Nasze Borucino i drugie urodzinki Lenki
Sierpień dobiega końca, a nasz wyjazd wakacyjny już za nami. Jak to teraz opisać? Przecież każdy dzień był inny i niezapomniany. 11 sierpnia o 3 rano mama nas obudziła, ale wcale nie marudziłyśmy bo rodzice nas na to przygotowali. Wpakowali nasze walizki, rowery, rowerki, kaski, zabawki i nas do auta i ruszyliśmy w drogę. Szybko usnęłyśmy i droga dzięki temu szybciej minęła. Dojechaliśmy do Borucina, to wieś na Kaszubach. Zamieszkaliśmy w segmencie trojaka i zapoznaliśmy się z najbliższą okolicą. Ku mojej i Lenki radości nasi gospodarze mieli koty, kozy, kury, konie, psa i trampolinę. Co nam więcej do szczęścia było potrzebne? Szczerze mówiąc ja i Lenka nie miałyśmy czasu na nudę. Drugiego dnia była piękna, ale wietrzna pogoda. Po śniadanku na tarasie pojechaliśmy do Gdańska po babcię Krysię. Wędrowaliśmy po jarmarku Dominikaśkim, a ja cały czas marudziłam, że chcę loda, a później jakąś pamiątkę. Było tyle wspaniałych rzeczy, a ja o każdej z nich marzyłam. Na nic tłumaczenia, że mam już pierścionki, korale, lalki, misie itd..., bo ja chciałam COŚ dostać. Dorośli stwierdzili, że mam problem i muszę przejść na odwyk: KONIEC z kupowaniem "pamiątek" przy każdej okazji. Pierwsze dni odwyku były straszne, ale teraz już jest lepiej. Pierwszy warunek otrzymania "pamiątki" to bycie grzecznym, a to też nie jest łatwe. Z radością wróciłam do Borucina gdzie nic mnie nie kusiło. Kolejny dzień przywitał nas deszczem. Gdy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy na 3 godzinny spacerek i w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą. Lało całą noc i rano znowu padało. Humory nam się popsuły, ale prognozy pogody podtrzymywały nas na duchu. Znowu między deszczami poznawaliśmy okolice. W czwartek było święto, a do tego dożynki. W pobliskim, oddalonym o 5 km, kościele odbyła się msza którą ogłosiły klekające bociany, które upodobały sobie dach kościoła. Koło kościoła były kolorowe stragany i wielka pokusa. Oj, jak bolał zakaz kupowania. Tyle plastikowych, różowych wspaniałości. Serca rodzicom nie zmiękły od moich łez, ciągle zapominam że to działa odwrotnie. Gdy już się opanowałam spróbowałam trochę inaczej: "Mamo, Lenka by chciała...". Też nie zadziałało.... ehh twardzi są. Po powrocie do domu okazało się, że mamy sąsiadów. Szybko się na nich poznaliśmy i jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie możemy ich "zdzierżyć". Strasznie krzyczeli, zamiast herbaty pili piwo, mówili brzydkie słowa, kłócili się i palili papierosy. Rodzice postanowili wykorzystać pogodę i zrobić kilka wycieczek. Na pierwszy rzut poszła Kościerzyna gdzie oglądaliśmy pociągi, akordeony i rynek. Tego dnia Lena postanowiła podtrzymać tradycję i to ona marudziła, ona jest lepsza, marudzi o wszystko. Ma chyba też lepszą technikę. Robi minę w podkówkę, zakłada ręce na piersi, wydaje dźwięki płacząco - jęcząco - krzyczące (w zależności od sytuacji wybiera pojedynczą opcję), wykrzykuje swoje ulubione przekleństwo "dupa; dupa jestem; dupa mama; dupa babcia..." w ostateczności rzuca się na ziemię. Działa na nią poważny ton, groźne spojrzenie i stanowczość. Tyle, że rodzice zaczynają od tłumaczenia, proszenia, a w ostateczności używają działającej opcji. Gdy Lena widzi, że rodzice już są źli bierze się w garść, wyciera nos ręką i mówi "Juś dobse, juś nie płace" lub "psepasam mamo". Czasami działa gdy się jej powie "Płaczesz jak mała dzidzia. Jesteś mały dzidziuś", a ona wtedy się oburza " Nie jestem dzidzia. Ty jesteś dzidziuś.". Najlepiej z nią nie zadzierać, a na wszelki wypadek kupić loda. To działa uspakajająco. Podczas naszych wakacji rodzice rozpoczęli swoją wakacyjną przygodę z końmi. Mama kiedyś jeździła i namówiła tatę, żeby on się też nauczył. Rodzice dosiadali Majki i Loli. Lena, babcia i ja bacznie ich obserwowałyśmy (dopóki nie zaczęli jeździć w tereny) i przynajmniej ja nie mogłam się doczekać kiedy skończą, bo wtedy ja miałam jeździć. Mogłabym tak bez końca. Rodzice trochę odcierpieli jazdę, ale szybko wrócili do formy. Musieli, bo czekała nas kolejna wyprawa, do Będomina. Tam znajduje się muzeum Hymnu Narodowego i była "wojna". Nasze wojska nacierały na odział pruski. Naszych było więcej i pięknie maszerowali, ale długo nie mogli pokonać tych prusaków. Później szukaliśmy skrzynki, jedliśmy watę i słuchaliśmy marynarskiej orkiestry. W niedzielę wstaliśmy wcześniej, ale nie przed krzyczącymi sąsiadami i ruszyliśmy nad morze, do Łeby. Pogoda nam dopisała. Gdy dotarliśmy do plaży, przez Lębork, świeciło słonko, a woda była cieplejsza niż w "naszym" jeziorze. Popluskaliśmy się, pobudowaliśmy z piasku i plażą ruszyliśmy na wydmy. Po drodze chlapaliśmy się, a pogoda się zmieniała. Słońce się schowało, a wiatr zaczął wiać. Lenka w ramionach taty usnęła, a ja dzielnie szłam biegnąc. Zmęczeni dotarliśmy na wydmy. Mama przejęła Lenkę i zapadając się w piachu szła, aż w końcu zmęczona usiadła. Lena się obudziła i zaczęło się "zimowe" szaleństwo. Wszystko było ładnie i pięknie, ale z tych wydm trzeba było wrócić. Rodzice postanowili zrobić to pieszo. Lenka oczywiście na barana, a ja? Szłam i szłam i szłam. Już nie biegałam idąc. Spokojnie mogę powiedzieć, że tego dnia przeszłam ok 15 km.
Do "domu" wróciliśmy w nocy ciesząc się, że nie zastaniemy już naszych sąsiadów. Kolejne dni były już spokojniejsze. Każdy dzień zaczynał się podobnie bo gdy otwieraliśmy drzwi przychodziły koty: Mini i Lusia (niepełnoletnie rude dziecko i jego biała mama zwana przez Lenę "Biały tygrys"). Mini jak to młodzież pchała się wszędzie, lubiła się bawić, była przymilna, a gdy trzeba było pokazywała pazurki. Lusia jako mamusia przychodziła w nadziei na poczęstunek i generalnie warczała jak pies. Gdy Mini wchodziła w drogę Lusi dochodziło do starcia, co bardzo cieszyło tatę. Bo tata nie znosi kotów. Co rano koty przychodziły, a my przeganiałyśmy białą Luśkę, a nosiłyśmy rudą Mini. Później skakanie na trampolinie i "program rodziców". Odwiedziliśmy "zamek" w Łapalicach, Chmielno, Wieżycę i Szymbark (który odradzamy). Któregoś dnia tatuś zarządził urodziny Leny, bo on może o takich sprawach decydować. Kupiliśmy ciastko, dmuchaliśmy świeczkę, śpiewaliśmy STO LAT, a Lena zjadła najwięcej ciastek. Dostała biegowy rowerek w kolorze zielonym, bo to jej ulubiony. Niestety jest nieco za duży i rodzice muszą biegać za Lenką. Innego dnia tata zarządził ognisko co bardzo pasowało Lenie bo ona uwielbia kiełabachy, parówki i sznycle. Wieczorami odwiedzaliśmy też trzy kozy, zawsze z bukietem trawy. Gdy przychodziła pora spania, zaczynało się istne wariactwo. Biegałyśmy między sypialniami i
straszyłyśmy babcie i siebie krzycząc "Jestem Brunhildą", "Brunhildo, wybacz mi". W wykonaniu Leny było to strasznie, strasznie śmieszne więc turlałyśmy się ze śmiechu. Zmęczone zasypiałyśmy by rano znowu wpuścić koty do domku. Kolejne, ostatnie dni minęły nam spokojnie na spacerach po lesie. Rodzice jeździli sobie na koniach w teren i już dawno nie pamiętali, że ich wszystko bolało. Ostatniego dnia zafundowali sobie nawet dwugodzinny teren, a potem wsiedli na rowery na 3 godziny. Ja to chętnie zostawałam z moim kotami, zwłaszcza że się okazało że Luśka ukrywa w stajni trzy maluteńkie kociaczki. Z resztą na samą myśl o wyjeździe zaczynałam płakać. Gdy nastała niedziela, dzień pożegnania ku zdziwieniu rodziców i babci nie płakałam. Po drodze odwiedziliśmy ponownie skansen we Wdzydzach, Toruń i w korkach, w środku nocy dotarliśmy do domu.
Jak można było nie kupić dzieciom pamiątki z Gdańska?! To oburzające! Protestuję stanowczo!
OdpowiedzUsuńDlaczego tak mało zdjęć w wykonaniu Majki jest???