Ostatni dzień był upalny, a ja w końcu odważyłam się spacerować w morzu. Woda sięgała mi po samą szyję, a ja nic się nie bałam. Mama mnie na siłę musiała wyciągnąć z morza (po jakiejś godzinie pluskania), gdy szczękałam zębami.
Sozopol pożegnał nas pięknym zachodem słońca, a już w nocy (z soboty na niedzielę) pędziliśmy naszym autkiem do Polski. Droga była długa, ale dzielnie ją znosiłam, nawet lepiej niż jak jechaliśmy do Bułgarii. Rodzice są ze mnie dumni. W końcu przejechaliśmy w sumie 3500 km (z tym co zrobiliśmy na miejscu). Tym razem mieliśmy piękną pogodę, ale 37 stopni nie sprzyjało przerwom.Okazuje się, że w taki ukrop najlepszym miejscem na rozprostowanie nóg jest galeria handlowa. Jazda w dzień była dość przyjemna dzięki klimatyzacji i staraniom mamusi (ileż ona bajek wymyśliła). Na dobre usnęłam dopiero ok 21 jak zbliżaliśmy się do granicy węgiersko-słowackiej. Tu droga rodzicom zaczęła się już dłużyć. Trzeba było jechać ostrożnie, bo co rusz na drogę wyłaziły lisy, kotki, fredki, a i sarny się zdarzyły. Tuż przed granicą Polską stała sobie sarna,a może jelonek (?) na środku drogi i spoglądała w stronę naszego pojazdu. Tatuń zwolnił i dopiero wtedy leniwie się odwróciła i pognała do swojego stadka (które świeciło pupami na poboczu). Słowackie serpentyny okazały się męczące po tylu godzinach jazdy, ale tatuniek dzielnie sobie poradził z wszystkim trudami 25 godzinnej podróży. Rodzice jednogłośnie stwierdzili, że nasze polskie drogi są świetnej jakości i dobrze oznakowane. Znacznie lepiej się po nich jeździ niż po drogach w Rumuni, Bułgarii czy Słowacji. Warto dodać, że przejechaliśmy przez Bukareszt, a tam na drogach panują, a wręcz nie panują żadne zasady. Z dwóch pasów nagle robią się trzy (tzn kierowcy się tak ustawiają), a kto pierwszy ten lepszy. Jak Ci się coś nie podoba - wystarczy użyć klaksonu. Parkowanie na zakrętach skrzyżowań czy wyjazdach z ronda to norma, a ty radź sobie jak umiesz. No i jeszcze małe (w porównaniu do naszych polskich) sygnalizatory świetlne, ukryte i nie zawsze widoczne dla kierowców-turystów (przynajmniej dla nas). Dzięki pomocy nawigacji i instynktowi taty sprawnie opuściliśmy to drogowe piekło. Szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa, a tu zaczyna się już kolejny etap naszej wakacyjnej podróży.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz