piątek, 31 grudnia 2010

No to kończymy 2010

Święta już się skończyły. Dobrze, że jeszcze choineczka pozostała jako wspomnienie tych niezwykłych dni. Wigilijny wieczór spędziliśmy u babci Ani i dziadka Marka. Wszyscy się wystroili, a pod choinką było dużo prezentów. Najpierw się pomodliliśmy, a mi z przejęcia aż buzię zatkało. Później łamaliśmy się opłatkiem, ale nadal ciężko mi było coś z siebie wydusić i tylko nieliczni usłyszeli "wsystkiego doblego", "wesołych świąt". Grzecznie wysiedziałam przy stole i zjadałam coraz to nowe potrawy. W końcu oznajmiłam, że mam dość i wraz z resztą dzieciaków myślami i czynami zaczęłam błądzić wokół drzewka i prezentów. Tego dnia późno poszłam spać, a następnego ranka zaspałam i późno obudziłam rodziców. Po szybkim śniadanku wyruszyliśmy do Krakowa do babci Krysi i cioci Karinki. Tu też czekały na mnie prezenty, a jak się okazało to nie był jeszcze koniec. Musiałam być bardzo grzeczna, a mama czasami tak na mnie narzeka... Wieczorem udaliśmy się podziwiać szopki u Bernardynów, Kapucynów i Franciszkanów (gdzie były żywe zwierzątka i koncert kolęd). Ruchome figurki i rozmiary szopki  (Bernardyni) wywołały mój zachwyt. Gdy wychodziliśmy z kościoła szło trzech zakonników szepnęłam do cioci:
- Patrz ciociu, trzej królowie.
Babcia tego dnia dzieliła się ze mną pieniążkami i wrzucałam monety do skarbonek, a aniołki kiwały główkami, świeciły się, albo zginały w pół. Gdy pożegnałam się z małym Jezuskiem u Kapucynów (na ołtarzu stał mały żłóbek, a w nim mały lalkowy dzidziuś - wygłaskałam go, nawet próbowałam go pocałować "Już idę Jezusku, papa"). Gdy wyszliśmy na zewnątrz, gdzie było bardzo zimno zaczęłam sobie śpiewać:
-" Kochany Jezusku jesteś kochany (czy jakoś tak) daj nam trochę pieniążków do naszej skarbonki, będzie nam miło...."
Ogólne rozbawienie wywołało też gdy zobaczyłam siostry zakonne. Jedna miała białe nakrycie głowy, a druga czarne:
- Patrz ciociu, czarny i biały murzyn.
U Franciszkanów spotkaliśmy trzejkróla, a właściwie trzejkrólową (bo miała suknię) i dostałam taką małą białą lamę. 
Rodzicom muszę podziękować za to, że któregoś dnia pozwolili mi bardzo późno oglądać film o księżniczce. Był taki piękny, a gdy tylko śpiewali to ja tańczyłam w swoim szlafroczku, a później rozdawałam wszystkim buziaki. Nie wiedziałam tylko co to macocha, ale mama mi wyjaśniła. Gdy tylko skończyła wywód zwróciłam się do niej "macocho", ale to tak tylko na żarty ;).
Odwiedzili mnie też ciocie i wujkowie, z którymi bardzo miło się bawiłam. Teraz pozostaje mi tylko życzyć wszystkim udanej zabawy  Sylwestrowej i Szczęśliwego Nowego Roku. Ja na łamach bloga obiecuję przespać całą noc ( nie tak jak te dwie ostatnie - gdzie się budziłam i nie dałam spać wszystkim domownikom). Trzymajcie za mnie kciuki ;).

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt

Tak nas pochłonęły świąteczne porządki i inne codzienności, że zapomniałam napisać życzeń. Każdemu kto tu zagląda w imieniu swoim osobistym, a także moich szanownych rodziców chciałam życzyć
ZDROWYCH, WESOŁYCH, BIAŁYCH  
(choć u nas odwilż i z pięknej bieli robi się brudna maź) 
I RODZINNYCH ŚWIĄT BOŻEGO ARODZENIA

U nas choineczka już stoi, a jest większa nawet od mojego tatuńka. Pomagałam rodzicom ją ubierać. Najbardziej podobało mi się odwijanie  cukierków z papierków. Mama kazała mi je wieszać, ale ich miejsce jest przecież w moim brzuchu. Na choince wiszą też nasze śmieszne aniołki. Zrobiliśmy je z makaronu i modeliny, a później pomalowaliśmy farbami. Kilka z nich uległo wypadkowi podczas zawieszania. Nie wiem czemu to akuratnie ja je wieszałam... Porządki świąteczne to też miła sprawa. Rodzice zabrali się za to dość późno, ale efekt jest. Ja pomagałam mamusi w porządkach u mnie w pokoiku. Ona wyciągała wszystkie zabawki, wycierała kurze i układała je na swoje miejsce. Wtedy ja wkraczałam do akcji. Brałam i bawiłam się tymi poukładanymi zabawkami, a jak mama kończyła nową półkę to te stare zostawiałam i bawiłam nowymi. Długo nam zajęło to sprzątanie. Mama chyba nie była zadowolona z mojej pomocy, ale się udało.

***
Mama już od jakiegoś czasu opowiada mi o Bożym Arodzeniu i wczoraj chciała się pochwalić tacie jaka ja jestem mądra i jak dużo wiem:
- Majeczko kto się urodził w Boże Narodzenie??
Mama to zawsze pyta jak ja jestem zajęta, akuratnie bawiłam się gumowym kotkiem
- Nie wiem - odpowiedziałam z nadzieją, że zrezygnuje
- Ooo - posmutniała - to może kotek wie??
- Tak, Pan Jezus - odpowiedziałam dumnie za kotka
- A gdzie ten Pan Jezus się urodził??
- W łazience....

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Czuć już Święta

 (Podczas robienia ozdób)
Już powoli czuć zbliżające się Święta. Gdy usłyszę "Boże Narodzenie" dostaję wypieków i zaczynam skakać i wołać "Mamo słyszałaś Boze Nalodzenie". Choinka jeszcze nie ubrana, ale już czeka na przystrojenie. Dziś po nią specjalnie pojechaliśmy, aż za Częstochowę. Wędrowałam z rodzicami wśród drzewek i wybraliśmy naszą choineczkę. Parę dni temu przyszykowaliśmy, całą trójką parę ozdób. Starałam się uczestniczyć czynnie w tych działaniach. Wyszło jak wyszło, rodzice mieli więcej sprzątania, ale sami tego chcieli. Poza tym w tym roku moja babcia Ania i dziadek Marek dmuchali tort ze świeczkami. Podobno nie mieli urodzin tylko jakąś 30-stą rocznicę. Mama mi tłumaczy i tłumaczy jak to z tymi mężami i żonami jest, ale ja to wiem tylko tyle, że "Kofam naszego mąza".  Mama ciągle mówi, że to jej mąż, a mój tatuń. Czemu nie może być naszym "mązem"??
Rodzice ciągle się śmieją gdy słyszą:
- Mamo przyjechał twój mąz
- Pocałuj swojego mąza
- Mój mąz
Wracając do babci i dziadka to wczoraj był taki duży obiad, na którym była nasza rodzinka. Śpiewaliśmy nawet Sto Lat i pozwolili mi dmuchnąć świeczuszki na torcie. Fajnie było. Gdy wróciliśmy do domu mama położyła otwartą torebkę na łóżku i zasiadła do komputera, a tata zajął się swoimi sprawami. Ja zajęłam się portfelem mamy:
- Majeczko nie ruszaj mojego portfelika - powiedziała mama (nie odwracając się do mnie) gdy po dźwiękach domyśliła się co się dzieje.
- Ja sobie pieniazka wezme- uspokoiłam ją
- Myszko mówiłam Ci, że nie wolno wyciągać pieniążków. Mama może Ci dać, ale sama nie możesz zabierać. - mówiły do mnie plecy mamy
- Pieniazkami trzeba się dzielić - oznajmiłam zgodnie z  mamy teorią, że trzeba się dzielić z innymi
- Hahaha... Majeczko pieniążkami może się podzielić z tobą mamusia, ale nie możesz ich brać sama z portfela - ja to się muszę dzielić, a ona nie??- zostaw mój portfelik, proszę.
- To ja sobie pożyczę te pieniążki. Do mojej skalbonki.
Mama śmiała się głośno i w końcu podzieliła się pieniążkami, a moja skarbonka zrobiła się cięższa.
(Szukając naszej choineczki)

niedziela, 12 grudnia 2010

Życiowe dialogi


- Patrz mama biegam jak pantelufa...
- Jak kto?? - spytała zdziwiona mama
- No jak pantera !!
- Aha biegasz szybko jak pantera - mama się uśmiecha
- Tak jak pantelufa...
 ***
Żeby mama się nie nudziła podczas gotowania często towarzyszę jej w kuchni (choć czasami się zajmę czymś innym ku radości mamy).  Pewnego popołudnia gdy mama obierała marchewki,  ja biegałam w kółeczko. Miałam uniesioną koszulkę, ukazując swój brzuch:
-Patrz mamo taniec brzucha!!
Teraz już wiem, że brzuch wcale nie musi się tak szybko przemieszczać.
***
Zainteresowało mnie samodzielne odkręcanie wody w umywalce i mama mi pokazała jak to się robi. Gdy tak sobie myłam rączki mama w końcu powiedziała:
- Majeczko, ale rączki już umyłaś to zakręć wodę.
- Dlaczego?? - spytałam zdziwiona bo spodobało mi się to samodzielne mycie.
- Bo wodę trzeba oszczędzać. W Afryce (...) dlatego trzeba wodę szanować. - zakończyła mama tłumaczenie, a w międzyczasie zakręciłyśmy wodę.
Ponieważ słuchałam uważnie co mama mówi, rzekłam głośno i wyraźnie (zwracając się do kurka z wodą):
- SZANUJ SIĘ!!
***
Gdy mama robi śniadanie to ja jej albo pomagam, albo oglądam bajki. Moja pomoc polega na tym, że mama mnie sadza na blacie koło deski gdzie przygotowuje kanapki. Czasami pozwala mi posmarować kromkę chlebka masłem, czasami wrzucam torebki herbaty do kubków no i rzecz jasna podjadam i zadaję mnóstwo pytań. Parę dni temu podczas tego obrządku mama postawiła mleko na kakao, paróweczki, wodę na herbatę, zaczęła  robić kanapeczki i odpowiadała na moje pytania. Nagle mleko wykipiało i trochę się przypaliło.
Mama rozbudziła się całkiem i podjęła działa naprawcze szkody, gadając przy tym dużo, gdy już kończyła swoje wywody dodała:
- Majeczko bądź chwilkę cichutko i pozwól mi się skupić...ehhh
- Dobze pozwalam Ci. Skup się - po tym stwierdzeniu zapadła 30 sekundowa cisza i pytałam dalej.....

(w zimowym kapelutku od Św.Mikołaja :) )

niedziela, 5 grudnia 2010

Mikołaju Święty przynieś nam prezenty....

Dziś był wyjątkowy dzień. Mikołaj znowu sobie przypomniał o mnie, ale nie tylko :). Najpierw spotkali go ciocia Kasia i wujek Marcin i dał im prezent. Później podrzucił paczki w domku u babci Ani (dla Mikołaja, Maliwinki i dla mnie). Straszną frajdę mi sprawiły te upominki, ale jeszcze większą podglądnie tych co czekały na moich kochanych kuzynów. Super prezentem okazał się bilet do teatru na Świnki Trzy. To była moja druga wizyta w teatrze, ale tym razem siedziałam na parterze. Występujący aktorzy byli tak blisko, że początkowo się bałam, tym bardziej że wiedziałam o złym wilku. Zasłaniałam oczy piąstkami, albo wtulałam się w mamę. Ona próbowała mnie przekonać, że nic złego się nie dzieje i na scenie są miłe kolorowe zwierzątka (nawet mówiła, że to aktorzy). Powiedziała, że wilk mi nic złego nie zrobi, a w razie czego ona mnie uratuje. Niestety nic mnie nie przekonywało. Mama podstępem odchyliła mi jedno oczko i przytuliła się policzkiem do mojego policzka (tak się bałam trochę mniej). Po paru minutach odsłoniła mi drugie oczko i już było fajnie i się nie bałam. Niestety owieczka się przebrała za złego wilka i chciała nastraszyć świnki, które chorowały na nudę (i nic im się nie chciało robić, nawet wybudować sobie domków na zimę). Gdy pojawił się kostium wilka znowu zasłoniłam oczka. Później mama mi powiedziała, że już go nie ma za to na scenie tańczy krowa przebrana za wilka "ale to było zabawne". Zaśmiewałam się długo, a i mama się rozweseliła. Później musiałam siusiu, a jak wracałyśmy to z sali słychać było straszne dźwięki. Musiałam trochę poczekać, zanim zdecydowałam się wrócić do środka. Wróciłam i wcale nie żałowałam. Gdy już było po wszystkim głośno biłam brawo. To nie był koniec atrakcji. Potem na scenie pojawiły się śnieżynki i razem z nimi wywołaliśmy Świętego Mikołaja i jego brata (bardzo podobni do siebie). Mój kuzyn nie mógł usiedzieć na miejscu, a gdy śnieżynka powiedziała, że dla każdego dziecka jest paczka to od razu chciał po nią biec. Okazało się jednak, że jest lista i dzieciaki podchodziły po wyczytaniu. Miki (mój kuzyn) był dzielny i poszedł sam. Ja poszłam z mamusią, ale nie bałam się tak bardzo jak przed paroma dniami (jak wparował nam Święty przez okno). Podałam mu rączkę i odebrałam ciężką paczkę. Jaka byłam szczęśliwa widząc tyle słodyczy. Mikołaj (mój kuzyn) wykrzykiwał "ale mamy jedzenia", a ja od razu chciałam czegoś spróbować. Muszę powiedzieć, że Malwiniak też był bardzo dzielny, choć na początku się nie zapowiadało. Ciocia musiała wyjść na korytarz z Malwinką jeszcze zanim się przedstawienie zaczęło. Później się okazało się, że znalazły dobre miejsce na balkonie gdzie Malwiniak z przejęciem śledziła co dzieje się na scenie. Gdy wszystkie zwierzątka się kłaniały, a później zeszły ze sceny była bliska płaczu. "To był fajny dzień".
Zdjęcia zawdzięczamy wujkowi Marcinowi, któremu bardzo dziękujemy)

środa, 1 grudnia 2010

Zimowy gość

Zima nam się rozkręciła do tego stopnia, że bez sanek nie ruszamy się z domu, a i Świętemu Mikołajowi coś się pomyliło. W poniedziałek w nocy tatuń wrócił z pracy. Myślałam, że mi się śnił, ale rano jak otworzyłam oczy ciągle był. Bawiliśmy się i cały dzień  wołałam "tatuń pobawisz się ze mną?", "tatuś chodź pokażę Ci coś fajnego" itd... Wieczorem udaliśmy się do babci Ani i dziadka Marka na kolację. Bawiłam się w sklep gdy nagle usłyszałam dziwny dźwięk. Ktoś kaszlał w najmniejszym pokoiku. Mama myślała, że to dziadek, ale ja coś czułam, że to nie on i się trochę wystraszyłam. Poszliśmy sprawdzić co tam się dzieje. W otwartym oknie na parapecie stał nie kto inny jak Święty Mikołaj. "Był strasznie bzytki i nie ladny bo miał białą blodę. Fioletowa byłaby ladna". Bardzo się wystraszyłam i schowałam się w objęciach babci bo mama wyciągnęła kamerę. Ja tak strasznie się bałam, że nie mogłam spojrzeć na gościa, a tym bardziej nie mogłam  mówić (choć wcześniej z mamą ćwiczyłyśmy jak to się gada z Mikołajem). Mikołaj pytał o różne rzeczy, ale ja tylko mogłam kręcić schowaną głową i nic więcej. Dopiero jak zrezygnowany Mikołaj stwierdził, że da mi prezent (ogromne pudło) to trochę się przełamałam. Podałam mu rękę, ale pierwsze słowa do niego z moich ust to "Idź sobie". Mama zaśpiewała piosnkę, bo ja nie dałam rady choć to co miałam śpiewać nie było trudne "Tralabum rum tum tum bum bum" z Kubusia Puchatka. Nagle Mikołaj stwierdził, że inne dzieci na niego czekają i musi już iść:
- Idź do Malwinika i Mikołaja i iiii do Gutka i Tosi. Tam jest taki domek dla lalek. Ja też chce taki domek. Mam taką balbi w domu... -powiedziałam
Później się pożegnaliśmy i w końcu mogłam otworzyć prezent. Wtedy wrócił tatuś, który poszedł do sklepu. Przegapił całą wizytę. Dziś rano taty już nie było. Znowu musiał jechać do pracy, a ja stwierdziłam, że Mikołaj jest fajny i kochany.