poniedziałek, 4 października 2010

Wyprawa rowerowa

Rowerki w końcu doczekały się małej wyprawy. Do tej pory robiliśmy spacerki, a później albo któreś z nas chorowało, albo leczyło kontuzje po upadku z roweru (ehh ta mama gapa), albo nas nosiło... W sobotę w końcu zaświeciło słoneczko i rodzice postanowili - WYCIECZKA ROWEROWA. Prócz zapału i wstępnego planu zabraliśmy napoje, no i rowery. Autko zostawiliśmy w Złotym Potoku, koło potencjalnego miejsca zjedzenia czegoś na obiad. Trasa przejażdżki nie była zbyt długa i wymagająca. Mama i tak marudziła, że bolą ją mięśnie, które kiedyś miała (czy może coś boleć czego już nie ma??). Dojechaliśmy do Czatachowej, gdzie odwiedziliśmy pewną miłą panią i jej urocze zwierzątka. Rok temu w lipcu pierwszy raz miałam przyjemność poznać tą ciekawą gromadkę. Teraz biegając o własnych siłach (bo wtedy to chodziłam za rączki) mogłam głaskać i karmić kozy, owieczki, świnki, konika i osiołka. Wszystkie stworzonka bardzo mi się podobały, ale najmilej wspominam Kinię (kucyka). Później zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacerek do kościółka. Miejscowość, w której byliśmy słynie z mieszkających tam pustelników, którzy to odprawiają egzorcyzmy. Poza tym leży w malowniczym miejscu. Ciężko było mi się rozstać ze zwierzakami, ale cóż... zgłodnieliśmy nie na żarty. W drodze powrotnej zasnęłam w foteliku, a gdy się obudziłam czekała już na mnie rybka i fryteczki. 


O tym jak mama używa trudnych słów. 
Idziemy drogą, mijamy gospodarstwa. Przy jednym leżą dwa nieuwiązane psy i leniwie szczekają, nawet im się wstać nie chce. Ja przykucam, ściskając w dłoniach wcześniej zebrane kamyczki i próbuję nazbierać nowych, jednocześnie zagaduje leniwe psiaki.
- Majeczko nie zaczepiaj piesków i chodź - gdera ta moja kochana mamusia.
- Ja zbieram kamyczki - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Myszko jak któryś zaraz wstanie i podejdzie do Ciebie to się zdziwisz. - tym razem oszczędziła mi opowieści o tym, że pieski mnie mogą ugryźć.
Pozbierałam co miałam pozbierać i podeszłam do mamy:
- Ehh zdziwiłam się... - psy leżały dalej pod drzewem szczekając na nas.
Mama musiała mi wytłumaczyć co to jest to zdziwienie, ale dalej nie bardzo wiem co mama miała na myśli.

2 komentarze:

  1. co mika wygrzmociłaś się na prostej drodze hehehe

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie nie na prostej. Chciałam pokonać 3 schodki. Tylko zapomniałam, że nie mam 15 lat, a od jakiegoś czasu poza placami zabaw mało się udzielam sportowo ;/

    OdpowiedzUsuń