czwartek, 31 maja 2012

WAKACJE

ZDJĘCIA

Co to są wakacje? To jest czas gdy człowiek ma odpocząć i się zrelaksować. Nasi rodzice zabrali nas właśnie na wakacje, tak przynajmniej twierdzili. Ja tam nie odpoczęłam i nawet się nie zrelaksowałam. Ciągle gdzieś chodziliśmy, spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy. Może zacznę od tego, że pojechaliśmy do Kudowy Zdrój. Tam spaliśmy, chodziliśmy na spacery po Parku Zdrojowym, na lody i na plac zabaw (te dwa ostatnie niewątpliwie należą do rzeczy które lubię). Gdy rano wstawaliśmy, rodzice pakowali plecak, potem nas wsadzili do auta i w drogę:
Szczeliniec
Dzień I:
Chcieliśmy odwiedzić Złoty Stok, ale czas trwania zwiedzania przekraczał moje i Lenkowe normy. Po przyjeździe na kwaterę odbyliśmy spacerek po parku.
 Dzień II:
Szczeliniec – podobało mi się przez pierwsze 20 minut (choć schody nieco mnie zniechęciły), później nieco mi spowszedniały te skały. Było dużo hałaśliwych wycieczek szkolnych, które (choć pewnie nie tylko one) zostawiały sporo śmieci. Pogoda niby nam sprzyjała, bo słonko świeciło, ale do tego wiał zimny wiatr. Gdy on ustawał można było się upiec, a gdy wiał szczękaliśmy zębami. Później obiadek i wizyta w „szlaku ginących zawodów”. Mi się trochę podobało. Było mini ZOO, gdzie porównywałam różne rodzaje bażantów, była też koza, jelenie, owce itd... No tak, ale to niewiele ma wspólnego z zawodami. Oprócz zwierząt była tam chata z robótkami ręcznymi - szydełkowymi i krosnowymi. Dom chlebowy, gdzie można było sobie kupić pajdę chleba. Podobno i kowala można tam spotkać, ale my nie mieliśmy tyle szczęścia. Był też znudzony pan (pewnie dlatego że było dużo grup szkolnych), który robił garnki. Można było spróbować tego garncarstwa, co było za darmo, ale za własny twór trzeba było zapłacić. Tata podjął się i wykonał dzbanuszek, który zakupiliśmy. Rodzice byli trochę rozczarowani tym miejscem. Później udaliśmy się do kaplicy czaszek. Kupiliśmy bilety, spojrzeliśmy na rozwrzeszczane grupy dzieci i postanowiliśmy wrócić tam innego dnia. Resztkami sił wróciliśmy na kwaterę. Oj, ciężka była ta droga. Szybko usnęliśmy.
Dzień III:
Teplicke Skalne Mesto – Czy ci rodzice do końca poszaleli?? Znowu skały!! No dobra najpierw mi się podobały, ale ile można iść i tylko iść. Oni (tzn. rodzice) tylko Och-y, Ach-y, „patrz tu”, „patrz tam”. Ja dzielnie do przodu, za nimi, szłam i szłam. Dookoła skały wysokie na 30 metrów, czyściutko, cichutko. Mijaliśmy ludzi, którzy później nas mijali, wymienialiśmy z nimi miłe uwagi i spostrzeżenia. Trasę pokrzyżował nam Sokół wędrowny. Akuratnie przywędrował i kawałek trasy (gdzie mieliśmy zatoczyć koło) została wyłączona ze szlaku. Po ponad 4 godzinach wędrówki i pokonaniu ok 6 km dotarliśmy na parking. Na nic więcej nie starczyło nam już sił. Zakupiliśmy lody i pierwsze w tym roku truskawki i przed kwaterą pałaszowaliśmy przysmaki. Lenek po jeździe w foteliku, po noszeniu w nosidle chętnie korzystała z wolności. Dzielnie znosiła te nasze podróże, ale gdy miała dość to nie ukrywała rozgoryczenia. Do tego polubiła wstawanie przy różnych meblach i chodzenie za rączki.
Ze skalnym dziadkiem w Błędnych Skałach
Dzień IV:
Błędne Skały – Tak, tak znowu te skały. Tym razem podobało mi się. Były wąskie i niskie przejścia. Wołałam:
„OoO to będzie PIKUŚ!!”
„Skurcz się tata, jak oliwka”
„Dasz radę!!”
Błędne Skały
A tata nie dość, że duży to jeszcze niósł Lenkę więc mu było trudno. Lenie się za to bardziej podobało niż zwykle, chichrała się i gadała po swojemu. Było ciekawiej i krócej niż w poprzednie dni. Dla mnie na 6, dla rodziców na 5. Rodzicom było mało więc pojechaliśmy do skansenu w Pstrążnej. Eksponatów nie za dużo, ale bardzo klimatyczne i swojskie miejsce. Na odchodnym dostaliśmy po pajdzie chleba (wypiekany w jednej z chat) ze smalcem i z powidłami (palce lizać). Po drodze odwiedziliśmy ruchomą szopkę. Wystarczyło nam jeszcze czasu by pobawić się na placu zabaw.
Dzień V:
Adrspach
Kto chce niech nie wierzy, ale znowu pojechaliśmy oglądać skały. Czy Ci nasi rodzice są w ogóle normalni? Pojechaliśmy do Adrspach i spacerowaliśmy między imponującymi skałami. Każde z odwiedzanych przez nas miejsc było inne i każde otępiało moich staruszków. Tu niewątpliwie było inaczej bo oprócz skał były dwa wodospady, szmaragdowe jeziorko i skalne jeziorko po którym płynęliśmy z tatą łodzią. Trafił nam się bardzo wesoły pan przewodnik. Ponieważ to miejsce do płynięcia było dość nudne to pływający przewodnicy urozmaicili je figurkami np. (wspomnienie taty).:
- wystająca ręka z wody: „To ręka mojej żony, bo za mało zarabiała. Miała zabierać portfele turystom, ale jeszcze jej się nie udało więc tu została”.
- Korzeń wchodzący w skałę: „Marzenie starca, niby wisi a jednak stoi - conus spirytus viagrus”, a pewien chłopiec na to„mamuś, a co to viagra?”
  • Udało nam się jeszcze zaglądnąć do kaplicy czaszek. To był ostatni punkt grafiku, na resztę zabrakło już czasu.
Dzień VI:
Pogoda się popsuła. Kudowa („BUDOWA”) pożegnała nas chmurami, a już parę kilometrów za nią tonęliśmy w potoku płynącym z nieba. To był początek kiepskiej podróży. W Kłodzku rodzice poczuli dziwny zapach. Tata stwierdził, że to może być ropa. Ponieważ przestało śmierdzieć jechaliśmy dalej w ulewie. Nagle tata oświadczył, że musimy się zatrzymać bo coś nam bak za szybko pustoszeje. Postój obudził Lenkę. Okazało się, że poluzował się jakiś wężyk i straciliśmy parę ładnych litrów cennej cieczy. Tata naprawił usterkę i w drogę. Ja zabawiałam Lenę, która w aucie milczy gdy śpi lub coś je. W innych przypadkach, to albo miło sobie gada, albo marudzi i płacze. Dojechaliśmy do Nysy, droga nieco przesychała. Ja piskami i krzykami rozbawiałam Lenkę. Rodzice nic nie mówili bo ona się śmiała. Jechaliśmy wolno gdy nagle na lekkim łuku obróciło nasze auto o 270 stopni i wylądowaliśmy na przeciwnym pasie. W aucie zrobiło się cicho. Rodzice obserwowali nadjeżdżającego tira i z ulgą stwierdzili, że hamuje i dzieli nas jeszcze parę metrów. Rozluźnienie nastało gdy auto uderzyło tyłem, niezbyt mocno o balustrady na chodniku. Rodzice zlustrowali nas wzrokiem i tata zjechał do zatoczki by ocenić sytuację. Co ja na to??
„Ooo, ale nas zakręciło”.
Na szczęście nam nic się nie stało, a i nawet auto ucierpiało nie za wiele. Pojechaliśmy dalej, a marudzenie Leny nikomu nie przeszkadzało. W strugach deszczu odwiedziliśmy jeszcze zamek w Mosznej, a później prosto do domku, do mojego domku.
 

