13 lipca 2015r, g.3:00
Zadzwonił budzik mamy...wyjazd planowany był na godzinę 4:00. Z lekkim poślizgiem udało nam się wyjechać, przed 5, na nasze wakacje. Byłyśmy z Lenką bardzo przejęte i nie było problemów z pobudką. Zajęliśmy swoje miejsca w aucie i wystartowaliśmy. Obudziłyśmy się na Słowacji kilka, godzin później. Poprosiłam rodziców, żeby włączyli nam bajki. Tak(!), teraz można oglądać bajki w samochodzie. Rodzice pożyczyli dwa monitorki, żeby umilić sobie drogę (do tej pory byli przeciwni takim rozwiązaniom, ale dla spokoju w długiej podróży ulegli nowoczesnym sposobom uciszania dzieci). Niestety sprzęt sprawdzony i działający dzień wcześniej zawiódł. Popsuło nam to humory. Na całe szczęście jechał z nami tata - ZŁOTA RĄCZKA. Podczas gdy my spacerowałyśmy po parkingu w celu rozprostowania nóżek on rozkręcał wtyczki, docinał kabelki i naprawił usterkę. Udaliśmy się w dalszą podróż w rytmach bajek, głównie Barbie (tata powiedział, że już nie możemy jej oglądać bo jak jeszcze raz usłyszy piosenkę " Jestem TU, robię to co chcę" to oszaleje). Dłuższą przerwę rodzice zaplanowali w miejscowości Kecskemét na Węgrzech.
Tu tatuś pracował jakiś czas temu i chciał nam pokazać to miasteczko. Udaliśmy się na obiad gdzie po raz pierwszy doświadczyliśmy, że Tu nikt nie mówi po naszemu. Szybko z Lenką podłapałyśmy "Fenkju" (i na tym nasza edukacja się zatrzymała). Mama z początku miała duży opór, by używać angielskiego i drukowanymi literami w języku polskim zwracała się do tubylców. Wzbudzała tym radość taty i dziwne spojrzenia ludzi, z którymi "rozmawiała". Po 2 godzinnej przerwie w ponad 30st. upale ruszyliśmy dalej. Kolejnym punktem było przejście węgiersko-serbskie - Roszke. Trochę nas zdziwiło, że stoimy w sznurku aut. Rodzice nam tłumaczyli, że kiedyś tak było na każdym przejściu granicznym. Że panowie (lub pani) muszą sprawdzić nasze dokumenty, a nawet mogą nam zaglądać do auta. Po 30 minutach byliśmy w Serbii. Tata zaproponował mamie, żeby ona go zmieniła za kierownicą. Mama oszacowała niewielki ruch tirów na autostradzie i chętnie się zgodziła. Tata jeździ z głową, to znaczy oszczędnie, żeby auto nie spaliło zbyt dużo paliwa. Mama ma nieco odmienny styl - "o jakieś auto przed nami, muszę je wyprzedzić", później nieco zwalnia. Czasami tata ją sprowadza na ziemię "Nie tak szybko!!". W tym wszystkim jest dziwne to, że jak tata jedzie szybciej niż zwykle, mama woła "Zwolnij!!" lub "Hamuj!". Ok. 21 dotarliśmy do stolicy Serbii, do Belgradu. Mama zaproponowała zamianę, ale tata stwierdził że ona ma jechać, a on ją będzie nawigował (no bo on nieco lepiej się zna na mapie i się przygotowywał, a mama...). Mama z duszą na ramieniu wjechała do obcego miasta. Była bardzo przejęta. Im bliżej centrum tym ruch pieszo-mechaniczny stawał się chaotyczny (kierowcy wymuszali, ludzie przechodzili w nieoznakowanych miejscach). Nawigator tata zapędził mamę w ślepą uliczkę i tu mama zamieniła się z tatą. Przed nim była niedługa droga, ale w plątaninie jednokierunkowych uliczek i "porzuconych" na awaryjnych światłach aut, wbiegających ludzi na jezdnię trwała nieco dłużej niż powinna. Rodzice odetchnęli z ulgą gdy dotarli na miejsce rzekomego noclegu. Rzekomego bo okazało się, że To miejsce było tylko miejscem spotkań ludzi wynajmujących mieszkania - apartamenty. Po godzinie udało nam się dotrzeć na miejsce noclegu, a tatuś musiał jeszcze pojechać zaparkować auto. Szybko usnęliśmy po 1000 przejechanych kilometrów.
14 lipca
Rano po śniadaniu ruszyliśmy na spacer po mieście. Okazało się, że w tym mieście jest nieco inna kultura jazdy tzn. podchodzimy do przejścia dla pieszych, a tu auta stają i nas puszczają. Najpierw trafiliśmy do małego wesołego miasteczka w parku (koło ZOO) koło ruin twierdzy Kalemegdan. Poszliśmy na Diabelski Młyn (mniejszy o połowę niż w Chorzowie). Ja jechałam w gondolce z mamą. Ona ma chyba jakieś lęki. Jak tylko zbliżałyśmy się do góry zaczynała krzyczeć, a przestawała jak już docierałyśmy na dół i zaczynała się śmiać. W sumie to nie wiem czy jej się podobało. Później zwiedzaliśmy ruiny twierdzy i podziwialiśmy panoramę Belgradu.

- Idziemy na obiad?- Tak!!- wykrzyknęłyśmy uradowane
- Na co macie ochotę? - spytał tatuś
- Na pierogi!!- odparłam zdecydowanie wyobrażając sobie górę pierogów z jagodami.
Okazało się, że na pierogi nie ma co liczyć... Za to znaleźliśmy fajny plac zabaw... Tu (w tym mieście) też nastąpił cud mama wydusiła z siebie pierwsze zdania w języku angielskim. Przestało jej przeszkadzać, że nie zna słówek, a i gramatykę kaleczy. Po wydaniu grubych tysięcy dinarów na obiad, ruszyliśmy dalej deptakiem Kneza Mihailova. Tam spotkaliśmy transformensy - auta zamieniające się w roboty. Później doczłapaliśmy do Parlamentu oraz do jednej z największych cerkwi prawosławnych - św. Sawy, która jest w odbudowie od wielu lat. Tata jako prawdziwy geolog był pod wrażeniem ilości białego marmuru jakim obłożona jest ta wielka budowla. Mamę zaskoczyło puste wnętrze... Po takim spacerze zrobiliśmy przerwę na lody, piwo i lemoniadę... Nabraliśmy sił i postanowiliśmy (znaczy się rodzice, bo my to byśmy chętnie poszukały placu zabaw) odszukać budynki Ministerstwa Obrony Narodowej i Wojny, które zostały zbombardowane przez NATO w 1999 roku. Bez mapy, na tak zwanego czuja tata nas doprowadził na miejsce. Tam mama pstryknęła kilka fotek, a gdy się oddalaliśmy od tego miejsca tata rzekł:
- Twój tata mówił, że tu trzeba uważać jak się robi zdjęcia. Ci żołnierze podobno pilnują, żeby tego nie robić...
- Yyy to nie wiedziałam, przecież w necie jest tyle zdjęć tych budynków...Gdybym wiedziała to bym nie robiła. Czemu mi mówisz dopiero teraz?
"No bo byś nie zrobiła" pomyślał tata z uśmiechem. Droga do apartamentu była długa, a nogi coraz cięższe. Po drodze skoczyliśmy na plac zabaw, i tam jakoś dostałyśmy skrzydeł. Po krótkiej przerwie poszliśmy zobaczyć ponoć słynną, ale raczej przereklamowaną uliczkę artystów Skadarlija. Może pora nie była trafiona, bo było ciemno. Knajpka na knajpce, a z każdej dochodziła inna pewnie serbska pieśń wykonywana przez takich "ulicznych" grajków (skrzypki, akordeon...). Cóż tam, rodzice chcieli zobaczyć, a my dla lodów możemy znieść wiele... Po całym dniu wędrowania po Belgradzie usnęłyśmy szybko...
- Yyy to nie wiedziałam, przecież w necie jest tyle zdjęć tych budynków...Gdybym wiedziała to bym nie robiła. Czemu mi mówisz dopiero teraz?
"No bo byś nie zrobiła" pomyślał tata z uśmiechem. Droga do apartamentu była długa, a nogi coraz cięższe. Po drodze skoczyliśmy na plac zabaw, i tam jakoś dostałyśmy skrzydeł. Po krótkiej przerwie poszliśmy zobaczyć ponoć słynną, ale raczej przereklamowaną uliczkę artystów Skadarlija. Może pora nie była trafiona, bo było ciemno. Knajpka na knajpce, a z każdej dochodziła inna pewnie serbska pieśń wykonywana przez takich "ulicznych" grajków (skrzypki, akordeon...). Cóż tam, rodzice chcieli zobaczyć, a my dla lodów możemy znieść wiele... Po całym dniu wędrowania po Belgradzie usnęłyśmy szybko...
![]() |
ZDJĘCIA |
P.S. Belgrad w pigułce bardzo nam się podobał.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz