piątek, 25 lipca 2014

Wakacje część 2 i 3

 Nasz wyjazd wakacyjny trwał 15 dni, odwiedziliśmy wiele osób, zwiedziliśmy wiele miejsc, powstało ponad 1000 zdjęć (chociaż nie wszystko zostało uwiecznione). Żeby łatwiej nam było kiedyś odtworzyć nasze wspomnienia zapisuję i opisuję je w skrócie (przynajmniej dla mnie). Dla uproszczenia podzieliłam "NASZE WAKACJE" na części:

2 lipca
Wieczorem dojechaliśmy do domu cioci Dagi i wujka Tomka (wielkie DZIĘKI za gościnę!!) , pod Stalową Wolą. Lubimy tam przyjeżdżać i mieszkać. Mają duży ogród po którym możemy buszować od rana do nocy. Nawet gdy dorośli ukrywali się w domu przed komarami my nadal biegałyśmy, nie czując ukąszeń (szkoda, że później tak swędziało). Najlepszą zabawą było podlewanie trawnika wodą z butelki 1 l. Mogłyśmy tak kilka godzin. W przerwach rodzice wozili nas po rodzince i kazali zachowywać się jak należy tzn.: powiedzieć "dzień dobry". Taaa...wychodziło nam to, albo nie wychodziło. Częściej jednak to drugie. Tym razem udało nam się spotkać ze wszystkimi, może nie do końca tak jak się marzyło mamie (zabrakło ogniska w Rudniku- może następnym razem ;)). 
3 lipiec
Niewiarygodne, że tyle osób pamiętało o moich 6 urodzinach. Przecież tak rzadko bywamy w Stalowej Woli, a jednak wszyscy życzyli mi z tej okazji wszystkiego najlepszego. Trochę mnie to zawstydzało, ale bardzo cieszyło. Moja PRAbabcia Stasia P. upiekła nawet tort z tej okazji. Wpadło mi kilka prezentów (wymarzona hulajnoga, "brzydka" lalka) i takie tam. Dziękuję WAM wszystkim jeszcze raz.
6 lipiec
To była bardzo upalna niedziela i większość popołudnia moczyliśmy się w Ulanowie. Tam płynie rzeka Tanew, a na jej dnie jest taki bardzo ciemny piasek, który wygląda trochę jak kupa :) (dobrze, że tak nie pachnie). Miałyśmy tam okazję spotkać się z prawie całą familią z Rudnika (pozdrawiamy ciocię Jajo - przekaż pozdrowienia WSZYSTKIM). Wszystko co miłe szybko się kończy. Chlapanie w rzece się skończyło, a wieczorem okazało się że nasz pobyt dobiegł końca. Po zapakowaniu auta, ok 22 wyruszyliśmy w bardzo daleką drogę. Po 23 usnęłyśmy, a później jak otworzyłyśmy oczka było już jasno.

7 lipiec

ZDJĘCIA
Po godzinie 7 rano dotarliśmy nad morze, do Gąsek. Śniadanko zjedliśmy na plaży i tylko Tatuś był jakiś taki senny. My biegałyśmy pełne energii. To był bardzo gorący dzień, który spędziliśmy głównie na plażowaniu. Woda w Bałtyku była ciepła i wcale po 5 minutach nie siniały nam usta. Wychodząc na brzeg, zanim dotarło się do koca schłyśmy i znowu trzeba było się moczyć. Ośrodek, który wybrali rodzice miał całkiem bogaty plac zabaw (trampolina też była). Ja i Lenka biegałyśmy same i tylko co jakiś czas rodzice odnajdywali nas w śród zabawek i dzieci. Sami wieczorami odbijali piłkę siatkową bijąc "rekordy" lub ogrywali się na wzajem w celnych rzutach do kosza (mama jest o niebo lepsza). Bardzo miła pani właścicielka organizowała wieczorki (mecz siatkówki, aerobik, animacje dla dzieci, ognisko itd..). Lena przez pierwsze dni pytała "Czy to są już te wakacje?", rodzice nie mieli żadnych wątpliwości. Kolejne dni były słoneczne, ale wietrzne. Na morzu pokazały się fale i Lena postanowiła się już więcej nie kąpać- w morzu, a nie pod prysznicem. Ja to z miłą chęcią szłam skakać przez fale z tatusiem. Raz to tak nas zniosło, że wyszliśmy jakieś 500 m dalej niż weszliśmy. Mama w tym czasie zastanawiała się czy już powinna wszcząć poszukiwania czy znowu ponosi ją wyobraźnia (ehh te mamy). Później ratownicy wywiesili czerwoną flagę i nasze kąpiele musiały ograniczyć się do pluskania przy brzegu. Przedostatniego dnia pobytu wiatr się tak nasilił, że na plaży można było wytrzymać tylko leżąc plackiem za parawanem. Jak się człowiek lekko podniósł to mógł odlecieć niczym latawiec. Z powodu silnego wiatru rodzice zarządzili wycieczkę do Dobrzycy, do malowniczych ogrodów. Okazało się, że 6 km w głąb lądu wystarczyło i to co na plaży urywało nam głowy tam było miłym, przynoszącym ulgę wiaterkiem. Podczas pobytu nad morzem odwiedziliśmy też Kołobrzeg i Ustronie Morskie. Najciekawszą przygodą było zdobycie latarni morskiej w Gąskach. Codziennie opychaliśmy się lodami, goframi (lub jednym i drugim), zrobiłyśmy sobie z Lenką afrykańskie warkoczyki, tatuaż - koty dwa (tylko ja, miał mi przypominać o morzu, Gąskach) i kupiłyśmy obowiązkowe pamiątki (oczywiście najbardziej tandetne chińskie badziewie). Ostatni dzień pobytu był pochmurny, ale ciepły i udaliśmy się na długi spacer plażą. Po tygodniu byczenia się nad morzem pożegnaliśmy się z Gąskami i ruszyliśmy w stronę Szczecina.  

1 komentarz:

  1. No Brawo! Bravissimo!!!! Ale ten pis to taki na skróty... hehehehe!
    Pozdrawki

    OdpowiedzUsuń