poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Lato w pełni??

Lato, póki co, nie rozpieszcza nas upałami. Mam więcej okazji do skakania w kałużach, niż kąpieli w basenie. Mimo tej pogody, na nadmiar czasu nie narzekam. Ostatnio odwiedzili nas goście. Nieczęsto nas to spotyka, więc dla nas to było święto. Ja z początku sceptycznie byłam nastawiona do wizyty cioci Asi i wujka Łukasza. Okazało się, że nie taki diabeł straszny... Z ciocią szybko się oswoiłam i chciałam się z nią bawić i bawić. Co do wujka nie mogłam się zdecydować, jak to kobieta. Raz mówiłam "nie lubię go, bo mnie ciągnie za uszy", a za chwilę "mamo poproś wujka żeby mi podokuczał". Wujek był nieco zdezorientowany... Co do pogody mieliśmy dużo szczęścia. W piątek lało, w sobotę było ładnie, a w niedzielę popołudniu znowu się rozlało. W sobotę wykorzystaliśmy letnie promienie słońca i zabraliśmy gości na wyprawę. Zaczęliśmy od pustyni Siedleckiej gdzie wybudowaliśmy zamek. Chyba wszyscy dobrze się bawili w tej wielkiej piaskownicy. Po takiej wytężonej pracy pojechaliśmy na pstrągi do Janowa, a później udaliśmy się na relaksujący spacerek do źródełek. Ja sobie tam spacerowałam po wodzie twierdząc, że jest ciepła. Następnie pojechaliśmy do "Kamieniołomu Warszawskiego". Ja się czułam tam jak ryba w wodzie, reszta towarzystwa też. Uwielbiam zbierać kamienie, a jak można je wrzucać do wody to jestem przeszczęśliwa. Z tego wszystkiego zrobiła się późna godzina, ale miałam obiecane lody więc pojechaliśmy jeszcze na deserek. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni. Na koniec dnia postanowiliśmy jeszcze odwiedzić podstawowy punkt wycieczkowy naszego miasta, Jasną Górę (dla tych co się nie domyślili). Uwaga pierwszy raz załapaliśmy się na APEL JASNOGÓRSKI. Dzień był bardzo długi, a do domu wróciliśmy po 22. Niedziela nas już tak nie rozpieściła i plan dnia został zmieniony. Pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa, do babci i cioci. Szkoda tylko, że jak ja rano wstawałam to babci już nie było:
- Mamo idę poszukać babci...
- Majeczko, babcia już dawno jest w pracy.
- Znowu??
Do domu wróciliśmy w środę, a pogoda poprawiła się o tyle, że przestało padać. W domu tatuń malował moje szafeczki (których mama nie pomalowała w zeszłym roku) i zrobił wielkie przemeblowanie mojego pokoiku. Dostałam piękny dywan z żyrafami (który sobie prawie sama wybrałam). Mama powyciągała ogromną ilość malutkich ubranek i prała je i prasowała, to dla naszego dzidziunia. Z tego co mówi pan doktor za trzy tygodnie powinien się wyprowadzić z mamy brzucha. Ja się nie mogę doczekać, aż znowu mama będzie mnie nosić na barana.
Wczoraj rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Już jakiś czas temu podjęłam próby jazdy na rowerku trzykołowym. Ponoć miałam jakieś sukcesy, ale ja się denerwowałam jak rodzice przestawali mnie pchać i krzyczałam "ja nie umiem!!", "nie potrafię!!", "nie dam rady!!". Wczoraj okazało się, że umiem i wołałam "nie pchaj mnie, nie dotykaj!!!". Dziś będę trenować dalej.

2 komentarze:

  1. O,matko! Nie macie sumienia ciągnąć brzuchatka w takie tereny,wytelepało ją i dzidziucha pewnie ładnie w tych kamieniołomach :) i brawa podwójne za przygotowania do przyjęcia dziecka :) w końcu będzie miało w czym spać :D


    MAma Mani kosmani :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No nie wiem kto tu kogo wymęczył... Donia chyba miała najwięcej energiii z nas wszystkich (a przynajmniej ja to napweno byłem bardziej zmęczony... ale tez noszę swój brzuch ;)
    Ale było bardzo sympatycznie i dziękujemy za gościnę :D

    OdpowiedzUsuń