czwartek, 31 października 2013

Jak to jest z tym Mikołajem?

Dziadek Janusz opowiadał mi o swoich wakacjach, o tym jak odwiedził grób Świętego Mikołaja. Powiem szczerze, że nie dawało mi to spokoju więc postanowiłam spytać mamy:
- Mamo, skoro dziadek był na grobie Mikołaja to znaczy, że on miał pogrzeb i go nie ma. To kto nam daje prezenty??
Mama usypiała Lenkę:
- Maju, pogadamy jutro. Teraz ciiii, bo obudzisz Lenkę.
Oczywiście ja zapomniałam i mama też zapomniała.

Wracając z popołudniowych tańców:
- Mamo bo w Dzieciach z Bullerbyn to nie było Świętego Mikołaja tylko oni sami robili sobie prezenty. To jest ten Mikołaj, czy nie?
- Ale zimno się zrobiło.- odpowiedziała mama
- Tak zimno, ale jak to jest z tym Mikołajem??
Okazuje się, że jest różnie. W Rosji jest dziadek Mróz (do mnie też kiedyś przyszedł, dziwna sprawa), a inni robią sobie na wzajem takie upominki.

Tatuś obiecał nam super prezenty po powrocie z pracy. Zabrał nas do sklepu i miałyśmy wybrać sobie klocki Lego i Duplo. Przed wyjściem rodzice powiedzieli mi, że niektóre są bardzo drogie i tych nie będę mogła sobie wybrać:
- Nie martw się tatusiu ty mi kupisz tańsze, a Świętego Mikołaja poproszę o droższe.

niedziela, 6 października 2013

W biegu

Maja z Nicolą  i Martynką
Ostatni miesiąc zleciał szybciutko, nie wiadomo kiedy. W końcu wysłałyśmy tatę do pracy, po dwóch miesiącach wakacji. Drugiego dnia po jego wyjeździe mama stwierdziła, że nasz świnek się rozchorował. Już wcześniej się drapał i jakiś taki cichy był. Więc gdy zobaczyłyśmy, że wygryzł sobie futerko z boków pobiegłyśmy do weterynarza. Świnek jechał w pudełku po butach pod wózkiem Leny. Pan doktor go zbadał i stwierdził uczulenie na pokarm. Później dał mu zastrzyk i Martin- Marta- Mati zaczął płakać, a my razem z nim. Bardzo byłyśmy przejęte tą wizytą. Matiemu jest nieco lepiej, ale dalej nie wiemy co mu tak szkodzi. Prowadzimy obserwacje. Za nami też bardzo poważna (logistycznie) wyprawa do Krakowa. Piątek mama chciała mi zrobić wolny, ale oczywiście w przedszkolu wyskoczył nam koncert Majki Jeżowskiej. Mama kiedyś się zarzekała się, że nigdy więcej nie zmieni planów ze względu na przedszkole. Co tu dużo mówić, zmieniła. Koncert był fantastyczny, a my pojechałyśmy późniejszym busem. Oczywiście musiałyśmy odpokutować zmianę planów. Droga do Krakowa minęła sprawnie, a my chrapałyśmy słodko. Niestety na miejscu okazało się, że są ogromne korki i nasza podróż przedłużyła się o godzinę. Bardzo nam się nie podobało, że bus stoi w miejscu. W ramach rozrywki zaczęłyśmy się wygłupiać, krzyczeć, bić się i co nam przyszło tylko do głowy. Na dworcu czekała na nas babcia Krysia. Nasza podróż była długa: najpierw tramwaj, czekanie na przyjazd busa, podróż busem, a później jeszcze autobus. Dałyśmy radę, ale mama jakaś taka niemrawa była wieczorem. Kolejnego dnia zostałyśmy z babcią Krysią, a mama wystrojona pojechała na ślub cioci Asi i wujka Łukasza. Tam spotkała tatę i w niedzielę, jak rano wstałyśmy byliśmy w komplecie. W poniedziałek czekała nas kolejna wyprawa, do domu. Mama tym razem postanowiła, że pojedziemy pociągiem. Zapłaciła dwa razy więcej niż za busa, podróż trwała krócej bo pociąg nie utknął w korkach, miałyśmy cały przedział dla siebie, ale była niezadowolona. Najpierw nam się podobało, ale po 30 minutach zaczęło nam się nudzić. Zaczęłyśmy wędrować, wygłupiać się, marudzić, płakać, bić. Mama z ulgą opuściła pociąg i obiecała, że prędko sama nie uda się z nami w taką podróż. Zapomniała chyba, że jeszcze musimy dojechać tramwajem do domu, a i kupić piciu. Wtedy chyba już przesadziłyśmy...Muszę się przyznać, że odkąd poszłam do przedszkola ta mała, smarkata Lena coraz bardziej działa mi na nerwy. Oczywiście jak siedzę długo w domu to umiemy się świetnie razem bawić, ale czasami musimy sobie wyjaśniać różne sprawy siłą, albo małą awanturką. Lena jest sprytna i łzy wyciska tak jakby odkręcała kurek z wodą, a że dodaje do tego syrenę to rodzice szybko się wtrącają. Często jest tak, że to ona mnie zbije, a ja jej tylko oddam, ale wiecie jak to jest trudno być tą starszą. Wszystko zawsze jest na mnie, no prawie zawsze.
Mama na Poli
Szybko muszę napisać zanim klawiatura się zawiesi (bo komputer hula, ale za to klawiatura wymaga wymiany). Znaleźliśmy takie jedno miejsce, niedaleko Częstochowy. Rodzice postanowili kontynuować wakacyjną przygodę z końmi. Zobaczymy na jak długo starczy im sił i chęci. Tatuń dopiero teraz się przekonał czym różni się jazda na ujeżdżali od przyjemnej jazdy w teren. Mama się przekonała jak dużo zapomniała przez te lata i jak dużo pracy znowu przed nią, przed nimi.

Ulubione słowa Leny:
Dupa - jak się zezłości, albo jak chce zwrócić na siebie uwagę (np. w autobusie)
Głupia- jak jest zła na siebie, że jej coś nie wychodzi mówi " Jestem gupia Lena", albo "Jestem Lena gupi Joltaj", z resztą wszystko i każdy może być GUPI.

FOTY 3 Nie chcą się załączyć

poniedziałek, 9 września 2013

Pierwszy tydzień przedszkola za nami.



Zdjęcia
Cześć jestem Lena (często tak mówię gdy jestem przejęta). Maju poszła do przedszkola i ja też bym chciała. Mama mówi, że muszę jeszcze urosnąć, a przecież już umiem to co duże dziewczyny. Umiem: mówić, rysować, naklejać naklejki, siku (i nie tylko) na nocnik, trochę rozbierać się, trochę ubierać się, płaczę i wkurzam się jak Majka, myję pastę (zjadam ją, ale nie mówcie mamie bo się wkurzy), skaczę, biegam, wspinam się, o i nawet sama jem (choć nie wszystko trafia do brzucha). To chyba jestem już duża i mogłabym chodzić tam z mamą..., ale nie bo dopiero za rok. Trochę mnie to złości....... dupa, i nigdy.......iiiiii koniec i dupa (ufff teraz mi lepiej). Bez Majki w domu jest tak cicho i spokojnie. Rodzicom to chyba pasuje, ale ja tam wolę z nią robić bałagan (tzn. bawić się). Ona to się ucieszyła ze spotkania z koleżankami, ale nie chce jej się rano wstawać.

Ostatnia wakacyjna wyprawa do Ojcowa
Moje wesołe słówka:
kanoneczki - to nic innego jak kanapeczki
ananosek- to nie jest ananas tylko kabanosek
toboleczka - torebeczka
kamionki - kamienie

Dialog:
M:  Opaa, na rączki.
L:   Hahaha
M:  Proszę bardzo.
L:   Hihi
M:  Co się mówi?
L:   Cześć, jestem Lenka.

środa, 28 sierpnia 2013

Nasze Borucino i drugie urodzinki Lenki

Foteczki
Sierpień dobiega końca, a nasz wyjazd wakacyjny już za nami. Jak to teraz opisać?  Przecież każdy dzień był inny i niezapomniany. 11 sierpnia o 3 rano mama nas obudziła, ale wcale nie marudziłyśmy bo rodzice nas na to przygotowali. Wpakowali nasze walizki, rowery, rowerki, kaski, zabawki i nas do auta i ruszyliśmy w drogę. Szybko usnęłyśmy i droga dzięki temu szybciej minęła. Dojechaliśmy do Borucina, to wieś na Kaszubach. Zamieszkaliśmy w segmencie trojaka i zapoznaliśmy się z najbliższą okolicą. Ku mojej i Lenki radości nasi gospodarze mieli koty, kozy, kury, konie, psa i trampolinę. Co nam więcej do szczęścia było potrzebne?  Szczerze mówiąc ja i Lenka nie miałyśmy czasu na nudę. Drugiego dnia była piękna, ale wietrzna pogoda. Po śniadanku na tarasie pojechaliśmy do Gdańska po babcię Krysię. Wędrowaliśmy po jarmarku Dominikaśkim, a ja cały czas  marudziłam, że chcę loda, a później jakąś pamiątkę. Było tyle wspaniałych rzeczy, a ja o każdej z nich marzyłam. Na nic tłumaczenia, że mam już pierścionki, korale, lalki, misie itd..., bo ja chciałam COŚ dostać. Dorośli stwierdzili, że mam problem i muszę przejść na odwyk: KONIEC z kupowaniem "pamiątek" przy każdej okazji. Pierwsze dni odwyku były straszne, ale teraz już jest lepiej. Pierwszy warunek otrzymania "pamiątki" to bycie grzecznym, a to też nie jest łatwe. Z radością wróciłam do Borucina gdzie nic mnie nie kusiło. Kolejny dzień przywitał nas deszczem. Gdy tylko się rozjaśniło ruszyliśmy na 3 godzinny spacerek i w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą. Lało całą noc i rano znowu padało. Humory nam się popsuły, ale prognozy pogody podtrzymywały nas na duchu. Znowu między deszczami poznawaliśmy okolice. W czwartek było święto, a do tego dożynki. W pobliskim, oddalonym o 5 km, kościele odbyła się msza którą ogłosiły klekające bociany, które upodobały sobie dach kościoła. Koło kościoła były kolorowe stragany i wielka pokusa. Oj, jak bolał zakaz kupowania. Tyle plastikowych, różowych wspaniałości. Serca rodzicom nie zmiękły od moich łez, ciągle zapominam że to działa odwrotnie. Gdy już się opanowałam spróbowałam trochę inaczej: "Mamo, Lenka by chciała...". Też nie zadziałało.... ehh twardzi są. Po powrocie do domu okazało się, że mamy sąsiadów. Szybko się na nich poznaliśmy i jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie możemy ich "zdzierżyć". Strasznie krzyczeli, zamiast herbaty pili piwo, mówili brzydkie słowa, kłócili się i palili papierosy. Rodzice postanowili wykorzystać pogodę i zrobić kilka wycieczek. Na pierwszy rzut poszła Kościerzyna gdzie oglądaliśmy pociągi, akordeony i rynek. Tego dnia Lena postanowiła podtrzymać tradycję i to ona marudziła, ona jest lepsza, marudzi o wszystko. Ma chyba też lepszą technikę. Robi minę w podkówkę, zakłada ręce na piersi, wydaje dźwięki płacząco - jęcząco - krzyczące (w zależności od sytuacji wybiera pojedynczą opcję), wykrzykuje swoje ulubione przekleństwo "dupa; dupa jestem; dupa mama; dupa babcia..." w ostateczności rzuca się na ziemię. Działa na nią poważny ton, groźne spojrzenie i stanowczość. Tyle, że rodzice zaczynają od tłumaczenia, proszenia, a w ostateczności używają działającej opcji. Gdy Lena widzi, że rodzice już są źli bierze się w garść, wyciera nos ręką i mówi "Juś dobse, juś nie płace" lub "psepasam mamo". Czasami działa gdy się jej powie "Płaczesz jak mała dzidzia. Jesteś mały dzidziuś", a ona wtedy się oburza " Nie jestem dzidzia. Ty jesteś dzidziuś.".  Najlepiej z nią nie zadzierać, a na wszelki wypadek kupić loda. To działa uspakajająco. Podczas naszych wakacji rodzice rozpoczęli swoją wakacyjną przygodę z końmi. Mama kiedyś jeździła i namówiła tatę, żeby on się też nauczył. Rodzice dosiadali Majki i Loli. Lena, babcia i ja bacznie ich obserwowałyśmy (dopóki nie zaczęli jeździć w tereny) i przynajmniej ja nie mogłam się doczekać kiedy skończą, bo wtedy ja miałam jeździć. Mogłabym tak bez końca. Rodzice trochę odcierpieli jazdę, ale szybko wrócili do formy. Musieli, bo czekała nas kolejna wyprawa, do Będomina. Tam znajduje się muzeum Hymnu Narodowego i była "wojna".  Nasze wojska nacierały na odział pruski. Naszych było więcej i pięknie maszerowali, ale długo nie mogli pokonać tych prusaków. Później szukaliśmy skrzynki, jedliśmy watę i słuchaliśmy marynarskiej orkiestry. W niedzielę wstaliśmy wcześniej, ale nie przed krzyczącymi sąsiadami i ruszyliśmy nad morze, do Łeby. Pogoda nam dopisała. Gdy dotarliśmy do plaży, przez Lębork, świeciło słonko, a woda była cieplejsza niż w "naszym" jeziorze. Popluskaliśmy się, pobudowaliśmy z piasku i plażą ruszyliśmy na wydmy. Po drodze chlapaliśmy się, a pogoda się zmieniała. Słońce się schowało, a wiatr zaczął wiać. Lenka w ramionach taty usnęła, a ja dzielnie szłam biegnąc. Zmęczeni dotarliśmy na wydmy. Mama przejęła Lenkę i zapadając się w piachu szła, aż w końcu zmęczona usiadła. Lena się obudziła i zaczęło się "zimowe" szaleństwo. Wszystko było ładnie i pięknie, ale z tych wydm trzeba było wrócić. Rodzice postanowili zrobić to pieszo. Lenka oczywiście na barana, a ja? Szłam i szłam i szłam. Już nie biegałam idąc. Spokojnie mogę powiedzieć, że tego dnia przeszłam ok 15 km.  Do "domu" wróciliśmy w nocy ciesząc się, że nie zastaniemy już naszych sąsiadów. Kolejne dni były już spokojniejsze. Każdy dzień zaczynał się podobnie bo gdy otwieraliśmy drzwi przychodziły koty: Mini i Lusia (niepełnoletnie rude dziecko i jego biała mama zwana przez Lenę "Biały tygrys"). Mini jak to młodzież pchała się wszędzie, lubiła się bawić, była przymilna, a gdy trzeba było pokazywała pazurki. Lusia jako mamusia przychodziła w nadziei na poczęstunek i generalnie warczała jak pies. Gdy Mini wchodziła w drogę Lusi dochodziło do starcia, co bardzo cieszyło tatę. Bo tata nie znosi kotów. Co rano koty przychodziły, a my przeganiałyśmy białą Luśkę, a nosiłyśmy rudą Mini. Później skakanie na trampolinie i "program rodziców". Odwiedziliśmy "zamek" w Łapalicach, Chmielno, Wieżycę i Szymbark (który odradzamy). Któregoś dnia tatuś zarządził urodziny Leny, bo on może o takich sprawach decydować. Kupiliśmy ciastko, dmuchaliśmy świeczkę, śpiewaliśmy STO LAT, a Lena zjadła najwięcej ciastek. Dostała biegowy rowerek w kolorze zielonym, bo to jej ulubiony. Niestety jest nieco za duży i rodzice muszą biegać za Lenką. Innego dnia tata zarządził ognisko co bardzo pasowało Lenie bo ona uwielbia kiełabachy, parówki i sznycle. Wieczorami odwiedzaliśmy też trzy kozy, zawsze z bukietem trawy. Gdy przychodziła pora spania, zaczynało się istne wariactwo. Biegałyśmy między sypialniami i straszyłyśmy babcie i siebie krzycząc "Jestem Brunhildą", "Brunhildo, wybacz mi". W wykonaniu Leny było to strasznie, strasznie śmieszne więc turlałyśmy się ze śmiechu. Zmęczone zasypiałyśmy by rano znowu wpuścić koty do domku. Kolejne, ostatnie dni minęły nam spokojnie na spacerach po lesie. Rodzice jeździli sobie na koniach w teren i już dawno nie pamiętali, że ich wszystko bolało. Ostatniego dnia zafundowali sobie nawet dwugodzinny teren, a potem wsiedli na rowery na 3 godziny. Ja to chętnie zostawałam z moim kotami, zwłaszcza że się okazało że Luśka ukrywa w stajni trzy maluteńkie kociaczki. Z resztą na samą myśl o wyjeździe zaczynałam płakać. Gdy nastała niedziela, dzień pożegnania ku zdziwieniu rodziców i babci nie płakałam. Po drodze odwiedziliśmy ponownie skansen we Wdzydzach, Toruń i w korkach, w środku nocy dotarliśmy do domu.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Już sierpień

Zdjęcia
Zdjęcia
Zrobiłam sobie tylko tycią przerwę w pisaniu (bo przecież nie mam na to czasu) i trochę się boję, że nie o wszystkim napiszę. Dzięki zdjęciom łatwiej odświeżyć sobie pamięć, szkoda tylko że rodzice robią ich w tym roku znacznie mniej. Zanim zawieźliśmy Kacpra do Stalowej Woli rodzice zabrali nas jeszcze na wycieczkę do zamku w Pszczynie. Spacerowaliśmy po salonach, pokojach, salach, komnatach i wspominając śmiało mogę powiedzieć, że mi się podobało. Oczywiście, żeby nie było zbyt miło zarzuciłyśmy z Lenką po małym foszku. Siedziałyśmy na parkiecie i buntowałyśmy przeciw niesprawiedliwości jaką jest fakt, że dorośli mają zawsze rację. To znaczy mnie to bardzo zabolało, że pokój muzyczny okazał się pokojem do pracy, a Lena trochę mnie wsparła. Później nam przeszło i poszliśmy do ZAGRODY ŻUBRÓW. Tam to mogłybyśmy zostać dłużej. Wygłaskałyśmy wszystkie zwierzątka, które się tylko dały (sarenki, kaczki) żywe i wypchane. Wracając do auta znowu zarzuciłam foszka. Poczułam się trochę zazdrosna o to, że Kacper pcha wózek z Leną. To ja chciałam być bardziej pomocna. Ten błahy na pozór problem urósł do rangi katastrofy. Dzień był zbyt krótki na wszystkie atrakcje, a do tego jeszcze podróż w korku. Innego dnia wybraliśmy się do Kłobucka, nad wodę. Ostatnio ciągle tam jeździmy bo pogoda na nic innego nie pozwala. Dzięki tym wycieczkom i długim kąpielom czuję, że jest prawdziwe lato. Oczywiście przy każdej okazji szukaliśmy skrzynek. Trochę się denerwuję gdy ktoś inny je znajduje. Znowu przywilej wieku i wzrostu. Bo wiecie starsi są sprytniejsi i do tego łatwiej im znaleźć coś co jest na wysokości ich oczu. W środę, 24 lipca pojechaliśmy do Stalowej Woli pokazując po drodze Kacprowi Bramę Twardowskiego i Źródełka w Złotym Potoku. Ja i Lena byłyśmy zachwycone, a Kacper oświadczył że zdecydowanie bardziej podobają mu się ruiny zamku, zamek w Pszczynie i ruchoma szopka w Olsztynie. Po długiej podróży dotarliśmy do domu Kacpra i do wszystkich babć, dziadziów, cioć i wujków. Rodzice tak jak postanowili wyruszyli w swoją podróż. Nas zostawili pod opieką babci Krysi, babci Stasi, wujka Bartka ale rządzić miała ciocia Karinka. To były wakacje. Chodziłyśmy spać o północy, grałyśmy na komputerze i oglądałyśmy bajki po 22. Jeździliśmy nad wodę bo ciągle panowały tropiki, odwiedzaliśmy rodzinkę, chodziłyśmy na huśtawki, a nawet szukaliśmy skrzynek. Rodzice w tym czasie pojechali do Kazimierza Dolnego, a później do Warszawy. Oczywiście szukali skrzynek, a oprócz tego robili coś bardzo dziwnego, spacerowali po Łazienkach. Jest to o tyle dziwne, że jak się wejdzie do naszej łazienki to można zrobić zaledwie trzy kroczki, a o spacerze to można zapomnieć. Widocznie w Warszawie mają nieco większe Łazienki i to z wiewiórkami. Wcale nie ucieszyłam się na widok mamy i taty. W Stalowej było mi bardzo dobrze i nie chciałam wyjeżdżać. Niestety trzeba było. Teraz odwiedzili nas ciocia Asia i wujek Łukasz. Ja uciekłam do babci na nocki bo przecież nie przepadam za gośćmi. W niedzielę nie uniknęłam kontaktu z nimi i jak zwykle okazało się, że nie potrzebnie się obawiałam. Dzięki tej ucieczce spędziłam sobotę na wsi gdzie bawiłam się z Julką. Teraz przed nami wyjazd wakacyjny...






poniedziałek, 22 lipca 2013

Tactel na tropie skrzynek



ZDJĘCIA
Ciężko jest być dzieckiem. Ciągle Ci coś każą: umyj zęby, umyj buzię, ubierz się, zjedz, posprzątaj, przynieś, zanieś, pomóż. Człowiek naharuje się cały dzień przy tych poleceniach, a nie daj Boże coś się nie usłyszy, gdy ktoś powtórzy tylko 5 razy, to od razu nerwy. Nie wspomnę, że jak takie nieusłyszenie się powtórzy kilka razy i taki ktoś kto mówił że coś trzeba, albo czegoś nie powinno się robić, to lecą kary. Nasza mama zdecydowanie potrzebuje urlopu. Od dłuższego czasu (który można przeliczyć w tygodniach) nie oddaliła się od nas nie dalej niż do sąsiedniego pokoju (nie licząc trzech przypadków gdy wyszła na zakupy, w sumie jakieś 1,5h i raz z tatą i Kacprem szukać skrzynki - o tym później). Tak więc nasza mama wydaje się być na skraju wybuchu swych nerwów. Przestała cierpliwie odpowiadać na moje niezliczone, i czasami, jak ona uważa, nieprzemyślane pytania. Czasami pytam ją o coś po kilka razy, bo zapomniałam, że już o to pytałam. Nie wiem tylko jak wytłumaczyć ograniczoną cierpliwość taty??? On przecież cały miesiąc się obijał i nie słuchał naszego marudzenia, płakania, krzyczenia i moich pytań. Ehhh.... Ciocia Karinka jakby wyczuła sytuację i postanowiła zabrać mnie i Lenkę na 4 dni do Stalowej Woli. Mama się jej nieco dziwi, że w ten sposób chce wykorzystać urlop. Bo ciocia na codzień pracuje w żłobku, a dodatkowo pilnuje dzieci, a czasami uczy dzieci mówić (bo chce być logopedą) i jeszcze do tego się uczy (bo wciąż chce być mądrzejsza). Tak oto w środę rodzice mają nas podrzucić cioci do Stalówki, a sami chcą się gdzieś oddalić i odsapnąć. Zanim to nastąpi, mamy pewne plany. Plany łączą się z tym, że od piątku mamy gościa. Przyjechał do nas Kacper, chrześniak mamy i nasz starszy kuzyn. On ma 13 lat, a już dawno przerósł mamę. Jak to zwykle bywa, miałam mieszane uczucia co do jego przyjazdu. Jak już przyjechał, to trochę się wstydziłam, i jak to rodzice nazywają, popisywałam się, a razem ze mną Lena. Z każdym dniem jest nieco lepiej... Dzięki wizycie Kacpra rodzice postanowili trochę nas wymęczyć (zamiast siedzieć nad jeziorkiem i bawić się w piachu). W sobotę pojechaliśmy do Olsztyna. Udało nam się odwiedzić Olsztyńską Ruchomą Szopkę (kiedyś trafiliśmy jak była zamknięta). Co tam się działo... Najpierw pani coś tam gadu-gadka i na koniec mówi:
- zamknijcie oczy.....Teraz otwieramy!!
 Przed nami otwarte drzwi do sąsiedniego pokoju, a za nimi szopka. Piękne kolorowe figureczki, do tego ruchome. Stałyśmy i patrzyłyśmy i wydawałyśmy okrzyki (ja pierwsza, Lena za mną). Później mąż tamtej pani zabrał nas do jamy, gdzie było strasznie zimno i ciemno. Była tam taka makieta zamku olsztyńskiego. Ten pan o duchach zaczął opwiadać i nagle przerwał i łubudu coś jakby z dziury w ziemi wyskoczyło. To sam diabeł był. Najpierw zapadła cisza, a później wszyscy w śmiech. Ja i Lena już miałyśmy dość, i o oblężeniu słuchać nie chciałyśmy. Mamie przyznałam się na zewnątrz, że "serce mi o ziemię walnęło", tak się tego diabła zlękłam. Musiałam chwilkę popłakać, a potem wyszedł ten pan od diabła z jamy. Mama chciała poprawić mi humor, a przed chatą z szopką stoi taki domek drewniany i kolorowy. Ma zamknięte drzwiczki, a ja byłam ciekawa co jest w środku. Mama więc zagadnęła pana:
- Co tam pan trzyma w środku?? Maja jest ciekawa...
- Ah te kobiety i ich ciekawość - zaśmiał się pan - Chodźcie zobaczymy co tam jest.
No i pan otwiera drzwi z takim rozmachem, a tam wstrętna babajaga. Nieco się wystraszyłam, ale nie tak jak diabła. Wcale nie dlatego nie chciałam sobie zrobić zdjęcia z tą babąjagą. Nie miałam ochoty i tyle. Później mama kupiła aniołka do swojej kolekcji i poszliśmy na plac zabaw. Ja i Lenka lubimy place zabaw. Kacper się nieco nudził, a może zabawa aparatem jest ciekawsza? Po harcach byłyśmy gotowe na zdobycie ruin olsztyńskiego zamku. Wieczorem rodzice zostawili nas u babci i dziadka, i zabrali gdzieś Kacpra. Dziś się dowiedziałam gdzie go zabrali, i trochę miałam żal, że mnie zostawili. Jest taka zabawa GEOCACHING, czyli szukanie skrzynek. Najpierw tatuś w komputerze patrzy na współrzędne GPS i wszystkie potrzebne informacje żeby je znaleźć, a potem jedziemy i szukamy. Dziś znaleźliśmy aż 5. Jedną ja znalazłam sama osobiście, bo leżała na ziemi (ktoś albo coś musiało ją zrzucić z drzewa). Inna była na cmentarzu żydowskim. Tam byliśmy wszyscy pierwszy raz. Szło się przez lasek, a drzewa porośnięte były bluszczem, dookoła poprzewracane nagrobki i komary. Odtańczyliśmy taniec antykomarowy, ale to pomagało tylko trochę, a tatuś jako jedyny odważył wejść w pokrzywy, które były większe od niego. Był naszym bohaterem, zwłaszcza gdy się okazało, że musi tam wrócić (bo uciekając wziął ze skrzynki ołówek), a nikt nie chciał powtórzyć jego wyczynu. Z resztą ja poparzyłam sobie nogi. Co będzie jutro?
Na koniec się pochwalę. Podjęłam próby jazdy na rowerze na dwóch kółkach. Kiedyś już próbowałam, ale po przejechaniu 3 metrów przewracałam się. Teraz idzie mi już lepiej, choć zakręty to są trudne (w lewo jest znacznie łatwiej).

