Zakopane
 |
| Wodospad Silklawica |
Mamie marzyła się Grecja, później Bułgaria, a ostatecznie wylądowaliśmy na parę dni w Zakopanem. Chyba osobiście namieszałam w tych planach. Bardzo mi zależało na wycieczce z okazji Dnia Dziecka i na występie na koniec roku. Rodzice mają miękkie serce i dla mnie zmienili plany. Szkoda tylko, że wycieczka się nie odbyła, a tata nie zobaczy mojego występu bo z dnia na dzień wezwali go do pracy (po dwu miesięcznym pobycie w domu). Teraz muszę napisać parę zdań o pogodzie. Przed naszym wyjazdem była brzydka pogoda, ciągle padało. Dzień wyjazdu się zbliżał, a prognozy zapowiadały ciągłe opady. Przesunęliśmy wyjazd z wtorku na czwartek. Zakopane przywitało nas chmurami, gór nie było widać. Nie zrażaliśmy się i wyruszyliśmy na obiadek, a później na mały spacerek.Drogą pod Reglami, niedaleko skoczni płynął potoczek. Byłyśmy z Lenką w siódmym niebie. Kalosze doskonale się spisały. Kolejnego dnia wybraliśmy się do doliny Strążyskiej. Lena z początku nie chciała siedzieć w nosidle więc tam gdzie się dało szła i chyba nieco się zmęczyła bo później z miłą chęcią poszła do "plecaka". Spacerek był miły i przyjemny, a gdy doszliśmy do polany Strążyskiej wyszło słonko, a zza chmur pokazał się Giewont. Tu Lena się zbuntowała i szła już za rękę z mamą. Doszła tak, aż pod wodospad Siklawica. Droga powrotna była już pełna wrażeń. Lenuś na siłę wpakowana do nosidła szybko usnęła.W połowie drogi zaczął padać deszczyk. Mama zdążyła zapakować aparat do reklamówki, mnie ubrać w pelerynę i zrobiła się ulewa. Lenkę okryła kurtką taty, a on schował się pod moim parasolem w żabki. Ulewa zamieniła się w grad, Lenka obudziła się i zaczęła płakać bo nic nie widziała. Wszystko trwało może 5 minut, a rodzice zwłaszcza mama i jej plecak byli przemoczeni. Gdy doszliśmy do wyjścia doliny okazało się, że uciekł nam autobus. Właśnie wtedy spełniło się moje marzenie. Pojechaliśmy do domu meleksem, który czekał na przemokniętych turystów. Trzeciego dnia udaliśmy się do doliny Kościeliskiej. Dzień zapowiadał się znakomicie. Na szlaku było dużo turystów bo to była sobota. Lenka wędrowała w swoich kaloszach i szukała błotnych kałuż. Krzyczała na ludzi "To moje boto!!" i nie chciała iść dalej. Wtedy mama mówiła :
M: Tam jest jeszcze jedne błoto, oj jakie duże.
L: Duze?.......O boto!
albo szła i taka rozczarowana mówiła:
L: Nie ma boto.
Szło się miło, słonko świeciło, aż nagle znikło zza chmurami.Gdy tylko zaczęło kropić mama przezornie przygotowała nas na ulewę. Kropiło sobie, a my szliśmy dalej i dalej, aż tu nagle deszczyk zamienił się w ścianę wody. Ścieżka zamieniła się w potok. Tym razem najbardziej ucierpiał plecak, ale wszystko szybko wyschło pod schroniskiem na Hali Ornak. Gdy wracaliśmy kłębiły się straszne chmurzyska, ale tym razem nam się już upiekło. Dzień czwarty zapowiadał się upalnie i z ulgą ukryliśmy się w Dolinie Olczyskiej. Później przez polanę i przełęcz pod Nosalem i na Nosal. Tego dnia nieco marudziłam, a widoki wcale nie robiły na
mnie takiego wrażenia jak na rodzicach. Lena przespałą najgorsze podejście, ale na szczycie otworzyła oczka. Z Nosala prawie zbiegaliśmy bo nad Kasprowym wisiała burzowa chmura. Zdążyliśmy przed, malutkim deszczykiem. Te kilka dni nauczyło mnie, że pogoda w górach zmienia się z minuty na minutę. Rodzice byli z nas bardzo dumni, a ze mnie to chyba ze 100 razy bardziej, że tak dzielnie maszerowałyśmy z nimi. Piątego dnia rodzice chcieli dać nam nieco odsapnąć i wzięli na baseny. Bawiłyśmy się nieziemsko, aż nagle Lena się popsuła i zaczęła marudzić. Okazało się, że jest bardzo zmęczona i zaczyna usypiać na taty rękach. To był zdecydowanie najlepszy dzień. Szóstego dnia obudził nas deszcz. Nie przejęliśmy się tym za bardzo bo w palnie był spacer po Krupówkach i podróż do Krakowa. Udało nam się wszystko zrealizować, tylko drogę mieliśmy pełną atrakcji. Na skutek wielkich opadów na Zakopiance były wypadki i płynęła nawet rzeka, która pachniała jak szambo. Na szczęście tatuś nas dowiózł do kochanej babci Krysi. Szkoda, że kolejnego dnia trzeba było wracać do domu, bo nie mogłyśmy się Nią nacieszyć. No, ale w przedszkolu czekały na mnie próby przed występami na zakończenie roku. Lato już tuż tuż....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz