Dziadek Janusz opowiadał mi o swoich wakacjach, o tym jak odwiedził grób Świętego Mikołaja. Powiem szczerze, że nie dawało mi to spokoju więc postanowiłam spytać mamy:
- Mamo, skoro dziadek był na grobie Mikołaja to znaczy, że on miał pogrzeb i go nie ma. To kto nam daje prezenty??
Mama usypiała Lenkę:
- Maju, pogadamy jutro. Teraz ciiii, bo obudzisz Lenkę.
Oczywiście ja zapomniałam i mama też zapomniała.
Wracając z popołudniowych tańców:
- Mamo bo w Dzieciach z Bullerbyn to nie było Świętego Mikołaja tylko oni sami robili sobie prezenty. To jest ten Mikołaj, czy nie?
- Ale zimno się zrobiło.- odpowiedziała mama
- Tak zimno, ale jak to jest z tym Mikołajem??
Okazuje się, że jest różnie. W Rosji jest dziadek Mróz (do mnie też kiedyś przyszedł, dziwna sprawa), a inni robią sobie na wzajem takie upominki.
Tatuś obiecał nam super prezenty po powrocie z pracy. Zabrał nas do sklepu i miałyśmy wybrać sobie klocki Lego i Duplo. Przed wyjściem rodzice powiedzieli mi, że niektóre są bardzo drogie i tych nie będę mogła sobie wybrać:
- Nie martw się tatusiu ty mi kupisz tańsze, a Świętego Mikołaja poproszę o droższe.
Blog dla moich bliskich, którzy są daleko i nie mogą na co dzień patrzeć jak rośniemy.
czwartek, 31 października 2013
niedziela, 6 października 2013
W biegu
![]() |
| Maja z Nicolą i Martynką |
Ostatni miesiąc zleciał szybciutko, nie wiadomo kiedy. W końcu wysłałyśmy tatę do pracy, po dwóch miesiącach wakacji. Drugiego dnia po jego wyjeździe mama stwierdziła, że nasz świnek się rozchorował. Już wcześniej się drapał i jakiś taki cichy był. Więc gdy zobaczyłyśmy, że wygryzł sobie futerko z boków pobiegłyśmy do weterynarza. Świnek jechał w pudełku po butach pod wózkiem Leny. Pan doktor go zbadał i stwierdził uczulenie na pokarm. Później dał mu zastrzyk i Martin- Marta- Mati zaczął płakać, a my razem z nim. Bardzo byłyśmy przejęte tą wizytą. Matiemu jest nieco lepiej, ale dalej nie wiemy co mu tak szkodzi. Prowadzimy obserwacje. Za nami też bardzo poważna (logistycznie) wyprawa do Krakowa. Piątek mama chciała mi zrobić wolny, ale oczywiście w przedszkolu wyskoczył nam koncert Majki Jeżowskiej. Mama kiedyś się zarzekała się, że nigdy więcej nie zmieni planów ze względu na przedszkole. Co tu dużo mówić, zmieniła. Koncert był fantastyczny, a my pojechałyśmy późniejszym busem. Oczywiście musiałyśmy odpokutować zmianę planów. Droga do Krakowa minęła sprawnie, a my chrapałyśmy słodko. Niestety na miejscu okazało się, że są ogromne korki i nasza podróż przedłużyła się o godzinę. Bardzo nam się nie podobało, że bus stoi w miejscu. W ramach rozrywki zaczęłyśmy się wygłupiać, krzyczeć, bić się i co nam przyszło tylko do głowy. Na dworcu czekała na nas babcia Krysia. Nasza podróż była długa: najpierw tramwaj, czekanie na przyjazd busa, podróż busem, a później jeszcze autobus. Dałyśmy radę, ale mama jakaś taka niemrawa była wieczorem. Kolejnego dnia zostałyśmy z babcią Krysią, a mama wystrojona pojechała na ślub cioci Asi i wujka Łukasza. Tam spotkała tatę i w niedzielę, jak rano wstałyśmy byliśmy w komplecie. W poniedziałek czekała nas kolejna wyprawa, do domu. Mama tym razem postanowiła, że pojedziemy pociągiem. Zapłaciła dwa razy więcej niż za busa, podróż trwała krócej bo pociąg nie utknął w korkach, miałyśmy cały przedział dla siebie, ale była niezadowolona. Najpierw nam się podobało, ale po 30 minutach zaczęło nam się nudzić. Zaczęłyśmy wędrować, wygłupiać się, marudzić, płakać, bić. Mama z ulgą opuściła pociąg i obiecała, że prędko sama nie uda się z nami w taką podróż. Zapomniała chyba, że jeszcze musimy dojechać tramwajem do domu, a i kupić piciu. Wtedy chyba już przesadziłyśmy...Muszę się przyznać, że odkąd poszłam do przedszkola ta mała, smarkata Lena coraz bardziej działa mi na nerwy. Oczywiście jak siedzę długo w domu to umiemy się świetnie razem bawić, ale czasami musimy sobie wyjaśniać różne sprawy siłą, albo małą awanturką. Lena jest sprytna i łzy wyciska tak jakby odkręcała kurek z wodą, a że dodaje do tego syrenę to rodzice szybko się wtrącają. Często jest tak, że to ona mnie zbije, a ja jej tylko oddam, ale wiecie jak to jest trudno być tą starszą. Wszystko zawsze jest na mnie, no prawie zawsze.![]() |
| Mama na Poli |
Ulubione słowa Leny:
Dupa - jak się zezłości, albo jak chce zwrócić na siebie uwagę (np. w autobusie)
Głupia- jak jest zła na siebie, że jej coś nie wychodzi mówi " Jestem gupia Lena", albo "Jestem Lena gupi Joltaj", z resztą wszystko i każdy może być GUPI.
FOTY 3 Nie chcą się załączyć
poniedziałek, 9 września 2013
Pierwszy tydzień przedszkola za nami.
![]() |
| Zdjęcia |
![]() |
| Ostatnia wakacyjna wyprawa do Ojcowa |
kanoneczki - to nic innego jak kanapeczki
ananosek- to nie jest ananas tylko kabanosek
toboleczka - torebeczka
kamionki - kamienie
Dialog:
M: Opaa, na rączki.
L: Hahaha
M: Proszę bardzo.
L: Hihi
M: Co się mówi?
L: Cześć, jestem Lenka.
środa, 28 sierpnia 2013
Nasze Borucino i drugie urodzinki Lenki
![]() |
| Foteczki |
Do "domu" wróciliśmy w nocy ciesząc się, że nie zastaniemy już naszych sąsiadów. Kolejne dni były już spokojniejsze. Każdy dzień zaczynał się podobnie bo gdy otwieraliśmy drzwi przychodziły koty: Mini i Lusia (niepełnoletnie rude dziecko i jego biała mama zwana przez Lenę "Biały tygrys"). Mini jak to młodzież pchała się wszędzie, lubiła się bawić, była przymilna, a gdy trzeba było pokazywała pazurki. Lusia jako mamusia przychodziła w nadziei na poczęstunek i generalnie warczała jak pies. Gdy Mini wchodziła w drogę Lusi dochodziło do starcia, co bardzo cieszyło tatę. Bo tata nie znosi kotów. Co rano koty przychodziły, a my przeganiałyśmy białą Luśkę, a nosiłyśmy rudą Mini. Później skakanie na trampolinie i "program rodziców". Odwiedziliśmy "zamek" w Łapalicach, Chmielno, Wieżycę i Szymbark (który odradzamy). Któregoś dnia tatuś zarządził urodziny Leny, bo on może o takich sprawach decydować. Kupiliśmy ciastko, dmuchaliśmy świeczkę, śpiewaliśmy STO LAT, a Lena zjadła najwięcej ciastek. Dostała biegowy rowerek w kolorze zielonym, bo to jej ulubiony. Niestety jest nieco za duży i rodzice muszą biegać za Lenką. Innego dnia tata zarządził ognisko co bardzo pasowało Lenie bo ona uwielbia kiełabachy, parówki i sznycle. Wieczorami odwiedzaliśmy też trzy kozy, zawsze z bukietem trawy. Gdy przychodziła pora spania, zaczynało się istne wariactwo. Biegałyśmy między sypialniami i
straszyłyśmy babcie i siebie krzycząc "Jestem Brunhildą", "Brunhildo, wybacz mi". W wykonaniu Leny było to strasznie, strasznie śmieszne więc turlałyśmy się ze śmiechu. Zmęczone zasypiałyśmy by rano znowu wpuścić koty do domku. Kolejne, ostatnie dni minęły nam spokojnie na spacerach po lesie. Rodzice jeździli sobie na koniach w teren i już dawno nie pamiętali, że ich wszystko bolało. Ostatniego dnia zafundowali sobie nawet dwugodzinny teren, a potem wsiedli na rowery na 3 godziny. Ja to chętnie zostawałam z moim kotami, zwłaszcza że się okazało że Luśka ukrywa w stajni trzy maluteńkie kociaczki. Z resztą na samą myśl o wyjeździe zaczynałam płakać. Gdy nastała niedziela, dzień pożegnania ku zdziwieniu rodziców i babci nie płakałam. Po drodze odwiedziliśmy ponownie skansen we Wdzydzach, Toruń i w korkach, w środku nocy dotarliśmy do domu. wtorek, 6 sierpnia 2013
Już sierpień
![]() |
| Zdjęcia |
![]() |
| Zdjęcia |
Chodziłyśmy spać o północy, grałyśmy na komputerze i oglądałyśmy bajki po 22. Jeździliśmy nad wodę bo ciągle panowały tropiki, odwiedzaliśmy rodzinkę, chodziłyśmy na huśtawki, a nawet szukaliśmy skrzynek. Rodzice w tym czasie pojechali do Kazimierza Dolnego, a później do Warszawy. Oczywiście szukali skrzynek, a oprócz tego robili coś bardzo dziwnego, spacerowali po Łazienkach. Jest to o tyle dziwne, że jak się wejdzie do naszej łazienki to można zrobić zaledwie trzy kroczki, a o spacerze to można zapomnieć. Widocznie w Warszawie mają nieco większe Łazienki i to z wiewiórkami. Wcale nie ucieszyłam się na widok mamy i taty. W Stalowej było mi bardzo dobrze i nie chciałam wyjeżdżać. Niestety trzeba było. Teraz odwiedzili nas ciocia Asia i wujek Łukasz. Ja uciekłam do babci na nocki bo przecież nie przepadam za gośćmi. W niedzielę nie uniknęłam kontaktu z nimi i jak zwykle okazało się, że nie potrzebnie się obawiałam. Dzięki tej ucieczce spędziłam sobotę na wsi gdzie bawiłam się z Julką. Teraz przed nami wyjazd wakacyjny...poniedziałek, 22 lipca 2013
Tactel na tropie skrzynek
![]() |
| ZDJĘCIA |
- zamknijcie oczy.....Teraz otwieramy!!
Przed nami otwarte drzwi do sąsiedniego pokoju, a za nimi szopka. Piękne kolorowe figureczki, do tego ruchome. Stałyśmy i patrzyłyśmy i wydawałyśmy okrzyki (ja pierwsza, Lena za mną). Później mąż tamtej pani zabrał nas do jamy, gdzie było strasznie zimno i ciemno. Była tam taka makieta zamku olsztyńskiego. Ten pan o duchach zaczął opwiadać i nagle przerwał i łubudu coś jakby z dziury w ziemi wyskoczyło. To sam diabeł był. Najpierw zapadła cisza, a później wszyscy w śmiech. Ja i Lena już miałyśmy dość, i o oblężeniu słuchać nie chciałyśmy. Mamie przyznałam się na zewnątrz, że "serce mi o ziemię walnęło", tak się tego diabła zlękłam. Musiałam chwilkę popłakać, a potem wyszedł ten pan od diabła z jamy. Mama chciała poprawić mi humor, a przed chatą z szopką stoi taki domek drewniany i kolorowy. Ma zamknięte drzwiczki, a ja byłam ciekawa co jest w środku. Mama więc zagadnęła pana:
- Co tam pan trzyma w środku?? Maja jest ciekawa...
- Ah te kobiety i ich ciekawość - zaśmiał się pan - Chodźcie zobaczymy co tam jest.
