NIE - to jedno z ulubionych słów mojej młodszej siostrzyczki. Czasami brzmi jak NE, ale zawsze bardzo stanowcze. Niestety bywa i tak, że mówi "ne", gdy mama coś chce jej dać po czym z chęcią wyciąga łapki lub otwiera buzię. Czasami słychać "ta", albo "tak" co oznacza tak. Co wcale nie musi znaczyć, że Lena tak myśli (choć do obu stwierdzeń dodaje prawidłowe ruchy głową co nadaje powagi całej sytuacji), bo ona przecież może zmienić zdanie. Tak czy siak fajnie jest gdy mama pyta czy zjemy parówy na kolacje, a my ochoczo odpowiadamy TAK. Lena tej stanowczości uczy się niestety ode mnie. Czemu niestety?? Bo ona gdy czegoś bardzo chce to wyciąga ręce i krzyczy (choć czasem zaczyna od stonowanej prośby "dań"). Bywa, że sobie krzyknie ot tak bez powodu. Mama już kilkakrotnie wskazała, że takie a nie inne zachowania Lenka małpuje po mnie. Wiecie, ona chce być taka jak ja. Ja na huśtawkę, ona za mną, ja na łóżko ona też, ja gryzę zabawkę, ona też, ale bez umiaru więc już na zawsze zostaną odbite ślady jej ząbków. Chyba muszę troszkę uważać na to co robię, ale chyba rodzice też muszą mieć się na baczności. Ja chcę być taka jak oni!! Lenka odkrywa w sobie coraz to nowe pasje, typowo kobiece zamiłowania. Uwielbia brać moje pudełko ze skarbami (korale, opaski itp...) i stroić się w świecidełka. Gdy uznaje, że wygląda pięknie przychodzi zaprezentować swoje dodatki. Poza tym zakładanie i ściąganie tych samych korali może urosnąć do rangi sztuki. Lena potrafi siedzieć i powtarzać tą czynność przez kilka minut, a mama się w nią wpatruje niczym w obraz. Ja niestety mam mało czasu, chyba że w przedszkolu, na swoją pasję rysowania. Chociaż i tak mama ma pełne torebki moich rysunków kwiatów i magicznych kul, bo ostatnio tylko to namiętnie rysuję. Lubię też układać puzzle, i muszę się pochwalić że idzie mi ostatnio nieźle, ach i gry planszowe i takie bardziej manualne (o małpkach, czy zgadnij kto to?). Lubię też robić swoją własną biżuterię, to trzeba mieć nie lada cierpliwość żeby nawlekać te małe koraliczki (dziwne, że to lubię bo cierpliwość to raczej cecha charakteru której mi brak). Pokonuję też własne słabości, choć to nieraz kosztem nerwów mamy. Wchodzę na wiszące mosty ("małpi gaj"), w dole nie lada przepaść, a do tego wszystko się rusza. Ja chcę więc idę, gdy zaczynam jęczeć, że się boję mama mówi co mam robić i jest lepiej (chyba że ktoś wpadnie na ten mostek i robi się z niego huśtawka). Gdy przejdę wszyscy są dumni, zwłaszcza ja i powtarzam swój wyczyn (nie oznacza to, że się już nie boję, ale boję się mniej). Tata mówi, że ja się bardziej boję przy mamie, niż przy nim. Fajnie jest gdy najpierw coś wywołuje u mnie lęk, a później okazuje się fajne. Tak było ostatnio w muzeum archeologicznym w Krakowie. Babcia Krysia chciała pokazać mi mumie. Wszystko było ok do momentu gdy się okazało, że sale wystawowe są pogrążone w ciemnościach, a tylko gabloty są podświetlone, to było przerażające. Najpierw oglądnęłam wystawę z rąk mamy i babci, ale wracałam do wyjścia o własnych siłach. Później siłą zaciągnęłam tam tatusia, bo tak bardzo mi się tam spodobało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz