środa, 1 sierpnia 2012

29 lipec Chrzciny Lenki

Chrzciny widziane okiem Majki i Mikołaja, a może i Malwiniaka
Dziś będzie o emocjach jakie zafundowali, mi czyli Lenie, rodzice. Zaczęło się niewinnie, a nawet pod górkę. Mamę zabolał ząbek, bo okazało się, że jeszcze nie wszystkie jej wyrosły (taka duża i i jeszcze nie ma wszystkich zębów???). Poszła do pani dentystki, a ta siup! wyrwała jej i mama zaczęła dziwnie gadać. Kolejnego dnia wieczorem zupełnie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie) przyjechała ciocia Asia i wujek Łukasz. Powiem szczerze, że z początku mnie dość onieśmielali. Ja to raczej z natury ruchliwa i wesoła (albo krzycząca) jestem, a jak mama mnie posadziła na kolanach u wujka to tak sobie nieruchomo siedziałam jakieś 15 minut. Powiem szczerze, że rzadko ktoś u nas mieszka, a oni byli jak kładłam się spać, a i rano byli (dziwne zwyczaje). No, ale mało tego. Dobiegła sobota i wyobraźcie sobie przyjechali kolejni goście (babcia Krysia, ciocia Karina i wujek Bartek). Tym razem poradziłam sobie z tremą nieco lepiej. Głośno się zrobiło, a do tego wszystkiego jakieś dziwne rzeczy w telewizji zaczęto oglądać, mówią na to olimpiada. Wszystko się ładnie układało, aż tu nagle Majka zbladła przy obiedzie i zaczęło jej wszystko buzią wylatywać. Po czwartym, a może i piątym razie poczuła się lepiej. Mama się nieco martwiła, że następnego dnia będzie powtórka z rozrywki, albo że mnie dopadnie. Podobno niedziela miała być bardzo ważna, dlatego tyle gości przyjechało. Byłam ciekawa co to takiego się będzie działo i postanowiłam wstać nieco wcześniej niż normalnie (jeszcze przed budzikiem mamy, przed 7). Najpierw było spokojnie i całkiem normalnie. Później nieco szybciej wszyscy się poruszali, wkładali dziwne, ale ładne stroje. Ja dostałam białą sukienkę, którą mierzyłam wcześniej (fajnie się w niej straszyło). W takich kreacjach poszliśmy do kościoła. Dziwny to kościół bo nie wygląda jak kościół tylko jak dom. Dużo tam dzieci, które biegają, krzyczą, płaczą, jedzą, piją, żygają... Na początku mszy księża i ministranci przywitali nas w połowie kościoła. Zrobili małe przesłuchanie mamie, a potem poszli do ołtarza, a my za nimi. Później było nudno i gorąco, a do tego byłam śpiąca. Jak mama mi na coś nie pozwalałam to wyginałam się w łuk i krzyczałam. Mama chciała mnie zająć więc powędrowałyśmy na koniec kościoła, a tu się okazało, że jesteśmy potrzebne z przodu. Mama hyc! mnie na ręce i już byłyśmy na miejscu. Maja w między czasie robiła sesje zdjęciowe. Cóż, znowu nuda, tyle że ci panowie w sukienkach stali koło nas. Oni gadu gadu, a ja na spacerek, bo jak nie to "Łaaaaaaaaaaaaaa!!!". Później mama wzięła mnie na ręce, a jeden z tych dziwnych panów po głowie leje mi wodę. Co to za zwyczaje??? Głowę myje się w łazience!!! Byłam nieco oburzona, ale bardziej ze zmęczenia płakałam. Wszystko jak przez mgłę pamiętam. Moja kochana buteleczka była moim jedynym sprzymierzeńcem i ona jedna chciała mnie ululać. Pamiętam jeszcze, że jeden z tych jak ich tam nazywają księży podszedł do nas i wziął mnie na ręce. Zamurowało mnie i czekałam co dalej się wydarzy. On po schodkach wszedł i podnosi mnie do góry i pokazuje wszystkim, a oni wszyscy brawo biją. No powiem, że nawet nie drgnęłam. Jak tylko oddali mnie mamie, mama zabrała mnie na spacer i w końcu mogłam się przespać. Jak się obudziłam to zabrali mnie w dziwne miejsce gdzie wszyscy jedli, poza mną. Tam zrobił się ogromny szum bo okazało się, że ja umiem sama chodzić. Tyle trenowałam, że w końcu mi się udało. Wszyscy podziwiali moje pierwsze samodzielne kroczki. To był męczący dzień, a nawet weekend. Dopiero po kilku dniach doszłam do siebie i jestem znowu radosną (tylko czasem rozkapryszoną, albo krzyczącą) dziewczynką, która sama chodzi, jest ochrzczona i ma rodziców chrzestnych (ciocię Kasię i wujka Łukasza). Szkoda tylko, że rodzice jacyś tacy dziwni tata chory, a mamę znowu boli ząb (którego już nie ma) i znowu dziwnie mówi).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz