![]() |
| Foteczki |
Do "domu" wróciliśmy w nocy ciesząc się, że nie zastaniemy już naszych sąsiadów. Kolejne dni były już spokojniejsze. Każdy dzień zaczynał się podobnie bo gdy otwieraliśmy drzwi przychodziły koty: Mini i Lusia (niepełnoletnie rude dziecko i jego biała mama zwana przez Lenę "Biały tygrys"). Mini jak to młodzież pchała się wszędzie, lubiła się bawić, była przymilna, a gdy trzeba było pokazywała pazurki. Lusia jako mamusia przychodziła w nadziei na poczęstunek i generalnie warczała jak pies. Gdy Mini wchodziła w drogę Lusi dochodziło do starcia, co bardzo cieszyło tatę. Bo tata nie znosi kotów. Co rano koty przychodziły, a my przeganiałyśmy białą Luśkę, a nosiłyśmy rudą Mini. Później skakanie na trampolinie i "program rodziców". Odwiedziliśmy "zamek" w Łapalicach, Chmielno, Wieżycę i Szymbark (który odradzamy). Któregoś dnia tatuś zarządził urodziny Leny, bo on może o takich sprawach decydować. Kupiliśmy ciastko, dmuchaliśmy świeczkę, śpiewaliśmy STO LAT, a Lena zjadła najwięcej ciastek. Dostała biegowy rowerek w kolorze zielonym, bo to jej ulubiony. Niestety jest nieco za duży i rodzice muszą biegać za Lenką. Innego dnia tata zarządził ognisko co bardzo pasowało Lenie bo ona uwielbia kiełabachy, parówki i sznycle. Wieczorami odwiedzaliśmy też trzy kozy, zawsze z bukietem trawy. Gdy przychodziła pora spania, zaczynało się istne wariactwo. Biegałyśmy między sypialniami i
straszyłyśmy babcie i siebie krzycząc "Jestem Brunhildą", "Brunhildo, wybacz mi". W wykonaniu Leny było to strasznie, strasznie śmieszne więc turlałyśmy się ze śmiechu. Zmęczone zasypiałyśmy by rano znowu wpuścić koty do domku. Kolejne, ostatnie dni minęły nam spokojnie na spacerach po lesie. Rodzice jeździli sobie na koniach w teren i już dawno nie pamiętali, że ich wszystko bolało. Ostatniego dnia zafundowali sobie nawet dwugodzinny teren, a potem wsiedli na rowery na 3 godziny. Ja to chętnie zostawałam z moim kotami, zwłaszcza że się okazało że Luśka ukrywa w stajni trzy maluteńkie kociaczki. Z resztą na samą myśl o wyjeździe zaczynałam płakać. Gdy nastała niedziela, dzień pożegnania ku zdziwieniu rodziców i babci nie płakałam. Po drodze odwiedziliśmy ponownie skansen we Wdzydzach, Toruń i w korkach, w środku nocy dotarliśmy do domu. 