niedziela, 14 lipca 2013

Lato

Foty  filmiki filmik 
Dziś mija miesiąc od wyjazdu taty do pracy, 31 dni. Miał wrócić wczoraj, a wróci jutro. Tak to już jest z jego pracą. Ja i Lenka to nie bardzo się znamy na tych dniach, tygodniach, miesiącach i w sumie nam to trochę obojętne. Raz tęsknimy mniej, raz bardziej. Bardziej to wtedy gdy mama nam na coś nie pozwala, a ona upiera się jak osioł (ja i Lenka mamy to po niej). Gdy żyjemy w zgodzie to nawet lubię (nie chcę mówić za Lenę) jak tata jest w pracy. Na tak długo już dawno nie wyjeżdżał więc bardzo się cieszymy, że jutro kończy pracę. Chociaż mama uważa, że tata w pracy to odpoczywa, a pracuje w domu. Może jest w tym troszkę racji. Przez te cztery tygodnie Lenka nauczyła się wiele nowych słówek. Oczywiście zna te brzydkie: d..a, c..a i dużo innych. Powtarza jak papuga po mamie, a mnie uwielbia naśladować. Jak była mniejsza to namiętnie powtarzała po dwa razy znane jej wyrazy. Brzmiało to zabawnie i do tej pory rodzice nie mogą się oduczyć tego sposobu mówienia. Lena już rzadko używa tego stylu, ale za to teraz podkreśla literę "k" , "t" na końcu wyrazów np. takkkk, namottt (namiot). Jeszcze do niedawna uważano ją za lekomankę. Uwielbiała wszelkie syropki. Zazwyczaj to ja byłam chora, więc ona stała koło mnie gdy mama serwowała mi kolejną łyżeczkę lepkiej mazi, i wołała "ja tesz". Obrażała się gdy nie dostawała. Ostatnio dostałam zapalenia spojówek i też była rozczarowana, że tylko ja dostaję krople do oczu. Później jej zaczęły ropieć oczy i okazało się, że wcale nie podoba się jej kropienie. Zaciskała tak mocno oczy, że nie było siły ich otworzyć. Przynajmniej nie płakała i nie krzyczała (jak to ja mam w zwyczaju, chociaż teraz już jestem dzielniejsza). Mama jest trochę na mnie zła, bo gdy ja dostaję syropy to tak trochę dla picu, trochę na serio chowam się i udaję, że płaczę. Lena, ponieważ mnie naśladuje, też zaczęła tak robić. Nie ważne, że syrop jest dobry i po wypiciu pomasuje brzuszek i powie "jesce", ucieczka musi być. Bo skoro ja tak robię, to ona myśli, że tak trzeba. Jedyna rzecz, w której mnie nie naśladuje to moja przyjaźń z Martą. Okazało się, że nasza świnka to bardzo urocze, łakome i dość mądre stworzenie. Ostatnio otwieramy jej klatkę i ona wychodzi i wchodzi kiedy chce. Jest tylko mały problem bo Lena się jej boi i jest o nią zazdrosna. Ostatnio mama i Lena bawiły się klockami. Nagle z kuchni przybiegła Marta, więc Lenek wskoczył mamie na kolana:
- Boje Mata!!
Marta podeszła do mamy i czekała, aż ta ją pogłaszcze, a później hyc i wciska się na kolana, na co Lenka:
-Idź. Ja piewsa pupa, pupa!!- ( co oznaczało, że Lenka pierwsza usiadła na kolanach u mamy).
Niestety Marta nie zrozumiała o co chodzi Lence i jeszcze kilka razy pakowała się na kolana mamy, a nawet i Lenki.
Poza tym ostatnio prowadzimy bardzo poważne rozgrywki tzn. KTO PIERWSZY. Ja mam w zwyczaju, że podbiegam do drzwi i wołam "pierwsza!!!". Lenka nauczyła się ode mnie i też woła "piewsa", mimo że jest druga. Potem się kłócimy, a na świadka bierzemy mamę. Mama już zrezygnowała z tłumaczenia Lence, że to ja wygrałam, a mnie że Lenka jest mała i nie rozumie. Najczęściej odpowiada "mhm":
- Mamo prawda, że to ja byłam pierwsza? - pytam
- Mhm...- odpowiada mama
- Nie ja piewsa, piewsa. Pada mamo? -broni się Lenka
- Mhm...- odpowiada mama
Ostatnio mama wracała sama z Lenką do domu . Lenka dotknęła drzwi pierwsza i:
- Piewsa...
- Druga..- mama się zaklepała
- Nie ja duga.- odrzekła Lena
- Nie, ty byłaś pierwsza, a mama druga.
-Nieeee, ja duga, mama piewsa... - i tak się chwilę przekomarzały, ale Leny nie dało się przekonać.
Inne historia dotyczy pewnych lodów, BIG MILK. Tam można wygrać nowego loda, ale ja nie mam szczęścia i ciągle "przegrywam". Za każdym razem czytam  "Spróbuj jeszcze raz, Powodzenia". Ostatnio Lena dostała loda na patyku i zasiadła na schodach klatki (mama już wie, że nie warto jej wpuszczać z lodem do domu - wszystko się potem klei). W końcu zjadła loda spojrzała na patyk:
- O nie, pubuj jece las, popodzenia - i poszła wyrzucić patyczek do kosza.