poniedziałek, 22 lipca 2013

Tactel na tropie skrzynek



ZDJĘCIA
Ciężko jest być dzieckiem. Ciągle Ci coś każą: umyj zęby, umyj buzię, ubierz się, zjedz, posprzątaj, przynieś, zanieś, pomóż. Człowiek naharuje się cały dzień przy tych poleceniach, a nie daj Boże coś się nie usłyszy, gdy ktoś powtórzy tylko 5 razy, to od razu nerwy. Nie wspomnę, że jak takie nieusłyszenie się powtórzy kilka razy i taki ktoś kto mówił że coś trzeba, albo czegoś nie powinno się robić, to lecą kary. Nasza mama zdecydowanie potrzebuje urlopu. Od dłuższego czasu (który można przeliczyć w tygodniach) nie oddaliła się od nas nie dalej niż do sąsiedniego pokoju (nie licząc trzech przypadków gdy wyszła na zakupy, w sumie jakieś 1,5h i raz z tatą i Kacprem szukać skrzynki - o tym później). Tak więc nasza mama wydaje się być na skraju wybuchu swych nerwów. Przestała cierpliwie odpowiadać na moje niezliczone, i czasami, jak ona uważa, nieprzemyślane pytania. Czasami pytam ją o coś po kilka razy, bo zapomniałam, że już o to pytałam. Nie wiem tylko jak wytłumaczyć ograniczoną cierpliwość taty??? On przecież cały miesiąc się obijał i nie słuchał naszego marudzenia, płakania, krzyczenia i moich pytań. Ehhh.... Ciocia Karinka jakby wyczuła sytuację i postanowiła zabrać mnie i Lenkę na 4 dni do Stalowej Woli. Mama się jej nieco dziwi, że w ten sposób chce wykorzystać urlop. Bo ciocia na codzień pracuje w żłobku, a dodatkowo pilnuje dzieci, a czasami uczy dzieci mówić (bo chce być logopedą) i jeszcze do tego się uczy (bo wciąż chce być mądrzejsza). Tak oto w środę rodzice mają nas podrzucić cioci do Stalówki, a sami chcą się gdzieś oddalić i odsapnąć. Zanim to nastąpi, mamy pewne plany. Plany łączą się z tym, że od piątku mamy gościa. Przyjechał do nas Kacper, chrześniak mamy i nasz starszy kuzyn. On ma 13 lat, a już dawno przerósł mamę. Jak to zwykle bywa, miałam mieszane uczucia co do jego przyjazdu. Jak już przyjechał, to trochę się wstydziłam, i jak to rodzice nazywają, popisywałam się, a razem ze mną Lena. Z każdym dniem jest nieco lepiej... Dzięki wizycie Kacpra rodzice postanowili trochę nas wymęczyć (zamiast siedzieć nad jeziorkiem i bawić się w piachu). W sobotę pojechaliśmy do Olsztyna. Udało nam się odwiedzić Olsztyńską Ruchomą Szopkę (kiedyś trafiliśmy jak była zamknięta). Co tam się działo... Najpierw pani coś tam gadu-gadka i na koniec mówi:
- zamknijcie oczy.....Teraz otwieramy!!
 Przed nami otwarte drzwi do sąsiedniego pokoju, a za nimi szopka. Piękne kolorowe figureczki, do tego ruchome. Stałyśmy i patrzyłyśmy i wydawałyśmy okrzyki (ja pierwsza, Lena za mną). Później mąż tamtej pani zabrał nas do jamy, gdzie było strasznie zimno i ciemno. Była tam taka makieta zamku olsztyńskiego. Ten pan o duchach zaczął opwiadać i nagle przerwał i łubudu coś jakby z dziury w ziemi wyskoczyło. To sam diabeł był. Najpierw zapadła cisza, a później wszyscy w śmiech. Ja i Lena już miałyśmy dość, i o oblężeniu słuchać nie chciałyśmy. Mamie przyznałam się na zewnątrz, że "serce mi o ziemię walnęło", tak się tego diabła zlękłam. Musiałam chwilkę popłakać, a potem wyszedł ten pan od diabła z jamy. Mama chciała poprawić mi humor, a przed chatą z szopką stoi taki domek drewniany i kolorowy. Ma zamknięte drzwiczki, a ja byłam ciekawa co jest w środku. Mama więc zagadnęła pana:
- Co tam pan trzyma w środku?? Maja jest ciekawa...
- Ah te kobiety i ich ciekawość - zaśmiał się pan - Chodźcie zobaczymy co tam jest.
No i pan otwiera drzwi z takim rozmachem, a tam wstrętna babajaga. Nieco się wystraszyłam, ale nie tak jak diabła. Wcale nie dlatego nie chciałam sobie zrobić zdjęcia z tą babąjagą. Nie miałam ochoty i tyle. Później mama kupiła aniołka do swojej kolekcji i poszliśmy na plac zabaw. Ja i Lenka lubimy place zabaw. Kacper się nieco nudził, a może zabawa aparatem jest ciekawsza? Po harcach byłyśmy gotowe na zdobycie ruin olsztyńskiego zamku. Wieczorem rodzice zostawili nas u babci i dziadka, i zabrali gdzieś Kacpra. Dziś się dowiedziałam gdzie go zabrali, i trochę miałam żal, że mnie zostawili. Jest taka zabawa GEOCACHING, czyli szukanie skrzynek. Najpierw tatuś w komputerze patrzy na współrzędne GPS i wszystkie potrzebne informacje żeby je znaleźć, a potem jedziemy i szukamy. Dziś znaleźliśmy aż 5. Jedną ja znalazłam sama osobiście, bo leżała na ziemi (ktoś albo coś musiało ją zrzucić z drzewa). Inna była na cmentarzu żydowskim. Tam byliśmy wszyscy pierwszy raz. Szło się przez lasek, a drzewa porośnięte były bluszczem, dookoła poprzewracane nagrobki i komary. Odtańczyliśmy taniec antykomarowy, ale to pomagało tylko trochę, a tatuś jako jedyny odważył wejść w pokrzywy, które były większe od niego. Był naszym bohaterem, zwłaszcza gdy się okazało, że musi tam wrócić (bo uciekając wziął ze skrzynki ołówek), a nikt nie chciał powtórzyć jego wyczynu. Z resztą ja poparzyłam sobie nogi. Co będzie jutro?
Na koniec się pochwalę. Podjęłam próby jazdy na rowerze na dwóch kółkach. Kiedyś już próbowałam, ale po przejechaniu 3 metrów przewracałam się. Teraz idzie mi już lepiej, choć zakręty to są trudne (w lewo jest znacznie łatwiej).

niedziela, 14 lipca 2013

Lato

Foty  filmiki filmik 
Dziś mija miesiąc od wyjazdu taty do pracy, 31 dni. Miał wrócić wczoraj, a wróci jutro. Tak to już jest z jego pracą. Ja i Lenka to nie bardzo się znamy na tych dniach, tygodniach, miesiącach i w sumie nam to trochę obojętne. Raz tęsknimy mniej, raz bardziej. Bardziej to wtedy gdy mama nam na coś nie pozwala, a ona upiera się jak osioł (ja i Lenka mamy to po niej). Gdy żyjemy w zgodzie to nawet lubię (nie chcę mówić za Lenę) jak tata jest w pracy. Na tak długo już dawno nie wyjeżdżał więc bardzo się cieszymy, że jutro kończy pracę. Chociaż mama uważa, że tata w pracy to odpoczywa, a pracuje w domu. Może jest w tym troszkę racji. Przez te cztery tygodnie Lenka nauczyła się wiele nowych słówek. Oczywiście zna te brzydkie: d..a, c..a i dużo innych. Powtarza jak papuga po mamie, a mnie uwielbia naśladować. Jak była mniejsza to namiętnie powtarzała po dwa razy znane jej wyrazy. Brzmiało to zabawnie i do tej pory rodzice nie mogą się oduczyć tego sposobu mówienia. Lena już rzadko używa tego stylu, ale za to teraz podkreśla literę "k" , "t" na końcu wyrazów np. takkkk, namottt (namiot). Jeszcze do niedawna uważano ją za lekomankę. Uwielbiała wszelkie syropki. Zazwyczaj to ja byłam chora, więc ona stała koło mnie gdy mama serwowała mi kolejną łyżeczkę lepkiej mazi, i wołała "ja tesz". Obrażała się gdy nie dostawała. Ostatnio dostałam zapalenia spojówek i też była rozczarowana, że tylko ja dostaję krople do oczu. Później jej zaczęły ropieć oczy i okazało się, że wcale nie podoba się jej kropienie. Zaciskała tak mocno oczy, że nie było siły ich otworzyć. Przynajmniej nie płakała i nie krzyczała (jak to ja mam w zwyczaju, chociaż teraz już jestem dzielniejsza). Mama jest trochę na mnie zła, bo gdy ja dostaję syropy to tak trochę dla picu, trochę na serio chowam się i udaję, że płaczę. Lena, ponieważ mnie naśladuje, też zaczęła tak robić. Nie ważne, że syrop jest dobry i po wypiciu pomasuje brzuszek i powie "jesce", ucieczka musi być. Bo skoro ja tak robię, to ona myśli, że tak trzeba. Jedyna rzecz, w której mnie nie naśladuje to moja przyjaźń z Martą. Okazało się, że nasza świnka to bardzo urocze, łakome i dość mądre stworzenie. Ostatnio otwieramy jej klatkę i ona wychodzi i wchodzi kiedy chce. Jest tylko mały problem bo Lena się jej boi i jest o nią zazdrosna. Ostatnio mama i Lena bawiły się klockami. Nagle z kuchni przybiegła Marta, więc Lenek wskoczył mamie na kolana:
- Boje Mata!!
Marta podeszła do mamy i czekała, aż ta ją pogłaszcze, a później hyc i wciska się na kolana, na co Lenka:
-Idź. Ja piewsa pupa, pupa!!- ( co oznaczało, że Lenka pierwsza usiadła na kolanach u mamy).
Niestety Marta nie zrozumiała o co chodzi Lence i jeszcze kilka razy pakowała się na kolana mamy, a nawet i Lenki.
Poza tym ostatnio prowadzimy bardzo poważne rozgrywki tzn. KTO PIERWSZY. Ja mam w zwyczaju, że podbiegam do drzwi i wołam "pierwsza!!!". Lenka nauczyła się ode mnie i też woła "piewsa", mimo że jest druga. Potem się kłócimy, a na świadka bierzemy mamę. Mama już zrezygnowała z tłumaczenia Lence, że to ja wygrałam, a mnie że Lenka jest mała i nie rozumie. Najczęściej odpowiada "mhm":
- Mamo prawda, że to ja byłam pierwsza? - pytam
- Mhm...- odpowiada mama
- Nie ja piewsa, piewsa. Pada mamo? -broni się Lenka
- Mhm...- odpowiada mama
Ostatnio mama wracała sama z Lenką do domu . Lenka dotknęła drzwi pierwsza i:
- Piewsa...
- Druga..- mama się zaklepała
- Nie ja duga.- odrzekła Lena
- Nie, ty byłaś pierwsza, a mama druga.
-Nieeee, ja duga, mama piewsa... - i tak się chwilę przekomarzały, ale Leny nie dało się przekonać.
Inne historia dotyczy pewnych lodów, BIG MILK. Tam można wygrać nowego loda, ale ja nie mam szczęścia i ciągle "przegrywam". Za każdym razem czytam  "Spróbuj jeszcze raz, Powodzenia". Ostatnio Lena dostała loda na patyku i zasiadła na schodach klatki (mama już wie, że nie warto jej wpuszczać z lodem do domu - wszystko się potem klei). W końcu zjadła loda spojrzała na patyk:
- O nie, pubuj jece las, popodzenia - i poszła wyrzucić patyczek do kosza.
 

środa, 3 lipca 2013

5 lat

Mikołaj podpala tort

Będzie się działo, ale lampa  błyskowa zawiodła w TYM momencie

Z moją zwariowaną kuzyneczką


Lenek z ciocią Kasią
Ja i Lenuś
Dziś był ważny dla mnie dzień, moje piąte urodziny. Myślę, że tego dnia to ja jestem najważniejsza i to ja powinnam rządzić wszystkimi. Mama ma nieco inne zdanie na ten temat, ale zostawię to bez komentarza. Marzyła mi się wielka impreza w sali zabaw (zwana przez nas KULKI) z koleżankami z przedszkola, podwórka i z moją kuzynką. Wszystko zależało od tego czy tatuś będzie w domu, czy będzie w pracy. U niego to tak trudno przewidzieć, a tym razem wezwali go z dnia na dzień. Wyjechał ponad dwa tygodnie temu i ma wrócić za jakieś dwa tygodnie. No, ale tym sposobem z mojej wymarzonej imprezy urodzinowej nici. Za to wczoraj spotkaliśmy się w rodzinnym gronie: Malwik, Miki, ciocia K., wujek M., babcia A., dziadek M., Lenka, mama i ja. Babcia upiekła pysznego torta, którego zaraz po zdmuchnięciu świeczek wcięło towarzystwo. Pobawiłyśmy się z Malwikiem, a później poszliśmy na podwórko. Bawiłam się super. Za to dziś od rana urywał się telefon. Wszyscy chcieli ze mną rozmawiać i składali mi życzenia. Męczące jest takie rozmawianie, ręka bolała mnie jak nie wiem. Dostałam nawet kartki z życzeniami. Miło jest mieć urodziny, nawet jak nie można wtedy rządzić.