środa, 27 maja 2009

(zdjęcia z wyjazdu i nie tylko, po kliknięciu)

WYPAD W GÓRY

Zaczęło się dość zwyczajnie, a skończyło... Jak to przed takim wyjazdem wstaliśmy trochę wcześniej niż zwykle (ale i tak za późno, jak się okazało). Do miejsca STARTU czyli Jaworek dotarliśmy ok 12 godziny. Po krótkich przygotowaniach (takich jak karmienie i przewijanie - JA w roli głównej) ruszyliśmy w góry. Rodzice celowo wybrali nie za długą, dosyć prostą trasę ponieważ mieli dość długą przerwę w wyprawach (jakieś 20 miesięcy ;) ). Pierwsze podejście było trudne, a najbardziej odczuł je tatuś który mnie niósł na plecach (w sumie jakieś 10 kg). Pogoda była wymarzona na taki górski spacerek. Pot prędko pojawił się na skroniach rodziców i szybko szukali schronienia w cieniu. Po pierwszej przerwie było już coraz łatwiej. Pomalutku dotarliśmy do pierwszego celu - schronisko pod DURBASZKĄ. Ja pod koniec usnęłam i przespałam cały odpoczynek. Obudziłam się gdy ruszaliśmy by osiągnąć grzbiet, którym skierowaliśmy się w stronę wąwozu HOMOLE. Przy słupkach granicznych zrobiliśmy przerwę na papu i rozprostowanie moich nóżek. Później szliśmy lasem, było kilka stromych podejść i zejść, ale tata sobie świetnie radził (pomimo zimowej kontuzji nogi). Kolejna przewa (obiadowa) była już koło bacówki. Tam podobało mi się najbardziej. Gdy mnie tylko rodzice wyciągneli z nosidełka i póścili to biegałam na czworakach gdzie mnie oczy poniosły. Widziałam krówki, koniki, pieski, a ludzie którzy nas mijali miło się do mnie usmiechali (na szlaku zwłaszcza). Gdy dotarliśmy do autka, a muszę dodać że ostatni odcinek pokonałam na plecach mamy, była prawie 18. Mama chciała zrobić niespodzinkę babci z okazji DNIA MAMY (ja zrobiłam swojej awansem dzień wcześniej) i przyjechać niespodzianie i niezapowiedzianie. Wszystko szło zgodnie z planem. Ja szybko usnęłam w autku, byłam taka zmęczona... Nagle tuż przed Myślenicami tata zatrzymał się na poboczu. Mama była zaskoczona, a ja jeszcze bardziej bo nie wiedziałam co sie dzieje. Okazało się, że mamy niezidentyfikowaną awarię. Po oględzinach i próbach dedukcji tata postanowił zadzwonić do swojego mentora w sprawach motoryzacji. Wujek Paweł próbował wywnioskować przez telefon co się mogło stać. W całym tym nieszczęściu okazało się, że on i ciocia Aga jedzie właśnie w rodzinne strony i są przed Myślenicami (ale z przeciwnej strony). Po 20 minutach wujek już grzebał pod maską naszego autka. Szybko wyciągnął zerwany pasek klinowy. Tata ( i my też) miał szczęście że zauważył że cos się dzieje bo nasza awaria mogła być dużo poważniejsza. Okazało się, że ani ciocia ani mama nie ma przy sobie rajstop, a te mogłyby nas wybawić szybko z opresji. Nie obyło się bez holowania na stację benzynową. Tam zakupiliśmy nową część, a biedny wujek jeszcze długo mordował się by ją założyć (bo dostęp do miejsca gdzie być powinna nie był zbyt prosty). Ja nie miałam czasu się nudzić ponieważ cocia Aga pokazywła mi misie na wystawie stacji i bawiła się ze mną. Dopiero po 21 juz miałam dość tej dziwnej przygody, ale i tak byłam dzielna i cierpliwa (tak mówi mama). Ok 22 wszystko działało i mogliśmy pojechac dalej, wtedy troszkę się popłakałam, ale szybko usnęłam. Nie na długo bo jakieś 30 minut później witałam się już z babcią, ciocią i moja kochaną Pibą. Bardzo byłam szczęśliwa, nawet trochę potańczyłyśmy z ciocią. Mama zrobiła mi pyszne mleczko, a później to oczka same mi się zamknęły. No i w rezultacie niespodzianka już nie była niespodziajką bo trzebabyło babci powiedzieć, że przyjedziemy i mamy małą usterkę. Dziś już wrócliśmy do domku, bo w Krakowie na Brackiej pada deszcz.
Drogą wyjaśnienia:
Na nosie mam strupki po innej mojej przygodzie. W skrucie obdarłam sobie nosek na dywanie, ale nic nie bolało...

OD RODZICÓW:
Jeszcze raz chcieliśmy podziękować naszym WYBAWCOM, a zwłaszcza wujkowi Pawłowi dzięki któremu tak szybko mogliśmy kontynuować naszą podróż.
WIELKIE DZIĘKI!!!!!!!!

3 komentarze:

  1. Super gorska przygoda, szkoda ze skonczona awaria samochodu, ale i to sie w koncu moze zdarzyc. No a Maja wyrasta na prawdziwa globtroterke! Tak trzymac! Skoro byla w schronisku pod Dubraszka, to czy dokonala wpisu do pamiatkowej ksiegi w schronisku? Za to sa juz jakies punkty w drodze do zdobycia Gorskiej Odznaki Turystycznej! He he he! A swoja droga... Pierwszy raz nad morzem bylem w wieku 7-8 lat... I mniej wiecej w takim wieku rowniez w "prawdziwych" gorach - zdobylem wtedy Sniezke! W tamtych czasach bylo podrozowanie kosztowne, a w dodatku warunki podrozy! Spozniajace sie pociagi, zawsze przepelnione. Dosc wspomniec, ze na sklady pociagow polowano juz na bocznicach przed wyjazdem na stacje poczatkowa! Do pociagow, wprost do przedzialow podawano bagaze przez okna, a co sprytniejsi wskakiwali do pociagu wlasnie prtzez okana. Takie same warunki towarzyszyly wysiadaniu na stacjach docelowych! Brzmi to zabawnie, ale wesole nie bylo. Nie wsiadles do pocoagu - moglo cie czekac 24-ghodzinne czekanie na nastepny pociag. W najlepszym przypadku podroz z licznymi przesiadkami i znacznie dluzsza! Na szczescie to juz przeszlosc, oby nigdy nie powrocila! Wedruj Majko, wedruj!

    OdpowiedzUsuń
  2. No co jest Majka! Juz 5 dni minelo od odtatniego wpisu i wielka cisza zapanowala. Nie trzeba sie lenic, a pochylac nad klawiatura komputera i utrwalac chwile slowem i obrazem! A ja tu nudze sie zagladajac i nie znajdujac ani nowych wpisow ani nowych fotografii!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hihi... Maja od 5 dni głównie siedzi w domu. W tym czasie nie powstało ani jedno zdjęcie (aż trudno w to uwierzyć). Trzeba coś zmienić ;)

    OdpowiedzUsuń