wtorek, 19 lipca 2011

Dziś się pochwalę


Powinnam przywyknąć, że moje urodziny trwają długo, a już na pewno do najmilszej ich części. Oczywiście miło mieć gości, ale jeszcze milej jest otrzymywać prezenty... Od dziadka Janusza dostałam dość niezwykły podarunek, mój portret:
- Maju zobacz jaki piękny!! - zachwycała się mama
- Kto to?? - spytałam niepewnie
- To ty...
Parę dni później przyjechał mój tatuniek:
- Patz tato, to ja. Taka podobna do mnie. Widzisz mam opaskę z kwiatkiem i mój sweterek.

niedziela, 10 lipca 2011

Nie dla miłośników kotków

Zacznę od początku. Parę miesięcy temu ciocia Ola i mama rozpoczęły dyskusje o osiedlowych placach zabaw. Od słów przeszły do czynów i  napisały pisma do spółdzielni. Mimo początkowej niechęci pracowników tej placówki coś ruszyło. Część zabawek usunięto (tych co niby były niebezpieczne, z czym nasze mamy by dyskutowały), ale w zamian postawiono parę nowych. Wcześniej już o tym pisałam, ale nie dodałam że jakieś trzy tygodnie temu doszło parę nowych sprzętów. Niestety pozostał jeden problem, no może dwa. Po pierwsze właściciele czworonogów pozwalający im załatwiać się na terenie przeznaczonym do zabaw dla nas. Na skutek pism naszych mam ( tak nam się wydaje) spółdzielnia rozdawała darmowe woreczki do sprzątania po pieskach. Coraz częściej się widzi, że panie (bo panowie rzadziej) usuwają śmierdzące kupki. Niestety duża część psich właścicieli jest niereformowalna. Po drugie są jeszcze koty!! One są bardziej bezczelne bo załatwiają swoje potrzeby w piaskownicach. Piasek śmierdzi, a czasem można trafić na kupkę. No i doszłam do sedna sprawy. Pewnego dnia kiedy właśnie po raz kolejny trafiłyśmy na kocią kupę podsłuchałyśmy z Maryśką rozmowę mam. Bardzo były zdenerwowane i próbowały wymyślić jak zaradzić kuwecie w piaskownicy. Sprawa jest skomplikowana bo oprócz dzikich kotów swoje potrzeby załatwiają tu też koty domowe. Spółdzielnia nie ogrodzi piaskownic bo powie, że nie ma pieniędzy, a koty są sprytne i tak przejdą. Zostaje przykrywanie piaskownicy na czas gdy dzieci z niej nie korzystają. Problem w tym czy wszyscy rodzice będą tego przestrzegać i czy nikt takiej plandeki nie ukradnie, no i jeszcze trzeba by było nakłonić spółdzielnie do wymiany piachu. No i zaczęły myśleć jak oduczyć koty sikania w piaskownicach. Nie brały pod uwagę, że uszy mamy jak radary, a pomysły padały różne. Tak więc Marychna i Ja żeby pozbyć się kotów rozpoczęłyśmy akcję PATYKOWANIA. Żaden zwierzak jeszcze nie ucierpiał, no może się trochę zdenerwował. Gonimy te stworki z dzikimi krzykami, a jak mamy pod ręką to z patykami. Jednego już dwa razy udało nam się zagonić na drzewo. Marychna chciała tam za nim wejść, ale moja mama jej nie pozwoliła.
PATYKUJEMY
Gdzie jest kiciuś?
 To była bardziej drastyczna część mojego ( i Marychny) życiorysu z ostatnich dni. Poza tym zajęcia mamy różne, które zależą głównie od pogody. Po moich deszczowych urodzinach były również deszczowe dni. Raz wybrałyśmy się do biblioteki osiedlowej z działem dziecięcym. Bardzo nam się tam podobało. Na ścianach były rysunki Kubusia P. i jego przyjaciół. Był mały stoliczek, na którym były klocki i układanki. Najbardziej spodobało nam się szeptanie.

Odwiedziny w bibliotece w urodzinowych klimatach
Gdy pada deszcz pozostaje nam pluskanie w kałużach:

W kaloszach (pełna kulturka)
Bosakowo
Gdy tak biegamy z Maryśką boso to spotykamy się z różnymi reakcjami. Jedni kiwają poirytowani głowami, inni się uśmiechają pod nosem. My to bardzo lubimy i już trudno nam zmienić to dziwne upodobanie. Mamy się tylko boją, że któraś z nas coś sobie wbije w stopę. Mogą sobie gadać...
Ja osobiście lubię jak jest ciepło. Wczoraj (sobota) był prawdziwy letni upał i udało nam się pójść na basen i to całkiem dużą ekipą (Maryś, Tomek, Miki, Ja, a do tego trzy mamy i babcia). Zdecydowanie chcemy więcej takich wyjść!!

O dzidziusiu:
Ciągle powraca temat dzidziusia. Chyba najważniejsze jest to czy to chłopak czy dziewczyna, bo wszyscy o to pytają. Mnie chłopaki drażnią, ale mama mi wytłumaczyła że musimy kochać chłopakowego dzidziunia. Ja uważam, że dzidziusie się nie zmieniają i ten nasz jest dziewczyną. Nawet zgodziłam się na Jagodę. 
" Mamo dziękuję, że mnie urodziłaś. Dziękuję, że nie urodziłaś mnie chłopakiem".

niedziela, 3 lipca 2011

Moje trzecie urodzinki


To już chyba staje się tradycją, że moje urodziny obchodzę dwukrotnie. Po pierwsze mojemu tacie praca tak dziwnie wypada, że 3 lipca nie ma go w domu. Dlatego 1 lipca zrobiliśmy pierwszą imprezę, w której udział wzięli: babcia Ania z dziadkiem Markiem, babcia Krysia, ciocia Kasia i wujek Marcin z Mikim i Malwikiem, moi rodzice i ja. Teraz ważny fakt!! W tym roku torta upiekł tatuniek. Oczywiście nie odbyło się bez małych perypetii i dla pocieszenia mamy (która przy każdej próbie coś knociła) też zostało popełnionych parę błędów. Efekt końcowy wizualny był bardzo dobry, smakowo oceniamy na bardzo dobry z małym minusem. Generalnie tacie należą się brawa i gratulacje, że podjął się takiego zadania. Najlepszą nagrodą jest to że cały tort zniknął w brzuchach gości.

Ja bawiłam się świetnie, a największą frajdę miałam gdy malowaliśmy się moimi nowymi malowidłami i tańczyłyśmy z babcią, albo ciocią. Tego dnia poszliśmy bardzo późno spać.

Druga impreza odbyła się dziś, 3 lipca. Tym razem byli ciocia Karina i wujek Bartek, ciocia Ola i Marychna, mama, babcia Krysia i ja. Prezentów dostałam dużo i jeszcze nie zdążyłam się nimi nacieszyć. Może jutro jeśli dalej będzie tak padać to pobawię się nowymi zabawkami. Dziś też były tańce i wygłupy. Czas kończyć te świętowania. Dziękuję wszystkim za życzenia, ciepłe słowa, prezenty, za to że byli lub o mnie dziś myśleli.

sobota, 2 lipca 2011

Jeszcze wspomnienie morza...

Prawie od tygodnia jesteśmy w domu i ja wcale nigdzie się nie wybieram:
- Maja fajnie było nad morzem? - pyta mama
- Fajnie.
-To co jedziemy nad morze albo do Krakowa??
- Nie mamo, tu jest mój najukochańszy domek.

Dziś jeszcze parę zdjęć zrobionych mamy komórką nad morzem:



Tatuń kopie basen, którego mi zazdrościli.
Przystawali oglądali, a nawet pytali co i jak.







































Nogi naszego wieloryba,
ale czy one mają nogi??








Oto kilka fotek ze stołówki, gdzie dobrze karmili, a rodzice wspominali dzieciństwo. Zmieniło się chyba tylko to, że zamiast cerat na stole były obrusy plamoodporne, które i tak osłonięte były folią. Na ostatniej fotografii widać fragment kotleta schabowego (rozmiar zdecydowanie XXL, a trzeba było zmieścić ziemniaczki i surówki).