Bez dużego pośpiechu wstaliśmy ok. 8:00, zjedliśmy małe śniadanko i powędrowaliśmy do garażu. Oddalony był od naszego apartamentu może 0,5 km. Już o 9 rano słonko sygnalizowało, że dzień będzie nieznośnie gorący. Garaż znajdował się w podwórku kamienicy. Gdzie toczyło się normalne życie. Samochody ciasno zaparkowane na całym placu, do tego miał miejsce jakiś rozładunek towaru do sklepiku. Nasz garaż okazał się nieco zastawiony. Za szybą auta widniała mała karteczka z numerem telefonu. Tata próbował wyjechać, ale nie było szansy- auto się nie "złamie". No tak można by zadzwonić, ale jaki TU kierunkowy? Gdy tata bezradnie próbował "złamać" auto, mama podeszła do jednego panów z dostawczego auta i poprosiła o pomoc. Łamanym angielskim próbowała coś tłumaczyć. Pan angielski znał chyba jeszcze mniej od mamy, ale od razu wiedział co i jak. Po paru minutach zbiegła zaspana pani i odjechała swoim autem. W końcu mogliśmy wyruszyć w drogę. Tata był zdziwiony, że mama mimo swojej blokady tak świetnie załatwiła sprawę. Nawet jej pogratulował ;). Rodzice bali się, że wyjeżdżając z miasta natrafimy na ogromne korki. Tata nauczył się drogi na pamięć. Chyba nie do końca wierzył w zdolności nawigacyjne mamy. Cóż, znowu zaskoczyła go jednokierunkowa droga, ale z jego zmysłem orientacji w terenie i z mapą (w telefonie) w ręku mamy - wspólnymi siłami dali radę wyjechać. Zaskoczeni byli, że poszło nam to tak szybko. Bez korków i bez kluczenia. Szybko zostawiliśmy za sobą Belgrad. My oddałyśmy się błogiemu oglądaniu bajek. Nawet mama stwierdziła, że po tak ciężkim i długim poprzednim dniu należy nam się taki relax. Trochę się denerwowała, że ignorowałyśmy jej radosne okrzyki związane ze zmieniającym się krajobrazem. Ożywiła nas propozycja 2 śniadania w naszym ulubionym lokalu - McDonaldzie. Ok. 100 km od Belgradu znajduje się ten przybytek z niezdrowym jedzeniem. Był on pierwszy i ostatni jaki widzieliśmy przez kolejne dni (dopiero go spotkaliśmy wracając). Rodzice nie byli pewni co po drodze jeszcze spotkamy i nie mieli wyrzutów sumienia. Do naszej ekipy zabawek dołączyły Minionki - takie żółte COŚ z bajki co żyło za czasów dinozaurów (święcie w to wierzę, mimo że mama mówi że nie ma i nie było MINIONKÓW). Kolejny postój był na granicy serbsko-macedońskiej (oni mają bardzo ładną flagę). Ku radości rodziców poszło sprawnie, niecałe 30 min. Droga przez ten kraj zachwyciła rodziców, a my mimo ich wielkiego entuzjazmu oglądałyśmy nasze bajki. Owszem podobały nam się tunele, ale żeby tak się rozczulać nad skałami, wąwozami, dolinami, przepaściami i wysokimi mostami. 300 km macedońskich dróg minęło znacznie szybciej niż droga przez Serbię. Widok granicy Grecji ucieszył nas wszystkich, a gdy ją przekroczyliśmy (też szybko i sprawnie-ok 30 min) mama nawet coś "śpiewała" z radości. Szybko przed nami ukazało się jakiś duże miasto - Saloniki. Z autostrady mieliśmy piękny widok na jego panoramę. Nas cieszyło pojawiające się co chwilę morze. Przed nami zostało już tylko 100km do naszych wymarzonych wakacji. 100 bardzo długich, ciągnących, męczących km. Gdy w końcu je pokonaliśmy i znaleźliśmy nasz hotel... Tata poszedł nas zakwaterować, a my z mamą oglądałyśmy plażę. Głód i zmęczenie kazało nam szukać taty, gdy dość długo nie wracał. Siedział przed recepcją:- Nikogo nie ma? - spytała zdziwiona mama
- Są, ale pan twierdzi że nie ma dla nas rezerwacji. - odpowiedział tata
- Żartujesz?
- Nie, zaraz ma przyjść.
- Jasne...- mama się śmiała, ale tata nie - poważnie?
- No tak...
Po jakimś czasie pojawił się pan i wygłosił coś w stylu:
- Bardzo nam miło, że przyjechaliście. Wiem, że za wami długa droga, ale nikt tu na was nie czekał. Nie ma waszej rezerwacji... Jesteście z dziećmi, więc dam wam dziś pokój. Musicie to wszystko wyjaśnić. Teraz zaprowadzę Was do pokoju i idźcie na kolację.
No, po takim przemówieniu rodzice nieco posmętnieli, ale że byli głodni i zmęczeni jakoś nie zepsuło nam to wieczoru. Oczywiście gdzieś dzwonili i próbowali wyjaśniać. Było już późno i nie wiele się dało. Mi się humorek trochę popsuł jak na kolacji wywaliłam cały talerz spaghetti na podłogę. Czasami przytrafiają mi się takie niezręczności...
Tak nas przywitało miasteczko Metamorfossis położone na półwyspie Chalcydyckim, na jego środkowym palcu, przy półwyspie Sithonia.
16 lipca
W drodze na śniadanie zaczepił nas pan Grek. Oświadczył, że jemu nic nie mówią nazwy biur, które tata podał mu zeszłego wieczora. Że za kolejną noc to już trzeba będzie zapłacić, a potem to on już nie ma dla nas pokoju. Tata zachował spokój, a mama próbowała ukryć całą sprawę przed nami. Cóż, po niej widać zdenerwowanie od razu. Może godzinę, może więcej trwało wyjaśnianie całej sytuacji. Koniec końców pan Grek przeprosił rodziców za zamieszanie. Zrzucił winę na pośrednika greckiego. Dla rodziców miało to mniejsze znaczenie, kto zawalił. W końcu i oni odetchnęli z ulgą i razem z nami cieszyli się morzem i słońcem.
Ponieważ tego dnia obiadokolacja była wcześniej (wieczorem odbywać się miał grecki wieczór) na kolację udaliśmy się do pobliskiej tawerny. Tata zamówił dla siebie ośmiornicę, której wszyscy musieliśmy spróbować. Była dobra, ale do czego porównać jej smak? Może taka mieszanka wszystkich ryb jakie jadłam na raz? Nie wiem, ale wszystkim się chwalę, że jadłam te dziwne stworzenia.17 lipca
Rodzice się zarzekali, że dwa, trzy dni nic nie będziemy robić tylko plażować koło hotelu. Chyba im się nieco znudziło, skoro kolejnego dnia stwierdzili, że trzeba się ruszyć. Rano pojechaliśmy na oddaloną o jakieś 30 km plażę, z drugiej strony półwyspu. Pomysł był bardzo trafiony. Plaża leżała w uroczej zatoczce. Przy hotelu na plaży były kamienie i na plaży i w wodzie (dopiero po kilku krokach w wodzie znikały i był już tylko piasek). Tu plaża była piaszczysta, a woda nabierała przez to lazurowego koloru. Tak właśnie mama wyobrażała sobie greckie plaże. A hen, hen z morza wyłaniała się Święta Góra Athos. Schemat naszego plażowania zaczął się powtarzać. Najpierw wszyscy chlapaliśmy się razem. Później mama udawała się na kocyk, pod parasol gdzie czytała swoją książkę, a my nadal szalałyśmy z tatą. Czasami nurkowałam z nim, dostałam okularki i rurkę. Podglądaliśmy kumpli, tak nazwaliśmy rybki. Łowiliśmy małe muszelki, albo po prostu wygłupialiśmy się. Potem robiłyśmy przerwę na kocyku, a mam czytała "Uwaga czarny parasol" lub Legendy Krakowskie (zaplątały się przypadkiem w aucie). Gdy mama miała dość czytania wskakiwała z nami do wody. Dosłownie wbiegała zanurzając się po czubek głowy. Nad naszym Bałtykiem nie jest to możliwe, a w Grecji tak. Woda jest super ciepła i dzięki temu mogłyśmy tam siedzieć godzinami w wodzie. Później tata powracał z samotnego nurkowania i znowu się z nami bawił. ![]() |
| ZDJĘCIA |
18 lipca
Rodzice to chyba mają robaki w ..., bo kolejnego dnia zebrało im się na wycieczki. Chyba tęsknią za swoimi studenckimi czasami bo postanowili pokazać nam jaskinię. Jaskinia Petralona została odkryta w latach 50. poprzedniego wieku. Wielkość, a także znaczenie odkrycia robią wrażenie. Znaleziono tam szczątki człowieka żyjącego ponad 700 tys lat temu, a także szczątki zwierząt i koprolity (hihi to nam zapadło w głowie najbardziej hihi uśmiałyśmy się do łez). Jaskinia była piękna i zrobiła na mnie i na rodzicach ogromne wrażenie, te stalagmity, stalaktyty no po prostu WOW. Tylko Lena jakoś nie czuła się zbyt komfortowo. Mrok panujący dookoła ją przerażał. Z miłą chęcią wyszła z tego przyjemnie chłodnego miejsca. Tym bardziej, że przed wejściem były 2 urocze kotki. Mnie najbardziej wkurzyło, że rodzice poskąpili kasy na "pociąg" jadący z parkingu do jaskini. Twierdzili, że 1km spaceru nam nie zaszkodzi, a kasa na lody będzie. No dobra, droga nie była daleka, ale w tym upale szło się ciężko. Fakt faktem, że daliśmy radę... Szkoda tylko, że nie mamy zdjęć z jaskini. Grupa wycieczkowa była mała, a pani prosiła żeby nie robić w środku zdjęć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz