piątek, 31 stycznia 2014

Łyżwiarstwo i narciarstwo- nowe odkrycia

ZDJĘCIA
Pisałyśmy, że zaczęły się ferie? Bo właśnie się już kończą. Tak czy owak, pierwszy tydzień minął zupełnie normalnie. Chodziłam do przedszkola i tylko nie było popołudniowych zajęć tanecznych i Bystrzaka. W drugim tygodniu spadł śnieg i rodzice postanowili zorganizować mi ferie. Ponieważ podjęłam próbę jazdy na łyżwach i mi się spodobało, zostały zakupione łyżwy. Rozbiliśmy moją skarbonkę i się okazało, że będą łyżwy, kask, a i na rolki starczy. Łyżwy są biało różowe i do tego rozsuwają się, więc będą rosły razem z moją nóżką. W nowych łyżwach podbijałyśmy z mamą lodowisko w Olsztynie. Ohhh, najpierw szło mi kiepsko i prawie ze łzami w oczach mówiłam "po co mi były te głupie łyżwy?! Ja nic nie umiem tylko się przewracam". Mama twierdzi, że przewracać się też trzeba umieć. Do tego wszystkiego jeden pan zwrócił mi uwagę, że powinnam bardziej ugiąć nogi. Jak on śmiał na mnie spojrzeć i się jeszcze odezwać! (bo ja nie lubię chłopaków i nawet kolegom z przedszkola rzadko odpowiadam "cześć"). Później się rozkręciłam i szło mi nawet nieźle. Wtedy na środek lodowiska wyszedł pan z mikrofonem. Na małym lodowisku zrobiło się nagle pusto i pech chciał, że ten pan wpadł na nas (a może my na pana). Ja nie wiem co ci faceci sobie myślą, od razu pyta się taki o imię. Ja go tylko ofuknęłam, ale mama nie jest taka sprytna i się nie wymigała od rozmowy z reporterem. W końcu nas pan puścił gdy zobaczył, że postanowiłam się oddalić od mamy (a dodam, że wtedy nie umiałam jeszcze zrobić tego sama). Na trzeciej wizycie na lodowisku zaryzykowałam i puściłam się maminej ręki. Teraz to ona się mnie prosi, żebym ją trzymała za rączkę. To była tylko jedna z zimowych atrakcji, którą przygotowali dla mnie rodzice (z mniej ważnych to byłam z tatusiem w kinie, na lodach i dostałyśmy fajną grę z hipciami - nawet Lenek w nią może grać, sanki, jabłuszko, wizyta w sali zabaw, wizyta u koleżanki i odwiedziny koleżanki). Wzięli mnie też na narty. Raz miałam lekcję z panią i było superaśnie. Nie chciałam schodzić ze stoku. Tata kupił karnety, wpiął narty i... porażka. On się w ogóle nie zna na nauce jazdy na nartach. Zjechałam 4 razy i 3 razy się wywróciłam, a przez całą godzinkę z panią ZERO!!! Do tego raz się wbiłam w słomę którą obłożony był koniec trasy (właśnie na takie przypadki). Dwa dni później miałam mieć kolejną lekcję, ale na innym stoku i z panem. Ponoć oni mogą uczyć lepiej od pań, ale ja jestem innego zdania. Mama na samo wspomnienie tej lekcji dostaje palpitacji serca (tak mówi).  Było tak, że jak zobaczyłam tego "młodego i miłego" (wg mamy) pana powiedziałam "NIE". Poszłam na mały kompromis i wpiełam narty. Później się rozpłakałam i przez 40 minut namawiano mnie (prośbą, szantażem, groźbą), żebym chociaż spróbowała. Zjechałam 3 m i skończyłam indywidualną lekcję za którą trzeba było zapłacić. Najgorsze jest to, że mama powiedziała: 
- Jak się nauczysz skręcać, to kupimy chrupki (u nas to rzadko takie rarytasy). 
Nie nauczyłam się, więc chrupek nie było. Później czekałyśmy na tatę, który jeździł. Mama była zła, ja płakałam o chrupki. Byłam nawet gotowa na tą lekcję, ale z tatą. Nie wiem o co tym rodzicom chodzi. Mówili do mnie dużo, a ja kiwałam głową że rozumiem. Było mi trochę smutno, bo byli tak rozgniewani, że nie wzięli nas już na obiecany basen. Do tego okazuje się, że za tą lekcję muszę zapłacić z pieniążków z własnej skarbonki. Jakoś się tym nie przejęłam, po co tracić nerwy na takie głupstwa. Zupełnie nie rozumiem tej mamy. Będą mi znowu dawać kasiorę, ja będę wrzucać do skarbonki i na wiosnę uzbieram na rolki. Może dostanę na imieniny, albo na dzień dziecka? Bez okazji też przecież czasami się dostaje prezenty. Jak już o tych prezentach mowa, to przypomniałam sobie, że były urodziny mamy. Zrobiłam dla niej laurkę, na kilka dni wcześniej. Ohhh mama nie chciała wiedzieć co jej narysowałam, bo chciała mieć niespodziankę. Korciło mnie jak nie wiem, żeby jej powiedzieć i pokazać. W końcu nastał ten dzień, obudziłam się chyba jakoś wcześniem bo było bardzo ciemno. Przydreptałam do mamy do łóżka:
- Mamo mogę Ci już dać laurkę?
Nie wiem czy nie była ciekawa tego co narysowałam, ale kazała mi iść spać.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zielony Anioł czyli spojrzenie Leny na rzeczywistość

ZDJĘCIA
Podobno w ostatnich dniach stałam się trochę asertywna. Czemu trochę? Posiadam i wyrażam własne zdanie, a także swoje emocje. Tylko jest pewne ALE. Tym wyrażaniem naruszam pewne granice, przez co ranię swoich bliskich. Do tego tej całej asertywności trzeba się nauczyć, a mi sama przyszła. Wygląda to mniej więcej tak:

Przykład 1
Mama: Lenko chodź, ubierzemy się i idziemy po Maje do przedszkola.
Ja: Nie.
Mama: Proszę Cię chodź. - mama jest nudna i tak prosi kilka razy.
Ja: Nie mamo. Ja zostanem sama w domu.
Później mama namawia i tłumaczy, że Maja czeka i takie tam. Czasami odlicza do trzech, co najczęściej prowadzi do tego, że ja zaczynam płakać:
Ja: Nie pójdziem!!!
Później bywa różnie np.:
Mama: Dobrze Lenko zostań, ale pamiętaj żeby nikomu nie otwierać drzwi.
Ten argument mnie zazwyczaj przekonuje:
Ja: Dobrze, pójdziem.

Przykład 2
Tata: Zjedz obiad.
Ja: Nie.

Przykład 3
Mama: Lenka do łazienki, myć się.
Ja: Nie.

Przykład 4
Tata: Leno sprzątamy zabawki.
Ja: Nie.
Tata: Lenko proszę posprzątaj swoje skarby. Zobacz, Maja sprząta, pomóż jej.
Ja: Ja nie umiem.
Dyskusja rozkwita, aż w końcu krzyczę na tatę (lub mamę), oni na mnie, a na koniec nie sprzątniete zabawki lądują w wielkim worze.

Przykład 5
Babcia: Chodź przytulę Cię.
Ja: Nie możesz mnie tykać, nigdy. Mama może

Przykład 6
Tata wrócił z pracy i mijała pierwsza noc. Budzę się rozgrymaszona w nocy. Dla świętego spokoju mama ulega prośbom:
Ja: Gdzie Plamka, gdzie Blat? -(moje pluszaki)
Mama: Już szukam...
3 min później:
Ja: Pić chce.
Mama: Już przyniosę.
Później wszyscy śpimy, ale ok. 5 dzwoni budzik (bo mama musiała wyjątkowo wcześniej wstać). Wstaje mama, a ja z nią.
Mama: Kładź się, przytul do tatusia.
Ja: Nie chcem. To nie mój tata, nie przytulę się. Przytulem się do mamy.

Już nie będę mnożyć przykładów, a przecież mogłabym tak bez końca.


 Ostatni tydzień był pełen wrażeń, zwłaszcza dla mojej Majki. Odbyły się w końcu jasełka gdzie Maja była aniołkiem. Bardzo jej zazdrościłam stroju, chociaż wolę być zielonym aniołem. Dzień później Maja miała bal karnawałowy gdzie była panterą. Moje życie nie jest tak ciekawe, ja już chcę do przedszkola. Chce mieć swoje przyjaciółki, a nie tylko Majki.



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Święta i o wejściu w Nowy 2014 rok

ZDJĘCIA
Święta już za nami, a i kalendarze trzeba wymienić. W kilku zdaniach wspomnę te magiczne dni (później łatwiej sobie przypomnieć gdzie się spędzało poszczególne Święta). 18 grudnia rodzice zakupili żywą choineczkę, którą od razu ubraliśmy. 21 grudnia przyjechał dziadek Janusz i ciocia Karinka, którzy przywieźli prezenty od Świętego Mikołaja i od cioci Ani. Na palcach dwóch rąk nie zliczyłabym tych mniejszych i większych drobiazgów. Do tego podczas wizyty ciocia pomalowała nam paznokcie. To już stało się chyba tradycją. Pojawia się ciocia i nasze paznokcie robią się bajkowe, a na mojej główce piękne warkoczyki. Nasza ciocia pracuje w żłobku. Podobno mamy jak przyprowadzają swoje małe córeczki przynoszą też szczotki, grzebyczki, gumki, spinki i proszą naszą Karinkę: "Niech pani ją uczesze, ona w domu nie chce się czesać. Pani jej takie cuda z włosów robi". Szybko zleciała ta wizyta, a zaraz potem był 24 grudnia. Wigilia tym razem odbyła się u cioci Kasi i wujka Marcina. Było nas znacznie więcej niż normalnie, bo jeszcze przyszli drudzy dziadkowie Malwinki i Mikołaja, ich ciocia, wujek i Michasia. Najpierw były życzenia, później mało smaczna, ale bardzo długa kolacja. W tym czasie pod choinką piętrzyła się góra prezentów. Rodzice byli nie ubłagani - najpierw jedzenie, a później prezenty. Ja się pokłóciłam z Mikim, bo do tej pory to on czytał karteczki z paczuszek. W tym roku chciałam mu pomóc, bo przecież już umiem czytać. Koniec końców, to on przeczytał większość karteczek (bo czyta szybciej niż ja), a ja o tym zapomniałam i zaczęłam rozpakowywać paczki. Po godzinie 22 pojechaliśmy do domu i ku zdziwieniu rodziców nie zasnęłyśmy w aucie. Po przyjściu do domu zażyczyłyśmy sobie kolacje i do 23:30 układałyśmy nowe puzzle. Rano zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Krakowa. To jest niezwykłe, ale pod choinką babci Krysi też były prezenty. Emocji było dużo, bo tu ja czytałam karteczki, a do tego ciocia i wujek przywieźli swojego pieska Maui, który najpierw bardzo nieśmiało zapoznawał się z nowym miejscem i z nami, a później się rozbrykał i ciocia nie mogła upilnować naszej dwójki i pieska. Maui postanowiła wygrzebywać ziemię z kwiatków, pogryźć drewnianego bałwanka, pobujać bombki na choince, a w między czasie zrobić siku na podłogę. 27 grudnia pojechaliśmy z babcią Krysią do Stalowej Woli. Tu odwiedzaliśmy babcie i ciocie. Oczywiście, my jesteśmy nieśmiałe dziewczynki, i bardzo się najpierw wstydzimy. Jak już się przyzwyczaimy i oswoimy, to ciężko nas wyciągnąć. Spaliśmy u cioci Dagi i wujka Tomka, i tam też czekały na nas prezenty. Fajny jest ten grudzień. Same prezenty. W niedzielę wróciliśmy do Krakowa. Tam przywitaliśmy Nowy Rok. W Stalowej szalałyśmy do północy, a w noc Sylwestrową do 22-giej. Wszystko przez to, że byłam bardzo nieszczęśliwa. Lenka włożyła na tę noc fantastyczną kreację, którą kupiła jej babcia Krysia (ja się w nią nie zmieściłam ;/). W efekcie w samych majciochach zalewałam się łzami, bo nie mam w co się ubrać. Nie mogłam przecież włożyć swojej nowej, fantastycznie się kręcącej spódniczki, którą dostałam pod choinkę. Przechodziłam w niej całe Święta, więc już była nudna, jak wszystkie moje ubranka. W końcu przypomniałam sobie, że jest jeszcze jedna nowa sukienka, i w końcu ona wysuszyła moje łzy. 
Sylwester z komórki babci
  
Później, gdy rodzice już poszli, był szampan i tańce. Nagle Lena oświadczyła:
- Już pola spać. Ciemno jest. Chce ublać pizamke.
Babcia ją przebrała, a my dalej skakałyśmy. Gdy babcia Krysia podgłosiła piosenkę swojego ulubionego Krawczyka, Lena oświadczyła:
- Babcia psycis! Pseskadzas mi spać.
Tym oto sposobem nasz Sylwester dobiegł końca. 
1 stycznia był miły. Rodzice byli tak zmęczeni, że ja bezkarnie oglądałam bajkę za bajką na komputerze. Adres "www" wpisuję sobie sama, bo jak się umie czytać, to i trochę pisać. 2 stycznia wróciliśmy do domu i wpadliśmy w wir normalności. Weekend znowu się przedłużył, bo dziś Kacper miał imieniny, a wtedy jest wolne. Jak ja jutro wstanę do przedszkola??

Takie tam:
- Lenko jesteś moja dziewczyna. - powiedziała z uśmiechem mama
- Nie bo jesteś moja dziewczyna.- odciął się tata
Pewnie ta dyskusja by trwała jeszcze długo, ale Lenka postanowiła interweniować:
- Uspokójcie się w końcu.- powiedziała bardzo poważnie
- To czyja jesteś?- mama nie dawała za wygraną
- Maja mnie lubi, tata mnie lubi i mama mnie lubi.- oświadczyła pewnym głosem Lena
- To czyja dziewczyna ty jesteś? - ciągnęła mama
- Taty, Mai i mamy.- odparła mądrze Lenka

Ciocia mnie czesze:
- Maju, ale ty masz długie włosy. Zapuszczasz do komunii?
- Nie, do kostek.

PS. Święta minęły w ciepłej, nie tylko rodzinnej atmosferze. Było ciepło, nawet bardzo skoro mama zmarźluch chodziła w samym swetrze. Zdjęć jest niewiele, coś się rodzice opuścili z robieniem zdjęć.