Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
czwartek, 16 czerwca 2011
Podwórko i moja przyjaźń z Marychną.
Podwórko - miejsce gdzie bawię się godzinami, gdy tylko nie pada deszcz. Jest to ok 5-6 godzin dziennie. Czasami zmieniamy plac zabaw, ale zdecydowanie najczęściej siedzimy koło bloku babci Ani. Tam jest fajnie, a do tego gdy świeci słońce można znaleźć trochę cienia. Chyba z tego względu jest to jedno z bardziej jak nie najbardziej obleganych placów zabaw w naszej okolicy. Dlatego popołudniu można tu znaleźć najwięcej dzieciaków. Są duże dziewczyny, duzi chłopcy (którzy najczęściej przemieszczają się między swoimi kryjówkami mierząc do siebie z zabawkowych pistoletów) i jesteśmy my - MALUCHY. U nas przekrój wiekowy jest dość szeroki 1,5 roku do 5 lat. Zdecydowanie najwięcej jest dwulatków, a przewaga liczebna leży po stronie dziewczyn. W piaskownicy są: stali bywalcy, rzadcy i zupełnie obcy. Dwie pierwsze grupy znam, a sama zaliczam się do pierwszej, razem z moją Marychną. Na tym naszym placyku nie ma zbyt dużo stałych zabawek. Znajduje się tam piaskownica, ogromna plastikowa rura od której odchodzi 5 zjeżdżalni, a wchodzi się do nich po drabince, a ostatnio w zamian za nieco zniszczony ruchomy mostek został zamontowany samochód na sprężynie.
Teoretycznie ta ostatnia zabawka jest pojedyncza, ale przy naszych gabarytach możemy jeździć nim razem. Dokąd jeździmy??:
- Aaaaaa.......- rozlega się krzyk Marysi, a ja jadę autkiem i nie chcę jej wpuścić
- Maja uderzysz Marysię, przestań!! - wkracza moja mama
- Nie, ja sama. - mama zdziwiona bo do tej pory jeździłyśmy razem
- Czemu nie chcesz z Marysią??
- Bo ona gada i jest głośno.....- mama jeszcze bardziej zdziwiona
- Czemu nie może być głośno??
- Bo w kościele trzeba być cicho, a ona jest głośno. - odpowiadam rozgoryczona
- A gdzie ty jedziesz Maju??
- Do kościoła.
Mama próbowała wytłumaczyć Mani, że w kościele trzeba być cicho (a mi że przecież to tak na niby i Mania może trochę gadać). Po jakimś czasie Marysia wsiada do autka i woła:
- Maja chodź, jedziemy do kościoła!!
Z Marychną to my się bardzo kochamy, jesteśmy przyjaciółki. Nie możemy bez siebie żyć. Smutno mi jest gdy Marysi nie ma i muszę bawić się sama, albo z innymi dziećmi. My się tak bardzo lubimy, że często się kłócimy. Gdy tylko słyszę, że Maryś nie pójdzie z nami na loda, albo ma iść domu za karę to ja płaczę (nawet nie płaczę gdy to ja mam nie dostać loda). Ona wtedy zdziwiona pyta "cemu Maja pace??. Marychna jest zwinna i szybka. To od niej uczę się nowych sztuczek na trzepaku, nowych zjazdów ze zjeżdżalni (tyłem, głową w dół, bokiem itd...), dziwnego wchodzenia na drabinkę, dyndania na rurze, wchodzenia po zjeżdżalni itd... Mamom, aż dech zapiera gdy Marychna wymyśli coś nowego. Ja jestem dumna z siebie jak uda mi się powtórzyć wyczyn mojej koleżanki. Czasami dorosłym się wydaje, że nie dam rady, bo jestem mała i starają mi się pomóc. Bywa, że wtedy się złoszczę. Gdy mi się coś uda to wołam
" mamo widziałaś??". No i z Marychną możemy już pogadać bo ona się w końcu rozgadała. Doskonale wie, że nie lubię gdy wsiada do mojego wózka, pożycza moje buty lub czapkę. Ona chyba lubi jak ja się denerwuję, a ja czasami się denerwuję bardzo poważnie, a czasami żeby jej zrobić przyjemność (tylko nikt nie wie jak ja się zdenerwuję):
- Patz Maja, siedzę w twoim józku!!
- Aaaaa to mój wózek!! (...)
- Maja ładnie mi w kapelusu?? - mierząc mój kapelusz
- Aaaa to mój kapelusz (...)
(Muszę zaznaczyć, że czasami ja też stosuję takie zagrywki. Nauka różnych dziwnych rzeczy działa w dwie strony). Czasami kończy się na tym że zrobię takie "Aaaa", a czasami jestem mocno rozżalona. My szybko zapominamy. Mamy próbują ratować sytuację, a my już nie pamiętamy o całym zajściu. Trzeba widzieć ich miny. Czasami ich interwencja jest niezbędna bo może dojść do rękoczynów. Muszę jeszcze dodać, że Marysia świetnie opanowała sztukę zdejmowania i ubierania odzieży , a przede wszystkim obuwia (czym bardzo mi imponuje). U mnie to różnie wygląda. Ja nie mam cierpliwości i się wściekam. Czasami mi się uda, a czasami nie. Tyle co się nastękam i nasapię to moje i moich rodziców. Teraz chodzę w klapkach więc nie mam problemów ze zdejmowaniem i wkładaniem. Czasami gdy mam jakieś trampki i nie mogę sobie poradzić w piaskownicy (bo my biegamy boso), mama woła "próbuj sama" to ja wtedy mówię:
- Malysia zdejmij mi buta (albo skarpetkę).
Zawsze mogę na nią liczyć...
Poza tym bardzo tęsknie za moim tatuńkiem. Mama mówi, że z wyjazdu na wyjazd bardziej to po mnie widać. Częściej mówię o tym co bym z nim zrobiła i co mu pokarzę jak wróci. Teraz nie mogę się doczekać, aż dostanę gitarę Dory (moja nowa idolka). Będę grała razem z tatą. On na swojej gitarze, a ja na swojej. Później się zamienimy. Czekamy na niego niecierpliwie z mamą. Jak już będzie to mamy wszyscy razem jechać na wakacje. Ja się martwię, że bez Marysi, a mama że prognoza pogody kiepska. Chociaż najważniejsze, że pobędziemy razem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz