wtorek, 16 sierpnia 2011

Po weekendzie, czekając na tatunia


Długi weekend minął nam wyjątkowo miło, mimo że tatuniek był w pracy. Jednego dnia pojechałyśmy z babcią Anią do Rędzin do cioci Eli. Wybiegałam się tam po ogrodzie za wszystkie czasy. Ćwiczyłam kopanie piłki, tata będzie ze mnie dumny :).
Golfik

W niedzielę odwiedziliśmy inną ciocię Elę i wujka Ryśka w Śmiertnym Dębie (o którym już rok temu pisałam). Poszłyśmy do lasu na borówki (takie czerwone kuleczki- żeby uniknąć konfliktów regionalnych ;) ). Popołudniu przyjechała Jula, z którą bawiłyśmy się przez resztę dnia. W aucie szybko usnęłam (co mi się rzadko zdarza) i później byłam bardzo rozdrażniona gdy obudzono mnie pod blokiem.

Z Julką


Od jakiegoś czasu namiętnie oglądam Dorę, z której uczę się angielskich słówek. Liczę do dziesięciu zarówno po polsku jak i po angielsku (i tu chyba rzadziej się mylę). Kiedyś ciocia Karinka poprosiła mnie żebym coś policzyła:
- One, two
- Maju, ale policz po polsku. - prosiła ciocia
- One, two...
- Maja po polsku
- No one, two...
Dopiero jak zaczęła ze mną liczyć to jakoś poszło.

Innym razem:
- Maju co rysujesz?? - ktoś zapytał
- Moutain

- Mamo chodź szybko - ciągnęłam mamę za rękę
- Maju ja z tym brzuchalem tak szybko nie mogę!!
Złapałam babcię za rękę i ciągnęłam ją, aż zaczęłyśmy biec:
- Let's go babcia!!

- Maju jak smakują Ci lody? - spytała babcia
- It's delicious.

O dzidziuniu:
Nadal nie ma zgody rodziców co do ewentualnych imion. Mimo dużej pomocy cioć, a ostatnio nawet wujka (w. Łukasz zaproponował, że może Łukasz) ciągle konkretów nie ma. Mama od dwóch tygodni podejrzewa, że TEN dzień nadejdzie już. Zatem tatuń jak na szpilkach siedzi w pracy. Większość osób upiera się, że to będzie chłopak. Ja ciągle chce siostrzyczkę. Mimo wielkiej sympatii do pojedynczych przedstawicieli chłopaków, nie lubię ich i koniec.


środa, 10 sierpnia 2011

Czemu??

Jakiś czas temu był mecz Wisła - Bułgaria, tatuniek sobie nagrał i późnym wieczorkiem chciał go oglądnąć:
- Tato moge z tobą?? Ja lubie mecze...
Tata w końcu się zgodził. Nawet mama się przyłączyła, ale ona to zaraz usnęła. Ja byłam w pełni zainteresowana:
- Tato gdzie jest aut?? - bo w siatkówce to już wiem gdzie jest...
- Czemu ten pan biegnie??
- Czemu nasz jest biało- czerwony??
- Czemu ten szary biegnie koło naszego??
- Czemu szary pilnuje naszego??
- Tato chce mi się pić. Nic się nie bój przypilnuję Ci bramki.
Gdy tatuń robił mi pić:
- Spokojnie ja pilnuję bramki, nie bój się.
- Jak nazywa się pan 37?? - pytałam gdy na TV widać było tylko małe biegające ludziki.
Tata próbował odszukać takiego pana, ale mu się nie udało.
- Tato co to za pan?? - na TV widać było boisko i trybuny pełne kibiców
- Który? - pyta pełen entuzjazmu tata
- ten tam daleko, daleko...
Przed końcem pierwszej połowy usnęłam, to był mecz.
Ja tak pytam o wszystko, aż mama czasami już się na mnie złości zwłaszcza gdy słyszy dane pytanie setny raz. Jednym z nielicznych miejsc gdzie nie musi odpowiadać na pytania jest podwórko. Tam życie toczy się swoim torem. Bywa czasami, że jest sielanka (ale to rzadkie zjawisko). Z częstotliwością co 15- 20 min ktoś płacze, krzyczy. Powody są różne: wywrotka, ktoś kogoś popchnął (celowo bądź też przypadkiem), ktoś kogoś obsypał piachem, ktoś komuś coś zabrał itd... Jeśli mamy coś przeoczą coraz częściej mogą liczyć na nasze relacje (tylko czy zawsze są prawdziwe tego mamy nie mogą być pewne).
Od lewej:Tomek, Krysia, Ja, Marysia, Michał, Ola

Pociąg CIUCH CIUCH

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Lato w pełni??

Lato, póki co, nie rozpieszcza nas upałami. Mam więcej okazji do skakania w kałużach, niż kąpieli w basenie. Mimo tej pogody, na nadmiar czasu nie narzekam. Ostatnio odwiedzili nas goście. Nieczęsto nas to spotyka, więc dla nas to było święto. Ja z początku sceptycznie byłam nastawiona do wizyty cioci Asi i wujka Łukasza. Okazało się, że nie taki diabeł straszny... Z ciocią szybko się oswoiłam i chciałam się z nią bawić i bawić. Co do wujka nie mogłam się zdecydować, jak to kobieta. Raz mówiłam "nie lubię go, bo mnie ciągnie za uszy", a za chwilę "mamo poproś wujka żeby mi podokuczał". Wujek był nieco zdezorientowany... Co do pogody mieliśmy dużo szczęścia. W piątek lało, w sobotę było ładnie, a w niedzielę popołudniu znowu się rozlało. W sobotę wykorzystaliśmy letnie promienie słońca i zabraliśmy gości na wyprawę. Zaczęliśmy od pustyni Siedleckiej gdzie wybudowaliśmy zamek. Chyba wszyscy dobrze się bawili w tej wielkiej piaskownicy. Po takiej wytężonej pracy pojechaliśmy na pstrągi do Janowa, a później udaliśmy się na relaksujący spacerek do źródełek. Ja sobie tam spacerowałam po wodzie twierdząc, że jest ciepła. Następnie pojechaliśmy do "Kamieniołomu Warszawskiego". Ja się czułam tam jak ryba w wodzie, reszta towarzystwa też. Uwielbiam zbierać kamienie, a jak można je wrzucać do wody to jestem przeszczęśliwa. Z tego wszystkiego zrobiła się późna godzina, ale miałam obiecane lody więc pojechaliśmy jeszcze na deserek. Wszyscy byli zmęczeni, ale zadowoleni. Na koniec dnia postanowiliśmy jeszcze odwiedzić podstawowy punkt wycieczkowy naszego miasta, Jasną Górę (dla tych co się nie domyślili). Uwaga pierwszy raz załapaliśmy się na APEL JASNOGÓRSKI. Dzień był bardzo długi, a do domu wróciliśmy po 22. Niedziela nas już tak nie rozpieściła i plan dnia został zmieniony. Pojechaliśmy bezpośrednio do Krakowa, do babci i cioci. Szkoda tylko, że jak ja rano wstawałam to babci już nie było:
- Mamo idę poszukać babci...
- Majeczko, babcia już dawno jest w pracy.
- Znowu??
Do domu wróciliśmy w środę, a pogoda poprawiła się o tyle, że przestało padać. W domu tatuń malował moje szafeczki (których mama nie pomalowała w zeszłym roku) i zrobił wielkie przemeblowanie mojego pokoiku. Dostałam piękny dywan z żyrafami (który sobie prawie sama wybrałam). Mama powyciągała ogromną ilość malutkich ubranek i prała je i prasowała, to dla naszego dzidziunia. Z tego co mówi pan doktor za trzy tygodnie powinien się wyprowadzić z mamy brzucha. Ja się nie mogę doczekać, aż znowu mama będzie mnie nosić na barana.
Wczoraj rodzice byli ze mnie bardzo dumni. Już jakiś czas temu podjęłam próby jazdy na rowerku trzykołowym. Ponoć miałam jakieś sukcesy, ale ja się denerwowałam jak rodzice przestawali mnie pchać i krzyczałam "ja nie umiem!!", "nie potrafię!!", "nie dam rady!!". Wczoraj okazało się, że umiem i wołałam "nie pchaj mnie, nie dotykaj!!!". Dziś będę trenować dalej.

wtorek, 19 lipca 2011

Dziś się pochwalę


Powinnam przywyknąć, że moje urodziny trwają długo, a już na pewno do najmilszej ich części. Oczywiście miło mieć gości, ale jeszcze milej jest otrzymywać prezenty... Od dziadka Janusza dostałam dość niezwykły podarunek, mój portret:
- Maju zobacz jaki piękny!! - zachwycała się mama
- Kto to?? - spytałam niepewnie
- To ty...
Parę dni później przyjechał mój tatuniek:
- Patz tato, to ja. Taka podobna do mnie. Widzisz mam opaskę z kwiatkiem i mój sweterek.

niedziela, 10 lipca 2011

Nie dla miłośników kotków

Zacznę od początku. Parę miesięcy temu ciocia Ola i mama rozpoczęły dyskusje o osiedlowych placach zabaw. Od słów przeszły do czynów i  napisały pisma do spółdzielni. Mimo początkowej niechęci pracowników tej placówki coś ruszyło. Część zabawek usunięto (tych co niby były niebezpieczne, z czym nasze mamy by dyskutowały), ale w zamian postawiono parę nowych. Wcześniej już o tym pisałam, ale nie dodałam że jakieś trzy tygodnie temu doszło parę nowych sprzętów. Niestety pozostał jeden problem, no może dwa. Po pierwsze właściciele czworonogów pozwalający im załatwiać się na terenie przeznaczonym do zabaw dla nas. Na skutek pism naszych mam ( tak nam się wydaje) spółdzielnia rozdawała darmowe woreczki do sprzątania po pieskach. Coraz częściej się widzi, że panie (bo panowie rzadziej) usuwają śmierdzące kupki. Niestety duża część psich właścicieli jest niereformowalna. Po drugie są jeszcze koty!! One są bardziej bezczelne bo załatwiają swoje potrzeby w piaskownicach. Piasek śmierdzi, a czasem można trafić na kupkę. No i doszłam do sedna sprawy. Pewnego dnia kiedy właśnie po raz kolejny trafiłyśmy na kocią kupę podsłuchałyśmy z Maryśką rozmowę mam. Bardzo były zdenerwowane i próbowały wymyślić jak zaradzić kuwecie w piaskownicy. Sprawa jest skomplikowana bo oprócz dzikich kotów swoje potrzeby załatwiają tu też koty domowe. Spółdzielnia nie ogrodzi piaskownic bo powie, że nie ma pieniędzy, a koty są sprytne i tak przejdą. Zostaje przykrywanie piaskownicy na czas gdy dzieci z niej nie korzystają. Problem w tym czy wszyscy rodzice będą tego przestrzegać i czy nikt takiej plandeki nie ukradnie, no i jeszcze trzeba by było nakłonić spółdzielnie do wymiany piachu. No i zaczęły myśleć jak oduczyć koty sikania w piaskownicach. Nie brały pod uwagę, że uszy mamy jak radary, a pomysły padały różne. Tak więc Marychna i Ja żeby pozbyć się kotów rozpoczęłyśmy akcję PATYKOWANIA. Żaden zwierzak jeszcze nie ucierpiał, no może się trochę zdenerwował. Gonimy te stworki z dzikimi krzykami, a jak mamy pod ręką to z patykami. Jednego już dwa razy udało nam się zagonić na drzewo. Marychna chciała tam za nim wejść, ale moja mama jej nie pozwoliła.
PATYKUJEMY
Gdzie jest kiciuś?
 To była bardziej drastyczna część mojego ( i Marychny) życiorysu z ostatnich dni. Poza tym zajęcia mamy różne, które zależą głównie od pogody. Po moich deszczowych urodzinach były również deszczowe dni. Raz wybrałyśmy się do biblioteki osiedlowej z działem dziecięcym. Bardzo nam się tam podobało. Na ścianach były rysunki Kubusia P. i jego przyjaciół. Był mały stoliczek, na którym były klocki i układanki. Najbardziej spodobało nam się szeptanie.

Odwiedziny w bibliotece w urodzinowych klimatach
Gdy pada deszcz pozostaje nam pluskanie w kałużach:

W kaloszach (pełna kulturka)
Bosakowo
Gdy tak biegamy z Maryśką boso to spotykamy się z różnymi reakcjami. Jedni kiwają poirytowani głowami, inni się uśmiechają pod nosem. My to bardzo lubimy i już trudno nam zmienić to dziwne upodobanie. Mamy się tylko boją, że któraś z nas coś sobie wbije w stopę. Mogą sobie gadać...
Ja osobiście lubię jak jest ciepło. Wczoraj (sobota) był prawdziwy letni upał i udało nam się pójść na basen i to całkiem dużą ekipą (Maryś, Tomek, Miki, Ja, a do tego trzy mamy i babcia). Zdecydowanie chcemy więcej takich wyjść!!

O dzidziusiu:
Ciągle powraca temat dzidziusia. Chyba najważniejsze jest to czy to chłopak czy dziewczyna, bo wszyscy o to pytają. Mnie chłopaki drażnią, ale mama mi wytłumaczyła że musimy kochać chłopakowego dzidziunia. Ja uważam, że dzidziusie się nie zmieniają i ten nasz jest dziewczyną. Nawet zgodziłam się na Jagodę. 
" Mamo dziękuję, że mnie urodziłaś. Dziękuję, że nie urodziłaś mnie chłopakiem".

niedziela, 3 lipca 2011

Moje trzecie urodzinki


To już chyba staje się tradycją, że moje urodziny obchodzę dwukrotnie. Po pierwsze mojemu tacie praca tak dziwnie wypada, że 3 lipca nie ma go w domu. Dlatego 1 lipca zrobiliśmy pierwszą imprezę, w której udział wzięli: babcia Ania z dziadkiem Markiem, babcia Krysia, ciocia Kasia i wujek Marcin z Mikim i Malwikiem, moi rodzice i ja. Teraz ważny fakt!! W tym roku torta upiekł tatuniek. Oczywiście nie odbyło się bez małych perypetii i dla pocieszenia mamy (która przy każdej próbie coś knociła) też zostało popełnionych parę błędów. Efekt końcowy wizualny był bardzo dobry, smakowo oceniamy na bardzo dobry z małym minusem. Generalnie tacie należą się brawa i gratulacje, że podjął się takiego zadania. Najlepszą nagrodą jest to że cały tort zniknął w brzuchach gości.

Ja bawiłam się świetnie, a największą frajdę miałam gdy malowaliśmy się moimi nowymi malowidłami i tańczyłyśmy z babcią, albo ciocią. Tego dnia poszliśmy bardzo późno spać.

Druga impreza odbyła się dziś, 3 lipca. Tym razem byli ciocia Karina i wujek Bartek, ciocia Ola i Marychna, mama, babcia Krysia i ja. Prezentów dostałam dużo i jeszcze nie zdążyłam się nimi nacieszyć. Może jutro jeśli dalej będzie tak padać to pobawię się nowymi zabawkami. Dziś też były tańce i wygłupy. Czas kończyć te świętowania. Dziękuję wszystkim za życzenia, ciepłe słowa, prezenty, za to że byli lub o mnie dziś myśleli.

sobota, 2 lipca 2011

Jeszcze wspomnienie morza...

Prawie od tygodnia jesteśmy w domu i ja wcale nigdzie się nie wybieram:
- Maja fajnie było nad morzem? - pyta mama
- Fajnie.
-To co jedziemy nad morze albo do Krakowa??
- Nie mamo, tu jest mój najukochańszy domek.

Dziś jeszcze parę zdjęć zrobionych mamy komórką nad morzem:



Tatuń kopie basen, którego mi zazdrościli.
Przystawali oglądali, a nawet pytali co i jak.







































Nogi naszego wieloryba,
ale czy one mają nogi??








Oto kilka fotek ze stołówki, gdzie dobrze karmili, a rodzice wspominali dzieciństwo. Zmieniło się chyba tylko to, że zamiast cerat na stole były obrusy plamoodporne, które i tak osłonięte były folią. Na ostatniej fotografii widać fragment kotleta schabowego (rozmiar zdecydowanie XXL, a trzeba było zmieścić ziemniaczki i surówki).