środa, 3 grudnia 2014

Ndciągają mrozy


Temperatura spada, ale u nas to jedyna oznaka zbliżającej się zimy. Mama zaopatrzyła nas już w cieplejsze czapki, kurtki, buty. Jesteśmy gotowe na lepienie bałwana i jazdę na łyżwach. Szkoda, że tata nie kupił sobie w tamtym sezonie łyżew bo teraz w pracy przydałyby mu się w sam raz. W Czechach (tam jest tatuś)  mrozy sparaliżowały miasta. Stały tramwaje, pociągi, a nawet u taty w pracy przez chwilkę nie mogli pracować.
Wszystko przez padający deszczyk, który  od razu zamarzał. Może utrudniał życie, ale jak pięknie :).

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Magiczny GRUDZIEŃ czyli co dostać od Mikołaja

Jakieś dwa tygodnie temu mama zapunktowała u nas, ponieważ kupiła dla nas kalendarze adwentowe. Parę punktów straciła na starcie, bo z otwarciem kazała czekać do grudnia. Dziś nastał ten piękny, jakże długo oczekiwany dzień. Zaczyna on pasmo miłych wydarzeń. Najpierw odwiedziny Świętego Mikołaja, ubieranie choinek, śpiewanie kolęd i prezenty pod choinką. Pierwszy list do Świętego Mikołaja napisałam już w lipcu. Wracając z wakacji, znad morza zaczęłam rozważania co bym chciała od niego dostać. Po powrocie zapisałam wszystko, ale mama ugasiła mój zapał. Powiedziała, że do grudnia dużo czasu. Jeszcze kilka razy zmienię zdanie, a poza tym nie sądzi żeby Mikołaj przyniósł mi tablet i telefon komórkowy. W tej sytuacji postanowiłam namówić rodziców, żeby to oni mi kupili te wymarzone prezenty. Głupio, że wszyscy (prawie) moi znajomi mają już takie sprzęty, a ja jedna nie. Rodzice są zdania, że jestem jeszcze za mała. Czemu inni rodzice myślą inaczej o swoich dzieciach? Takie i inne pytania zadawałam mamie. Dowiedziałam się, że jak chcę to mogę korzystać z ich komputera. Szkoda, że nie chcą zrozumieć, że to nie to samo. Mama 10000000 razy mi tłumaczyła dlaczego mi nie kupią ani tableta, ani telefonu. Argumenty, że oni uważają, że dzieciom w moim wieku takie rzeczy  nie są potrzebne totalnie do mnie nie docierały. Ja się nie poddawałam i dalej wierciłam dziurę w brzuchu. Usłyszałam jeszcze, że rodzice kupują takie "zabawki" swoim dzieciom gdy nie mają dla nich czasu (bo np dużo pracują, a potem są zmęczeni). Zagłuszają swoje poczucie winy, a jednocześnie dzieci im nie przeszkadzają gdy ci odpoczywają (bo się bawią tabletem). Po takiej poważnej rozmowie wszystko dobrze przemyślałam. Ja myślę, że moje koleżanki mają fajniejszych rodziców bo oni spełniają wszystkie zachcianki swoich dzieci. Kiedyś mama zasiadła do komputera, gdy my się grzecznie bawiłyśmy. Po kilku minutach podeszłam do niej i oświadczyłam:
- Widzisz mamo, Ty dla nas też nie masz czasu. Powinnaś kupić mi tableta.
Niestety nie kupiła, ale nie odebrała nadziei. Oświadczyła, że jak nauczę się czytać i pisać z miła chęcią podarują mi razem z tatą pięknego, wymarzonego tableta. Nie nazywałabym się Maja Wojtal gdybym się poddała (przynajmniej w tej kwestii). Dalej wierciłam mamie dziurę w głowie, a ona załamywała ręce i wyrwała sobie sporo włosów z głowy. Poszła nawet do psychologa, żeby poradzić się jak ze mną rozmawiać. W sumie w tej sprawie pani nie wiele mamę wspomogła, ale podziałało. Teraz sporadycznie zapytuje czy wystarczy, że nauczę sie tylko czytać (bo to mi lepiej idzie). Wracając do listów do Mikołaja, w listopadzie powstały 3 wersje. Nawet Lenka napisała o swoich wymarzonych kucykach (treść listu Lenki: "O O O O(...)OOO"). Ja nie mogłam się zdecydować i ostatecznie padło na lego friends i poduszkę FURBY. Mama mówi, że Mikołaj nie zawsze spełnia marzenia. Ona kiedyś zamiast wymarzonych zabawek dostała kurtkę zimową. Dziwne, przecież Mikołaj ma fabrykę zabawek i każdemu może dać co tylko zechce. Mama uważa, że czasami daje to co dziecko potrzebuje... Ona nie rozumie tych magicznych spraw.  Za to Lenka jest naiwna jak mały dzidziuś. Ostatnio jej nagadałam, że była u mnie wróżka, która mi powiedziała, że Mikołaj nie przyniesie dla niej prezentu. Lenka wpadła w rozpacz, haha ale się uśmiałam. Z resztą Lenek to jest jeszcze mała i robi i mówi zabawne rzeczy:
1. Ubierałyśmy się śmiesznie w piżamki tzn. z bluzki zrobiłyśmy sobie spódnice i weszłyśmy do kuchni:
Maja: Patrz mamo jaką mam kreację.
Lena: Patrz mamo jaką mam operację.

2. Przyjechał dziadek Janusz w odwiedziny.
Dziadek: Lenka pokaż tą książkę co Ci zamówiłem.
Lenka: Dziadku ona jest brzydka. Mam ładniejszą, pokarzę Ci.
Dziadek ogląda kolorową książeczkę przyniesioną przez Lenkę:
Dz: No śliczna, a teraz pokaż tę co dostałaś ode mnie.
Lenka posłusznie przyniosła i dodaje:
L: Możesz sobie wziąć, a mi zamów coś innego.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Nie będziemy sikać w galoty bo później jest dużo roboty

Długi i niesamowity tydzień za nami. Narodziny Kornelci i Aleksandra przyćmiły nieco bardzo ważne przedszkolne wydarzenie. Nasza Lenka została pasowana na przedszkolaka. Mama jak zwykle się wzruszyła, a Lenka była bardzo przejęta. Dzieciaczki śpiewały piosenki, mówiły wierszyk i przysięgały (min., że nie będą sikać w galoty...). Miały piękne czerwone stroje i wyglądały uroczo. Niektórzy machali do swoich rodziców, jeden krasnal próbował się ukryć za własną rączką, inni się popychali, dłubali w nosach i drapali tam gdzie nie trzeba. Lenka tylko raz się obraziła gdy podczas tańców została zasłonięta przez swoich kolegów i koleżanki. Nie wiem tylko czy można jej zaliczyć jedno z trzech zadań jakie miały zrobić maluchy. Ze skokami i staniem na jednej nodze świetnie sobie poradziła. Nieco gorzej wyszła jej wesoła minka, bo jak dla mnie była to mina smutaska. Trzeba przyznać, że panie musiały się napracować, a dzieci świetnie wypadły podczas swojego pierwszego występu.  

PS. Pogoda zrobiła się już jesienna, a początek listopada przypominał wiosnę:
Jesienne spacery









czwartek, 20 listopada 2014

Babyboom, Witaj Aleksandrze


Mama ze swoją siostrzenicą
Bardzo emocjonujący tydzień trwa. Mama wszystkim pochwaliła się, że na świat przyszła Kornelcia. Niewątpliwie Aleksander podsłuchał jak ciocia Asia opowiadała wujkowi Łukaszowi o tym poniedziałkowym cudzie. Nie wiadomo czy pozazdrościł, czy kierowała nim ciekawość świata. W każdym razie obudził ciocię Asię nad ranem. Wujek stwierdził, że ma jeszcze czas i ma iść grzecznie spać i że się nasłuchał o Kornelci. Cóż, Aleksnader taty nie posłuchał i 18 listopada ok godziny 10 zawitał w Krakowie, parę ulic dalej od Kornelii. Jest maluteńki - ok 2,5 kg (ale za to 52 cm), bo urodził się nieco za wcześnie. Tyle dobrych wieści w ciągu dwóch dni. Mama nie wytrzymała i pojechała do Krakowa. Nas wysłała do przedszkola, później zajęła się nami babcia. Mówi, że nasza kuzynka jest prześliczna, cudowna i malutka. Lenka bardzo chciała ją rozbawić i kazała jej powiedzieć DUPA. Kornelci wcale to nie rozśmieszyło. Ona tylko chce spać koło mamy cycka i tyle. Lena
Kornelcia - 2 dni
jest nieco rozczarowana, że maluszek mówi tylko "eee, eeee" i nie zna tego magicznego i jakże zabawnego słowa "dupa". Na pewno ją nauczy. Aleksandra mama nie mogła zobaczyć, bo jego mogą odwiedzać tylko jego rodzice (i babcia). Ciocia pokazywała zdjęcia swojego synka, na których widać ogromne podobieństwo do wujka Łukasza. Bardzo się cieszymy i życzymy maluszkom zdróweczka, a świeżym rodzicom sił, wytrwałości i radosnych pierwszych (i każdych następnych) razów z dzieciaczkami.

poniedziałek, 17 listopada 2014

17 listopad Urodziny Kornelci, naszej kuzyneczki

Kornelcia
To była długa noc dla cioci Karinki i wujka Bartka. Spóźniona tydzień Kornelka postanowiła wreszcie nas zaszczycić i wyjść z dotychczasowego mieszkanka. Trzeba jej przyznać, że zachowała się wyjątkowo kulturalnie. Czekała całą niedzielę cierpliwie w brzuchu, aż jej tata wróci późnym wieczorem z komisji wyborczej. Całe szczęście, że u niego system informatyczny zadziałał bo nie wiadomo czy córeczka miałaby więcej cierpliwości. Wrócił do domu, usiadł i wtedy ciocia Karinka oświadczyła, że to JUŻ CZAS. Było to koło północy. Później wszyscy czekaliśmy jak na szpilkach na wieści ze szpitala. Kornelcia jak ranny ptaszek, niczym budzik zawitała na świat ok 6 rano. Ciocia raczej się nie wyspała, ale za to my mieliśmy  54 centymetrową i ponad 3 kg cudowną wiadomość o poranku.  

sobota, 15 listopada 2014

Bałagan przedwyborczy

Zmarznięte, ale szczęśliwe z otwarcia :)
Od jakiegoś tygodnia próbuję zrozumieć co się dzieje w moim mieście. Wszędzie pełno plakatów z ludźmi. Niektórzy są uśmiechnięci, a inni mają poważne miny. Niektórzy mają przymrużone oczy, a inni szeroko otwarte. Fryzury lub ich bark też zwróciły moją uwagę. Wszystkie te szczegóły są dla mnie niezwykle istotne i nie omieszkałam o nie zapytać, szczęśliwą z tego powodu mamę. Dla niej nie ma znaczenia czemu ta pani tak zmrużyła oczy na zdjęciu. Nie miała jednak wyjścia i musiała przeanalizować wszystkie możliwe przyczyny tego stanu, a do tego wyjaśnić je bardzo dokładnie. Dość nieswojo się czułam gdy Ci ludzie z plakatów zaczęli nas zaczepiać na ulicy wręczając ulotki ze swoimi podobiznami i prosząc o głos rodziców. Drgawek dostałam gdy Pani z Przymrużonymi Oczami nawiedziła mnie w domu. Czekałyśmy na naszą sąsiadkę Zosię. W końcu usłyszeliśmy utęsknione pukanie, a mama powiedziała "Maju to Zosia, otwórz.". Pobiegłam radosna niczym skowronek do drzwi, a tam Pani z Przymrużonymi Oczami mówi "Dobry...". Nie skończyła bo jej zatrzasnęłam drzwi przed nosem. Na pytanie mamy, która już zmierzała w moim kierunku odpowiedziałam "Niczego tam nie ma.". To w sumie nie była prawda bo poza panią o przymrużonych oczach na klatce jest cała masa galotek (jak mawia Lena na ulotki) wyborczych. Jak się okazuje zbliżają się wybory, a ci ludzie z plakatów to kandydaci. Mama starała mi się wytłumaczyć po co i na dlaczego te wszystkie dziwne zabiegi. Co z tego zrozumiałam to, że oni chcą rządzić, zmieniać i zarabiać. Tylko nie wiem czy zapamiętałam w dobrej kolejności. Tak czy siak z powodu wyborów w naszym, pięknym mieście otworzono mosty, drogi i nasz wytęskniony plac zabaw. Od tygodnia nanoszono popraweczki czyli zamiatano i czesano trawkę, wszystko ze stoickim spokojem. W końcu w zimny listopadowy, przedwyborczy piątek otwarto plac zabaw. Hip hip, hurraa!! Do tego dla rowerzystów postawiono takie stacje gdzie mogą napompować koła itp... Dobrze, że tej jesieni mieliśmy długo wiosnę i jeszcze niektórzy jeżdżą na rowerach.

sobota, 8 listopada 2014

Uroczyście


Zdjęcia
Ostatnie trzy tygodnie minęły nam dosyć intensywnie. Wrócił tatuś, tym razem ze Słowacji, z tamtejszej Częstochowy - Šaštín-Stráže. Nie pozwoliłyśmy mu na dłużej się zadomowić, tylko wyruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy do Stalowej Woli na kawkę, herbatkę, ciasteczko i obiadek. Odwiedziliśmy naszą rodzinkę i przyjaciół z Rudnika. Było bardzo miło, ale rodzice narzucili ogromne tempo tych spotkań i nie mogłyśmy wystarczająco się nacieszyć towarzystwem wszystkich. 
W międzyczasie odwiedziliśmy groby naszych przodków. Mama starała się nam opowiadać to co pamięta o pra, prapra, praprapradziadkach.
Mama, tata, Maja, Lenka i kuporób
Nas bardziej interesowało odpalanie światełek. Po dwóch dniach znowu spakowaliśmy walizki i odpaliliśmy naszego rekina. Tym razem pojechaliśmy odwiedzić Kraków skąpany we mgle. Stalowa żegnała nas błękitem nieba i słoneczkiem, 130 km przed Krakowem zaczęła się mgła. Okazało się, że mimo iż na mapie pogody Kraków miał być skąpany w słońcu to on tarzał się we mgle i to od kilku dobrych dni. Od naszego przyjazdu pogoda ulegała poprawie. Miło było spotkać się z Małinem, oj tak bardzo ją kochamy, babcię i Karinkę też. Wśród naszych cioć panuje jakaś epidemia, bo prawie wszystkie mają wielkie brzuchale jakby połknęły piłki. Mama mówi, że ten stan potrwa już niedługo. Nie pozwolono nam się długo cieszyć z bycia z babcią, Ciocią i Kornelcią, Małinkiem, no i wujkiem Bartkiem. W czwartek przecież mam moje ulubione zajęcia w Bystrzaku, a na piątek zapisałam się na bal Halloweenowy. Wszystkie dzieciaki  poprzebierały się. Ja byłam czarownicą. Świetnie się bawiłam i szczerze żałuję, że na kolejną imprezę muszę czekać cały rok. Tego dnia świętowaliśmy też urodzinki naszego tatuńka, dostał od nas uroczą laurkę i upiekłyśmy mu murzynka. W sobotę był 1 listopada i była piękna słoneczna pogoda. Przez dwa dni odwiedzaliśmy groby rodziny tatusia.  Kolejne dni mijały normalnie, czyli przedszkole i próby przed WIELKIM WYDARZENIEM, zajęcia dodatkowe: plastyka, tańce, Bystrzak, wyjście do kina, odwiedziny u koleżanki. Nie było czasu na nudę, a 7 listopada rodzice przybyli do mojego przedszkola na WIELKIE WYDARZENIE. Był to występ z okazji 11 listopada - DNIA NIEPODLEGŁOŚCI. Nasza nieliczna grupa Kubusiów zatańczyła poloneza i odśpiewała pieśni patriotyczne. Niektórzy rodzice nawet próbowali śpiewać z nami Hymn Narodowy. Mama się bardzo wzruszyła, a tata pękał z dumy. Nasze panie wykonały kawał roboty, a my daliśmy z siebie wszystko.


 
Marta pod krzesłem, uczy się z misiami w szkole
PS. Marta ostatnio przesadziła. Do tej pory miała przydomek Kuporób. Niestety postanowiła się rozwinąć i mama zaczęła na nią wołać Sikorób. Doigrała się i na dwa tygodnie została uwięziona w kuchni. Zrobiła się bardzo smutna, wzięła mamę na litość. Pudełkowa barykada, odgradzająca ją od reszty mieszkania została usunięta. Tym sposobem Marta wróciła na salony. Była bardzo za nami stęskniona, ostatnio towarzyszyła nam gdy bawiłyśmy się w szkołę. Pojechała nawet na wycieczkę autokarową z misiami.