niedziela, 28 kwietnia 2013

Wyprawa do Torunia

Kilka fotek z Torunia (ciężko pstrykać i upilnować dwóch kobietek)
Zaczęliśmy sezon wiosenno letni. Rowery zostały wyciągnięte, przewietrzone, pierwsze kilometry pokonane. Również pierwsza wyprawa podróżnicza za nami. Tatuń wybrał się na szkolenie do Torunia, a my postanowiłyśmy mu towarzyszyć. Przyjechaliśmy w czwartek w nocy. Rano tatuń pobiegł się uczyć, a my udałyśmy się na dłłuuuuuuuuugi spacerek. Przeszłyśmy przez rynki i poszłyśmy do ZOO. Jest ono malutkie więc nie było zbyt dużo chodzenia. Za to był plac zabaw, można było karmić kozy i owieczki, co nam bardzo się podobało. Lena postanowiła również wykorzystać moment nieuwagi mamy i wskoczyć do błotnistej kałuży. Na szczęście  były to sekundy i nie zdążyła się w błotku rozsiąść jak EMU. Gdy opuściłyśmy ogród zoobotaniczny Lena szybko usnęła. Mama zaprowadziła mnie do tańczącej fontanny. Miałyśmy szczęście bo trafiłyśmy na pokaz. Lenusi nie obudziła ani głośna muzyka, ani szum wody, czy hałas dobiegający z ulicy. Za to ja poznałam koleżankę (już kolejną bo w ZOO poznałam chyba 3) i biegałyśmy wkoło fontanny. Później miałyśmy wrócić do hotelu bo nie czułam już nóżek. Trafiłyśmy na jakiś objazd dla pieszych i mama postanowiła, że zrealizujemy jej pierwotny plan. Poszłyśmy do skansenu, gdzie najpierw odpoczęłyśmy w cieniu drzew. Później oglądałyśmy stare domki. Ja to bym zaglądnęła w każdą dziurę. Lena za mną krok w krok. Ja przez komin zaglądam, żeby niebo zobaczyć, Lena też "niebo" chce oglądać. Ja biedronki łapie, Lena obserwuje mnie bacznie. Taki mój drugi cień. Swoją drogą z cieniem to też mamy psikusa. Parę miesięcy temu Lena odkryła cień, ale cały czas ją intryguje. Czasami ją śmieszy, a czasami się go boi. Kiedyś na spacerze była bardzo oburzona, że przyczepił się do niej i idzie krok w krok za nią. Wracając do Torunia to ze skansenu udałyśmy się w stronę hotelu. Mi już brakło siły więc wsiadłam do wózka, a Lena siadła na moich kolanach. Wózek wytrzymał, a i mama dała radę. My się zregenerowałyśmy i w czekaniu na tatę brykałyśmy po placu zabaw. Później wróciliśmy do starego miasta, które było już przeludnione (w porównaniu do poranka) i udaliśmy się na obiadek. Później krótki spacerek i powrót do hotelu. Mama była pełna nadziei, że jak wsiądę do auta to szybko usnę. Wstałyśmy o 7 rano, z hotelu wyszłyśmy przed 9. Z Torunia wyjechaliśmy o 19. Czyli od 9 do 19 cały czas się spacerowaliśmy i przemieszczaliśmy się. W aucie usnęłam przed 21. Odkryłam bardzo ciekawe zajęcie. Liczenie do 100 jest bardzo wciągające. Zwłaszcza jak się człowiek pomyli i musi zacząć od nowa. Nie wiem jak znalazłam się we własnym łóżku. Lena podobno się obudziła w domu i kąpała się jeszcze, ale ona zdecydowanie dłużej spała w aucie. To był bardzo długi dzień.



Słówka Leny:
papam - przepraszam
kuń lub koń - koń, ale zdecydowanie częściej jest "haha"
bimbim- żurawina, rodzynki, a nawet spinki czy gumki do włosów (drobne rzeczy)
adun - raz, dwa, trzy (gdy bawimy się w chowanego)
ogoń - ogon
hosiem - osiem
gulas - golas
blum blum  -plum plum na basenie
myju myju - umyć coś
dol - gol
piii- ktoś śpi
Mika - Lenka zaakceptowała, że mama to Mika
 
PS. Bo w końcu Lenie udało się doświadczyć radości bycia na basenie. Jak była mała to ciągle była zasmarkana i jakoś ją to ominęło. W końcu rodzice w ramach "zmęczenia fizycznego Majki" (czyli mnie) wzięli nas do Tarnowskich Gór do aqua parku. Lena najpierw była spięta, trzęsła się jak galareta. Po kilku minutach czuła się już jak ryba w wodzie. Okazało się, że 2 godziny to mało.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Posie hama

 Najważniejsze wieści są takie, że na reszcie przyszła wiosna. Straszą, że jeszcze ma przyjść chłodny front bo w kwietniu to normalne. Póki co cieszymy się i delektujemy słoneczkiem, pierwszymi kwiatuszkami i pączkami. Coraz więcej spacerujemy, bawimy się na placach zbaw. Lenka upodobała sobie zjeżdżalnie "łi". W niedzielę odwiedziła nas ciocia Karinka i dziadek Janusz. Udało mi się wtedy zrobić parę zdjęć kwiatków. Poza tym ostatnio zapomniałam o kilku ważnych słowach Lenki. Gdy siadam tu i próbuję przypomnieć sobie wszystkie słówka jakie udało się jej powiedzieć mam ogromną pustkę w głowie, a później przypominają mi się:
posie - proszę -> przecież to takie ważne słowo. Lena już wie, że gdy go użyje to ciężko jej odmówić. "Mamo, posieee"
hama - sama -> To jest od tygodnia hit. Lena wszystko robi "hama". Nie pozwala się asekurować przy wspinaniu na schody, przy zjeżdżaniu ze zjeżdżalni. Gdy ktoś jest zbyt blisko odgania go rączkami "Ja hama", albo podnosi jeden palec do góry "hama".
No i znowu z mojej długiej listy zostały mi w głowie te dwa słowa. Może następnym razem coś sobie przypomnę.

piątek, 5 kwietnia 2013

Wspomnienie wiosennych Świąt


Święta już dawno za nami, a my tu ani słówkiem o tych wiosennych chwilach nie wspomniałyśmy. Zacznę od tego, że rodzice postanowili przed Świętami poodwiedzać rodzinkę i zawitaliśmy do Stalówki. Dobrze być tak często u babć i cioć bo człowiek się wtedy mniej wstydzi. Trzy dni minęły szybko i wróciliśmy do Częstochowy szykować się do Świąt Wielkanocnych. Wszyscy wyczekiwaliśmy też wiosny. Niestety, nie dość że nie nadeszła to jeszcze mieliśmy atak zimy.  Dobrze, że chociaż w domu zrobiło się zielono, żółto i jakoś tak jaśniej (mama w końcu umyła okna). Posiałyśmy rzeżuchę, mama nakupiła kwiatków, zrobiliśmy pisanki, wydmuszki. W domu wiosna, za oknem zima. W sobotę wyszło na chwilkę słonko więc przynajmniej wyprawa na Jasną Górę z koszyczkiem należała do przyjemnych. Później to już tylko sypało i sypało. Niedziela to ważny dzień bo wtedy przychodzi Zając z prezentami, co my dzieci bardzo lubimy. Nie jest to takie
MAPA

proste, bo on chowa te prezenty. Czasami zostawia ślady po których trzeba iść, a czasami mapę. Odszukanie prezentów zajęło mi parę minut. Jeden był w piekarniku, a drugi w pudle koło okna, ale ma pomysły ten Zając. Skarby znalezione szybko porzuciłyśmy na środku przedpokoju (w kolejnych dniach wypróbowałyśmy nasze nowe fanty). Śniadanko zjedliśmy w domu, a na obiad sankami wybraliśmy się do babci Ani i dziadka Marka. Wracając spotkaliśmy Maryśkę i Tomka, z mamami i patrzyłyśmy jak ciocie usypują bałwana łopatą. Śnieg nie chciał się kleić więc
ZDJĘCIA
musiały sobie jakoś radzić. W poniedziałek obudziła nas mama oblewając wodą. Była z siebie zadowolona. Zawsze tą ją budzono wodą, gdyż ona zawsze najdłużej spała. Lena była zdziwiona, zbierało jej się na płacz, ale gdy
pozwolono jej polać tatę uśmiech wrócił na jej buźkę. Po śniadanku wyszliśmy na podwórko i ulepiliśmy  wielkanocnego zająca. Najbardziej wykazał się tata gdyż my kręciłyśmy się na karuzeli i wspinałyśmy się na drabinki, w towarzystwie mamy. Popołudnie spędziliśmy u dziadków. Było miło poza momentami gdy dziadek, a później Mikołaj nas oblali wodą. Byłam bardzo rozczarowana, że mi się nie udało. Poza tym, co za frajda być polewanym, lepiej lać. No i tym sposobem Święta się skończyły, ja wróciłam do przedszkola, tata do pracy.




Słówka Leny:
potampotam- hipopotam (mamy ulubione)
Dzoldz- George, imię świnki z bajki. Na siebie Lena ciągle mówi "Ty" (chodź raz powiedziała "Ja", ale to pewnie przypadek) i nie powtarza swojego imienia.
Ni ma (nie ma); Nie chce- jak łatwo się domyślić nie ma, nie chcę
To AGA- baba Jaga (a przecież umie powiedzieć baba)
No i w końcu, od kilku dni powtarza łatwiejsze słówka jak się ją o to poprosi i jeśli jaśnie Lena ma na to chęć.

PS. Z okazji Świąt mama zaprzestała prób nocnikowych. Ponieważ podczas porządków przedświątecznych nasza Lenka zasikała dwa razy łóżko i raz krzesło, podłoga to była norma. Po Świętach, mama również nie podjęła prób chodzenia bez pieluchy. Przyznała wreszcie rację tacie, że to za wcześnie. Lenek robi kupkę na nocnik i to na razie musi nam wystarczyć.