Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy tu już 9 dni, jak ten czas szybko leci. Trzeba się pakować i wracać do Polski (ja już tęsknie za babciami, ciociami). Ostatnie dni minęły nam na poznawaniu okolicznych miejscowości i na plażowaniu. Woda z każdym dniem jest cieplejsza, a w Sozopolu i na plażach widać że rozpoczyna się sezon wakacyjny. Ja nadal boję się fal, nawet tych małych, ale lubię pływać moją małą dmuchaną łódeczką, która pływa "jak motolowka". Rodzice w końcu wyciągnęli z auta maski i rurki do nurkowania i zachwycają się podwodnym światem (hmm jego namiastce, oglądają rybki, kraby i glony, a także śmieci :( ). Poza kąpielami udaliśmy się też w krótkie wyprawy autkiem. Jednego dnia odwiedziliśmy Nesseber. Miasteczko pełne hoteli i pensjonatów (znacznie więcej niż w Sozopolu, bo tuż obok jest Złoty Brzeg). Warto tu zobaczyć starą część miasta, która znajduje się na półwyspie, który łączy ze stałym lądem jedynie wąski przesmyk (jego pochodzenie nie jest do końca znane). Miasteczko ma podobny urok jak Sozopol, podobna zabudowa, może więcej ruin cerkwi, tureckich łaźni. Niestety jest zawalone straganami (choć sezon ledwo się rozpoczyna), ale to jest jeszcze znośne. Najgorsi są naganiacze i handlarze którzy swój kram mają rozwieszony na sobie. Co chwila ktoś zaczepia i proponuje, a to koraliki, wymianę waluty lub obiad w jego restauracji. To na dłuższą metę może być dość męczące. Kolejnego dnia wybraliśmy się na południe w stronę granicy tureckiej. Zatrzymaliśmy się w Carewie, Ahtopolu ("Miasto miłości") i mijaliśmy mniejsze miejscowości. Im dalej od Sozopolu tym puściej, senniej i nic wartego zobaczenia (poza widokami na urokliwe zatoczki). W Sinemorec zrobiliśmy postój na plażowanie, w bardzo malowniczym miejscu. W drodze, oprócz bajkowych widoków na morze mogliśmy podziwiać koniki, owieczki pasące się nieopodal drogi. Najzabawniejsze jednak były kozy okupujące most i krowy mające wypas w morzu (??). Mijaliśmy wozy ciągnięte przez osiołki (mamie udało się zrobić zdjęcie, a pan woźnica nawet do nas pomachał), a raz nawet przechodzącego przez jezdnię żółwia.
Muszę się pochwalić moimi nowymi osiągnięciami. Nauczyłam się wołać siku na nocnik (już pierwszego dnia gdy mama po podróży postanowiła przewietrzyć i uwolnić pupę od tych pieluch). Okazuje się, że siku na nocniku może być całkiem fajne. Tylko czasem się złoszczę jak na spacerze wołam "siku", a rodzice mówią "masz pieluchę to rób do niej". Czasami uda mi się ich przekonać do załatwienia na trawce (jeśli się da). Czasami sama zapominam, że już umiem wołać i z chęcią korzystam z pieluszki. Kolejna umiejętność to taka, że umiem rozpoznawać kolejne marki samochodów. Do nissana, wolzwagena, opla, hondy, aubi, folda, skody, pandy, punta (okazjonalnie), cinkocinko, maluszka, poloneza (to jedyne modele jakie czasem rozróżniam) dołączyły melcedes, bmw, dacia, łada, mitsubisi, citołen, mazda, leno i peziot.
/Zdań kilka o plażach. Są przepiękne, ale niestety niezbyt czyste. Te blisko miast są czasem czyszczone, ale i tak pełno tu petów, plastikowych kubeczków, papierków itp... Plaże niestrzeżone zawalone są śmieciami już nieco większymi, aż żal na to patrzeć. Piasek jest gruboziarnisty i daleko mu do naszego bałtyckiego. Wielkim plusem jest ciepła i przejrzysta woda./
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz