![]() |
| FOTY |

Dzień po występach zaczął się wcześnie. Rodzice zapakowali nas do auta i zawieźli do Rabki. Tam czekali na nas ciocia Asia, wujek Łukasz i raczkujący Aleksander. Najpierw byłyśmy dość nieśmiałe, ale trwało to chwilunię. Po zakwaterowaniu wyruszyliśmy na spacer w góry. Czerwonym szlakiem posuwaliśmy się w nierównym tempie ku schronisku na Maciejowej. Nie obyło się po drodze bez małych foszków. Raz ja, raz Lenka coś wymyślałyśmy żeby podnieść rodzicom ciśnienie (to tak dla ich zdrowia-bo mają zbyt niskie). Trasa w sumie była bardzo przyjemna, dość łagodna i niezbyt długa. Po drodze spotkałyśmy sarenkę przyczajoną w wysokiej trawie. To ona poprawiła nasze nastroje i w końcu zrobiło się miło. Na miejscu dostałyśmy porcje pierogów z truskawkami. To była pierwsza wyprawa 7 miesięcznego Aleksandra w góry. Zniósł ją świetnie, ale on to miał łatwiej i lepiej niż my bo jego niósł wujek. W sumie jak już nauczył się raczkować to mógłby chociaż trochę "iść" sam. No, ale nie ma sprawiedliwości na tym świecie (ja niosłam plecak, Lena niosła plecak, tata niósł plecak, a mama tylko aparat- czy to nie skandal?). Ja lubię przestrzegać przepisów, a jak ktoś coś przeskrobie lubię poinformować odpowiednie władze (że niby skarżę- ja dbam o bezpieczeństwo i sprawiedliwość- ja muszę mieć najlepiej). Gdy otworzono koło nas plac zabaw bardzo się martwiłam, że jacyś chuligani go zniszczą. Nawet myślałam sobie, że szkoda że go otwarli jak go zaraz zniszczą. Gdy na trampolinie jest karteczka " na trampolinie może przebywać max. 4 dzieci" tylko ja się tym przejmuję. Dzieci mnie oczywiście nie słuchają (i skacze ich tam dwa razy więcej), a dorośli się dziwią że ja jedna przestrzegam zakazów (inni nawet nie przeczytają). Może zostanę policjantką? Wróćmy na Maciejową. Gdy wyszliśmy ze schroniska zaczął kropić deszczyk. Dorośli trochę się wystraszyli wiszących na niebie czarnych chmur. Troszkę nam popadało, ale więcej było strachu niż wody. Ponieważ pogoda była dość niepewna to kolejny dzień spędziliśmy na spacerowaniu po Rabce. Jest tam duży park, w którym są bardzo fajne place zabaw.
Jest też cała masa odpłatnych rozrywek- park linowy, jeżdżące zwierzaki itd... W parku znajduje się też mała tężnia. Wujek porównał ją do kołowrotka dla chomików. Ludziki chodzą w koło (tak sobie dreptają, a chomiki to przecież biegają) i wdychają zapach solanki. Lenie niezbyt przypadł on do gustu więc zatykała nos, a ja wolałam pobliski plac zabaw. Mimo niepewnej pogody cały dzień spędziliśmy poza pensjonatem. Wieczory mijały nam wesoło na grze w "Piotrusia" i scrablach. Ta pierwsza gra szła nam zdecydowanie lepiej i było przy niej dużo śmiechu. Dzień przedostatni był upalny i wyruszyliśmy na kolejny szlak. Bardziej męcząca była temperatura niż droga, bo trzeba przyznać rodzicom, że wyprawy były dość symboliczne. Tym razem zdobyliśmy wieżę widokową na Polczakówce. Spacery urozmaicała nam zabawa "zaplute, zamazane". Jak wracałyśmy z Hali Krupowej to wymyśliłyśmy grę- kto pierwszy znajdzie szlak. Teraz ten kto pierwszy go zobaczy krzyczy "mój szlak, zaplute zamazane!". Czasami trzeba go dotknąć. Tym razem do gry dołączyli się dorośli, a najbardziej zaangażował się wujek Łukasz. On lubi wygrywać, ale w tej grze nie miał z nami szans. Czasami tak go zakrzyczałyśmy, albo zalałyśmy łzami że nam oddawał znaleziony i zapluty szlak. W Rabce jest jeszcze jedno miejsce, które mieliśmy odwiedzić - Rabkoland. Ku radości rodziców nie poszliśmy tam. Poszliśmy zobaczyć z zewnątrz jak to wygląda i wcale nas to nie zachęciło. Czwartego dnia pojechaliśmy do Krakowa. Pierwszą noc spędziliśmy u cioci i wujka. Poznałyśmy tam chłopców Adasia i Jasia, z którymi zrywaliśmy truskawki, maliny, a z czerwonych porzeczek robiliśmy mydło. Rodzice w tym czasie robili grilla, a my do później nocy biegałyśmy po ogrodzie. Później pojechałyśmy do babci. Oczywiście dużo czasu spędziłyśmy z cio
cią Karinką, Kornelcią i Małinką. W niedziele ciocia Karina zrobiła mi niespodziankę. Przyniosła dla mnie tort. Wszyscy zaśpiewali mi sto lat, aż się zawstydziłam... Dostałam też prezent - książkę jednej z moich ulubionych autorek- Barbary Gawryluk "Kaktus, przygody wiernego psa" (polecam również:"W Zielonej Dolinie", "Baltic: pies, który płynął na krze", "Dżok, legenda o psiej wierności "). Książkę w sumie już znałam, ale w środku był autograf, specjalnie dla mnie. Po tak miłym popołudniu, aż żal było wracać do Częstochowy. Niestety trzeba było, bo na poniedziałek zaprosiłam gości na imprezę. Zaproszenia wykonała ze mną babcia Krysia, resztę załatwiła mama i trochę tata. W sali zabaw stawiło się 14 moich gości i ja. Nie jest łatwo być gospodarzem. Mama zasugerowała mi, żebym zwracała uwagę czy moi goście się dobrze bawią. Tak się przejęłam, że starałam się bawić z wszystkimi naraz. Jest to wręcz niemożliwe. J
ak to zwykle bywa okazało się, że źle zrozumiałam mamę. Ulżyło mi, że nie muszę się bawić z wszystkimi jednocześnie. Po 3 godzinach na sali zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam do domu żeby nacieszyć się prezentami. 2 lipca, 8 rano:
Lena: Mamo czy wakacje już się skończyły?
Mama: Nie, dopiero się zaczęły. Chciałabyś, żeby się skończyły?
L: Tak.
M: Dlaczego?
L: Bo będę miała urodziny
Teraz czas na kolejną wyprawę...
PS. Wakacje zaczęły się upalnie. Rozpoczęliśmy już sezon kąpieliskowo- basenowy. Chłodu szukaliśmy również w lasie przy źródełkach w Złotym Potoku. Nie ma czasu na nudę. Włócząc się po osiedlu zawsze można kogoś spotkać z naszego przedszkola. PS2. Niedawno wróciłam z mamą z odwiedzin u "Ani z Zielonego Wzgórza", a teraz z Kubusiem detektywem i jego koleżanką Hipcią jesteśmy na tropie czarnego parasola ("UWAGA! CZARNY PARASOL!" Adama Bahdaja). Mama czasami marudzi, że mogłabym już sobie sama czytać. Niestety póki co trwałoby to wieczność, bo jeszcze nieco dukam. Z resztą ona tak tylko mówi, bo aż ją skręca z ciekawości co to za tajemnica stoi za tym parasolem ( i mnie też!!).

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz