środa, 27 sierpnia 2014

Jajecznica

Rano obudził mnie zapach jajecznicy. Dziwne to było, bo przecież to ja albo Lenka wstajemy pierwsze. W domu panowała cisza i tylko ten zapach i burczenie w brzuchu zmusiły mnie, żeby sprawdzić co się dzieje. Weszłam do kuchni, na zegarku było po 5, tata kończył jeść jajówę. Nie podzielił się ze mną, a ja przecież od trzech dni prawie nic nie jadłam. W końcu mój brzuszek miał ochotę coś zjeść, bo wcześniej to raczej nie miałam apetytu. Dopadła mnie tzw. jelitówka z towarzyszącą bardzo wysoką temperaturą. Kazali jeść (jakieś suchary) i brać jakieś ohydne leki. Jak ja nie lubię syropków, proszków, tabletek, ja się ich panicznie boję. Za to moja szanowna siostrunia uwielbia, wręcz się domaga, lekomanka jedna:
Mama: Proszę Maju, wypij to.
Maja: Co to?? Ja się boję....ja nie chcę. -spazmy, rzuty na podłogę, sprinty po domu taka jest moja reakcja na większość leków (to nie są skutki uboczne).
Lena: Ja, ja się napiję. Mnie boli, ja jestem chola.
Mama: To dla Majki, tobie nic nie jest.
Maja: Boli mnie brzuszek.- płacz
Lena: Mnie też boli brzuszek. - piękny uśmiech- Mogę sylopek?

Tak, to były trzy bardzo stresujące dni. W międzyczasie tata się dowiedział, że jednak ma jechać wcześniej(o jakieś 2 tygodnie) do pracy i przyjechała babcia Krysia.


Tata dał mi buziaka i kazał kłaść się do łóżka. Zabrał walizkę i pojechał w Polskę. W domu wszyscy spali, panowała cisza. Dopiero po 7 było słychać robotników ocieplających sąsiedni blok, a z drugiej strony bloku dochodziły dźwięki robót przy nowym placu zabaw. Na łące gdzie zawsze rozkładało się wesołe miasteczko budują nam mały park. Szkoda, że lato się kończy i pewnie w tym roku mało z niego skorzystamy. Zresztą mijający sierpień wcale nas nie rozpieszczał jeśli chodzi o pogodę. Na początku sierpnia była przewidywalna aura, a później krążące burze mieszały pogodą jak ja łyżką w zupie. Trzeciego sierpnia mama miała już dość naszej Częstochowy i zabrała nas do Krakowa. Zrobiłyśmy babci K. naszym niezapowiedzianym przyjazdem niespodziankę. Bardzo stęskniłyśmy się za naszym, najdroższym Małinem i za innymi też. Pogoda była bardzo niezdecydowana, niby ciepło, a "za rogiem" wiszące burzowe chmury. To nieco ograniczało nasze plany i spacery. Jeden weekend był przepięknie gorący. Miałyśmy szczęście i spędziliśmy go w domku pod Krakowem.
FOTY
https://plus.google.com/photos/114268332588876660489/albums/6052360039700446849?authkey=COqDyrrB_suZaQ
Mogłam się moczyć cały dzień w basenie. Później znowu te chmurzyska deptały nam po piętach. Rodzice z ciocią Asią ( i Alkeksandrem) i wujkiem Łukaszem na jeden z weekendów udali się do Warszawy, na ślub wujka Śliwki i  cioci Agaty. Oczywiście mieli dużo przygód. W Radomiu zepsuło im się auto, więc mama i ciocia Asia złapały na stopa autokar (który wracał z Chorwacji). W tym nieszczęściu miały szczęście bo zawiózł je do hotelu (nie musiały się błąkać po Warszawie). Tata i wujek Łukasz mieli trudniejsze zadanie bo musieli znaleźć mechanika, który naprawi auto w dłuuugi weekend (zawieźć tam auto lawetą, a później dołączyć do mamy i cioci). Udało się, ale przemieszczenie się przez całą stolicę też nie jest takie hop siup. Życzliwy i trzeźwy (w sobotni wieczór) znajomy mechanika dostarczył ich na miejsce. Nieco spóźnieni, ale w pełnym składzie dotarli do kościoła. Resztę soboty spędzili weseląc się, a w niedzielę spacerowali po Warszawie. W poniedziałek auto było gotowe i wrócili do Krakowa. My w tym czasie spacerowałyśmy z babcią K. po placach zabaw uważając, żeby nas nie "zdeszczyło" i nie "skapało". Zafascynowało nas także życie ślimaków, zwłaszcza tych "domnych". Te "bezdomne" są nieco obrzydliwe. Oczywiście byłyśmy przez cały czas grzeczne, chociaż czasem bardzo głośne i zanadto aktywne. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet ciocia Karinka czasami marzyła o chwili ciszy (delikatnie rzecz ujmując). Najgorsze były momenty gdy do naszych dzikich zabaw dołączała Małin i jej KWAK (gumowa kwacząca zabawka). Ciocia K. spędziła z nami bardzo dużo czasu, bo odkąd pojawiła się w jej życiu Kornelka to wszystko się zmieniło. Najpierw było jej niedobrze i sennie, a teraz gdy Kornelia jest już większa to strasznie ciocię kopie. Ja nie byłam zadowolona gdy usłyszałam, że w naszej rodzinie pojawi się jeszcze jedno dziecko. Już wiem czym to się kończy. Trzeba się wszystkim i wszystkimi dzielić, a to przecież chodzi o moją najukochańszą cioteczkę. Teraz się już ogarnęłam sytuację i przyzwyczaiłam się do tej myśli. Lenka akceptuje rosnący brzuch i chętnie odkłada niechciane zabawki, za małe buty, stare niemowlęce łyżeczki "dla Kolnelci". Ostatnio ciocia K. przysłała mamie mms'a ze zdjęciem Kornelci. Wszyscy orzekli, że jest podobna do Lenki. Mama pokazała nam to zdjęcie:
Mama:  Zobaczcie to Kornelcia.
Lena: Ale brzydka.
Niesmowite, jak można zrobić takie zdjęcie? Przecież widziałam brzuch cioci, ale przez niego nic nie widać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz