Zacznę od początku. Parę miesięcy temu ciocia Ola i mama rozpoczęły dyskusje o osiedlowych placach zabaw. Od słów przeszły do czynów i napisały pisma do spółdzielni. Mimo początkowej niechęci pracowników tej placówki coś ruszyło. Część zabawek usunięto (tych co niby były niebezpieczne, z czym nasze mamy by dyskutowały), ale w zamian postawiono parę nowych. Wcześniej już o tym pisałam, ale nie dodałam że jakieś trzy tygodnie temu doszło parę nowych sprzętów. Niestety pozostał jeden problem, no może dwa. Po pierwsze właściciele czworonogów pozwalający im załatwiać się na terenie przeznaczonym do zabaw dla nas. Na skutek pism naszych mam ( tak nam się wydaje) spółdzielnia rozdawała darmowe woreczki do sprzątania po pieskach. Coraz częściej się widzi, że panie (bo panowie rzadziej) usuwają śmierdzące kupki. Niestety duża część psich właścicieli jest niereformowalna. Po drugie są jeszcze koty!! One są bardziej bezczelne bo załatwiają swoje potrzeby w piaskownicach. Piasek śmierdzi, a czasem można trafić na kupkę. No i doszłam do sedna sprawy. Pewnego dnia kiedy właśnie po raz kolejny trafiłyśmy na kocią kupę podsłuchałyśmy z Maryśką rozmowę mam. Bardzo były zdenerwowane i próbowały wymyślić jak zaradzić kuwecie w piaskownicy. Sprawa jest skomplikowana bo oprócz dzikich kotów swoje potrzeby załatwiają tu też koty domowe. Spółdzielnia nie ogrodzi piaskownic bo powie, że nie ma pieniędzy, a koty są sprytne i tak przejdą. Zostaje przykrywanie piaskownicy na czas gdy dzieci z niej nie korzystają. Problem w tym czy wszyscy rodzice będą tego przestrzegać i czy nikt takiej plandeki nie ukradnie, no i jeszcze trzeba by było nakłonić spółdzielnie do wymiany piachu. No i zaczęły myśleć jak oduczyć koty sikania w piaskownicach. Nie brały pod uwagę, że uszy mamy jak radary, a pomysły padały różne. Tak więc Marychna i Ja żeby pozbyć się kotów rozpoczęłyśmy akcję PATYKOWANIA. Żaden zwierzak jeszcze nie ucierpiał, no może się trochę zdenerwował. Gonimy te stworki z dzikimi krzykami, a jak mamy pod ręką to z patykami. Jednego już dwa razy udało nam się zagonić na drzewo. Marychna chciała tam za nim wejść, ale moja mama jej nie pozwoliła.
 |
| PATYKUJEMY |
 |
| Gdzie jest kiciuś? |
To była bardziej drastyczna część mojego ( i Marychny) życiorysu z ostatnich dni. Poza tym zajęcia mamy różne, które zależą głównie od pogody. Po moich deszczowych urodzinach były również deszczowe dni. Raz wybrałyśmy się do biblioteki osiedlowej z działem dziecięcym. Bardzo nam się tam podobało. Na ścianach były rysunki Kubusia P. i jego przyjaciół. Był mały stoliczek, na którym były klocki i układanki. Najbardziej spodobało nam się szeptanie.
 |
| Odwiedziny w bibliotece w urodzinowych klimatach |
Gdy pada deszcz pozostaje nam pluskanie w kałużach:
 |
| W kaloszach (pełna kulturka) |
 |
| Bosakowo |
Gdy tak biegamy z Maryśką boso to spotykamy się z różnymi reakcjami. Jedni kiwają poirytowani głowami, inni się uśmiechają pod nosem. My to bardzo lubimy i już trudno nam zmienić to dziwne upodobanie. Mamy się tylko boją, że któraś z nas coś sobie wbije w stopę. Mogą sobie gadać...
Ja osobiście lubię jak jest ciepło. Wczoraj (sobota) był prawdziwy letni upał i udało nam się pójść na basen i to całkiem dużą ekipą (Maryś, Tomek, Miki, Ja, a do tego trzy mamy i babcia). Zdecydowanie chcemy więcej takich wyjść!!
O dzidziusiu:
Ciągle powraca temat dzidziusia. Chyba najważniejsze jest to czy to chłopak czy dziewczyna, bo wszyscy o to pytają. Mnie chłopaki drażnią, ale mama mi wytłumaczyła że musimy kochać chłopakowego dzidziunia. Ja uważam, że dzidziusie się nie zmieniają i ten nasz jest dziewczyną. Nawet zgodziłam się na Jagodę.
" Mamo dziękuję, że mnie urodziłaś. Dziękuję, że nie urodziłaś mnie chłopakiem".
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńMOŻE W TEN SPOSÓB KICIUSIE NAUCZĄ SIĘ ŻYĆ NA PODWÓRKU I KULTURALNIE KORZYSTAĆ Z PIASKOWNICY :D
OdpowiedzUsuńciocia OLa
o udało się!! super ;)
OdpowiedzUsuń