No i pan otwiera drzwi z takim rozmachem, a tam wstrętna babajaga. Nieco się wystraszyłam, ale nie tak jak diabła. Wcale nie dlatego nie chciałam sobie zrobić zdjęcia z tą babąjagą. Nie miałam ochoty i tyle. Później mama kupiła aniołka do swojej kolekcji i poszliśmy na plac zabaw. Ja i Lenka lubimy place zabaw. Kacper się nieco nudził, a może zabawa aparatem jest ciekawsza? Po harcach byłyśmy gotowe na zdobycie ruin olsztyńskiego zamku. Wieczorem rodzice zostawili nas u babci i dziadka, i zabrali gdzieś Kacpra. Dziś się dowiedziałam gdzie go zabrali, i trochę miałam żal, że mnie zostawili. Jest taka zabawa GEOCACHING, czyli szukanie skrzynek.
Najpierw tatuś w komputerze patrzy na współrzędne GPS i wszystkie potrzebne informacje żeby je znaleźć, a potem jedziemy i szukamy. Dziś znaleźliśmy aż 5. Jedną ja znalazłam sama osobiście, bo leżała na ziemi (ktoś albo coś musiało ją zrzucić z drzewa). Inna była na cmentarzu żydowskim. Tam byliśmy wszyscy pierwszy raz. Szło się przez lasek, a drzewa porośnięte były bluszczem, dookoła poprzewracane nagrobki i komary. Odtańczyliśmy taniec antykomarowy, ale to pomagało tylko trochę, a tatuś jako jedyny odważył wejść w pokrzywy, które były większe od niego. Był naszym bohaterem, zwłaszcza gdy się okazało, że musi tam wrócić (bo uciekając wziął ze skrzynki ołówek), a nikt nie chciał powtórzyć jego wyczynu. Z resztą ja poparzyłam sobie nogi. Co będzie jutro?Na koniec się pochwalę. Podjęłam próby jazdy na rowerze na dwóch kółkach. Kiedyś już próbowałam, ale po przejechaniu 3 metrów przewracałam się. Teraz idzie mi już lepiej, choć zakręty to są trudne (w lewo jest znacznie łatwiej).
niedziela, 14 lipca 2013
Lato
![]() | |
| Foty filmiki filmik |
- Boje Mata!!
Marta podeszła do mamy i czekała, aż ta ją pogłaszcze, a później hyc i wciska się na kolana, na co Lenka:
-Idź. Ja piewsa pupa, pupa!!- ( co oznaczało, że Lenka pierwsza usiadła na kolanach u mamy).
Niestety Marta nie zrozumiała o co chodzi Lence i jeszcze kilka razy pakowała się na kolana mamy, a nawet i Lenki.
Poza tym ostatnio prowadzimy bardzo poważne rozgrywki tzn. KTO PIERWSZY. Ja mam w zwyczaju, że podbiegam do drzwi i wołam "pierwsza!!!". Lenka nauczyła się ode mnie i też woła "piewsa", mimo że jest druga. Potem się kłócimy, a na świadka bierzemy mamę. Mama już zrezygnowała z tłumaczenia Lence, że to ja wygrałam, a mnie że Lenka jest mała i nie rozumie. Najczęściej odpowiada "mhm":
- Mamo prawda, że to ja byłam pierwsza? - pytam
- Mhm...- odpowiada mama
- Nie ja piewsa, piewsa. Pada mamo? -broni się Lenka
- Mhm...- odpowiada mama
Ostatnio mama wracała sama z Lenką do domu . Lenka dotknęła drzwi pierwsza i:
- Piewsa...
- Druga..- mama się zaklepała
- Nie ja duga.- odrzekła Lena
- Nie, ty byłaś pierwsza, a mama druga.
-Nieeee, ja duga, mama piewsa... - i tak się chwilę przekomarzały, ale Leny nie dało się przekonać.
Inne historia dotyczy pewnych lodów, BIG MILK. Tam można wygrać nowego loda, ale ja nie mam szczęścia i ciągle "przegrywam". Za każdym razem czytam "Spróbuj jeszcze raz, Powodzenia". Ostatnio Lena dostała loda na patyku i zasiadła na schodach klatki (mama już wie, że nie warto jej wpuszczać z lodem do domu - wszystko się potem klei). W końcu zjadła loda spojrzała na patyk:
- O nie, pubuj jece las, popodzenia - i poszła wyrzucić patyczek do kosza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