Moje wymarzone wakacje:
Wizyty na basenie niedaleko od naszego bloku.

Lenek:
Spaceruje sobie za rączki i po powrocie do domu została przeprowadzona do mojego, o przepraszam do NASZEGO pokoju. Pierwszej nocy było trochę łez, a kolejnej już nie. Co tu płakać, w nocy i tak lądujemy u rodziców.

Częstochowa. Uroczystość nadania Miejskiemu Przedszkolu nr 13 imienia Krecika, bohatera znanej czeskiej bajki
źródło:  http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/51,35271,11824947.html?i=0
We wtorek w przedszkolu odbyło się przedstawienie z ważnymi gośćmi. To wszystko z okazji 50 urodzin tego miejsca. Przedszkolu zostało nadane imię KRECIKA, a krótka informacja z tej uroczystości znalazła się w Gazecie Wyborczej.

niedziela, 20 maja 2012

Wesołe Ciasteczko

ZDJĘCIA
Parę dni temu zawitało pod nasz blok Wesołe Miasteczko. Taka informacja spowodowała, że wstałam z łóżka w 3 sekundy (normalnie ok 5 min). Myślałam, że mama zmyśla : "myślałam, że żartujesz, a tu na prawdę jest Wesołe Miasteczko". Och nie mogłam się doczekać kiedy tam pójdziemy. Całe to zamieszanie z powodu JUWENALIÓW. Studenci chcieli nam podziękować, że zgodziliśmy się na te hałasy za oknem i podarowali nam darmowe bilety. W sumie trochę przypadkiem nasz przydział się rozmnożył i z 4 zrobiło się 12. Połową podzieliłam się z moimi podwórkowymi przyjaciółmi, a resztę sama wyjeździłam (bo Lenek przecież jeszcze za mały). Muszę przyznać, że pierwszego dnia mnie poniosło i na koniec zabawy zrobiłam małą scenkę rozczarowania (bo chciałam jeszcze). To był dopiero początek mojego złego nastroju. Kolejnego dnia nieco lepiej zniosłam koniec szaleństw, a ostatniego dnia zaakceptowałam, że czas pożegnać się z WM. Mama każdego dnia oddychała coraz spokojniej, bo tym razem źle znosiła moje histerie. W sumie to była dzielna, bo raz bała wsiąść na pędzącego smoka, a następnego dnia przełamała się i już pojechała ze mną. Krzyczała tylko troszkę. Lenek powróciwszy na łono spacerów i podwórkowego życia śpi nieco lepiej. W dzień z tym sapaniem nie szaleje (od 30 min do 2h- raz na dwa tygodnie). Do piachu przekonała się Zocha i co tu dużo gadać opanowała piaskownicę. Lenek dostojnie siedzi i spogląda, a Zosia to tu to tam. Czasem również posiedzi i pogada, pogłaska Lenę, wsadzi jej palec do oka, przytuli, pocałuje, zabierze zabawkę. Co na to Lena?? Najczęściej uśmiecha się niczym Mona Lisa.

wtorek, 15 maja 2012

Mój świat, piszę ja czyli Lena


Tu Zosia sprawdza uzębienie Leny
Zauważyłam, że moja siostra (Maja) cierpi ostatnio na brak czasu. Za jej zgodą postanowiłam od czasu do czasu wyręczyć ją w pisaniu bloga. Niestety przedszkole, zabawy na podwórku zabierają znaczną część dnia. Później tylko kąpiel, bajka, kolacja, lektura i dopada nas (mnie - LENE- nieco wcześniej) błogi sen. Tzn. z tym podwórkiem to tak jest gdy jest ładna pogoda. W tamtym tygodniu panowało u nas lato, teraz jest chłodno i spacery są krótsze. No, ale wracając do tej pięknej pogody. Odkryłam coś niezwykłego, piaskownicę. Mogę sobie tam siedzieć i machać łopatką, kubeczkiem, foremką i przyglądać się biegającym dzieciom bardzo długo. Gdy mnie mama sadza w piachu nagle otacza mnie wianuszek dzieci, wszyscy bawią się koło mnie, a później biegną do innych zbaw, a później znowu wracają.Zauważyłam, że lubię być w centrum uwagi. Jestem przeszczęśliwa, gdy ktoś nie spuszcza ze mnie oka i do mnie gada. Odwzajemniam to zainteresowanie uśmiechami. Moja koleżanka Zocha, jest bardziej delikatna i o piaskownicy nie chce słyszeć. Ja tam piasek lubię. Nie lubię też samotności. W domu chodzę za mamą, lub Majką krok w krok. Gdy już jestem zmęczona tym przemieszczaniem, to się złoszczę. Ciężko jest chodzić na czworakach i nieść coś w rączce (chlebek, łyżeczka itp...). Gdy już jestem rozgniewana, ale jeszcze nie  chce mi się płakać mówię "dzidziadziadziadzia...", albo "tititititi". Gdy jestem w dobrym nastroju to próbuję rozśmieszyć wszystkich mówiąc " loodyloody...", do tego wyciągam tak śmiesznie jęzor i jestem cała mokra. Ten ślinotok jest też spotęgowany tym, że przebiły mi się kolejne zęby. Wszyscy się nimi zachwycają, więc chętnie się nimi chwalę.

wtorek, 8 maja 2012

Majowy tydzień

FOTY
Na początku muszę zaznaczyć, że naszymi ostatnimi krokami kierował fakt, że tatuń nie pojechał do pracy. Tak długo to go z nami jeszcze nie było. Po telefonie z tą radosną nowiną rodzice postanowili o wyjeździe do Krakowa. Prawie starannie zaplanowali każdy dzień pobytu u babci. Odwiedziliśmy ogród botaniczny, ale po odwiedzeniu Dobrzycy (w wakacje) trochę nam było mało. Nasyceni kolorami natury, nagrzani promieniami słońca mieliśmy siły i chęci do dalszych punktów programu. We wtorek rano rodzice spakowali plecaki, nas i ciocię Karinkę i wyjechaliśmy z Krakowa. Najpierw szybko i sprawnie, a później wolniej, aż całkiem utknęliśmy w koreczku. Trochę to przez rodziców bo pokierowali się złą trasą i tym o to sposobem trasę ponad 100 km pokonaliśmy w rekordowym czasie ponad 3 godzin. Na miejscu było tylko nieco lepiej, ponieważ w tak piękny majowy tydzień dużo osób miało ten sam pomysł co rodzice - Wąwóz Homole. Najpierw bardzo mi się podobało. Pluskałam się w strumyku, a Lenie bujanie w nosidle bardzo pasowało. Gdy wyszliśmy z wąwozu, moje zadowolenie nieco spadło. Z małym marudzeniem dotarłam do miejsca wypasu owiec. Przejęłam się tym, że ludzie zdzierają z owiec skóry. Wiedziałam, że je zjadamy, nawet mama mi opowiadała, że się robi z nich futra. Gdy z bliska zobaczyłam skóry wstrząsnęło mnie nieco ("mamo oni je im zdejmują tylko trochę??"). Jeszcze następnego dnia pytałam: "mamo, a z czego robi się lizaki?? z jakiego zwierza??". Na hali posililiśmy się serkami, mlekiem owczym i poszłam z tatą, a później z mamą i ciocią odwiedzić owce. Gdy ruszyliśmy w ostatni etap podróży mama musiała słuchać:
- Już nigdy nie pójdę w góry. Moje nóżki nie lubią skał, jestem zmęczona, mam dość. Jak będziecie jechać w góry to ja zostanę z babcią, albo ciocią.
Po trzech godzinkach zmęczeni upałem dotarliśmy do autka. W dobrych nastrojach wróciliśmy do babci Krysi. Podróż w korku skłoniła mamę i tatę do zmiany planów i kolejne dwa dni spacerowaliśmy po parku Jordana i na Bielanach. Ciocia Karinka podczas tego drugiego spaceru wpadła na pomysł, żeby pójść do ZOO. Długość kolejki skutecznie wybiła nam ten pomysł z głowy. Resztę czasu spędzałyśmy bardzo aktywnie z babcią Krysią i ciocią Karinką. Muszę jeszcze dodać, że jestem zagorzałą cyklistką. Uwielbiam mój rowerek i chętnie biorę go na spacery.


Lenek



Tak szybko się zmienia, a jeszcze szybciej się przemieszcza. Daje "cześć", robi "falę" i pokazuje paluszkiem (co jest bardzo nieskoordynowane). Coraz fajniej się razem bawimy, ale często mam wrażenie, że mi przeszkadza. Póki co, tych iskrzących momentów jest mniej (pojawiają się głównie gdy zjawiają się babcie, ciocie i chciałabym je mieć tylko dla siebie). No i jeszcze potrafi dawać buziaki, ale dla chętnych dodam, że warto mieć przy sobie chusteczkę.