Dziś miałam tyle wrażeń, że nie wiem od czego zacząć. Dzidek Marek i babcia Ania zabrali mnie i mamę do Złotego Potoku na dzień PSTRĄGA. Rybka w migdałach była przepyszna. Tam się tyle działo że nie wiele z niej zjadłam i nie mogłam usiedzieć na pupie. Mama to by chciała, żebym była grzeczna, mówiła "plose, dziekuje i pseplasam" i się jej zawsze słuchała. A ja mam tylko dwa latka i nie mogę usiedzieć na miejscu, a kary mamy nie robią na mnie większego wrażenia. Gdy wszyscy zjedli mogliśmy wreszcie ruszyć na podbój wesołego miasteczka. Jechałam pociągiem, ale po kilku okrążeniach znudziła mi się trasa i chciałam już wysiąść. Szkoda tylko, że mama nie mogła zatrzymać pędzącej lokomotywy. Później poszliśmy do takiego nadmuchanego basenu gdzie było dużo piłek. Tam to mi się tak spodobało, że gdy mama powiedziała, że to koniec popłynęły mi wielkie łzy i zaczęłam lamentować. Mama i babcia zlitowały się i mogłam poskakać jeszcze 5 minut. Z grymasem opuściłam tą zabawę. Kolejnej atrakcji mama nie mogła mi darować. Przejażdżka na kucu o iminiu Waldek. Nie mogłam zapamiętać i uporczywie powtarzam VOLVO. Szybko mi się znudziła ta jazda, bo chciałam jeszcze jechać na KUBIE (z początku myślałam, że to tatuń, ale w końcu pojęłam że to konik ma tak na imię). Wszystko mi się bardzo podobało, a na koniec dostałam niebieską piłkę od babci. Gdy pojechaliśmy do Śmiertnego Dębu do cioci i wujka okazało się, że kolor piłki "nie pasuje" do trawy. Tu największe wrażenie wywarła na mnie łąka. Skakało tam tyle koników polnych i rosły kwiatuszki. Szkoda, że mamie padła bateria w aparacie...
Teraz czas się spakować i wyruszyć w drogę do Krakowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz