sobota, 8 marca 2014

Oto Alferd i jego sąsiadki

Alfred z Mięty


Ostatnie dwa tygodnie są jakieś inne. Normalnie tata jedzie do pracy i nie ma go dwa, trzy czasami cztery tygodnie w domu. Ostatnio wychodzi rano i wraca popołudniu. Ja go witam z wielkim entuzjazmem w przedpokoju: "mój Tatuś!!!", "mój kochany Tatuś". Rzucam mu się na szyję, a później przyklejam się do jego nogi. Z jednej strony tatuś to bardzo lubi, ale jeśli przesadzam z tym wiszeniem na nodze (chociaż powinien się cieszyć, że to nie Maja bo ja jestem bardziej poręczna) to po jakimś czasie grzecznie mnie wysyła do jakiegoś zadania. Czy to przesada wisieć na jego nodze (a podczas postojów skakać i krzyczeć) od drzwi wejściowych, przez kuchnię, duży pokój, łącznie z wizytą w łazience? Najczęściej wtedy słyszę, żebym poszła do Majki, albo coś porobić. Rodzice wstają teraz w nocy, a mama nawet była pierwszą klientką w budce z pieczywem. Pani Dorotka (sprzedawczyni) nie poznała mamy od razu, a jak w końcu ją rozpoznała (pod rannym kapturowym kamuflażem) była zaskoczona ("Co pani tu robi o tej porze?"). Myślę, że ten fakt zaskoczy jeszcze parę osób. Mama o 5:34 w budce z chlebem? Dziwne, ale przecież po osobie która trzyma krasnala ogrodowego w kuchni można się wszystkiego spodziewać. Alfred z Mięty,
Grzeczna Jaga
Bezczelna Jaga

któregoś dnia zapukał do naszych drzwi (po paru minutach dołączył do niego dziadek Janusz). Najpierw ja się z nim zaprzyjaźniłam, a to wielkie uczucie zakończyło się interwencją chirurga (czyli taty) i tubki kleju. Od tej operacji Alfred mieszka w kuchni w otoczeniu mięty, bazylii, melisy albo tego czego mama nie przeleje lub nie ususzy. Alfred wyhodował sobie pomidora, tzn pojawiła się łodyga i liście, a czy mama jej nie przepoi tego jeszcze nie wiemy. Krasnal ma dwie bliskie sąsiadki i 5 dalszych. Dwie mieszkają u nas przez przypadek. Leciały na Łysą Górę na zlot czarownic, ale coś im się pomyliło i przyleciały do nas. U nas przecież jest Jasna Góra. Mieszkały najpierw w naszym pokoju, ale troszkę się ich bałyśmy i wyprowadziłyśmy je do kuchni. Jedna z nich jest bardzo bezczelna. Gdy ktoś stuknie, puknie garnkiem czy kubkiem ta wybucha śmiechem i złowrogo mruga czerwonymi oczami. Mama brzdęk, a ta "buahaha". Wtedy mama się jej pyta "ze mnie się śmiejesz?" itp... Ponieważ baba Jaga często się z niej śmieje to mama w rewanżu poluzowuje jej baterie.
5 Anielic
Druga Jaga fruwa spokojnie pod sufitem i jest zdecydowanie lepiej wychowana od pierwszej. Zostało jeszcze pięć anielic. Dwie pochodzą z Kęt, ulepiła je mama cioci Ani. Byliśmy tam raz w odwiedziny (tam mieszka pies z podbitym okiem). Reszta anielic pochodzi z Zakopanego, Olsztyna i Torunia. To początek góry lodowej. Innym razem opiszę duży pokój. Poczekam na dzień, w którym tatuś zostanie natchnięty i dokończy źródło mocy, a mamę napłynie wystarczająca ilość siły i skończy umeblowanie.




sobota, 1 marca 2014

Ja też chcę robić cuda

Wpis miał być jeszcze w lutym, ale okazuje się że to najkrótszy miesiąc w roku i zabrakło mi czasu. Na początek coś o czym zapomniałam. Podczas mojej feriowej nieobecności w przedszkolu  wszyscy to nucili, a ja szybko po powrocie się nauczyłam. Najpierw trzeba w głowie zanucić sobie "Pójdźmy wszyscy do stajenki", a teraz na melodię tej kolędy śpiewamy:

Pójdźmy wszyscy do lodówki
Do kotleta i parówki
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego
Powitajmy schabowego i ogórka kiszonego.



Skoro zaczęłam od spraw kościelnych to przytoczę jeszcze pewną rozmowę jaką odbyłam podczas powrotu z basenu:
Ja: Mamo, a co to ta Wielkanoc?
Mama: Jest to święto upamiętniające Zmartchwystanie Pana Jezusa(...) włożyli Mu koronę cierniową (...) niósł krzyż(...) umarł(...)zmartchwywstał.
Ja: Czemu Go ukrzyżowali?
Mama: Bo mówił, że jest synem Bożym, a nie wszystkim się to podobało(...). Robił różne cuda: chodził po wodzie, zamienił wodę w wino itd...
J: Ja też chce robić cuda, chcę być Jezusem. Mamo czy mogę być Jezusem? 
M: Nie...
J: Czemu nie mogę być Jezusem?
W naszą rozmowę wtrąciła się Lena, która do tej pory nuciła coś pod nosem:
Lena: Bo jesteś GŁUPIA!!!

  Jak już wspomniałam, byliśmy na basenie. Nie jeździmy tam często, bo jest on oddalony od naszego domu o jakieś 50 km, a szkoda. Także jeździmy średnio raz na miesiąc i jest to wielkie wydarzenie. Bardzo mi się tam podoba, zwłaszcza odkąd mogę sama zjeżdżać rurami. Lena też jest zadowolona, a jej opinia o ostatniej wyprawie jest taka: "Tatuś fajnie pływa, a mama brzydko". Pewnie dlatego, że z tatą można bardziej poszaleć. Mama to pilnuje, żeby woda nie chlapnęła do oczu, albo żeby się jej nie napić. Z tatą jest inaczej... Po dwóch godzinach szaleństwa w wodzie rodzice musieli podstępem nas wyprowadzić z basenu.

Tłusty czwartek:
Dziadek Janusz wysłał nam zdjęcie (pra)babcinych pączków.
Jestem szczęśliwa, że istnieje takie święto. Chociaż nieco rozczarował mnie fakt, że jest tylko raz do roku, a nie co tydzień. Mama opowiadała, że jak była mała to babcia Stasia smażyła bardzo dużo pączków, ze 100, albo więcej. Nadzienie było różane, a posypane były cukrem pudrem, najlepsze na świecie. Babcia smażyła ich dużo, ale szybko znikały, bo chętnych na nie było sporo. Ja w tym roku zjadłam chyba 4 wielkie pączki i poziom cukru w moim organiźmie spowodował, że zachowywałam się nieco dziwnie. Po tej dawce energii rodzice wzięli mnie do sklepu, żeby zakupić mi buty. Bardzo mi się to podobało, w każdej przymierzonej parze butów robiłam rundkę próbną. Gdy mama szukała kolejnego pudełka z butami, ja z błyszczącymi oczkami chichocząc uciekałam przed nią. Żałuję tylko tego, że ona nie chciała mnie gonić. Zakupy zakończone sukcesem, mam świecące adidasy.
Rozmowa po zakupach:
- Mamo, a następnym razem to kupimy te białe, jak będą czarne?
Poziom cukru opadł...

Zdjęcia
Za oknem wiosna, a za nami piękny spacer przełomem Warty. Znaleźliśmy pierwszą w tym roku skrzynkę i nazbieraliśmy bazie, które teraz ozdabiają nasz domek.
Tak Lena spała po spacerze


czwartek, 20 lutego 2014

Walentynki, dobre maniery, foszki i książki

 Tata wrócił z pracy i dostałyśmy bukiecik z okazji Walentynek:



Dobre maniery:
Lenka ma różnie z tymi manierami. Raz zje śniadanie, zaniesie talerzyk do kuchni i powie "dziękuje mamumsiu, było pyszne". Czasami zapytana, szczerze odpowie:
- Jak Lenko smakowała Ci zupka?
- Była ohydna.
ZDJĘCIA
Czasami ładnie prosi, a bywa tak że bierze nie swoje rzeczy bez pytania. W sumie to ma przechlapane, bo przecież większość rzeczy i zabawek jest po prostu moja. Często u nas słychać okrzyki "to moje!", albo grzeczne zapytania "czyje to Maju??". Oczywiście gdy jej odpowiem zaczynają się łzy i zaklinanie, że to nie moje, a jej. Trudna sprawa z tymi dzieciakami. Cóż musimy się dzielić i na ogół nam to wychodzi. W ostateczności interweniują rodzice. Tłumaczą, a gdy to nie pomaga to zabierają konfliktową rzecz. Tak, tak Lenie trzeba wiele tłumaczyć i trzeba jej ustępować. Mądrość przychodzi z wiekiem, więc muszę być mądrzejsza. Chociaż moja siostrzyczka też miewa jej przebłyski: "no dobze, plose Maju", "okej podziele się" itd....Z tą mądrością i manierami to jest tak, że raz są, a innym razem rodzice muszą nam o nich przypominać:

Tata: Lenko, jak ty pięknie zjadłaś śniadanko. Daj wezmę twój talerzyk.
Lena: Aha
T: Co się mówi Lenko?
Lena patrzy na tatę zdziwiona.
T: Dzię
L: Dzię?
T: Dzię-ku
L: Dzię-kuchnia??

Foszek:
Foszek to jedna z opcji u każdego człowieka. My jako małe kobietki mamy ich całą masę. Foszki często nie mają logicznego uzasadnienia. Po prostu pojawiają się nagle. Wtedy dziecko bywa marudne, zanika cała jego mądrość i zacina się na zwrotach "nie", "nie zrobię", "głupia/i jesteś" (co grozi karą, w zależności czy foszek jest wybuchowy, trwa za długo i jest mocno przesadzony). U Leny poza mądrością rozwija się rozśmieszjący spryciarz i wymyśliła zwrot, który aż tak bardzo nie złości rodziców "głupotką jesteś" (do tego poważna mina, spojrzenie spode łba i jeszcze uniesiony palec wskazujący). Używa też, w różnych sytuacjach, swoich ulubionych zwrotów: "ha ha ha, ale zabawne", "ha ha ha, ale śmieszne". Foszek pojawia się z znikąd, i też nagle znika, ciach prach i mamy dobry nastrój.

Książki:
Od jakiegoś czasu mama bije się z myślami czy nie zrobić listy książek, które mi przeczytała. Jest ona coraz dłuższa i na pewno, nie wszystkie już pamiętamy (bo nie wszystkie warto). Część książek przywozimy od babci Krysi, rzadko kupujemy, czasem dostajemy, a najczęściej chodzimy do naszej ulubionej biblioteki. Ja, a nawet Lena lubimy te wyprawy. Wcale nie trzeba być tam bardzo cicho. Jest tam stolik, kartki, kredki, gry, puzzle, a także wielka waliza z zabaweczkami (wszystko to przynoszą tam dzieci), dla starszych dzieciaków w niewielkiej czytelni są komputery. Mogę buszować między półeczkami i wybierać sama książki. Niektóre podzielone są pod kątem wieku dzieciaków. Inne książki są poukładane według autorów - tych mama nie pozwala wyciągać. Bardzo lubię kryminały, bo ja to mam taki zmysł detektywistyczny. Chociaż mama uważa, że te zmysły to mam dzięki Hani Humorek. Jest to moja jedna z ulubionych bohaterek. W jednej z części twierdziła, że ma moc przewidywania, więc i ja odkryłam w sobie magiczne moce (np. jedziemy autem i zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym i wiem że pojedzie pociąg). Mimo, że poznałam już wielu bohaterów książek to moją ulubioną książką są "Dzieci z Bullerbyn". To była jedna z pierwszych z poważnych książek, które przeczytała mi mama. Później wielokrotnie słuchałam audiobooka. Ten tydzień w przedszkolu poświęcony jest ulubionej lekturze. Wybrałam więc moją ukochaną książką, a wczoraj powstały moje własne (no troszkę mama mi pomagała) ilustracje do niej.
Moją "książkę" zaniosłam do przedszkola, a jeśli się spodoba to pójdzie na wystawę do naszej biblioteki. Ostatnio była wystawa kotów, bo przecież był dzień kota. Innym razem rysowaliśmy ilustracje do wierszy Tuwima i nawet uczyliśmy się ich na pamięć. Każdy miał swoje role, ale ponieważ było tyle prób to chyba wszystkie znałam na pamięć. W przedszkolu są duże i małe przedstawienia. Te duże (jak jasełka) są z myślą o rodzicach, a jak są małe to pokazujemy je albo innym dzieciakom z przedszkola, albo przychodzą dzieci z pobliskiej szkoły. Oni czasami też mają dla nas występy. Starsze dzieci ze szkoły przychodzą i czytają nam książki. Lubię czytać, chociaż sto razy bardziej lubię jak mi się czyta.

piątek, 14 lutego 2014

Mało walentynkowo


Siadam i piszę bo jak jutro tata wróci z pracy to nie wiem kiedy znajdę chwilkę, żeby tu posiedzieć. Przyznam się, że od czasu moich ferii nie mam już takich problemów z zasypianiem więc mam mniej czasu na pisanie. Najpierw była to zasługa szaleństw na lodowisku, stoku itd... Później znowu musiałam rano wstawać do przedszkola, a do tego przecież mam jeszcze zajęcia dodatkowe. Wcześniej wcale mi to nie dokuczało. Wstawałam ok 7, a w nocy namiętnie rysowałam, albo leżałam i słuchałam audiobooków do 23, albo i dłużej. Teraz jestem zmęczona i szybko zasypiam, a ostatnio nawet padły z mojej "groty" ustnej pamiętne słowa "chciałabym porysować, ale jestem śpiąca". Oczywiście nadal w nocy przychodzę do rodziców. Na całe szczęście Lenka ostatnio rzadko do nich przychodzi  i mamy dużo miejsca w łóżku. Mama odnotowała też niewielkie postępy w zachowaniu Leny. Od kilku dni nie musi urządzać pościgów za nią w celu jej ubrania i nawet nie marudzi jak mają iść po mnie do przedszkola. Poza tym bez zmian, na wszystko ma swoją odpowiedź, która nie zawsze zadowala mamę:

- Lena sprzątamy.
- Nie. Idź sobie to mój tokój.
- Wiem, że twój, ale trzeba posprzątać.
- To nie twój tokój.
- aha - mama zaczyna układać zabawki
- Ty masz inny tokój. - tłumaczy spokojnie Lenka

- Babcia chodź poukładamy puzzle.- Lena wyciąga swoje ukochane pudełka
- Lenko, ale najpierw poukładamy lalki w pudełku bo nie ma miejsca na podłodze.
- Nie.
- Lenko jest straszny bałagan i nie ma miejsca, zobacz.
- W duźim pokoju jest mniejszy bałagan, chodź.- Lenka biegnie do dużego pokoju z pudełeczkiem.

Podobno dzieci można zmotywować rywalizacją:
- Lenko kto pierwszy ubierze buciki?? (posprząta, zje itd...)
- Nie ja.

Zdjęcia
Lenka lubi: układać puzzle, bawić się w sklep, w teatrzyk, w fryzjera, oglądać bajki (zwłaszcza świnkę Peppę), czytać książeczki, rysować, malować, kolorować. Nie lubi: sprzątać, czasami się ubierać, wychodzić z domu, a jak jest fajnie na spacerze to do niego wracać. Ma swoje ulubione zabawki: pieska Plamkę (który kiedyś robił sztuczki z naciskiem na kiedyś), łosia Blata i całą walizkę skarbów (w której znajdują się figurki: z jajek niespodzianek, dinozaura, drewnianego pieska, małe pluszaczki). Obowiązkowo te 3 rzeczy musi mieć w łóżeczku gdy zasypia, a do tego są rzeczy zmienne np. lalki, inne maskotki czy książeczki.
Lena kładzie się do łóżeczka i układa swoich współspaczy:
- O nie!!- mówi rozżalonym głosem, prawie szlochając.
- Co się stało Lenko? - pyta mama
- Nie ma dla mnie miejsca.
- To wyjmij część zabawek  z łóżeczka.- podpowiada mama
- Dobly pomysł! - cieszy się Lenek i wyrzuca misiaczki - O nie!!
- Co się teraz stało?
- Nie ma nikogo w łóżeczku, kogo przytulę?
- To weź Blata i Plamkę.
- Dobla. - odpowiada szczęśliwa Lenka i pakuje do łóżeczka Blata i Plamkę... patrzy na kotka, misia, mamę łosia, na torebkę konia itd... i znowu wszystko ląduje na jej poduszkach.
- No nie, znowu nie mam miejsca.
W takich przypadkach mama układa miśki na stosik na jednej połowie łóżeczka, a Lena wciska się obok. Chociaż, po ostatniej awanturze ze sprzątaniem Lenka ma więcej miejsca dla siebie:
- Mamo posprzątałyśmy!! - krzyczę do mamy, która nastawiła minutnik i oświadczyła, że jak zacznie pikać to wszystkie rzeczy z podłogi zapakuje do wora.
- O jak ładnie posprzątane! - mama wchodzi do pokoju i nie może uwierzyć, że tak szybko nam poszło.
- Ja też sprzątałam. - mówi dumnie Lenka.
Wtedy mama spogląda do łóżeczka Leny. Wszystko co wcześniej leżało na podłodze wypełniało całe posłanie Leniuchy. Stanęło na tym, że i tak musiałyśmy (bo ja często muszę sprzątać po Lenie ;( ) uprzątnąć, a mama wprowadziła limit miśków w łóżku.

Co do moich postępów łyżwiarskich to nie miałam więcej okazji żeby ćwiczyć. Mamy typową lutową zimę ze słońcem i temperaturą do ok 10 stopni C. Niektóre mamy wyciągnęły już foremki i okupują piaskownice, ale ja czuję że to jeszcze nie koniec zimy. Mama w ostatnich dniach postanowiła skończyć kilka zaczętych rzeczy. Jakiś rok temu wywołali z tatą jakieś 500 zdjęć ( z okresu dwóch lat) i na ostatnie 100 zdjęć zabrakło jej motywacji. Także jeden wieczór i już zdjęcia z wakacji 2012 są w albumie. Do tego postanowiła zmontować filmik z ostatnich wakacji. Oryginalna wersja trwa jakieś 40 minut (uwzględnia długie rozmowy Leny i 10 minut jedzenia tortu urodzinowego- w rzeczywistości Lena od talerza nie odeszła dopóki na stole było ciasto). Poniżej znacznie krótsze wspomnie pobytu w Borucinie.

W poprzedni weekend odwiedziła nas babcia Krysia. Ja i Lenka bardzo tęsknimy za wszystkimi z Krakowa. Bardzo się cieszymy jak nas odwiedzają. Nie możemy się doczekać kiedy przyjedzie Karinka i Małin (jak mawia Lena).

piątek, 31 stycznia 2014

Łyżwiarstwo i narciarstwo- nowe odkrycia

ZDJĘCIA
Pisałyśmy, że zaczęły się ferie? Bo właśnie się już kończą. Tak czy owak, pierwszy tydzień minął zupełnie normalnie. Chodziłam do przedszkola i tylko nie było popołudniowych zajęć tanecznych i Bystrzaka. W drugim tygodniu spadł śnieg i rodzice postanowili zorganizować mi ferie. Ponieważ podjęłam próbę jazdy na łyżwach i mi się spodobało, zostały zakupione łyżwy. Rozbiliśmy moją skarbonkę i się okazało, że będą łyżwy, kask, a i na rolki starczy. Łyżwy są biało różowe i do tego rozsuwają się, więc będą rosły razem z moją nóżką. W nowych łyżwach podbijałyśmy z mamą lodowisko w Olsztynie. Ohhh, najpierw szło mi kiepsko i prawie ze łzami w oczach mówiłam "po co mi były te głupie łyżwy?! Ja nic nie umiem tylko się przewracam". Mama twierdzi, że przewracać się też trzeba umieć. Do tego wszystkiego jeden pan zwrócił mi uwagę, że powinnam bardziej ugiąć nogi. Jak on śmiał na mnie spojrzeć i się jeszcze odezwać! (bo ja nie lubię chłopaków i nawet kolegom z przedszkola rzadko odpowiadam "cześć"). Później się rozkręciłam i szło mi nawet nieźle. Wtedy na środek lodowiska wyszedł pan z mikrofonem. Na małym lodowisku zrobiło się nagle pusto i pech chciał, że ten pan wpadł na nas (a może my na pana). Ja nie wiem co ci faceci sobie myślą, od razu pyta się taki o imię. Ja go tylko ofuknęłam, ale mama nie jest taka sprytna i się nie wymigała od rozmowy z reporterem. W końcu nas pan puścił gdy zobaczył, że postanowiłam się oddalić od mamy (a dodam, że wtedy nie umiałam jeszcze zrobić tego sama). Na trzeciej wizycie na lodowisku zaryzykowałam i puściłam się maminej ręki. Teraz to ona się mnie prosi, żebym ją trzymała za rączkę. To była tylko jedna z zimowych atrakcji, którą przygotowali dla mnie rodzice (z mniej ważnych to byłam z tatusiem w kinie, na lodach i dostałyśmy fajną grę z hipciami - nawet Lenek w nią może grać, sanki, jabłuszko, wizyta w sali zabaw, wizyta u koleżanki i odwiedziny koleżanki). Wzięli mnie też na narty. Raz miałam lekcję z panią i było superaśnie. Nie chciałam schodzić ze stoku. Tata kupił karnety, wpiął narty i... porażka. On się w ogóle nie zna na nauce jazdy na nartach. Zjechałam 4 razy i 3 razy się wywróciłam, a przez całą godzinkę z panią ZERO!!! Do tego raz się wbiłam w słomę którą obłożony był koniec trasy (właśnie na takie przypadki). Dwa dni później miałam mieć kolejną lekcję, ale na innym stoku i z panem. Ponoć oni mogą uczyć lepiej od pań, ale ja jestem innego zdania. Mama na samo wspomnienie tej lekcji dostaje palpitacji serca (tak mówi).  Było tak, że jak zobaczyłam tego "młodego i miłego" (wg mamy) pana powiedziałam "NIE". Poszłam na mały kompromis i wpiełam narty. Później się rozpłakałam i przez 40 minut namawiano mnie (prośbą, szantażem, groźbą), żebym chociaż spróbowała. Zjechałam 3 m i skończyłam indywidualną lekcję za którą trzeba było zapłacić. Najgorsze jest to, że mama powiedziała: 
- Jak się nauczysz skręcać, to kupimy chrupki (u nas to rzadko takie rarytasy). 
Nie nauczyłam się, więc chrupek nie było. Później czekałyśmy na tatę, który jeździł. Mama była zła, ja płakałam o chrupki. Byłam nawet gotowa na tą lekcję, ale z tatą. Nie wiem o co tym rodzicom chodzi. Mówili do mnie dużo, a ja kiwałam głową że rozumiem. Było mi trochę smutno, bo byli tak rozgniewani, że nie wzięli nas już na obiecany basen. Do tego okazuje się, że za tą lekcję muszę zapłacić z pieniążków z własnej skarbonki. Jakoś się tym nie przejęłam, po co tracić nerwy na takie głupstwa. Zupełnie nie rozumiem tej mamy. Będą mi znowu dawać kasiorę, ja będę wrzucać do skarbonki i na wiosnę uzbieram na rolki. Może dostanę na imieniny, albo na dzień dziecka? Bez okazji też przecież czasami się dostaje prezenty. Jak już o tych prezentach mowa, to przypomniałam sobie, że były urodziny mamy. Zrobiłam dla niej laurkę, na kilka dni wcześniej. Ohhh mama nie chciała wiedzieć co jej narysowałam, bo chciała mieć niespodziankę. Korciło mnie jak nie wiem, żeby jej powiedzieć i pokazać. W końcu nastał ten dzień, obudziłam się chyba jakoś wcześniem bo było bardzo ciemno. Przydreptałam do mamy do łóżka:
- Mamo mogę Ci już dać laurkę?
Nie wiem czy nie była ciekawa tego co narysowałam, ale kazała mi iść spać.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zielony Anioł czyli spojrzenie Leny na rzeczywistość

ZDJĘCIA
Podobno w ostatnich dniach stałam się trochę asertywna. Czemu trochę? Posiadam i wyrażam własne zdanie, a także swoje emocje. Tylko jest pewne ALE. Tym wyrażaniem naruszam pewne granice, przez co ranię swoich bliskich. Do tego tej całej asertywności trzeba się nauczyć, a mi sama przyszła. Wygląda to mniej więcej tak:

Przykład 1
Mama: Lenko chodź, ubierzemy się i idziemy po Maje do przedszkola.
Ja: Nie.
Mama: Proszę Cię chodź. - mama jest nudna i tak prosi kilka razy.
Ja: Nie mamo. Ja zostanem sama w domu.
Później mama namawia i tłumaczy, że Maja czeka i takie tam. Czasami odlicza do trzech, co najczęściej prowadzi do tego, że ja zaczynam płakać:
Ja: Nie pójdziem!!!
Później bywa różnie np.:
Mama: Dobrze Lenko zostań, ale pamiętaj żeby nikomu nie otwierać drzwi.
Ten argument mnie zazwyczaj przekonuje:
Ja: Dobrze, pójdziem.

Przykład 2
Tata: Zjedz obiad.
Ja: Nie.

Przykład 3
Mama: Lenka do łazienki, myć się.
Ja: Nie.

Przykład 4
Tata: Leno sprzątamy zabawki.
Ja: Nie.
Tata: Lenko proszę posprzątaj swoje skarby. Zobacz, Maja sprząta, pomóż jej.
Ja: Ja nie umiem.
Dyskusja rozkwita, aż w końcu krzyczę na tatę (lub mamę), oni na mnie, a na koniec nie sprzątniete zabawki lądują w wielkim worze.

Przykład 5
Babcia: Chodź przytulę Cię.
Ja: Nie możesz mnie tykać, nigdy. Mama może

Przykład 6
Tata wrócił z pracy i mijała pierwsza noc. Budzę się rozgrymaszona w nocy. Dla świętego spokoju mama ulega prośbom:
Ja: Gdzie Plamka, gdzie Blat? -(moje pluszaki)
Mama: Już szukam...
3 min później:
Ja: Pić chce.
Mama: Już przyniosę.
Później wszyscy śpimy, ale ok. 5 dzwoni budzik (bo mama musiała wyjątkowo wcześniej wstać). Wstaje mama, a ja z nią.
Mama: Kładź się, przytul do tatusia.
Ja: Nie chcem. To nie mój tata, nie przytulę się. Przytulem się do mamy.

Już nie będę mnożyć przykładów, a przecież mogłabym tak bez końca.


 Ostatni tydzień był pełen wrażeń, zwłaszcza dla mojej Majki. Odbyły się w końcu jasełka gdzie Maja była aniołkiem. Bardzo jej zazdrościłam stroju, chociaż wolę być zielonym aniołem. Dzień później Maja miała bal karnawałowy gdzie była panterą. Moje życie nie jest tak ciekawe, ja już chcę do przedszkola. Chce mieć swoje przyjaciółki, a nie tylko Majki.



poniedziałek, 6 stycznia 2014

Święta i o wejściu w Nowy 2014 rok

ZDJĘCIA
Święta już za nami, a i kalendarze trzeba wymienić. W kilku zdaniach wspomnę te magiczne dni (później łatwiej sobie przypomnieć gdzie się spędzało poszczególne Święta). 18 grudnia rodzice zakupili żywą choineczkę, którą od razu ubraliśmy. 21 grudnia przyjechał dziadek Janusz i ciocia Karinka, którzy przywieźli prezenty od Świętego Mikołaja i od cioci Ani. Na palcach dwóch rąk nie zliczyłabym tych mniejszych i większych drobiazgów. Do tego podczas wizyty ciocia pomalowała nam paznokcie. To już stało się chyba tradycją. Pojawia się ciocia i nasze paznokcie robią się bajkowe, a na mojej główce piękne warkoczyki. Nasza ciocia pracuje w żłobku. Podobno mamy jak przyprowadzają swoje małe córeczki przynoszą też szczotki, grzebyczki, gumki, spinki i proszą naszą Karinkę: "Niech pani ją uczesze, ona w domu nie chce się czesać. Pani jej takie cuda z włosów robi". Szybko zleciała ta wizyta, a zaraz potem był 24 grudnia. Wigilia tym razem odbyła się u cioci Kasi i wujka Marcina. Było nas znacznie więcej niż normalnie, bo jeszcze przyszli drudzy dziadkowie Malwinki i Mikołaja, ich ciocia, wujek i Michasia. Najpierw były życzenia, później mało smaczna, ale bardzo długa kolacja. W tym czasie pod choinką piętrzyła się góra prezentów. Rodzice byli nie ubłagani - najpierw jedzenie, a później prezenty. Ja się pokłóciłam z Mikim, bo do tej pory to on czytał karteczki z paczuszek. W tym roku chciałam mu pomóc, bo przecież już umiem czytać. Koniec końców, to on przeczytał większość karteczek (bo czyta szybciej niż ja), a ja o tym zapomniałam i zaczęłam rozpakowywać paczki. Po godzinie 22 pojechaliśmy do domu i ku zdziwieniu rodziców nie zasnęłyśmy w aucie. Po przyjściu do domu zażyczyłyśmy sobie kolacje i do 23:30 układałyśmy nowe puzzle. Rano zapakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do Krakowa. To jest niezwykłe, ale pod choinką babci Krysi też były prezenty. Emocji było dużo, bo tu ja czytałam karteczki, a do tego ciocia i wujek przywieźli swojego pieska Maui, który najpierw bardzo nieśmiało zapoznawał się z nowym miejscem i z nami, a później się rozbrykał i ciocia nie mogła upilnować naszej dwójki i pieska. Maui postanowiła wygrzebywać ziemię z kwiatków, pogryźć drewnianego bałwanka, pobujać bombki na choince, a w między czasie zrobić siku na podłogę. 27 grudnia pojechaliśmy z babcią Krysią do Stalowej Woli. Tu odwiedzaliśmy babcie i ciocie. Oczywiście, my jesteśmy nieśmiałe dziewczynki, i bardzo się najpierw wstydzimy. Jak już się przyzwyczaimy i oswoimy, to ciężko nas wyciągnąć. Spaliśmy u cioci Dagi i wujka Tomka, i tam też czekały na nas prezenty. Fajny jest ten grudzień. Same prezenty. W niedzielę wróciliśmy do Krakowa. Tam przywitaliśmy Nowy Rok. W Stalowej szalałyśmy do północy, a w noc Sylwestrową do 22-giej. Wszystko przez to, że byłam bardzo nieszczęśliwa. Lenka włożyła na tę noc fantastyczną kreację, którą kupiła jej babcia Krysia (ja się w nią nie zmieściłam ;/). W efekcie w samych majciochach zalewałam się łzami, bo nie mam w co się ubrać. Nie mogłam przecież włożyć swojej nowej, fantastycznie się kręcącej spódniczki, którą dostałam pod choinkę. Przechodziłam w niej całe Święta, więc już była nudna, jak wszystkie moje ubranka. W końcu przypomniałam sobie, że jest jeszcze jedna nowa sukienka, i w końcu ona wysuszyła moje łzy. 
Sylwester z komórki babci
  
Później, gdy rodzice już poszli, był szampan i tańce. Nagle Lena oświadczyła:
- Już pola spać. Ciemno jest. Chce ublać pizamke.
Babcia ją przebrała, a my dalej skakałyśmy. Gdy babcia Krysia podgłosiła piosenkę swojego ulubionego Krawczyka, Lena oświadczyła:
- Babcia psycis! Pseskadzas mi spać.
Tym oto sposobem nasz Sylwester dobiegł końca. 
1 stycznia był miły. Rodzice byli tak zmęczeni, że ja bezkarnie oglądałam bajkę za bajką na komputerze. Adres "www" wpisuję sobie sama, bo jak się umie czytać, to i trochę pisać. 2 stycznia wróciliśmy do domu i wpadliśmy w wir normalności. Weekend znowu się przedłużył, bo dziś Kacper miał imieniny, a wtedy jest wolne. Jak ja jutro wstanę do przedszkola??

Takie tam:
- Lenko jesteś moja dziewczyna. - powiedziała z uśmiechem mama
- Nie bo jesteś moja dziewczyna.- odciął się tata
Pewnie ta dyskusja by trwała jeszcze długo, ale Lenka postanowiła interweniować:
- Uspokójcie się w końcu.- powiedziała bardzo poważnie
- To czyja jesteś?- mama nie dawała za wygraną
- Maja mnie lubi, tata mnie lubi i mama mnie lubi.- oświadczyła pewnym głosem Lena
- To czyja dziewczyna ty jesteś? - ciągnęła mama
- Taty, Mai i mamy.- odparła mądrze Lenka

Ciocia mnie czesze:
- Maju, ale ty masz długie włosy. Zapuszczasz do komunii?
- Nie, do kostek.

PS. Święta minęły w ciepłej, nie tylko rodzinnej atmosferze. Było ciepło, nawet bardzo skoro mama zmarźluch chodziła w samym swetrze. Zdjęć jest niewiele, coś się rodzice opuścili z robieniem zdjęć.