniej chwili okazało się, że nasze auto jest gotowe do drogi i wybraliśmy bardziej komfortową podróż, czym rozczarowaliśmy naszych bliskich ;). Droga do stolicy minęła nam sprawnie, nie licząc jednego korka przy wjeździe do miasta.
FOTY
Pierwszym punktem zwiedzania był Wilanów. Znajduje się tam uroczy i piękny pałac, letnia rezydencja Jana III Sobieskiego. Najpierw zwiedzaliśmy wnętrza, gdzie dreptałyśmy ziewając, podśmiewałyśmy się ze strojów i fryzur ludzi z portretów wiszących na ścianach. Z tęsknotą patrzyłyśmy przez okna. Za nimi czekały na nas skąpane w słońcu ogrody. Gdy już wszystkie sale się skończyły, a my dokonałyśmy wyboru kto gdzie będzie spał, gdzie będzie pokój zabaw itd... z radością wybiegłyśmy na świeże powietrze. Spacer wśród krzaczków, kwiatków i fontann zwieńczyliśmy rejsem po jeziorku wiosłową łódeczką. Po tym spacerku przyszedł czas na zakwaterowanie w hostelu. Naszego pokoju strzegła Agatka - wielki pluszowy tygrys. To z nim spędzałyśmy nieliczne wolne chwile. Kolejnymi punktami tego dnia był plac zabaw w parku Ujazdowskim i obiadek. Wieczorem udaliśmy się na pokaz multimedialnych fontann, który bardzo nam się podobał i mimo zmęczenia i chłodu wysiedzieliśmy prawie do końca. Na kwaterę wróciliśmy metrem. To była nasza pierwsza podróż tym środkiem transportu. Dzień drugi rozpoczęliśmy od wizyty w Centrum Nauki Kopernik. Pięć godzin jakie tam spędziliśmy to zdecydowanie za mało, żeby skorzystać ze wszystkich ciekawostek. Lence i mnie najbardziej podobało się w części przeznaczonej dla najmłodszych - Galeria Bzzz. Mogłyśmy zobaczyć jak się robi wiry wodne, jak działają śluzy, jak transportować wodę do góry, zobaczyć jak widzi pies, wąż czy ryba, posłuchać dźwięków lasu, a nawet poczuć zapachy (jelenia, lisa, szyszki itp...). Nasze zainteresowanie wzbudziły ogromniaste bańki, albo urządzenie dzięki  któremu nasze ciała zamieniły się w perkusje. Po 5 godzinach zwiedzania dałyśmy znać, że mamy już zdecydowanie dosyć. To był dopiero pierwszy punkt naszego dnia. Później udaliśmy się na dach Biblioteki Uniwersyteckiej. Tam rozciągają się ogrody, chodniczki i ławeczki na których można odpocząć. Miło było pohasać na świeżym powietrzu. Słońce zaczęło sygnalizować koniec dnia, więc i my ruszyliśmy w kolejny odcinek trasy. Odwiedziliśmy pomnik Małego Powstańca, a później ruszyliśmy na rynek Starówki. Pod pomnikiem SYRENKI zrobiliśmy małą sesję zdjęciową. Nie byłabym sobą gdybym nie wykręciła jakiegoś numeru. Weszłam więc moimi tenisówkami do fontanny z wodą. Na moje szczęście rodzice powstrzymali mnie krzykiem "NIE!!!" od zamoczenia drugiego buta. W takim stanie zastali nas wujek Śliwka i jego już żona, ciocia Agata. Chcąc nie chcąc, towarzyszyłyśmy dorosłym w ich spotkaniu. Zasiedliśmy w restauracji Bazyliszek. Kto zna legendy ten wie cóż to za stwór.  Tym miłym akcentem zakończyliśmy kolejny dzień w Warszawie. W niedziele rano poszliśmy do Łazienek. Powiem szczerze, że na tym miejscu zależało mi najbardziej. Nie chodzi o wizytę w łazience, gdzie można się wykąpać, ale o taki park. Nie interesowały mnie pałace, czy inne pomarańczarnie. Tam mieszkają takie przyjazne wiewiórki, które podchodzą do ludzi i biorą od nich orzeszki z rączki. Zanim znaleźliśmy te urocze zwierzątka musieliśmy odsłuchać fragmentu koncertu Chopinowskiego. Odbył się on oczywiście pod pomnikiem F. Chopina. Przybyło bardzo wielu słuchaczy. Gdy rodzice zaspokoili potrzebę obcowania z muzyką, ruszyliśmy na polowanie. Wiewiórek jest tam bardzo dużo, ale trzeba być cierpliwym. Karmienie tych stworzonek sprawiło nam wiele radości i zajęło bardzo dużo czasu. Gdy orzeszki się w końcu skończyły, spacerowaliśmy i podziwialiśmy chodzące z kijkami "gwiazdy". Okazało się, że tego dnia jest akcja "Bieg po NOWE życie" w której biorą udział celebryci. Widziałam Maćka Musiała, tego z "Rodzinki pl.". rodzice też rozpoznali paru innych aktorów i "gwiazd". Później poszliśmy na bardzo niedobry obiad do Baru Mlecznego (ul. Marszałkowska 10) - którego nie możemy polecić. Nabraliśmy na szczęście sił na kolejne atrakcje. Tym razem był to Ogród Saski: piękna fontanna, grób Nieznanego Żołnierza i plac zabaw.  Grób pilnowało dwóch żołnierzy:
Maja: Mamo czy żołnierze to tacy trochę złodzieje?
Mama: Czemu złodzieje? - bardzo zdziwiona spytała mama
Maja: Bo noszą rękawiczki.
Gdy skończyłyśmy nasze szaleństwa na huśtawkach ruszyliśmy na Nowe Miasto, do pijalni czekolady Wedla. Tym miłym i słodkim napojem skończyliśmy nasze zwiedzanie stolicy. W deszczu szukaliśmy pamiątek z tego dużego miasta. Ja wybrałam sobie indyjską szkatułeczkę, a Lenka drewnianą, góralską skrzyneczkę z napisem "Warszawa". Wróciliśmy do naszej Agatki, na ostatnią noc. Rano obudził nas deszcz, który nie pozwolił na ostatni punkt naszej wycieczki. Pałac Kultury zdobędziemy następnym razem.
W aucie:
Lena: Mamo jesteśmy w Polsce!!
Mama: Tak Lenko, jesteśmy w Polsce.
Lena: Jesteśmy w Polsce bo tu są żółto czerwone autobusy.

PS. Wracając do Częstochowy machaliśmy naszym MISTRZOM ŚWIATA w siatkówkę.

sobota, 27 września 2014

KONKURS

Ogłaszam konkurs!! Trzeba narysować najpiękniejszą gwiazdę (może być rozgwiazda).  Będą nagrody wykonane przeze mnie, z pomocą mamy. Oto oficjalny plakat:

Termin 11 październik!!

Wpadł mi do głowy jeszcze jeden pomysł. Będzie mi bardzo miło jakbyście przysłali mi pocztówkę z waszego miejsca zamieszkania, albo z waszej podróży. Taką zwykłą, z pozdrowieniami. Fajnie jest dostawać pocztówki, zwłaszcza jak się ma ich kolekcję. (Mama  poda chętnym adres !!!)

PS. Zdjęcie pierwszego plakatu:

poniedziałek, 22 września 2014

Bombowy plac zabaw

FOTKI
Zaczęło się przedszkole, a w domu pojawiły się syropki. Ja przez te lata nabrałam odporności, ale Lenka już smarka i prycha. Dzielnie chodzi do przedszkola i właśnie stamtąd przyniosła te zarazki. Ma już nowe koleżanki, których imiona są jeszcze tajemnicą (poza Nikolą). Łzy tęsknoty się zdarzyły, a największy kryzys przypadł 3,4 i 5 dzień. Teraz pyta "mamo, mogę iść sama do sali?". Bardzo zmieniła się przez te dni. Wchodząc do sklepu mówi głośno "dzień dobry" i "do widzenia". Trochę mniej się wstydzi, a w domu podśpiewuje piosenki. Rodzice pękają z dumy. Drażni ich jednak fakt, że Lena wychodząc z przedszkola jest bardzo drażliwa i płaczliwa. Tłumaczą to sobie tym, że jest zmęczona i musi odreagować, a bywa to bardzo męczące. Mnie też to męczy i wkurza bo wtedy nie wiadomo co i jak mówić do tego KRASNOLUDKA (bo Lena jest w grupie Krasnoludków). Powiesz "idziemy do domu" to jest płacz bo ona chce na plac zabaw. Jakbyś powiedziała "idziemy na plac zabaw" to by się okazało, że ona chce do domu. Dobrze, że ze mną rodzice nie mają takiego urwania głowy. Ja tylko zadaję w nieskończoność pytania natury męczącej (bo padły średnio 50 razy):"czy akrobatka to potrzebny zawód?", "jak działa czujnik w alarmie?", "czemu złodzieje noszą rękawiczki?". "Mamo kiedy wybudują ten plac zabaw?" to pytanie zadaję kilka razy dziennie. We wrześniu mieli oddać nowiuteńki, wystrzałowy plac zabaw, koło naszego bloku. Termin oddania się jednak przesuwa. Wszystko za sprawą niespodziewanych wykopalisk - licznych pocisków. Odwiedziny saperów stały się na tyle normalne, że pytanie "kiedy będą saperzy?" nikogo w domu nie dziwiło. Zatem powiedzenie "wystrzałowy" plac zabaw, albo bawiłam się"bombowo"  lub "rozerwałam się" na placu zabaw (to w przyszłości) będzie miało inny wymiar.

wtorek, 2 września 2014

Pożegnanie wakacji i pierwsze wyprawy Leny do przedszkola

Tata mnie pogania, żebym mu pokazała zdjęcia z ostatniej niedzieli. Ja nie miałam czasu, żeby coś tu naskrobać. Także musiał uzbroić się w cierpliwość. Po pierwsze moja kochana siostra Maja zapomniała wspomnieć, że mam już 3 lata. Dmuchałam świeczki na torcie i trochę płakałam bo moja buzia nie chciała dmuchać. Na szczęście się udało i mogliśmy zjeść pyszny torcik. Spełniły się prawie wszystkie moje marzenia: klocki lego, pościel z kucykami pony, ręcznik. Jedno się tylko nie spełniło. Miałam dostać świecące buty, ale niestety nigdzie mama nie mogła kupić mojego rozmiaru. Po drugie byłam na dniu otwartym w przedszkolu. Panował ogromny hałas i nie mogłam się tam odnaleźć. Po trzecie za mną już pierwszy oficjalny dzień w przedszkolu. Mama bardzo się bała, że będę płakać i że będzie ciężko. Była w ogromny błędzie, była dzielna dziewczyna. Znowu było ogromne zamieszanie, dużo płaczących dzieci i jeszcze więcej przejętych rodziców i babć. W całym tym chaosie poszłam do sali i nawet nie zauważyłam kiedy mama mnie zostawiła. Po obiadku przyszła po mnie Maja, ale ja najpierw musiałam dokończyć swoją pracę. Później przywitałam się z mamą "fajnie było". Ładnie sama jadłam, bawiłam się i nawet nie płakałam. Drugi dzień był odrobinę trudniejszy. Obyło się bez łez, ale jakoś tak nieśmiało wkroczyłam do sali. Po czwrte, a to powinno być po drugie, w niedziele pożegnaliśmy wakacje. Dziadek Marek i babcia Ania zaprosili nas do Energylandii w Zatorze. To jest takie wesołe miasteczko.
FOTY
Bawiliśmy się wszyscy doskonale. Pogoda i humory nam dopisały. Trudno powiedzieć co nam się najbardziej podobało. Ja pobiłam rekord kręcenia się na karuzeli z konikami, 6 razy pod rząd. Pewnie bym kręciła się dalej, ale mama miała już zawroty głowy. Mai podobały się pływające kłody (wsiadło się do "kanu" i płynęło rynną z wodą, kłoda wpływała na na małe wzniesienie, a później z niego szybko spływała). Nawet mama, która nie lubi karuzel korzystała z różnych atrakcji i była bardzo zadowolona (jak dziecko). Co tu dużo gadać wszyscy znaleźli coś dla siebie. Mikołaj wykazał się nie lada odwagą bo zdecydował się na Kamikaze. On dzielnie fruwał w powietrzu, a Malwinka w tym czasie ze strachu płakała. Najmniej podobało nam się kino 7D. Potwory, roboty, ruszające się  fotele, hałas, podmuchy i spryskiwanie wodą to było ponad nasze nerwy. Maja i wujek Marcin na pewno nie zapomną przejazdu na Gąsienicy. Gdy wsiedli do kolejki zaczynało kropić, a później jeździli już w wielkiej ulewie. Oberwanie chmury trwało chwilę, a później kontynuowaliśmy zabawę. Po 7 godzinach harców zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do domu.

