Tatuńka spakowałyśmy i wysłałyśmy do pracy. W końcu mamy czas, żeby pisać. Myślałam o czym by tym razem, ale najpierw odpowiem na ciągłe pytania babci Krysi czy Lena coś gada: tak, ale wciąż po swojemu. Za to zaskakuje nas swoją spostrzegawczością. Ostatnio tata niedomagał i mama go spytała czy przypadkiem nie ma temperatury, na co pomocna Lena przyniosła tacie termometr. Innym razem Lena biegała z kredkami w buzi. Oczywiście mama uznała to za kiepski pomysł. W końcu Lena pokazuje na TV i mówi DIDI (co oznacza dzidziusia, albo dziecko). Wtedy mama sobie przypomniała spot z dziewczynką, która nie miała rączek wiec pędzelek trzymała w buzi. Może to tylko przypadek? Słów jej ciągle brakuje, ale swoimi sposobami świetnie się z nami dogaduje. No, ale ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam dziś napisać o naszej Dorce. Jest ona u nas ponad rok i długo nie mogła się do nas przyzwyczaić. Od jakiegoś czasu wszystko się zmieniło. Dorka już nie chce nas gryźć, daje się głaskać i karmić z ręki. Bardzo ją kochamy, a najbardziej Lenka. Nie ma dnia, żeby nie wyciągała rączek, żeby ją podnieść i pokazać Dorę. Gdy usłyszy, że chomik nie śpi zaciąga do klatki mamę lub tatę. Wykrzykuje "Doka. Doka..." lub "Doko" (czasem brzmi jak KOKO) i cmoka na nią. Po czym oświadcza "Doka am" (co oczywiście oznacza, że chce ją karmić). Bardzo jest tym przejęta. Gdy puszczamy chomika po dużym pokoju jest ona lepszym obserwatorem ode mnie. Nie, żebym ja się nie cieszyła z kontaktu z Dorą. Bardzo lubię brać ją na ręce i głaskać. Miło jest mieć zwierzątko. Ja teraz marzę o kotku, ale tata jest uparty i się nie zgadza. Myślę, że mamę to bym namówiła nawet na konia. Mówi się, że tylko krowa zdania nie zmienia ;).
Rozmowa z mamą, po wyjeździe taty do pracy:
Ja: Gdzie tata??
M: Już pojechał, nie chciał nas budzić. Dał Wam buziaki jak spałyście.
Ja: Mógłby już ten tata zgubić tą pracę. / jedna z mam koleżanek zgubiła pracę i ta dziewczynka już nie chodzi z nami do przedszkola/
M: Maju nie mów tak. Wiesz, że to by było niedobrze, nie mielibyśmy pieniążków.
Ja: Ty byś mogła iść do pracy. Przecież Tobie nikt nie płaci to znaczy, że nie pracujesz. Leżysz i nic nie robisz.
M:.....aha...... No wiesz, mama przecież sprząta, gotuje, opiekuje się Lenką itd...
Ja: Skończmy się opiekować Lenką. Ja chcę z Tobą leżeć i nic nie robić.
Mama jest nieco ciekawa komu zawdzięcza taką edukację swojej bystrej córeczki.

Po długiej przerwie ciężko zacząć pisanie, ale spróbuję. Tatuniek wrócił do domu po 4 tygodniach pracy. Mama się śmieje, że on tam odpoczywa, a pracuje w domu. Na pewno łatwiej mu się tam wyspać, mimo że wstaje po 5-tej rano. U nas spanie przypomina czasami poligon. Nawet najlepsze okopy nie pozwalają się ukryć przed nami. No, ale nie o tym chciałam pisać. Co prawda moi rodzice mieliby znacznie więcej do powiedzenia na ten temat niż ja, czy Lenka. 29 października nasz tata miał urodziny i oni, znaczy nasi rodzice ciągle sobie świętowali. To jakiś mjuzikal, teatr, kręgle i nawet jazda konna - wszystko z okazji tatusiowych urodzin. Dość długo to trwało, ale na szczęście już skończyli. Oczywiście to długie i miłe świętowanie zawdzięczają babci Ani i Krysi, które nas wtedy pilnowały. Jeszcze tylko puzzle, które tatuś dostał od nas, przypominają nam wszystkim, że ... no wiecie... że kolejny roczek za nim. Ja troszkę też skorzystałam na tych urodzinach. Rodzice zabrali mnie do Goszczy, gdzie oni jeździli na konikach, a ja i ciocia Karinka spacerowałyśmy w promieniach słonka po błotku. Na nas też przyszła kolej i przejechałyśmy się na konikach. Poszłam też do teatru, ale nie z rodzicami tylko z moją niezastąpioną matką chrzestną. Byłyśmy w Grotesce na spektaklu "Tygrys i kapitan Morgan". Przedstawienie bardzo mi się podobało, nie było ani straszne, ani śmieszne. Najbardziej podobały mi się żyrafy, które związały piratów i tygryska. Lena załapała się tylko na spacer po Wawelu. Niestety rezerwacje mamy przepadły, bo te panie źle mamie powiedziały przez telefon o której mamy być i nieco się spóźniliśmy. Mimo wszystko zbyt wiele nie przepadło i udało nam się zobaczyć katedrę i komnaty. Lena w trakcie spaceru usnęła tacie na rękach. Zanim to się jednak stało, dzielnie z nami maszerowała przynosząc dumę rodzicom. Czemu?? Bo wiecie ostatnio nas dopadło przeziębienie. Lenie najbardziej dokuczał (i dokucza) katar. Ona naśladując mnie nauczyła się dmuchać nosek. Bierze papierek, smarka i wrzuca do kibelka, albo targa i rozrzuca po podłodze. Spacerując po komnatach smarkała w rączkę i była z siebie bardzo zadowolona. Teraz ją już chyba kinol boli, albo jej się znudziło bo niechętnie dmucha nosek. Za to tata raz podejrzał jak uczyła lalę wycierać nosek. Innym razem tą samą lalę uczyła siku na kibelku. Skończyło się tak, że Haniula (nasza lala) dała nura głową do sedesu.