wtorek, 25 marca 2014

A ja rosnę i rosnę

Zdjęcia
Wzrost to rzecz ważna, ale nie od nas zależna. Mama coś o tym wie. Przed moim przedszkolem jest taka super, wysoka drabinka. Umiem na nią wejść i przejść górą, ale ze schodzeniem jest gorzej. Jak mama jest sama to musi się wspinać i mi pomagać schodzić. Jak jest tata, albo ciocia Karolina to oni wyciągają tylko ręce i już mnie ściągają. W domu to samo. Tata nie musi się wspinać po krzesełkach gdy chce zdjąć coś z najwyższej półki w szafie. Mama zaprzyjaźniła się już z krzesłami, stołami i jakoś daje radę. Ja też nie mam łatwo, bo chociaż jestem starsza od niektórych moich koleżanek to jestem od nich niższa. Mama mówi, że to po niej tak mam. Mi to zaczęło nieco usmutniać rzeczywistość. One wcześniej mogły włączać i wyłączać światło. Jakaż ja byłam szczęśliwa (rodzice też) gdy wreszcie opanowałam tę sztukę w domu. Niestety u babci Ani włączniki są nieco wyżej i problem nadal istnieje. Muszę skakać i skakać, coraz częściej mi się udaje trafić w pstryczek. Czasami wołam na pomoc Maliwinkę (a ona przecież jest młodsza), albo kogoś dorosłego. Gdy ktoś chce mnie wyręczyć to wpadam w złość wręcz w furię... Lenka też się cieszy, że rośnie. Była dumna gdy udało jej się nacisnąć klamkę :). Później przez długi czas ciągnęła za sobą krzesełko. Wspinała się na nie, wyciągała rączkę do góry i dostawała jak najwyżej się da:


- Pac mamo, tu dosięgnę... i tu też...
- Super Lenko.
- I tu tes dosięgnę... o a tu nie dosięgnę.... o nie, nie dam lady.
 Oczywiście jak jej wygodnie to z dumą mówi "jestem duza dziecina", a jak jej coś nie pasuje to stwierdza "jestem za malutka, nie dam lady". Tak, Lena to niezły numer. Nauczyłam się od niej kłamać, bo ona ciągle zmyśla. Najczęściej mówi tak:
- Mamo bo Maja powiedziała, że jestem głupia. - Dla bycia wiarygodnym zalewa się łzami (a umie wycisnąć z siebie strumyki łez). Oczywiście ja tak wcale nie mówię (no może czasami), bo to nie ładnie. Ponieważ Lena tak ciągle wymyślała:
- Mamo bo babcia/tata/ ta pani powiedziała, że jestem głupia!!!
Mama zaczęła stawiać ją do kąta i w końcu Lena nauczyła się odróżniać prawdę od fikcji, ale dalej ściemnia. Nie dość, że kłamie to jeszcze sama w złości mówi, że ktoś jest głupi:
- Głupia mama, nie lubię Cię.- stwierdziła Lena
Mama zacisnęła zęby i tłumaczyła kolejny, milionowy raz:
- Leno tak nie wolno mówić, chcesz znowu iść do kąta? - Lena jest trochę bystra i szybko zmienia front
- Mamo jesteś kofana, lubię Cię.- Daje buziaka, robi słodką minkę i naiwna mama się rozluźnia.
- Już dobrze, tylko nie mów już, że ktoś jest głupi, dobrze???
- Doobzie mamusiu. - w tym momencie bierze pluszową fokę, która nazywa się Głupotka - Duuupa foka.

Inne jej kłamstwo:
Mama była w kuchni, ja plumkałam na keybordzie, a Lena zaczęła wyć:
- Mamo!!- krzyczała Lena przez łzy
- Czemu ty znowu płaczesz, dziecko kochane??? - odkrzyczała mama, która chyba odróżnia po płaczu kiedy należy biec, a kiedy lekko zignorować wycie Leny.
- Łeeee, łeeeee- ryczała Lena
- Maju zobacz o co jej biega, błagam Cię!!!! - krzyczała mama 
- Ja nie biegam, to Maja biega!!! - odpowiedziała Lena.
***********
- Mamo mogę czekoladkę??? - zapytała Lena
- Nie kochanie, jak chcesz dam Ci jabłuszko, albo mandarynkę.
- Łeeee, łeeee ja ni moge cekolady!!!! - zakrywała dłońmi twarz i zalewała się łzami.
W tym momencie ja weszłam do pokoju, a Lena przerwała straszny płacz, zapominając o swoim cierpieniu i patrzyła na mnie:
 - Maju co masz w buzi? Co jesz??


środa, 19 marca 2014

Do szkoły jeszcze nie czas...

Kto by pomyślał, że dzień urodzenia ma takie znaczenie. W moim przypadku 3 lipca ratuje mnie od obowiązku szkolnego w nowym roku szkolnym. Gdybym urodziła się kilka dni wcześniej to po wakacjach musiałabym zasiąść w szkolnej ławce. Ja nie widzę w tym nic złego, ale mama jest stanowczo przeciwna. W ostatnich tygodniach nasza rejonowa szkoła zorganizowała dni otwarte z rodzicami, a także zaprosiła nas z paniami z przedszkola. Wszystko po to, żeby dzieci które zaczną tam naukę czuły się jak u siebie. Cała nasza rodzinka wybrała się do szkoły by zaspokoić ciekawość mamy - jak zmieniła się szkoła (ogólnie rzecz biorąc) od jej czasów. Powitanie dzieci i rodziców odbyło się na sali gimnastycznej. Były tam pokazy taneczne z elementami gimnastyki, popisy chóru, a inne dzieciaki recytowały wierszyki. Później w klasach przeznaczonych dla 6-latków odbywały się pokazowe zajęcia. Była zabawa z wielką kolorową chustą (takie zabawy były na zajęciach pokazowych w przedszkolu), wycinanie, wyklejanie, zabawa klockami. Czyli wszystko tak jak w przedszkolu, tylko klasy są tam ciaśniejsze, a do toalety trzeba wyjść na korytarz. Dla najmłodszych klas jest mała sala gimnastyczna (z piankową podłogą ufundowaną przez rodziców). Gdy tam dotarliśmy, zajęć pokazowych już nie było, bo za dużo czasu poświęciłyśmy na inne sale. Najbardziej podobała mi się sala informatyczna, gdzie jest kilkanaście komputerów. Tam spędziłyśmy zdecydowanie najwięcej czasu. Widząc mój amok i zmęczenie, mama nakazała zakończyć rysowanie na komputerze. Wyciągnęła takie wnioski min. dlatego, że nagle wpadłam w chwilową histerię. Mama uświadomiła mi, że jest już późno i nawet tańce, na które mieliśmy iść już się skończyły. Byłam zła, bo przecież ja chciałam iść na te zajęcia. W euforii zapomniałam, że 1,5 godziny wcześniej prosiłam mamę żebym mogła zostać w szkole zamiast iść na tańce. Gdy już emocje opadły i opuściliśmy salę komputerową okazało się, że świetlica i stołówka (z poczęstunkiem) są już zamknięte. W między czasie pożegnaliśmy się ze znajomymi (dziećmi z przedszkola i ich rodzicami). Niektórych zgubiliśmy w tłumie już dużo wcześniej. W szkole zostaliśmy tylko my i pani woźna. Mama nie mogła wyjść z podziwu jak to się stało, że znowu wyszliśmy ostatni. Stwierdziła również, że szkoła niewiele się różni od tej do której chodziła kilka ;) lat temu. W jej szkole podstawowej było więcej komputerów, choć innej generacji. Remonty jakim poddane są klasy i toalety są dość powierzchowne, a otoczenie niewiele się zmieniło. No może łazienki mają wyższy standard niż te do których mama musiała chodzić. Tamte były śmierdzące, brzydkie i większość dziewczynek załatwiało się na podłodze (ależ tam musiało pachnieć).
Dzień urodzenia ma też wpływ na nasz znak zodiaku. Ja jestem Rakiem, a Lena - Lwem. Chociaż ona wolałaby być zieloną Panną (tylko dlatego, że w gazetce z kucykami pony przy tym znaku jest zielony kucyk). Dla naszej Lenki kolor jest bardzo ważny. Ona lubi, wręcz uwielbia kolor zielony. Lena cieszy się, że pójdzie do przedszkola bo będzie mieć przyjaciół - zielonych. Chce dostać lody, ale tylko zielone z zielonego sklepu (najlepiej ciepłe). Gdy ktoś ma coś zielonego zawsze to zauważa i dodaje, że to jej ulubiony kolor.

sobota, 8 marca 2014

Oto Alferd i jego sąsiadki

Alfred z Mięty


Ostatnie dwa tygodnie są jakieś inne. Normalnie tata jedzie do pracy i nie ma go dwa, trzy czasami cztery tygodnie w domu. Ostatnio wychodzi rano i wraca popołudniu. Ja go witam z wielkim entuzjazmem w przedpokoju: "mój Tatuś!!!", "mój kochany Tatuś". Rzucam mu się na szyję, a później przyklejam się do jego nogi. Z jednej strony tatuś to bardzo lubi, ale jeśli przesadzam z tym wiszeniem na nodze (chociaż powinien się cieszyć, że to nie Maja bo ja jestem bardziej poręczna) to po jakimś czasie grzecznie mnie wysyła do jakiegoś zadania. Czy to przesada wisieć na jego nodze (a podczas postojów skakać i krzyczeć) od drzwi wejściowych, przez kuchnię, duży pokój, łącznie z wizytą w łazience? Najczęściej wtedy słyszę, żebym poszła do Majki, albo coś porobić. Rodzice wstają teraz w nocy, a mama nawet była pierwszą klientką w budce z pieczywem. Pani Dorotka (sprzedawczyni) nie poznała mamy od razu, a jak w końcu ją rozpoznała (pod rannym kapturowym kamuflażem) była zaskoczona ("Co pani tu robi o tej porze?"). Myślę, że ten fakt zaskoczy jeszcze parę osób. Mama o 5:34 w budce z chlebem? Dziwne, ale przecież po osobie która trzyma krasnala ogrodowego w kuchni można się wszystkiego spodziewać. Alfred z Mięty,
Grzeczna Jaga
Bezczelna Jaga

któregoś dnia zapukał do naszych drzwi (po paru minutach dołączył do niego dziadek Janusz). Najpierw ja się z nim zaprzyjaźniłam, a to wielkie uczucie zakończyło się interwencją chirurga (czyli taty) i tubki kleju. Od tej operacji Alfred mieszka w kuchni w otoczeniu mięty, bazylii, melisy albo tego czego mama nie przeleje lub nie ususzy. Alfred wyhodował sobie pomidora, tzn pojawiła się łodyga i liście, a czy mama jej nie przepoi tego jeszcze nie wiemy. Krasnal ma dwie bliskie sąsiadki i 5 dalszych. Dwie mieszkają u nas przez przypadek. Leciały na Łysą Górę na zlot czarownic, ale coś im się pomyliło i przyleciały do nas. U nas przecież jest Jasna Góra. Mieszkały najpierw w naszym pokoju, ale troszkę się ich bałyśmy i wyprowadziłyśmy je do kuchni. Jedna z nich jest bardzo bezczelna. Gdy ktoś stuknie, puknie garnkiem czy kubkiem ta wybucha śmiechem i złowrogo mruga czerwonymi oczami. Mama brzdęk, a ta "buahaha". Wtedy mama się jej pyta "ze mnie się śmiejesz?" itp... Ponieważ baba Jaga często się z niej śmieje to mama w rewanżu poluzowuje jej baterie.
5 Anielic
Druga Jaga fruwa spokojnie pod sufitem i jest zdecydowanie lepiej wychowana od pierwszej. Zostało jeszcze pięć anielic. Dwie pochodzą z Kęt, ulepiła je mama cioci Ani. Byliśmy tam raz w odwiedziny (tam mieszka pies z podbitym okiem). Reszta anielic pochodzi z Zakopanego, Olsztyna i Torunia. To początek góry lodowej. Innym razem opiszę duży pokój. Poczekam na dzień, w którym tatuś zostanie natchnięty i dokończy źródło mocy, a mamę napłynie wystarczająca ilość siły i skończy umeblowanie.




sobota, 1 marca 2014

Ja też chcę robić cuda

Wpis miał być jeszcze w lutym, ale okazuje się że to najkrótszy miesiąc w roku i zabrakło mi czasu. Na początek coś o czym zapomniałam. Podczas mojej feriowej nieobecności w przedszkolu  wszyscy to nucili, a ja szybko po powrocie się nauczyłam. Najpierw trzeba w głowie zanucić sobie "Pójdźmy wszyscy do stajenki", a teraz na melodię tej kolędy śpiewamy:

Pójdźmy wszyscy do lodówki
Do kotleta i parówki
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego.



Skoro zaczęłam od spraw kościelnych to przytoczę jeszcze pewną rozmowę jaką odbyłam podczas powrotu z basenu:
Ja: Mamo, a co to ta Wielkanoc?
Mama: Jest to święto upamiętniające Zmartchwystanie Pana Jezusa(...) włożyli Mu koronę cierniową (...) niósł krzyż(...) umarł(...)zmartchwywstał.
Ja: Czemu Go ukrzyżowali?
Mama: Bo mówił, że jest synem Bożym, a nie wszystkim się to podobało(...). Robił różne cuda: chodził po wodzie, zamienił wodę w wino itd...
J: Ja też chce robić cuda, chcę być Jezusem. Mamo czy mogę być Jezusem? 
M: Nie...
J: Czemu nie mogę być Jezusem?
W naszą rozmowę wtrąciła się Lena, która do tej pory nuciła coś pod nosem:
Lena: Bo jesteś GŁUPIA!!!

  Jak już wspomniałam, byliśmy na basenie. Nie jeździmy tam często, bo jest on oddalony od naszego domu o jakieś 50 km, a szkoda. Także jeździmy średnio raz na miesiąc i jest to wielkie wydarzenie. Bardzo mi się tam podoba, zwłaszcza odkąd mogę sama zjeżdżać rurami. Lena też jest zadowolona, a jej opinia o ostatniej wyprawie jest taka: "Tatuś fajnie pływa, a mama brzydko". Pewnie dlatego, że z tatą można bardziej poszaleć. Mama to pilnuje, żeby woda nie chlapnęła do oczu, albo żeby się jej nie napić. Z tatą jest inaczej... Po dwóch godzinach szaleństwa w wodzie rodzice musieli podstępem nas wyprowadzić z basenu.

Tłusty czwartek:
Dziadek Janusz wysłał nam zdjęcie (pra)babcinych pączków.
Jestem szczęśliwa, że istnieje takie święto. Chociaż nieco rozczarował mnie fakt, że jest tylko raz do roku, a nie co tydzień. Mama opowiadała, że jak była mała to babcia Stasia smażyła bardzo dużo pączków, ze 100, albo więcej. Nadzienie było różane, a posypane były cukrem pudrem, najlepsze na świecie. Babcia smażyła ich dużo, ale szybko znikały, bo chętnych na nie było sporo. Ja w tym roku zjadłam chyba 4 wielkie pączki i poziom cukru w moim organiźmie spowodował, że zachowywałam się nieco dziwnie. Po tej dawce energii rodzice wzięli mnie do sklepu, żeby zakupić mi buty. Bardzo mi się to podobało, w każdej przymierzonej parze butów robiłam rundkę próbną. Gdy mama szukała kolejnego pudełka z butami, ja z błyszczącymi oczkami chichocząc uciekałam przed nią. Żałuję tylko tego, że ona nie chciała mnie gonić. Zakupy zakończone sukcesem, mam świecące adidasy.
Rozmowa po zakupach:
- Mamo, a następnym razem to kupimy te białe, jak będą czarne?
Poziom cukru opadł...

Zdjęcia
Za oknem wiosna, a za nami piękny spacer przełomem Warty. Znaleźliśmy pierwszą w tym roku skrzynkę i nazbieraliśmy bazie, które teraz ozdabiają nasz domek.
Tak Lena spała po spacerze