Wakacje dobiegają końca, przynajmniej dla niektórych. Dla mnie wakacje będą dopóki będzie pogoda. Ta niestety coś zaczyna kaprysić. Mam cichą nadzieję, że jutro słonko do nas wyjrzy, a nie tylko ten paskudny deszcz. W tym tygodniu byliśmy z rodzicami w Tarnowskich Górach. Tam jest taki park wodny i jest dużo basenów. Bardzo mi się podobało, zwłaszcza w basenie gdzie były fale. Na początku jak mama wołała "fala" to ja podnosiłam rączki (tak mnie nauczył wujek Marcin). Okazało się, że fala może być też z wody i można przez nią skakać. Podobała mi się też taka żółta ślizgawka, ale muszę mieć więcej lat i więcej zębów (to wiem od Mikiego). Pojechaliśmy też na pustynię Siedlecką i zbudowaliśmy tam żółwia. Tata wykopał "dua dziua" i ja tam mogłam sobie siedzieć. Szkoda, że nie pojedziemy już nad morze. Bo tam jest i woda i dużo piasku. W ten weekend zaczęły się "Dni Częstochowy". Niestety pogoda nie rozpieszcza i wygląda na to, że jest to mały niewypał. Ja narzekać nie mogę, bo dostałam dużo balonów i widziałam dziś fajne "auta".
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
sobota, 29 sierpnia 2009
wtorek, 25 sierpnia 2009
Na Bieszczady nie ma rady (5-24.VIII.)
Koniec przerwy wakacyjnej!!
Naszą podróż rozpoczęliśmy w Krakowie później byliśmy w Rudniku nad Sanem, w Stalowej Woli, w BIESZCZADACH, a na koniec wróciliśmy do miasta króli. W kilku zdaniach ciężko napisać gdzie i co robiłam, więc tradycyjnie załączam zdjęcia. Widziałam wiele nowych i ciekawych rzeczy. Najbardziej podobały mi się spacery po lasach, zwłaszcza gdy znajdowaliśmy dużo jeżyn (ale pychota). Wędrówki w nosidle na dłuższych dystansach mnie lekko usypiały, ale przez pogodę nie było ich zbyt wiele, a nawet za mało. Do gustu przypadły mi też kąpiele w rzekach i naturalnych zbiornikach. Basenik mnie już trochę nudzi. Poznałam wielu ludzi, zwłaszcza na szlaku. Tam wszyscy chętnie odpowiadają "cześć", a czasem odmachają. W mieście to różnie bywa. W Bieszczadach mieszkaliśmy w Woli Górzańskiej, gdzie asfalt ma więcej dziur niż ser szwajcarski. Gospodarze byli bardzo mili i mieli kotki i pieska oraz konie, choć wszyscy uparcie twierdzili, że to krowy i w dodatku dają mleko. Zdobyliśmy z rodzicami Małą i Wielką Rawkę. Tak wysoko byłam pierwszy raz. W sumie dwa razy byłam na ognisku, a jedno to nawet pomagałam rozpalić. Gdy pogoda kaprysiła pojechaliśmy do Sanoka i Leska. Jak się okazało słusznie, bo gdy u nas świeciło słonko, to w górach padał deszczyk. Nie miałam czasu się nudzić...
Naszą podróż rozpoczęliśmy w Krakowie później byliśmy w Rudniku nad Sanem, w Stalowej Woli, w BIESZCZADACH, a na koniec wróciliśmy do miasta króli. W kilku zdaniach ciężko napisać gdzie i co robiłam, więc tradycyjnie załączam zdjęcia. Widziałam wiele nowych i ciekawych rzeczy. Najbardziej podobały mi się spacery po lasach, zwłaszcza gdy znajdowaliśmy dużo jeżyn (ale pychota). Wędrówki w nosidle na dłuższych dystansach mnie lekko usypiały, ale przez pogodę nie było ich zbyt wiele, a nawet za mało. Do gustu przypadły mi też kąpiele w rzekach i naturalnych zbiornikach. Basenik mnie już trochę nudzi. Poznałam wielu ludzi, zwłaszcza na szlaku. Tam wszyscy chętnie odpowiadają "cześć", a czasem odmachają. W mieście to różnie bywa. W Bieszczadach mieszkaliśmy w Woli Górzańskiej, gdzie asfalt ma więcej dziur niż ser szwajcarski. Gospodarze byli bardzo mili i mieli kotki i pieska oraz konie, choć wszyscy uparcie twierdzili, że to krowy i w dodatku dają mleko. Zdobyliśmy z rodzicami Małą i Wielką Rawkę. Tak wysoko byłam pierwszy raz. W sumie dwa razy byłam na ognisku, a jedno to nawet pomagałam rozpalić. Gdy pogoda kaprysiła pojechaliśmy do Sanoka i Leska. Jak się okazało słusznie, bo gdy u nas świeciło słonko, to w górach padał deszczyk. Nie miałam czasu się nudzić...
sobota, 1 sierpnia 2009
Urodziny Mikiego i Antka
Dziś to dopiero była impreza... Śluby, chrzciny czy nawet moje prywatne urodzinki wysiadają. Tyle się działo, że nie wiem od czego zacząć. Świętowaliśmy piąte urodziny Mikołaja i Antka. Zabawa odbyła się w ogródku. Była to piracka impreza. Dzieci, a było ich tyle, że nie zliczę poprzebierane były za piratów. Na trawniku był rozłożony ogromny, dmuchany piracki okręt. Można było po nim skakać, przewracać się i turlać. Był też taki duuuży traktor, na którym mogłam jeździć. Był też piękny, kolorowy, pyszny piracki tort. Jednym słowem szaleństwo na całego. Starsze dzieciaki bawiły się w pirackie zabawy, a ja sobie biegałam i dokazywałam. Taka pani pomalowała mi buzię i zamieniłam się w kotka. Później był pokaz baniek, wooo jakie one były duże i kolorowe. Z tych wszystkich wrażeń zapomniałam, że dziś ma wrócić tatuś.
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego piratom życzę!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)