piątek, 31 sierpnia 2012

KASZUBY, łał


Nasza wakacyjna przygoda rozpoczęła się już 1 sierpnia przyjazdem babci Krysi. Ona razem z nami podbijała Kaszuby. 15 sierpnia wstaliśmy po piątej rano. Zapakowaliśmy auto, zjedliśmy śniadanie i o ósmej wyprawa ruszyła. Ja i Lenka szybko usnęłyśmy, a obudziłyśmy w Toruniu gdzie rodzice postanowili zrobić przerwę na spacer i obiad. Zrobiłam trochę wstydu w restauracji, ale po tylu godzinach w foteliku, aż mnie roznosiło. Zamówiłam sobie sok wyciskany ze świeżej pomarańczy. W pierwszej chwili wydał się pyszny, ale w drugim momencie poczułam włoski i zaczęłam wybrzydzać. Mama tłumaczyła mi, że ma dużo witamin więc na cały głos oświadczyłam, że lubię napoje sztuczne i z barwnikami. Po momencie puściłam bąka, którego chyba nikt nie słyszał więc na wszelki wypadek wykrzyknęłam "pierdłam sobie!!". Po obiedzie rodzice z ulgą wyruszyli w drogę do auta. Po trzech godzinkach w Toruniu ruszyliśmy dalej. Lena znowu usnęła, a ja chyba przymknęłam oko. Wieczorem dotarliśmy do Łąkiego, niedaleko Bytowa. Nasz domek stał na skraju lasu, na niewielkim wzniesieniu. Między gałązkami  drzew migotało jezioro (Wiejskie). Do najbliższego sklepu mieliśmy 2 km. Obok naszego domku stały jeszcze 4 inne, które były zamieszkane tylko w weekendy. Przez las biegły bite, piaszczyste drogi prowadzące do porozsypywanych po okolicy gospodarstw i domków letniskowych. My pokonywaliśmy niektóre z tych dróg na rowerkach. Lenek zostawał z babcią, a my zwiedzaliśmy okolice. Gdy dojeżdżaliśmy pod sklep tubylcy mówili nam "dzień dobry", a czasami próbowali porozmawiać. Nie zawsze było to łatwe bo zaciągali tamtejszą mową. Gdy świeciło słonko taplaliśmy się w jeziorze. Z każdym dniem na pobliskiej plaży było coraz mniej ludzi i czuło się jak wakacje się kończą. Miło jest mieć plażę tylko dla siebie. Na terenie kąpieliska stała siatka do gry w siatkówkę i był pomost z którego skakaliśmy do wody. Gdy Lenuś miał ochotę poskakać mówiła "tee lyyy"( czyli: trzy cztery). Wieczorami pływałam (czasami) z rodzicami na łódeczce, raz nawet uciekaliśmy przed deszczem (wypływaliśmy to zapowiadał się piękny zachód słońca). Raz wsiadłam do łódki i okazało się, że mamy pasażera na gapę. Była to mała żabka. Z początku byłam jej ciekawa, do czasu gdy do mnie doskakała. Mama zaczęła głośno krzyczeć, więc i ja się wystraszyłam. Pisku było, a potem dużo śmiechu gdy maluteńka żabka wskoczyła w otchłań jeziora. Zachowanie mamy było nieco dziwne bo następnego dnia mama podobną żabkę złapała do rączek i wcale nie krzyczała. Gdy pogoda nam się nieco psuła (na szczęście nigdy na cały dzień) też nie było czasu na nudę. Spacery po lesie, zbieranie grzybów, skoki po kałużach. To ostatnie spodobało się Lenie. Mama po deszczu włożyła nam kalosze i wyruszyliśmy w drogę. Szło sprawnie do pierwszej kałuży. Pokazałam mojej siostrzyczce jak się skacze. Muszę powiedzieć, że jak na pierwszy raz szło jej bardzo dobrze. Zabawa skończyła się gdy Lenek usiadła w kałuży. Mama zabrała ją do domku, a ja i tata poszliśmy dalej. Mama mówiła, że Lenuś był bardzo niepocieszony, że ma iść do domu. Mama zdjęła jej butki i postawiła koło kominka, żeby wyschły i przebrała malucha. Lena rozżalona wzięła kalosze usiadła pod drzwiami i próbowała włożyć na nogi. Bo wiecie, ona znowu dużo się nauczyła np. mówiła babci "cieś"(cześć) gdy rano wchodziła do pokoju, w którym spałyśmy z babcią; "am" (oznacza że ma ochotę coś zjeść) potrafiła doprowadzić tatę do szafki w której mama ukryła ciastka "tam" mówiła i pokazywała rączką na szafkę i dodawała "am"; "Łał" pada gdy Lence coś się podoba, albo gdy ma chęć go powiedzieć. Starała się też naśladować odgłosy zwierzątek jakie spotkała: krówki, pieski, kotki, gąski, kurki. Rano gdy wstawałyśmy wychodziłyśmy na taras, a ktoś z dorosłych szykował śniadanko. Posiłki pysznie smakują na świeżym powietrzu. 22 sierpnia nasza Lenka skończyła roczek. Sama nie wiem kiedy to zleciało, ale w końcu łatwiej będzie liczyć. Kupiliśmy torta, były balony i "sto lat" dla uczczenia tego pamiętnego dnia. Lenuś nie przygotowana próbowała dmuchać płonącą świeczkę. W końcu wspólnymi siłami... zgasła. Co Lenka dostała od rodziców?? Pamiętacie Czarka?? Pewnego dnia pojechaliśmy do Ustki. Lenuśka pierwszy raz zobaczyła morze, Bałtyk. Czuła się tam jakby co dzień tam bywała. Największe wrażenie wywarły na niej mewy. Ja dorobiłam się dwóch warkoczyków, rodzice próbowali znaleźć Czarka III, a w rezultacie kupili owcę Beeenka (który mimo wszystko nie przebił Czarka II; ciocia Kasia na urodziny Lenuśki kupiła Czarka III (nazywa się Łatek), którym póki co się dzielimy na zmianę Czarkiem II). Przez całe dwa tygodnie oglądnęłam może cztery bajki i wcale mi ich nie brakowało. Za to lubiłam gdy wieczorem babcia Krysia czytała mi bajki z wielkiej księgi bajek. Ja ją  zasypywałam pytaniami najpierw dotyczącymi bajek, a później urządzałyśmy pogaduchy o życiu. Podobno dużo gadam. Też mi coś. Zwiedzaliśmy Bytów, kamienne kręgi w Węsiorach, kościół poklasztorny w Kartuzach (którym zachwycała się Lenka "yyyyy łał", "to to?.........l(b)am łał" (co to?.... lampa, niezła bo duża). Na koniec wycieczki pojechaliśmy do Chmielowa gdzie odwiedziliśmy Muzeum Ceramiki Kaszubskiej Neclów. Pan Necel pokazywał nam jak się robi na kole garncarskim i opowiadał o przebiegu tworzenia naczyń. Zakupiliśmy kilka z nich na pamiątkę i wróciliśmy do domu. Po drodze zachwycaliśmy się pięknymi widokami: jezioro z prawej, jezioro z lewej, łąki, lasy, "tunele drzewne", małe wioski, krowy na pastwiskach. Wszystko bardzo mi się podobało i chyba pierwszy raz nie tęskniłam za koleżankami. Gdy była okazja zagadywałam dzieciaki, ale nie miałam zbyt wiele okazji. Nie wiadomo kiedy minęło 14 dni i trzeba było się spakować i ruszyć w drogę do domu. Chyba wszystkim zakręciła się łezka w oku. Wszyscy będziemy długo wspominać Łąkie, te widoki i tą CISZĘ (w której na początku nie mogliśmy spać). W drodze powrotnej odwiedziliśmy skansen we Wdzydzach Kiszewskich. Spędziliśmy tam ponad trzy godziny i byliśmy pod olbrzymim wrażeniem. Bardzo podobał mi dwór, w którym rozbawiły mnie nocniki pod łóżkami, śmieszna wanna, i oczywiści oczarowały mnie zabawki. Wszyscy doskonale się bawiliśmy zabawkami sprzed lat: szczudły, drewniane wózki dla szmacianych lalek, łuk, koło do toczenia patykiem, drewniane koniki i bujaki. Później zjedliśmy obiad i wystartowaliśmy do domu. Lena spała, a ja gadałam i gadałam. We Włocławku Lenek się obudził i spacerowałyśmy by rozprostować nogi. Później Lenek gadał, ja gadałam, w końcu zmęczona drogą usnęłam, Lenek gadał, Lenek usnął i dojechaliśmy. Miło być w domku, ale brakuje nam ciszy, lasu i przestrzeni. Wakacje dobiegają końca...

Zdjęcia

czwartek, 9 sierpnia 2012

Wojna o Czarka



ZDJĘĆ kilka z ZOO
Czarek to maskotka, którą dostałam dwa lata temu jako pamiątka z wakacji w Bułgarii. Do tej pory leżał sobie w wiklinowym koszu i raz na trzy miesiące kochałam go przez godzinkę. Ponieważ Malwinka ma swojego Czarka, który jest starszy od niej bo jest odziedziczony po Mikołaju, postanowiłam odszukać mojego kota i nazwać go Czarek. Oba Czarki miauczą, nasz nieco chętniej (ma mniej zużyte baterie) i nasz ma nieco bardziej błyszczącą sierść (nasz na pewno mniej w swoim życiu widział i doświadczył). Oczywiście wszystko się może zmienić bo od paru dni nasz kiciuś zwiedza zakamarki domu, podwórka, a nawet był już w ZOO. Problem polega na tym, że to ja mam go kochać, a wielkim uczuciem do niego pała też Lenka. Ja nie chętnie się nim dzielę, a Lena się uparła że chce go nosić i tulić. Wczoraj to nawet usnęła w jego objęciach. Nie podoba mi się to wszystko. Na zmianę słychać mój obrażony szloch, albo rozżalony krzyk Leny. Podarowałam nawet Lenie muczącą krowę, ale miauczący Czarek to jedak jest miauczący Czarek. Nie wiem jak to się skończy, ale wiem jedno to jest MÓJ CZAREK. Poza tym  ostatnio dorosłam i nikt nie będzie mi w kaszę dmuchał. Nie pozwolę sobie na rządy rodziców, ani Leny.Oni chcą żebym była grzeczna i ułożona. Koniec z tym, wypowiedziałam im wojnę. Kary sypią się jak z rękawa. Ze mną nie pójdzie im łatwo. Zamydlam im nieco oczy, że niby jestem grzeczna i fajna i to przez cały dzień. Następnego wymyślam nowe tortury. Ile oni się nagadają, na tłumaczą. Sukces osiągam gdy któregoś z nich wyprowadzam z równowagi (częściej mamę). Żeby nie przesadzić z niegrzecznością zadaję głupie pytania np.:
- Wiesz Maju byłaś dzielna bo w zeszłym roku bałaś się wejść do tych pająków.
- Dlaczego??
ZDJĘCIA z CHRZTU od Wujka Marcina
- No bo tu tak ciemno i zrobione jakbyśmy byli w jaskini...
- Mamo dlaczego Król Lew umarł??
To oczywiście jedna z zabawniejszych wersji "głupie pytania". Wiecie jak zabawne jest sprawdzanie ile razy mama odpowie na jedno i to samo pytanie (zadane na kilka sposobów), albo ile razy poprosi o jakąś rzecz. Oprócz tego, że każą mi być grzeczną to każą mi się dzielić z Leną moimi rzeczami. Nie zawsze mi to na rękę. Do tego Lena chodzi po całym domu i pokonuje coraz dłuższe dystanse, roznosi MOJE zabawki i woła te swoje "to to". Wkurza mnie, bo ona wymyśla jakąś fajną zabawę, więc ja podchwytuję. Czasami chcę jej zabrać rzecz i wtedy słyszę, że mam jej oddać, albo nie przeszkadzać bo ona była pierwsza. Ogólnie to i tak ją kocham i pomogę gdy potrzeba. Tylko czasem mnie tak korci...

środa, 1 sierpnia 2012

29 lipec Chrzciny Lenki

Chrzciny widziane okiem Majki i Mikołaja, a może i Malwiniaka
Dziś będzie o emocjach jakie zafundowali, mi czyli Lenie, rodzice. Zaczęło się niewinnie, a nawet pod górkę. Mamę zabolał ząbek, bo okazało się, że jeszcze nie wszystkie jej wyrosły (taka duża i i jeszcze nie ma wszystkich zębów???). Poszła do pani dentystki, a ta siup! wyrwała jej i mama zaczęła dziwnie gadać. Kolejnego dnia wieczorem zupełnie niespodziewanie (przynajmniej dla mnie) przyjechała ciocia Asia i wujek Łukasz. Powiem szczerze, że z początku mnie dość onieśmielali. Ja to raczej z natury ruchliwa i wesoła (albo krzycząca) jestem, a jak mama mnie posadziła na kolanach u wujka to tak sobie nieruchomo siedziałam jakieś 15 minut. Powiem szczerze, że rzadko ktoś u nas mieszka, a oni byli jak kładłam się spać, a i rano byli (dziwne zwyczaje). No, ale mało tego. Dobiegła sobota i wyobraźcie sobie przyjechali kolejni goście (babcia Krysia, ciocia Karina i wujek Bartek). Tym razem poradziłam sobie z tremą nieco lepiej. Głośno się zrobiło, a do tego wszystkiego jakieś dziwne rzeczy w telewizji zaczęto oglądać, mówią na to olimpiada. Wszystko się ładnie układało, aż tu nagle Majka zbladła przy obiedzie i zaczęło jej wszystko buzią wylatywać. Po czwartym, a może i piątym razie poczuła się lepiej. Mama się nieco martwiła, że następnego dnia będzie powtórka z rozrywki, albo że mnie dopadnie. Podobno niedziela miała być bardzo ważna, dlatego tyle gości przyjechało. Byłam ciekawa co to takiego się będzie działo i postanowiłam wstać nieco wcześniej niż normalnie (jeszcze przed budzikiem mamy, przed 7). Najpierw było spokojnie i całkiem normalnie. Później nieco szybciej wszyscy się poruszali, wkładali dziwne, ale ładne stroje. Ja dostałam białą sukienkę, którą mierzyłam wcześniej (fajnie się w niej straszyło). W takich kreacjach poszliśmy do kościoła. Dziwny to kościół bo nie wygląda jak kościół tylko jak dom. Dużo tam dzieci, które biegają, krzyczą, płaczą, jedzą, piją, żygają... Na początku mszy księża i ministranci przywitali nas w połowie kościoła. Zrobili małe przesłuchanie mamie, a potem poszli do ołtarza, a my za nimi. Później było nudno i gorąco, a do tego byłam śpiąca. Jak mama mi na coś nie pozwalałam to wyginałam się w łuk i krzyczałam. Mama chciała mnie zająć więc powędrowałyśmy na koniec kościoła, a tu się okazało, że jesteśmy potrzebne z przodu. Mama hyc! mnie na ręce i już byłyśmy na miejscu. Maja w między czasie robiła sesje zdjęciowe. Cóż, znowu nuda, tyle że ci panowie w sukienkach stali koło nas. Oni gadu gadu, a ja na spacerek, bo jak nie to "Łaaaaaaaaaaaaaa!!!". Później mama wzięła mnie na ręce, a jeden z tych dziwnych panów po głowie leje mi wodę. Co to za zwyczaje??? Głowę myje się w łazience!!! Byłam nieco oburzona, ale bardziej ze zmęczenia płakałam. Wszystko jak przez mgłę pamiętam. Moja kochana buteleczka była moim jedynym sprzymierzeńcem i ona jedna chciała mnie ululać. Pamiętam jeszcze, że jeden z tych jak ich tam nazywają księży podszedł do nas i wziął mnie na ręce. Zamurowało mnie i czekałam co dalej się wydarzy. On po schodkach wszedł i podnosi mnie do góry i pokazuje wszystkim, a oni wszyscy brawo biją. No powiem, że nawet nie drgnęłam. Jak tylko oddali mnie mamie, mama zabrała mnie na spacer i w końcu mogłam się przespać. Jak się obudziłam to zabrali mnie w dziwne miejsce gdzie wszyscy jedli, poza mną. Tam zrobił się ogromny szum bo okazało się, że ja umiem sama chodzić. Tyle trenowałam, że w końcu mi się udało. Wszyscy podziwiali moje pierwsze samodzielne kroczki. To był męczący dzień, a nawet weekend. Dopiero po kilku dniach doszłam do siebie i jestem znowu radosną (tylko czasem rozkapryszoną, albo krzyczącą) dziewczynką, która sama chodzi, jest ochrzczona i ma rodziców chrzestnych (ciocię Kasię i wujka Łukasza). Szkoda tylko, że rodzice jacyś tacy dziwni tata chory, a mamę znowu boli ząb (którego już nie ma) i znowu dziwnie mówi).

środa, 25 lipca 2012

To tooooooooo?

Z Wiką (ZDJĘCIA)

Brak nam (Lence i mi) ciągle czasu i sił. Rodzice wciąż coś wymyślają, a to dwutygodniowa tułaczka, a teraz odwiedzinki u rodzinki. Plany mieli ambitne : Kraków, Bieszczady, Salowa, Rudnik i do domu. Jak to zwykle bywa złośliwy los wszystko namieszał. Zaczęło się od tego, że po przyjeździe do babci Krysi tata nie mógł wyjść z auta. Później chodził na czworakach razem z Leną, dotrzymywał jej towarzystwa na jej poziomie. Do tego coś auto zaczęło się buntować. Po kolejnych dziwnych przypadkach mama powiedziała "STOP, w Bieszczady nie jedziemy". Tata się pozbierał i zaczął chodzić normalnie, a z auta wykręcił niepotrzebny czujnik. Bo wiecie, że w aucie nie wszytko jest potrzebne? Mamę to nieco zaskoczyło i zaproponowała usunięcie jednego z kół... Tym sposobem posiedzieliśmy w Krakowie dłużej niż planowaliśmy.
Pospacerowaliśmy i odwiedziliśmy Przyborów gdzie zażywałam kąpieli w górskiej rzece. Po tygodniu w rozszerzonym składzie, bo aż na dwa samochody wyruszyliśmy do Stalowej Woli. To był prawdziwy zlot rodzinny, prawie jak w Święta. Najechaliśmy domek cioci Dagi i wujka Tomka. Dorośli się napychali grillami, grali w badmintona, a ja zaprzyjaźniłam się z Wiką (Golden Retriever). Kocham tego psa i chciałabym mieć takiego samego. Generalnie jest bardzo kochana, ale niezła z niej kradziejka. Trzeba było pilnować lotek, zabawek i ubrań bo ona tylko czyhała na moment nieuwagi. Do tego odwiedzałam ciocię Agnieszkę i Kacpra. Ciocia jest supcio, ma dużo lakierów do paznokci (nawet mi dwa dała) i bawiła się ze mną w latające krowy. Ze smutkiem pożegnałam się ze wszystkimi i pojechałam do Rudnika nad Sanem. Tu przynajmniej miałam rówieśników do zabawy. Tam jest taka moja koleżanka Tośka, ona nie ma jeszcze 3 lat. Bawiłyśmy się razem, kłóciłyśmy i znowu bawiłyśmy. Trochę mnie denerwowało, że ja zaczynam sobie śpiewać a Tośka za mnie kończy.
Z Tosią
Przecież kiedy ja śpiewam to ona nie może mi przeszkadzać. Ona uważa podobnie więc jedynym rozsądnym rozwiązaniem było gdy Tosia postanowiła wyjść śpiewać do innego pokoju. Do takich kompromisów dochodziło z reguły po dużej burzy, ale nim ktokolwiek się oglądnął my już dalej się razem bawiłyśmy. Tośka to ma twardy charakterek i ustawia wszystkich dookoła, chyba dobrze zrobiło mi jej towarzystwo. Rodzice przygotowali też dla nas prawdziwe ognicho, nawet Lenek na nim była. Fajnie tak posiedzieć przy ogniu, posłuchać śpiewów i gitar. Szybko zasypia się i dobrze śpi po takim wieczorze. Wszystko co dobre się kiedyś kończy. Podsumowując to w Rudniku mi się nie podobało, bo było za krótko. Smutno mi było odjeżdżać, nie chciałam jechać do domu. Choć i tu nie ma czasu żeby się ponudzić. Już odwiedziłam Maliwniaka i Mikiego, Eliaszka i jego malutką siostrzyczkę Kornelkę. Ciągle gdzieś musimy jechać...Teraz zdań kilka o Lenie bo przecież i ona z nami była i strasznie się zmieniła przez ten czas. Nadal wędruje za rączki, ale czasami trzyma się tylko za jedną. Stoi bez trzymanki i lubi jak ktoś to obserwuje. Po mieszkaniu stara się chodzić podtrzymując się ścian. Jak nie dostaje tego co chce robi niezłą awanturkę. Gdy jest na rękach to odgina głowę do tyłu i się złości. Gdy jest na podłodze to kładzie głowę na ziemi i kładzie się płacząc. Póki co szybko można ją przekonać, że są rzeczy ciekawsze i jakby nigdy nic Lena znowu się uśmiecha. W kółko wyciąga paluszek i pyta "To toooooooo?". Mówi też:
" da" - daj, weź
"am" lub "aaaaa" (zniecierpliwione) - no dawaj mi to bo mi smakuje, a jestem głodna
naśladuje też inne dźwięki, ale chyba nie wszytko jeszcze wie co i kiedy. Chociaż dużo rzeczy co mama i tata mówią to widać że kojarzy:
"będziemy jechać autkiem." więc Lenka udaje auto "brrrrrrrrr"
"idź do mamy, zobacz co ma" itd......

czwartek, 5 lipca 2012

Dinusiowe urodzinki

ZDJĘCIA
Teraz za każdym razem będziemy musiały się określać, która z nas pisze. Bo oczywiście Leneczka musi robić wszystko to co ja. Czasami jest to dość męczące i wkurza mnie. Ja gram z babcią w chińczyka, to i ona ma właśnie ochotę. Każą mi wtedy jej ustąpić, pokazać, ale ja przecież nie chcę się dzielić babcinym czasem. To tylko taki mały przykładzik, który akurat przyszedł mi do głowy. W sumie nie o tym chciałam tu napisać. Chciałam napisać o prezencie od moich rodziców. Jak o nim myślę to mam mieszane uczucia bo nie mogłam go zabrać na zawsze do domu, ale mama mówi że wspomnienia zostaną. Poza tym to bardzo mi się podobało. Rodzice zabrali mnie i Lenkę do Krasiejowa, do JuraParku. Na początek zapakowali mnie do pociągu, nałożyli dziwne okulary i wjechaliśmy do tunelu czasu. Zrobiło się ciemno, chłodno i gdy zaczął się seans przeraziłam się:
" ja chcę wyjść",  "ja chcę do domu". Mama kazała zdjąć okulary i wtulić się w nią. Tak było lepiej. Chlipałam cichutko, trzęsłam się i mimo klimatyzacji spociłam się jak nie wiem. W tym czasie Lenka rozpoczęła swoją kilkuminutową drzemkę. Z ulgą wysiadłam z tego pociągu, ale przyznam się że trochę podglądałam. Postanowiłam, że jak będę starsza to spróbuje jeszcze raz się przejechać tym pociągiem. Następnie odbyliśmy trasę epokami i oglądaliśmy dinusie. Największe wrażenie wywarły na nas te największe z JURY. Lena namiętnie próbowała je straszyć "łaaaa". Upał lał się z nieba i po takiej trasie chętnie udaliśmy się do kąpieliska. Woda cieplutka, czyściutka więc nie wiadomo kiedy zrobiła się 17. Niebo spowiły dziwne chmury, które według rodziców oznaczały zbliżającą się burzę. Bo w ostatnim czasie jest dość upalnie, a później przychodzą straszne burzyska. U nas na podwórku to połamało, wyrwało  z korzeniami kilka potężnych drzew. Skierowaliśmy się do oceanarium, ale gdy zobaczyłam okulary nieco się zdenerwowałam i nie chciałam tam wejść. Rodzice się rozdzielili. Ja z mamą i śpiącą Lenką poszłyśmy na fajowski plac zabaw i inne tam rozrywki. Później oni się wymienili i strasznie przeżywali rekina, który ich atakował, stłukł szybę, a ich opryskała woda. Jak będę większa to i tam pójdę. No i po tych szaleństwach przypomnieliśmy sobie, że obiadu nie jedliśmy. Niestety w barach nie zostało za wiele, a i nie za dobre to jedzonko było. Posililiśmy się i ruszyliśmy do domu. Podróż mieliśmy z przygodami. Najpierw burza nas goniła, a później to my wjechaliśmy w czarne chmury. Mama się strasznie bała, bo takiego nieba chyba nigdy nie widziała. Jak zaczęło padać to z nieba leciała wręcz ściana wody. Mama kazała się tacie zatrzymać. My z Lenką byłyśmy zrelaksowane w przeciwieństwie do mamy. Tata był dzielny. W końcu ruszyliśmy. Z nieba ciągle lało, a drogą płynęła rzeka. Przed Częstochową wjechaliśmy wręcz do jeziora. Szkoda, że nie widzieliście miny mamy. Tata dopiero w domu się przyznał, że też miał małego stracha gdy wyglądało na to że staniemy na środku tego bajora. Na szczęście cali dojechaliśmy do domku. Na tym dziś kończę i załączam zdjęcia. Niektóre są mojego autorstwa, bo dostałam w spadku taki mały aparacik. Mama pomogła mi wybrać ciekawsze...

poniedziałek, 2 lipca 2012

Lenka opowiada o urodzinach Mai

ZDJĘCIA
(niektóre z urodzinowych zdjęć udostępniłam nam ciocia Edyta, która bardzo pomogła nam podczas imprezy -DZIĘKUJEMY)

Jak ja tu nie zasiądę to ta moja siostra (bo ja to przecież siostrzyczka czyli Lenka) to chyba ona nie znajdzie czasu na pisanie. Zacznę od siebie bo o Majce to będzie jak zwykle więcej.
Staram się werbalnie kontaktować ze światem dorosłych:
- a(ha)u, au - to znaczy pies
- auuuuuuuauuu - wilk
- ba ba - coś mi upadło, albo coś rzuciłam
Umiem też pokazać jak wilk dmuchał domki świnek z bajki o trzech świnkach, a od paru dni ćwiczę posyłanie buziaków. No i oczywiście czasami rozdaję buziaki... Uwielbiam chodzić za dwie rączki, ale dorośli (poza mamą, z racji wzrostu) niechętnie mnie oprowadzają (że to niby plecy ich bolą). Od piachu zdecydowanie bardziej wolę zjeżdżalnię (taką z rurą przed blokiem babci Ani). Przełamałam też mój lęk przed dużą wodą. W ostatnie upalne dni jeździliśmy kąpać się do Kłobucka. Najpierw nie bardzo mi się to podobało, ale w niedzielę to już rodzice z trudem mnie wyciągali z wody. Muszę się też przyznać (żeby później rodzice pamiętali, że i ja miałam wpadki), że ostatnio zdarzyło się parę nocek (tych dusznych) kiedy nie mogłam spać. Rodzice się kładą, a ja wstaję i hulaj dusza. 2-3 godzinki zabaw, raz to zrobiliśmy sobie nawet tańce o 1 w nocy. Na szczęście później wszystko wróciło do normy i znowu grzecznie spałam. Pewnego dnia poszłam z rodzicami do przedszkola Majki, na występy. To były takie popisy wszystkich grup na zakończenie roku. Dzieci tańczyły, śpiewały i mówiły wierszyki. Ja trochę posiedziałam, nawet potańczyłam (bo lubię się pobujać) i brawo biłam, ale ile można. Później zaciągnęłam mamę na spacerowanie. Maja była muchomorkiem i mówiła fragment wierszyka. Z jej grupy mówiło tylko kilkoro dzieci i trzeba ją pochwalić że mówiła głośno i wyraźnie i na koniec tylko raz pokazała język. Rodzice pękali z dumy i dalej pękają. Co jeszcze się ważnego działo?? Maja od 28 czerwca obchodzi swoje czwarte urodzinki.
Majkowe urodziny
Najpierw częstowała dzieciaki z przedszkola cukierasami. Od każdego dziecka dostała piękny rysunek. 29 czerwca rodzice i Maja zaprosili kilkoro dzieciaków (Marysia, Malwinka, Ola, Krysia, Martynka, Nikola, Klaudia, Tomek i Mikołaj) na imprezę, która odbyła się na podwórku. Na szczęście pogoda dopisała i cała reszta też. Malowaliśmy (ja też) tekturowy domek, który był dziełem naszego taty, zbieraliśmy ukryte grzybki, graliśmy w piłkę, a w przerwie podjadaliśmy słodycze i owoce. No i tym sposobem docieramy do 3 lipca, kiedy to Maja naprawdę ma urodziny. Ja na pewno pominęłam wiele ważnych rzeczy z naszego życia. Teraz pewnie będzie jeszcze trudniej tu regularnie zaglądać bo przecież gdy tylko słonko świeci to my wędrujemy po podwórku, po lesie, moczymy się w wodzie, a rodzice chcą nas jeszcze trochę poobwozić po tej naszej Polsce. Nic o Koko eurospoko nie było. Powiem wam, że jeden mecz oglądałam, Polska - Rosja. To było dla mnie straszne przeżycie bo gdy mama i babcia (która była u nas w tym czasie) krzyczały NIE! jak Rosjanie strzelili nam gola, to ja zalewałam się łzami. Cóż to były za emocje.

czwartek, 31 maja 2012

WAKACJE

ZDJĘCIA

Co to są wakacje? To jest czas gdy człowiek ma odpocząć i się zrelaksować. Nasi rodzice zabrali nas właśnie na wakacje, tak przynajmniej twierdzili. Ja tam nie odpoczęłam i nawet się nie zrelaksowałam. Ciągle gdzieś chodziliśmy, spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy. Może zacznę od tego, że pojechaliśmy do Kudowy Zdrój. Tam spaliśmy, chodziliśmy na spacery po Parku Zdrojowym, na lody i na plac zabaw (te dwa ostatnie niewątpliwie należą do rzeczy które lubię). Gdy rano wstawaliśmy, rodzice pakowali plecak, potem nas wsadzili do auta i w drogę:
Szczeliniec
Dzień I:
Chcieliśmy odwiedzić Złoty Stok, ale czas trwania zwiedzania przekraczał moje i Lenkowe normy. Po przyjeździe na kwaterę odbyliśmy spacerek po parku.
 Dzień II:
Szczeliniec – podobało mi się przez pierwsze 20 minut (choć schody nieco mnie zniechęciły), później nieco mi spowszedniały te skały. Było dużo hałaśliwych wycieczek szkolnych, które (choć pewnie nie tylko one) zostawiały sporo śmieci. Pogoda niby nam sprzyjała, bo słonko świeciło, ale do tego wiał zimny wiatr. Gdy on ustawał można było się upiec, a gdy wiał szczękaliśmy zębami. Później obiadek i wizyta w „szlaku ginących zawodów”. Mi się trochę podobało. Było mini ZOO, gdzie porównywałam różne rodzaje bażantów, była też koza, jelenie, owce itd... No tak, ale to niewiele ma wspólnego z zawodami. Oprócz zwierząt była tam chata z robótkami ręcznymi - szydełkowymi i krosnowymi. Dom chlebowy, gdzie można było sobie kupić pajdę chleba. Podobno i kowala można tam spotkać, ale my nie mieliśmy tyle szczęścia. Był też znudzony pan (pewnie dlatego że było dużo grup szkolnych), który robił garnki. Można było spróbować tego garncarstwa, co było za darmo, ale za własny twór trzeba było zapłacić. Tata podjął się i wykonał dzbanuszek, który zakupiliśmy. Rodzice byli trochę rozczarowani tym miejscem. Później udaliśmy się do kaplicy czaszek. Kupiliśmy bilety, spojrzeliśmy na rozwrzeszczane grupy dzieci i postanowiliśmy wrócić tam innego dnia. Resztkami sił wróciliśmy na kwaterę. Oj, ciężka była ta droga. Szybko usnęliśmy.
Dzień III:
Teplicke Skalne Mesto – Czy ci rodzice do końca poszaleli?? Znowu skały!! No dobra najpierw mi się podobały, ale ile można iść i tylko iść. Oni (tzn. rodzice) tylko Och-y, Ach-y, „patrz tu”, „patrz tam”. Ja dzielnie do przodu, za nimi, szłam i szłam. Dookoła skały wysokie na 30 metrów, czyściutko, cichutko. Mijaliśmy ludzi, którzy później nas mijali, wymienialiśmy z nimi miłe uwagi i spostrzeżenia. Trasę pokrzyżował nam Sokół wędrowny. Akuratnie przywędrował i kawałek trasy (gdzie mieliśmy zatoczyć koło) została wyłączona ze szlaku. Po ponad 4 godzinach wędrówki i pokonaniu ok 6 km dotarliśmy na parking. Na nic więcej nie starczyło nam już sił. Zakupiliśmy lody i pierwsze w tym roku truskawki i przed kwaterą pałaszowaliśmy przysmaki. Lenek po jeździe w foteliku, po noszeniu w nosidle chętnie korzystała z wolności. Dzielnie znosiła te nasze podróże, ale gdy miała dość to nie ukrywała rozgoryczenia. Do tego polubiła wstawanie przy różnych meblach i chodzenie za rączki.
Ze skalnym dziadkiem w Błędnych Skałach
Dzień IV:
Błędne Skały – Tak, tak znowu te skały. Tym razem podobało mi się. Były wąskie i niskie przejścia. Wołałam:
„OoO to będzie PIKUŚ!!”
„Skurcz się tata, jak oliwka”
„Dasz radę!!”
Błędne Skały
A tata nie dość, że duży to jeszcze niósł Lenkę więc mu było trudno. Lenie się za to bardziej podobało niż zwykle, chichrała się i gadała po swojemu. Było ciekawiej i krócej niż w poprzednie dni. Dla mnie na 6, dla rodziców na 5. Rodzicom było mało więc pojechaliśmy do skansenu w Pstrążnej. Eksponatów nie za dużo, ale bardzo klimatyczne i swojskie miejsce. Na odchodnym dostaliśmy po pajdzie chleba (wypiekany w jednej z chat) ze smalcem i z powidłami (palce lizać). Po drodze odwiedziliśmy ruchomą szopkę. Wystarczyło nam jeszcze czasu by pobawić się na placu zabaw.
Dzień V:
Adrspach
Kto chce niech nie wierzy, ale znowu pojechaliśmy oglądać skały. Czy Ci nasi rodzice są w ogóle normalni? Pojechaliśmy do Adrspach i spacerowaliśmy między imponującymi skałami. Każde z odwiedzanych przez nas miejsc było inne i każde otępiało moich staruszków. Tu niewątpliwie było inaczej bo oprócz skał były dwa wodospady, szmaragdowe jeziorko i skalne jeziorko po którym płynęliśmy z tatą łodzią. Trafił nam się bardzo wesoły pan przewodnik. Ponieważ to miejsce do płynięcia było dość nudne to pływający przewodnicy urozmaicili je figurkami np. (wspomnienie taty).:
- wystająca ręka z wody: „To ręka mojej żony, bo za mało zarabiała. Miała zabierać portfele turystom, ale jeszcze jej się nie udało więc tu została”.
- Korzeń wchodzący w skałę: „Marzenie starca, niby wisi a jednak stoi - conus spirytus viagrus”, a pewien chłopiec na to„mamuś, a co to viagra?”
  • Udało nam się jeszcze zaglądnąć do kaplicy czaszek. To był ostatni punkt grafiku, na resztę zabrakło już czasu.
Dzień VI:
Pogoda się popsuła. Kudowa („BUDOWA”) pożegnała nas chmurami, a już parę kilometrów za nią tonęliśmy w potoku płynącym z nieba. To był początek kiepskiej podróży. W Kłodzku rodzice poczuli dziwny zapach. Tata stwierdził, że to może być ropa. Ponieważ przestało śmierdzieć jechaliśmy dalej w ulewie. Nagle tata oświadczył, że musimy się zatrzymać bo coś nam bak za szybko pustoszeje. Postój obudził Lenkę. Okazało się, że poluzował się jakiś wężyk i straciliśmy parę ładnych litrów cennej cieczy. Tata naprawił usterkę i w drogę. Ja zabawiałam Lenę, która w aucie milczy gdy śpi lub coś je. W innych przypadkach, to albo miło sobie gada, albo marudzi i płacze. Dojechaliśmy do Nysy, droga nieco przesychała. Ja piskami i krzykami rozbawiałam Lenkę. Rodzice nic nie mówili bo ona się śmiała. Jechaliśmy wolno gdy nagle na lekkim łuku obróciło nasze auto o 270 stopni i wylądowaliśmy na przeciwnym pasie. W aucie zrobiło się cicho. Rodzice obserwowali nadjeżdżającego tira i z ulgą stwierdzili, że hamuje i dzieli nas jeszcze parę metrów. Rozluźnienie nastało gdy auto uderzyło tyłem, niezbyt mocno o balustrady na chodniku. Rodzice zlustrowali nas wzrokiem i tata zjechał do zatoczki by ocenić sytuację. Co ja na to??
„Ooo, ale nas zakręciło”.
Na szczęście nam nic się nie stało, a i nawet auto ucierpiało nie za wiele. Pojechaliśmy dalej, a marudzenie Leny nikomu nie przeszkadzało. W strugach deszczu odwiedziliśmy jeszcze zamek w Mosznej, a później prosto do domku, do mojego domku.
 

Moje wymarzone wakacje:
Wizyty na basenie niedaleko od naszego bloku.

Lenek:
Spaceruje sobie za rączki i po powrocie do domu została przeprowadzona do mojego, o przepraszam do NASZEGO pokoju. Pierwszej nocy było trochę łez, a kolejnej już nie. Co tu płakać, w nocy i tak lądujemy u rodziców.

Częstochowa. Uroczystość nadania Miejskiemu Przedszkolu nr 13 imienia Krecika, bohatera znanej czeskiej bajki
źródło:  http://czestochowa.gazeta.pl/czestochowa/51,35271,11824947.html?i=0
We wtorek w przedszkolu odbyło się przedstawienie z ważnymi gośćmi. To wszystko z okazji 50 urodzin tego miejsca. Przedszkolu zostało nadane imię KRECIKA, a krótka informacja z tej uroczystości znalazła się w Gazecie Wyborczej.