środa, 19 marca 2014

Do szkoły jeszcze nie czas...

Kto by pomyślał, że dzień urodzenia ma takie znaczenie. W moim przypadku 3 lipca ratuje mnie od obowiązku szkolnego w nowym roku szkolnym. Gdybym urodziła się kilka dni wcześniej to po wakacjach musiałabym zasiąść w szkolnej ławce. Ja nie widzę w tym nic złego, ale mama jest stanowczo przeciwna. W ostatnich tygodniach nasza rejonowa szkoła zorganizowała dni otwarte z rodzicami, a także zaprosiła nas z paniami z przedszkola. Wszystko po to, żeby dzieci które zaczną tam naukę czuły się jak u siebie. Cała nasza rodzinka wybrała się do szkoły by zaspokoić ciekawość mamy - jak zmieniła się szkoła (ogólnie rzecz biorąc) od jej czasów. Powitanie dzieci i rodziców odbyło się na sali gimnastycznej. Były tam pokazy taneczne z elementami gimnastyki, popisy chóru, a inne dzieciaki recytowały wierszyki. Później w klasach przeznaczonych dla 6-latków odbywały się pokazowe zajęcia. Była zabawa z wielką kolorową chustą (takie zabawy były na zajęciach pokazowych w przedszkolu), wycinanie, wyklejanie, zabawa klockami. Czyli wszystko tak jak w przedszkolu, tylko klasy są tam ciaśniejsze, a do toalety trzeba wyjść na korytarz. Dla najmłodszych klas jest mała sala gimnastyczna (z piankową podłogą ufundowaną przez rodziców). Gdy tam dotarliśmy, zajęć pokazowych już nie było, bo za dużo czasu poświęciłyśmy na inne sale. Najbardziej podobała mi się sala informatyczna, gdzie jest kilkanaście komputerów. Tam spędziłyśmy zdecydowanie najwięcej czasu. Widząc mój amok i zmęczenie, mama nakazała zakończyć rysowanie na komputerze. Wyciągnęła takie wnioski min. dlatego, że nagle wpadłam w chwilową histerię. Mama uświadomiła mi, że jest już późno i nawet tańce, na które mieliśmy iść już się skończyły. Byłam zła, bo przecież ja chciałam iść na te zajęcia. W euforii zapomniałam, że 1,5 godziny wcześniej prosiłam mamę żebym mogła zostać w szkole zamiast iść na tańce. Gdy już emocje opadły i opuściliśmy salę komputerową okazało się, że świetlica i stołówka (z poczęstunkiem) są już zamknięte. W między czasie pożegnaliśmy się ze znajomymi (dziećmi z przedszkola i ich rodzicami). Niektórych zgubiliśmy w tłumie już dużo wcześniej. W szkole zostaliśmy tylko my i pani woźna. Mama nie mogła wyjść z podziwu jak to się stało, że znowu wyszliśmy ostatni. Stwierdziła również, że szkoła niewiele się różni od tej do której chodziła kilka ;) lat temu. W jej szkole podstawowej było więcej komputerów, choć innej generacji. Remonty jakim poddane są klasy i toalety są dość powierzchowne, a otoczenie niewiele się zmieniło. No może łazienki mają wyższy standard niż te do których mama musiała chodzić. Tamte były śmierdzące, brzydkie i większość dziewczynek załatwiało się na podłodze (ależ tam musiało pachnieć).
Dzień urodzenia ma też wpływ na nasz znak zodiaku. Ja jestem Rakiem, a Lena - Lwem. Chociaż ona wolałaby być zieloną Panną (tylko dlatego, że w gazetce z kucykami pony przy tym znaku jest zielony kucyk). Dla naszej Lenki kolor jest bardzo ważny. Ona lubi, wręcz uwielbia kolor zielony. Lena cieszy się, że pójdzie do przedszkola bo będzie mieć przyjaciół - zielonych. Chce dostać lody, ale tylko zielone z zielonego sklepu (najlepiej ciepłe). Gdy ktoś ma coś zielonego zawsze to zauważa i dodaje, że to jej ulubiony kolor.

2 komentarze:

  1. Ja bym chciała się dowiedzieć dlaczego w krk sikacie na podłoge ??

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspomnienie ciekawe... Na swoją obronę mam tyle (czy ma pamięć nie kłamie nie wiem): kibelki zbyt wysoko, brudne, brak papieru, a skoro koleżanki tak robią to ja też mogę. Dodam, że to wspomnienie dotyczy klas 1-3, później chyba robiłyśmy jak trza ;).

    OdpowiedzUsuń