środa, 28 sierpnia 2013

Nasze Borucino i drugie urodzinki Lenki

Foteczki
Sierpień dobiega końca, a nasz wyjazd wakacyjny już za nami. Jak to teraz opisać?  Przecież każdy dzień był inny i niezapomniany. 11 sierpnia o 3 rano mama nas obudziła, ale wcale nie marudziłyśmy bo rodzice nas na to przygotowali. Wpakowali nasze walizki, rowery, rowerki, kaski, zabawki i nas do auta i ruszyliśmy w drogę. Szybko usnęłyśmy i droga dzięki temu szybciej minęła. Dojechaliśmy do Borucina, to wieś na Kaszubach. Zamieszkaliśmy w segmencie trojaka i zapoznaliśmy się z najbliższą okolicą. Ku mojej i Lenki radości nasi gospodarze mieli koty, kozy, kury, konie, psa i trampolinę. Co nam więcej do szczęścia było potrzebne?  Szczerze mówiąc ja i Lenka nie miałyśmy czasu na nudę. Drugiego dnia była piękna, ale wietrzna pogoda. Po śniadanku na tarasie pojechaliśmy do Gdańska po babcię Krysię. Wędrowaliśmy po jarmarku Dominikaśkim, a ja cały czas  marudziłam, że chcę loda, a później jakąś pamiątkę. Było tyle wspaniałych rzeczy, a ja o każdej z nich marzyłam. Na nic tłumaczenia, że mam już pierścionki, korale, lalki, misie itd..., bo ja chciałam COŚ dostać. Dorośli stwierdzili, że mam problem i muszę przejść na odwyk: KONIEC z kupowaniem "pamiątek" przy każdej okazji. Pierwsze dni odwyku były straszne, ale teraz już jest lepiej. Pierwszy warunek otrzymania "pamiątki" to bycie grzecznym, a to też nie jest łatwe. Z radością wróciłam do Borucina gdzie nic mnie nie kusiło. Kolejny dzień przywitał nas deszczem. Gdy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy na 3 godzinny spacerek i w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą. Lało całą noc i rano znowu padało. Humory nam się popsuły, ale prognozy pogody podtrzymywały nas na duchu. Znowu między deszczami poznawaliśmy okolice. W czwartek było święto, a do tego dożynki. W pobliskim, oddalonym o 5 km, kościele odbyła się msza którą ogłosiły klekające bociany, które upodobały sobie dach kościoła. Koło kościoła były kolorowe stragany i wielka pokusa. Oj, jak bolał zakaz kupowania. Tyle plastikowych, różowych wspaniałości. Serca rodzicom nie zmiękły od moich łez, ciągle zapominam że to działa odwrotnie. Gdy już się opanowałam spróbowałam trochę inaczej: "Mamo, Lenka by chciała...". Też nie zadziałało.... ehh twardzi są. Po powrocie do domu okazało się, że mamy sąsiadów. Szybko się na nich poznaliśmy i jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie możemy ich "zdzierżyć". Strasznie krzyczeli, zamiast herbaty pili piwo, mówili brzydkie słowa, kłócili się i palili papierosy. Rodzice postanowili wykorzystać pogodę i zrobić kilka wycieczek. Na pierwszy rzut poszła Kościerzyna gdzie oglądaliśmy pociągi, akordeony i rynek. Tego dnia Lena postanowiła podtrzymać tradycję i to ona marudziła, ona jest lepsza, marudzi o wszystko. Ma chyba też lepszą technikę. Robi minę w podkówkę, zakłada ręce na piersi, wydaje dźwięki płacząco - jęcząco - krzyczące (w zależności od sytuacji wybiera pojedynczą opcję), wykrzykuje swoje ulubione przekleństwo "dupa; dupa jestem; dupa mama; dupa babcia..." w ostateczności rzuca się na ziemię. Działa na nią poważny ton, groźne spojrzenie i stanowczość. Tyle, że rodzice zaczynają od tłumaczenia, proszenia, a w ostateczności używają działającej opcji. Gdy Lena widzi, że rodzice już są źli bierze się w garść, wyciera nos ręką i mówi "Juś dobse, juś nie płace" lub "psepasam mamo". Czasami działa gdy się jej powie "Płaczesz jak mała dzidzia. Jesteś mały dzidziuś", a ona wtedy się oburza " Nie jestem dzidzia. Ty jesteś dzidziuś.".  Najlepiej z nią nie zadzierać, a na wszelki wypadek kupić loda. To działa uspakajająco. Podczas naszych wakacji rodzice rozpoczęli swoją wakacyjną przygodę z końmi. Mama kiedyś jeździła i namówiła tatę, żeby on się też nauczył. Rodzice dosiadali Majki i Loli. Lena, babcia i ja bacznie ich obserwowałyśmy (dopóki nie zaczęli jeździć w tereny) i przynajmniej ja nie mogłam się doczekać kiedy skończą, bo wtedy ja miałam jeździć. Mogłabym tak bez końca. Rodzice trochę odcierpieli jazdę, ale szybko wrócili do formy. Musieli, bo czekała nas kolejna wyprawa, do Będomina. Tam znajduje się muzeum Hymnu Narodowego i była "wojna".  Nasze wojska nacierały na odział pruski. Naszych było więcej i pięknie maszerowali, ale długo nie mogli pokonać tych prusaków. Później szukaliśmy skrzynki, jedliśmy watę i słuchaliśmy marynarskiej orkiestry. W niedzielę wstaliśmy wcześniej, ale nie przed krzyczącymi sąsiadami i ruszyliśmy nad morze, do Łeby. Pogoda nam dopisała. Gdy dotarliśmy do plaży, przez Lębork, świeciło słonko, a woda była cieplejsza niż w "naszym" jeziorze. Popluskaliśmy się, pobudowaliśmy z piasku i plażą ruszyliśmy na wydmy. Po drodze chlapaliśmy się, a pogoda się zmieniała. Słońce się schowało, a wiatr zaczął wiać. Lenka w ramionach taty usnęła, a ja dzielnie szłam biegnąc. Zmęczeni dotarliśmy na wydmy. Mama przejęła Lenkę i zapadając się w piachu szła, aż w końcu zmęczona usiadła. Lena się obudziła i zaczęło się "zimowe" szaleństwo. Wszystko było ładnie i pięknie, ale z tych wydm trzeba było wrócić. Rodzice postanowili zrobić to pieszo. Lenka oczywiście na barana, a ja? Szłam i szłam i szłam. Już nie biegałam idąc. Spokojnie mogę powiedzieć, że tego dnia przeszłam ok 15 km.  Do "domu" wróciliśmy w nocy ciesząc się, że nie zastaniemy już naszych sąsiadów. Kolejne dni były już spokojniejsze. Każdy dzień zaczynał się podobnie bo gdy otwieraliśmy drzwi przychodziły koty: Mini i Lusia (niepełnoletnie rude dziecko i jego biała mama zwana przez Lenę "Biały tygrys"). Mini jak to młodzież pchała się wszędzie, lubiła się bawić, była przymilna, a gdy trzeba było pokazywała pazurki. Lusia jako mamusia przychodziła w nadziei na poczęstunek i generalnie warczała jak pies. Gdy Mini wchodziła w drogę Lusi dochodziło do starcia, co bardzo cieszyło tatę. Bo tata nie znosi kotów. Co rano koty przychodziły, a my przeganiałyśmy białą Luśkę, a nosiłyśmy rudą Mini. Później skakanie na trampolinie i "program rodziców". Odwiedziliśmy "zamek" w Łapalicach, Chmielno, Wieżycę i Szymbark (który odradzamy). Któregoś dnia tatuś zarządził urodziny Leny, bo on może o takich sprawach decydować. Kupiliśmy ciastko, dmuchaliśmy świeczkę, śpiewaliśmy STO LAT, a Lena zjadła najwięcej ciastek. Dostała biegowy rowerek w kolorze zielonym, bo to jej ulubiony. Niestety jest nieco za duży i rodzice muszą biegać za Lenką. Innego dnia tata zarządził ognisko co bardzo pasowało Lenie bo ona uwielbia kiełabachy, parówki i sznycle. Wieczorami odwiedzaliśmy też trzy kozy, zawsze z bukietem trawy. Gdy przychodziła pora spania, zaczynało się istne wariactwo. Biegałyśmy między sypialniami i straszyłyśmy babcie i siebie krzycząc "Jestem Brunhildą", "Brunhildo, wybacz mi". W wykonaniu Leny było to strasznie, strasznie śmieszne więc turlałyśmy się ze śmiechu. Zmęczone zasypiałyśmy by rano znowu wpuścić koty do domku. Kolejne, ostatnie dni minęły nam spokojnie na spacerach po lesie. Rodzice jeździli sobie na koniach w teren i już dawno nie pamiętali, że ich wszystko bolało. Ostatniego dnia zafundowali sobie nawet dwugodzinny teren, a potem wsiedli na rowery na 3 godziny. Ja to chętnie zostawałam z moim kotami, zwłaszcza że się okazało że Luśka ukrywa w stajni trzy maluteńkie kociaczki. Z resztą na samą myśl o wyjeździe zaczynałam płakać. Gdy nastała niedziela, dzień pożegnania ku zdziwieniu rodziców i babci nie płakałam. Po drodze odwiedziliśmy ponownie skansen we Wdzydzach, Toruń i w korkach, w środku nocy dotarliśmy do domu.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Już sierpień

Zdjęcia
Zdjęcia
Zrobiłam sobie tylko tycią przerwę w pisaniu (bo przecież nie mam na to czasu) i trochę się boję, że nie o wszystkim napiszę. Dzięki zdjęciom łatwiej odświeżyć sobie pamięć, szkoda tylko że rodzice robią ich w tym roku znacznie mniej. Zanim zawieźliśmy Kacpra do Stalowej Woli rodzice zabrali nas jeszcze na wycieczkę do zamku w Pszczynie. Spacerowaliśmy po salonach, pokojach, salach, komnatach i wspominając śmiało mogę powiedzieć, że mi się podobało. Oczywiście, żeby nie było zbyt miło zarzuciłyśmy z Lenką po małym foszku. Siedziałyśmy na parkiecie i buntowałyśmy przeciw niesprawiedliwości jaką jest fakt, że dorośli mają zawsze rację. To znaczy mnie to bardzo zabolało, że pokój muzyczny okazał się pokojem do pracy, a Lena trochę mnie wsparła. Później nam przeszło i poszliśmy do ZAGRODY ŻUBRÓW. Tam to mogłybyśmy zostać dłużej. Wygłaskałyśmy wszystkie zwierzątka, które się tylko dały (sarenki, kaczki) żywe i wypchane. Wracając do auta znowu zarzuciłam foszka. Poczułam się trochę zazdrosna o to, że Kacper pcha wózek z Leną. To ja chciałam być bardziej pomocna. Ten błahy na pozór problem urósł do rangi katastrofy. Dzień był zbyt krótki na wszystkie atrakcje, a do tego jeszcze podróż w korku. Innego dnia wybraliśmy się do Kłobucka, nad wodę. Ostatnio ciągle tam jeździmy bo pogoda na nic innego nie pozwala. Dzięki tym wycieczkom i długim kąpielom czuję, że jest prawdziwe lato. Oczywiście przy każdej okazji szukaliśmy skrzynek. Trochę się denerwuję gdy ktoś inny je znajduje. Znowu przywilej wieku i wzrostu. Bo wiecie starsi są sprytniejsi i do tego łatwiej im znaleźć coś co jest na wysokości ich oczu. W środę, 24 lipca pojechaliśmy do Stalowej Woli pokazując po drodze Kacprowi Bramę Twardowskiego i Źródełka w Złotym Potoku. Ja i Lena byłyśmy zachwycone, a Kacper oświadczył że zdecydowanie bardziej podobają mu się ruiny zamku, zamek w Pszczynie i ruchoma szopka w Olsztynie. Po długiej podróży dotarliśmy do domu Kacpra i do wszystkich babć, dziadziów, cioć i wujków. Rodzice tak jak postanowili wyruszyli w swoją podróż. Nas zostawili pod opieką babci Krysi, babci Stasi, wujka Bartka ale rządzić miała ciocia Karinka. To były wakacje. Chodziłyśmy spać o północy, grałyśmy na komputerze i oglądałyśmy bajki po 22. Jeździliśmy nad wodę bo ciągle panowały tropiki, odwiedzaliśmy rodzinkę, chodziłyśmy na huśtawki, a nawet szukaliśmy skrzynek. Rodzice w tym czasie pojechali do Kazimierza Dolnego, a później do Warszawy. Oczywiście szukali skrzynek, a oprócz tego robili coś bardzo dziwnego, spacerowali po Łazienkach. Jest to o tyle dziwne, że jak się wejdzie do naszej łazienki to można zrobić zaledwie trzy kroczki, a o spacerze to można zapomnieć. Widocznie w Warszawie mają nieco większe Łazienki i to z wiewiórkami. Wcale nie ucieszyłam się na widok mamy i taty. W Stalowej było mi bardzo dobrze i nie chciałam wyjeżdżać. Niestety trzeba było. Teraz odwiedzili nas ciocia Asia i wujek Łukasz. Ja uciekłam do babci na nocki bo przecież nie przepadam za gośćmi. W niedzielę nie uniknęłam kontaktu z nimi i jak zwykle okazało się, że nie potrzebnie się obawiałam. Dzięki tej ucieczce spędziłam sobotę na wsi gdzie bawiłam się z Julką. Teraz przed nami wyjazd wakacyjny...