środa, 27 sierpnia 2014

Jajecznica

Rano obudził mnie zapach jajecznicy. Dziwne to było, bo przecież to ja albo Lenka wstajemy pierwsze. W domu panowała cisza i tylko ten zapach i burczenie w brzuchu zmusiły mnie, żeby sprawdzić co się dzieje. Weszłam do kuchni, na zegarku było po 5, tata kończył jeść jajówę. Nie podzielił się ze mną, a ja przecież od trzech dni prawie nic nie jadłam. W końcu mój brzuszek miał ochotę coś zjeść, bo wcześniej to raczej nie miałam apetytu. Dopadła mnie tzw. jelitówka z towarzyszącą bardzo wysoką temperaturą. Kazali jeść (jakieś suchary) i brać jakieś ohydne leki. Jak ja nie lubię syropków, proszków, tabletek, ja się ich panicznie boję. Za to moja szanowna siostrunia uwielbia, wręcz się domaga, lekomanka jedna:
Mama: Proszę Maju, wypij to.
Maja: Co to?? Ja się boję....ja nie chcę. -spazmy, rzuty na podłogę, sprinty po domu taka jest moja reakcja na większość leków (to nie są skutki uboczne).
Lena: Ja, ja się napiję. Mnie boli, ja jestem chola.
Mama: To dla Majki, tobie nic nie jest.
Maja: Boli mnie brzuszek.- płacz
Lena: Mnie też boli brzuszek. - piękny uśmiech- Mogę sylopek?

Tak, to były trzy bardzo stresujące dni. W międzyczasie tata się dowiedział, że jednak ma jechać wcześniej(o jakieś 2 tygodnie) do pracy i przyjechała babcia Krysia.


Tata dał mi buziaka i kazał kłaść się do łóżka. Zabrał walizkę i pojechał w Polskę. W domu wszyscy spali, panowała cisza. Dopiero po 7 było słychać robotników ocieplających sąsiedni blok, a z drugiej strony bloku dochodziły dźwięki robót przy nowym placu zabaw. Na łące gdzie zawsze rozkładało się wesołe miasteczko budują nam mały park. Szkoda, że lato się kończy i pewnie w tym roku mało z niego skorzystamy. Zresztą mijający sierpień wcale nas nie rozpieszczał jeśli chodzi o pogodę. Na początku sierpnia była przewidywalna aura, a później krążące burze mieszały pogodą jak ja łyżką w zupie. Trzeciego sierpnia mama miała już dość naszej Częstochowy i zabrała nas do Krakowa. Zrobiłyśmy babci K. naszym niezapowiedzianym przyjazdem niespodziankę. Bardzo stęskniłyśmy się za naszym, najdroższym Małinem i za innymi też. Pogoda była bardzo niezdecydowana, niby ciepło, a "za rogiem" wiszące burzowe chmury. To nieco ograniczało nasze plany i spacery. Jeden weekend był przepięknie gorący. Miałyśmy szczęście i spędziliśmy go w domku pod Krakowem.
FOTY
https://plus.google.com/photos/114268332588876660489/albums/6052360039700446849?authkey=COqDyrrB_suZaQ
Mogłam się moczyć cały dzień w basenie. Później znowu te chmurzyska deptały nam po piętach. Rodzice z ciocią Asią ( i Alkeksandrem) i wujkiem Łukaszem na jeden z weekendów udali się do Warszawy, na ślub wujka Śliwki i  cioci Agaty. Oczywiście mieli dużo przygód. W Radomiu zepsuło im się auto, więc mama i ciocia Asia złapały na stopa autokar (który wracał z Chorwacji). W tym nieszczęściu miały szczęście bo zawiózł je do hotelu (nie musiały się błąkać po Warszawie). Tata i wujek Łukasz mieli trudniejsze zadanie bo musieli znaleźć mechanika, który naprawi auto w dłuuugi weekend (zawieźć tam auto lawetą, a później dołączyć do mamy i cioci). Udało się, ale przemieszczenie się przez całą stolicę też nie jest takie hop siup. Życzliwy i trzeźwy (w sobotni wieczór) znajomy mechanika dostarczył ich na miejsce. Nieco spóźnieni, ale w pełnym składzie dotarli do kościoła. Resztę soboty spędzili weseląc się, a w niedzielę spacerowali po Warszawie. W poniedziałek auto było gotowe i wrócili do Krakowa. My w tym czasie spacerowałyśmy z babcią K. po placach zabaw uważając, żeby nas nie "zdeszczyło" i nie "skapało". Zafascynowało nas także życie ślimaków, zwłaszcza tych "domnych". Te "bezdomne" są nieco obrzydliwe. Oczywiście byłyśmy przez cały czas grzeczne, chociaż czasem bardzo głośne i zanadto aktywne. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet ciocia Karinka czasami marzyła o chwili ciszy (delikatnie rzecz ujmując). Najgorsze były momenty gdy do naszych dzikich zabaw dołączała Małin i jej KWAK (gumowa kwacząca zabawka). Ciocia K. spędziła z nami bardzo dużo czasu, bo odkąd pojawiła się w jej życiu Kornelka to wszystko się zmieniło. Najpierw było jej niedobrze i sennie, a teraz gdy Kornelia jest już większa to strasznie ciocię kopie. Ja nie byłam zadowolona gdy usłyszałam, że w naszej rodzinie pojawi się jeszcze jedno dziecko. Już wiem czym to się kończy. Trzeba się wszystkim i wszystkimi dzielić, a to przecież chodzi o moją najukochańszą cioteczkę. Teraz się już ogarnęłam sytuację i przyzwyczaiłam się do tej myśli. Lenka akceptuje rosnący brzuch i chętnie odkłada niechciane zabawki, za małe buty, stare niemowlęce łyżeczki "dla Kolnelci". Ostatnio ciocia K. przysłała mamie mms'a ze zdjęciem Kornelci. Wszyscy orzekli, że jest podobna do Lenki. Mama pokazała nam to zdjęcie:
Mama:  Zobaczcie to Kornelcia.
Lena: Ale brzydka.
Niesmowite, jak można zrobić takie zdjęcie? Przecież widziałam brzuch cioci, ale przez niego nic nie widać.

środa, 30 lipca 2014

Wakacje cz. 4

Ostatnie dni strasznie się ciągną. Często tak jest jak tata wyjeżdża do pracy, a nam zostaje włóczenie się po pobliskich placach zabaw. Za to mamy dużo czasu na zabawy koleżankami, chociaż teraz większość z nich jest poza Częstochową. Trzeba mieć dużo szczęścia żeby kogoś spotkać. Miło powspominać nadmorskie lenistwo, ciepły piasek i wodę. Zwłaszcza, że zalewa nas fala upałów (od dwóch dni przerywanych burzami) i fajnie by było ochłodzić się w morzu. Do opisania została nam ostatnia część "NASZYCH WAKACJI":

13 lipiec
Rynek we Wrocławiu jest piękny, ale głośny.
ZDJĘCIA
Nad Gąski nadciągnęły ciemne chmury. Dzięki temu łatwo nam było pożegnać się z morzem. Nie wiedziałyśmy z Lenką, że czeka nas znowu taka długa droga. Najgorzej było gdy komuś zachciało się siku, a jechaliśmy autostradą, wzdłuż której nie było jeszcze parkingów. O postoju i krzaczkach nie było mowy, a znaki informowały że do najbliższej stacji zostało 30 km. Wszystko byłoby dobrze, ale okazało się że trzeba było zjechać z autostrady, a nikt z nas nie zauważył znaków (albo ich nie było). Kolejna stacja miała być za 60 km. Sytuacja nas zmusiła i trzeba było opuścić tą autostradę... Późnym popołudniem dotarliśmy do Wrocławia, zameldowaliśmy się w hostelu i ruszyliśmy w miasto. Szukaliśmy krasnali, co sprawiało mi i Lence ogromną frajdę. Wieczorem, a może już w nocy pojechaliśmy zobaczyć pokaz multimedialnej fontanny. Powiem szczerze, że dawno już nic nie wywarło na mnie tak ogromnego wrażenia. Te kolory, obrazy i muzyka... Z otwartą buzią oglądałam występ fontanny, a Lena wtulała się w mamę (dla niej było zdecydowanie za głośno). W drodze powrotnej usnęłyśmy z Lenką, te 7 minut podróży pozwoliło nam się zregenerować. W hostelu miałyśmy jeszcze dużo energii, ku przerażeniu zmęczonych rodziców. Rano mama tradycyjnie zawołała nas do czesania. Nie jest tajemnicą, że Lenka gardziła gumeczkami i spinkami. Czasami dała sobie zrobić kitkę, ale szybko ściągała ozdoby z włosów. Ostatnimi dniami była łaskawsza dla "dzieł" mamy. 14 lipca mama zrobiła Lence dwie kitki i powiedziała:
Na karuzeli.
 - Lenko idź do lustra, zobacz jak ślicznie wyglądasz.
Lena podeszła do wielkiego lustra i przeglądała się z uśmiechem:
- Mamo ja jestem dziewczyną, ja naprawdę jestem dziewczynką!!

Po tym radosnym odkryciu ruszyliśmy na śniadanie, a później do ZOO. Żar lał się z nieba, a my wędrowaliśmy wśród małpek, żyraf, słoni, lwów i innych zwierzątek. Budują  tam takie ogromne akwarium (i nie tylko), które się będzie nazywać AFRYKARIUM i można będzie tam oglądać np. pingwiny. Projekt i budowa wygląda imponująco.Spacer zaliczamy do udanych, ale w rankingu naszych ulubionych ZOO Opole wciąż prowadzi. Później wróciliśmy do centrum gdzie w parku obok teatru lalek znajduje się bajkowa karuzela. Kręciłyśmy się na konikach i karocach. Tylko obietnica rodziców, że jeszcze tam wrócimy oderwała nas od tej pięknej atrakcji. Po obiedzie i długim spacerze wróciliśmy do "domu". Następnego dnia wyruszyliśmy na obiecaną karuzelę, a później do Muzeum Mineralogicznego - tam się ogląda kolorowe kamyki. Lubię oglądać książkę taty gdzie jest dużo pięknych,
Dodaj napis
kolorowych kamieni. Teraz mogłam je zobaczyć na prawdę. Po tej wycieczce rodzice zatęsknili już za domem i postanowili skrócić plan dnia. Spakowani, zmęczeni, zadowoleni ruszyliśmy w stronę domu.

piątek, 25 lipca 2014

Wakacje część 2 i 3

 Nasz wyjazd wakacyjny trwał 15 dni, odwiedziliśmy wiele osób, zwiedziliśmy wiele miejsc, powstało ponad 1000 zdjęć (chociaż nie wszystko zostało uwiecznione). Żeby łatwiej nam było kiedyś odtworzyć nasze wspomnienia zapisuję i opisuję je w skrócie (przynajmniej dla mnie). Dla uproszczenia podzieliłam "NASZE WAKACJE" na części:

2 lipca
Wieczorem dojechaliśmy do domu cioci Dagi i wujka Tomka (wielkie DZIĘKI za gościnę!!) , pod Stalową Wolą. Lubimy tam przyjeżdżać i mieszkać. Mają duży ogród po którym możemy buszować od rana do nocy. Nawet gdy dorośli ukrywali się w domu przed komarami my nadal biegałyśmy, nie czując ukąszeń (szkoda, że później tak swędziało). Najlepszą zabawą było podlewanie trawnika wodą z butelki 1 l. Mogłyśmy tak kilka godzin. W przerwach rodzice wozili nas po rodzince i kazali zachowywać się jak należy tzn.: powiedzieć "dzień dobry". Taaa...wychodziło nam to, albo nie wychodziło. Częściej jednak to drugie. Tym razem udało nam się spotkać ze wszystkimi, może nie do końca tak jak się marzyło mamie (zabrakło ogniska w Rudniku- może następnym razem ;)). 
3 lipiec
Niewiarygodne, że tyle osób pamiętało o moich 6 urodzinach. Przecież tak rzadko bywamy w Stalowej Woli, a jednak wszyscy życzyli mi z tej okazji wszystkiego najlepszego. Trochę mnie to zawstydzało, ale bardzo cieszyło. Moja PRAbabcia Stasia P. upiekła nawet tort z tej okazji. Wpadło mi kilka prezentów (wymarzona hulajnoga, "brzydka" lalka) i takie tam. Dziękuję WAM wszystkim jeszcze raz.
6 lipiec
To była bardzo upalna niedziela i większość popołudnia moczyliśmy się w Ulanowie. Tam płynie rzeka Tanew, a na jej dnie jest taki bardzo ciemny piasek, który wygląda trochę jak kupa :) (dobrze, że tak nie pachnie). Miałyśmy tam okazję spotkać się z prawie całą familią z Rudnika (pozdrawiamy ciocię Jajo - przekaż pozdrowienia WSZYSTKIM). Wszystko co miłe szybko się kończy. Chlapanie w rzece się skończyło, a wieczorem okazało się że nasz pobyt dobiegł końca. Po zapakowaniu auta, ok 22 wyruszyliśmy w bardzo daleką drogę. Po 23 usnęłyśmy, a później jak otworzyłyśmy oczka było już jasno.

7 lipiec

ZDJĘCIA
Po godzinie 7 rano dotarliśmy nad morze, do Gąsek. Śniadanko zjedliśmy na plaży i tylko Tatuś był jakiś taki senny. My biegałyśmy pełne energii. To był bardzo gorący dzień, który spędziliśmy głównie na plażowaniu. Woda w Bałtyku była ciepła i wcale po 5 minutach nie siniały nam usta. Wychodząc na brzeg, zanim dotarło się do koca schłyśmy i znowu trzeba było się moczyć. Ośrodek, który wybrali rodzice miał całkiem bogaty plac zabaw (trampolina też była). Ja i Lenka biegałyśmy same i tylko co jakiś czas rodzice odnajdywali nas w śród zabawek i dzieci. Sami wieczorami odbijali piłkę siatkową bijąc "rekordy" lub ogrywali się na wzajem w celnych rzutach do kosza (mama jest o niebo lepsza). Bardzo miła pani właścicielka organizowała wieczorki (mecz siatkówki, aerobik, animacje dla dzieci, ognisko itd..). Lena przez pierwsze dni pytała "Czy to są już te wakacje?", rodzice nie mieli żadnych wątpliwości. Kolejne dni były słoneczne, ale wietrzne. Na morzu pokazały się fale i Lena postanowiła się już więcej nie kąpać- w morzu, a nie pod prysznicem. Ja to z miłą chęcią szłam skakać przez fale z tatusiem. Raz to tak nas zniosło, że wyszliśmy jakieś 500 m dalej niż weszliśmy. Mama w tym czasie zastanawiała się czy już powinna wszcząć poszukiwania czy znowu ponosi ją wyobraźnia (ehh te mamy). Później ratownicy wywiesili czerwoną flagę i nasze kąpiele musiały ograniczyć się do pluskania przy brzegu. Przedostatniego dnia pobytu wiatr się tak nasilił, że na plaży można było wytrzymać tylko leżąc plackiem za parawanem. Jak się człowiek lekko podniósł to mógł odlecieć niczym latawiec. Z powodu silnego wiatru rodzice zarządzili wycieczkę do Dobrzycy, do malowniczych ogrodów. Okazało się, że 6 km w głąb lądu wystarczyło i to co na plaży urywało nam głowy tam było miłym, przynoszącym ulgę wiaterkiem. Podczas pobytu nad morzem odwiedziliśmy też Kołobrzeg i Ustronie Morskie. Najciekawszą przygodą było zdobycie latarni morskiej w Gąskach. Codziennie opychaliśmy się lodami, goframi (lub jednym i drugim), zrobiłyśmy sobie z Lenką afrykańskie warkoczyki, tatuaż - koty dwa (tylko ja, miał mi przypominać o morzu, Gąskach) i kupiłyśmy obowiązkowe pamiątki (oczywiście najbardziej tandetne chińskie badziewie). Ostatni dzień pobytu był pochmurny, ale ciepły i udaliśmy się na długi spacer plażą. Po tygodniu byczenia się nad morzem pożegnaliśmy się z Gąskami i ruszyliśmy w stronę Szczecina.